Pokazywanie postów oznaczonych etykietą swetry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą swetry. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 października 2018

Swetry i nie tylko, czyli o mojej garderobie.

Na wstępie chcę Wam ogromnie podziękować za komentarze pod poprzednim postem! Aż chce się pisać! Uściski dla Was!

Od pewnego czasu po mojej głowie chodził pomysł by zrobić na blogu zestawienie swetrów, które faktycznie sprawdzają się w moim życiu. Swetrów, które lubię i regularnie noszę z przyjemnością. Myślę, że śmiało można stwierdzić, że każdemu udało się w życiu popełnić dziewiarską gafę i wcale nie chodzi mi o złe wykonanie! Gafy to naturalny i prosty sposób (czasem dość kosztowny i czasochłonny) by dowiedzieć się dokładnie w co faktycznie chcemy się ubierać. Tyczy się to również ubrań, które kupujemy w sklepie.

Post miał być tylko o swetrach, ale postanowiłam opisać i pokazać Wam całą zawartość mojej szafy. Przedstawienie samych swetrów czy kolorów, tak bez kontekstu, mijałoby się z celem - przecież ja te swetry do czegoś noszę! Wybieram dany krój czy odcień by pasował do mojego stylu, potrzeb, preferencji. 

Od dłuższego czasu jestem świadoma tego co naprawdę chcę i lubię na siebie zakładać. Tyczy się to kolorów, fasonów, materiałów. Droga do tego nie była łatwa - chyba każdy zanim osiągnie ten cudowny stan, musi nakupować i nadziergać trochę osobistych "potworków". Będąc nastolatką miałam swój hardrockowy epizod (trampki, porwane spodnie, ćwieki), przez moment obwieszałam się koralami, chodziłam w szerokich spódnicach i nakładałam na siebie mnóstwo szalonych wzorów, oraz udało mi się uciec na pewien czas w słodką Anię z Zielonego Wzgórza. No niezły rozstrzał prawda? :) Na studiach trochę zluzowałam i ubierałam się... przeciętnie. Nie była to jednak ta bezpieczna forma przeciętności (neutralności). Kupowałam spodnie, jakąś bluzkę, sukienkę czy sweter i zakładałam to dość losowo wyglądając byle jak. A przynajmniej tak to teraz widzę, bo zapewne nie wyróżniałam się w jakiś szczególnie negatywny sposób wśród tłumu, ale jednak ciągle czułam się nieładnie ubrana. Coś zawsze zgrzytało, uwierało, zawstydzało. 

Ciężko dokładnie stwierdzić kiedy nastąpił przełom w mojej garderobie. Myślę, że to przychodziło powoli i po kolei uświadamiałam sobie niektóre sprawy. Przykładowo rezygnowałam z noszenia geometrycznych wzorów, których nie cierpię, a jednocześnie, nadal nie będąc przekonana jaki krój spodni do mnie pasuje, kupowałam co popadnie. I tak krok po kroku doszłam do obecnego stanu! 

W kompletowaniu garderoby, jakkolwiek to brzmi, z pewnością pomaga mi moje malutkie natręctwo... Absolutnie nie znoszę magazynowania! Jeśli czegoś nie noszę, nie używam, nie potrzebuję, to nie ma opcji by zalegało to w moim mieszkaniu. Nie, nie istnieje nic takiego jak "może kiedyś się przyda", "żal się tego pozbyć", "nigdy nie wiadomo". Wiadomo! Jeśli wkładasz to do czarnego wora i chowasz na strychu to znaczy, że tego nie chcesz. Sprawa jest dla mnie prosta.
Jeśli więc popełniam gafę, czy to dziewiarską czy zakupową, nie skazuję się na życie z nią, tylko eksmituję z domu. 

Druga sprawa, która mi w tym pomaga to niechęć do zakupów. Nie lubię spędzać czasu w sklepach. Robię to tylko wtedy gdy nie mam już wyjścia. Tak już absolutnie nie mam wyjścia :). Kupuję tylko to co naprawdę mi się podoba. Jeśli przymierzę bluzkę i jest "ok", ale w sumie to nie wiem, to nie ma opcji bym wydała na nią pieniądze. Wolę nie kupić nic i wrócić po kilku godzinach do domu z pustymi rękoma. 
Nie oznacza to, że nie czerpię żadnej przyjemności z nabywania nowych rzeczy. Jeśli jakiś produkt mnie zachwyci (czyli będzie dokładnie taki jak trzeba!) to, z tą znaną Wam zapewne przyjemnością, klikam "do koszyka" bądź lecę do kasy. 

Chociaż obecnie jest to częściej klikanie niż chodzenie po sklepie. Dlaczego? Bo sieciówki mi po prostu nie odpowiadają. Skłamię jeśli powiem, że wszystkie ubrania mam tylko z super ekstra niszowych sklepów, z produkcją w Polsce, ale staram się wybierać już tylko i wyłącznie dobre jakościowo produkty. Jako minimalistka cieszę się z posiadania kilku porządnych, dobrze skrojonych i wytrzymałych rzeczy. Nie pragnę mieć szafy pełnej ubrań. Życie nauczyło mnie jeszcze, że kupowanie tanich ubrań się po prostu nie opłaca... takie produkty nie wytrzymują (w dobrym stanie) dłużej niż sezon, góra dwa. Czasem ten duży, jednorazowy wydatek jest większą oszczędnością. Nie dość, ze produkt zostanie z nami kilka lat, bo zdarza się i tak, to dodatkowo jest najczęściej lepiej wykonany, z użyciem wyższej jakości tkanin. Komfort noszenia jest więc zupełnie inny!
Tę samą zasadę stosuję w dziewiarstwie. Dziergam już tylko z dobrych włóczek, bo taki sweter jest po prostu o niebo lepszy! Milszy, delikatniejszy, trwalszy, piękniejszy. Wolę mieć jeden dobry sweter niż kilka gorszej jakości, gryzących. Bo tu oczywiście pojawia się też kwestia wrażliwości - moja skóra nie toleruje żadnego podgryzania, naturalnie więc przerzuciłam się tylko na te najmilsze w dotyku. Dziergam teraz mniej, wolniej. Tym bardziej pragnę po tym miesiącu czy dwóch mieć coś wyjątkowego.

Jaki jest mój styl? Myślę, że jest to połączenie prostoty, minimalizmu i romantyczności. Uwielbiam urocze rzeczy, ale nie popadam w skrajność - nie dla mnie koronkowe kołnierzyki czy fikuśne falbanki, bo mimo że bardzo mi się podobają, czuję się w nich śmiesznie. Lubię tę kobiecą, a nie dziewczęcą romantyczność. Romantyczność codzienną, nienachalną. Bez tiuli czy koralików.
Kluczowa jest dla mnie wygoda. Nie założę nic w czym nie czuję się swobodnie. Bez względu na to jak dobrze to na mnie leży. Nie zależy mi na tym. Dawno minęły czasu gdzie chciałam wyglądać wystrzałowo, robić wrażenie. Moim zdaniem najpiękniej wygląda się w tym w czym jednocześnie czujemy się dobrze i jest nam w tym do twarzy. Nie noszę więc szpilek, eleganckich ubrań, obcisłych sukienek... To nie jestem ja. Nie ma więc co się oszukiwać. 

Ostatnio Ola napisała świetny post, który jest początkiem dłuższego cyklu - klik! Mówi on o tym jak komponować swoją garderobę i idealnie przedstawia różnice między tym (uwaga, cytuję!) 'jak chciałabym móc wyglądać', a 'jak chciałabym wyglądać'. Prosto, ale w samo sedno. 
Podoba mi się wiele rzeczy, czasem niesamowicie od siebie odległych! Rzecz w tym, że nie wszystko do mnie pasuje, i nie chodzi tylko o figurę czy urodę, ale o charakter i styl. Niektóre rzeczy więc tylko podziwiam na kimś, a sama twardo trzymam się swojej ścieżki. I nie żałuję!


Teraz czas bym Wam tę ścieżkę zobrazowała. W mojej szafie najwięcej jest swetrów. Co wydziergałam od czasu jak nauczyłam się trzymać druty, możecie zobaczyć tu: klik! Mimo że większość z nich była według mnie obiektywnie ładna, tylko cześć została za mną do dziś. Pokażę Wam poniżej co faktycznie noszę z przyjemnością, co pasuje do mnie i przydaje się w mi w życiu. Część projektów była zwyczajnie nieudana, niektóre "odpadły" ze względu na kolor czy wybór włóczki. A były też takie, które podobają mi się tylko na kimś i ostatecznie nie czułam się w nich dobrze.

Najczęściej możecie zobaczyć mnie ubraną w ulubione, bardzo dopasowane jeansy i sweter. Na początek pokażę te, które noszę wyjątkowo często. Wszystko w nich jest dokładnie takie jak lubię - od kroju, po kolor i materiał.

Twill and Plain

Delikatnie oversizowy krój, długie, ciepłe rękawy i ten neutralny, ale uroczy kolor. Ulubieniec! Nawet dziś w nim biegam :)

Majula

Idealna do spodni! Czuję się w niej cudownie. Cieszę się, że wybrałam złoty, jasny odcień żółci.

Lea razy dwa.

Noszę je do spódnicy i do spodni. Choć do spodni muszę założyć coś pod spód, bo długość jest "na styk". Prosto i romantycznie jednocześnie. Dopiero od jakiegoś czasu lubię dopasowane swetry - pewnie ma to coś wspólnego ze spadkiem wagi :)

Sibella

Podobnie jak sweterek Lea.

Melanie

Uwielbiam ten klasyczny wzór! Połączenie z moherem sprawia, że jest wyjątkowo mięciutki i po lecie tylko czekam, aż będę mogła go na siebie założyć. Pasuje absolutnie wszędzie. Robię właśnie drugą wersję w zieleni :)

Sunset Highway

Najbardziej szałowy sweter w mojej szafie. Ale pastelowe kolory sprawiają, ze pasuje tam idealnie. Moim zdaniem jest niezwykle uroczy i bardzo się lubimy:)

To te swetry noszę najczęściej, bo dobrze się w nich czuję w domu, na spacerze, w restauracji czy u znajomych na imprezie. Są proste, wygodne, romantyczne oraz mają to coś!
Teraz swetry, które lubię równie mocno, ale zakładam je zazwyczaj na spacer, na zakupy lub po domu. Są bardzo wygodne i ciepłe. 

Puntilla

Czuję się w niej miło i wygodnie. Niekoniecznie jednak zakładam gdy chcę ładnie wyglądać "do ludzi".

Trevor z prawej i Cosy Wifey z lewej (edit: na odwrót! co ja mam z tymi stronami:))

Moje cieplutkie i mięciutkie skarby! Takie swetry są dla mnie bardzo ważne. Zakładam je i jest mi niezwykle wygodnie. Pełnią u mnie rolę wełnianej "bluzy". Oba mają kształt litery "A" i są ciut dłuższe. Ich neutralny kolor sprawia, że pasują zawsze i wszędzie. Jak coś trzeba wyprać, to najczęściej są to te dwa swetry. Bezlitośnie je zużywam.

Merigold

Jest ze mną już tak długo, a wygląda jak nowa! Tak samo jak Puntilla jest to mój codzienny, domowy sweter. Niestety mimo swojego uroku, kolor już trochę mniej mnie przekonuje. Tak jak Wam pisałam odeszłam od jaskrawych, intensywnych kolorów. Ale nadal bardzo ją lubię i na pewno zostaje ze mną.

Mam też kilka swetrów, z którymi jeszcze nie do końca wiem co począć. Podobają mi się, ale jednak z jakiegoś powodu nie sięgam po nie zbyt często.

Understory

Naprawdę bardzo go lubię i w życiu nikomu nie oddam... ale niestety pogoda ciągle robi mi psikusa! Understory jest ciepły i duży. Nadaje się jako odzież wierzchnia, w chłodny jesienny czy wiosenny dzień. Niestety od roku we Wrocławiu albo jest bardzo ciepło, albo bardzo zimno. A pod kurtkę zimą wolę zakładać coś bliżej ciała. Czeka więc na swoją kolej. Taki mięciutki i puchaty...

Sealky

Może nie jest to sweter codzienny, bo jednak trzeba założyć coś ładnego pod spód, ale bardzo chętnie bym go nosiła gdybym... nie wydziergała niebieskiego! :( Tak się kończy eksperymentowanie. Błękity i granaty noszę tylko na spodniach czy na letnich sukienkach. Sweter w tym kolorze nie jest tym czego pragnę. Jak ja zazdroszczę jednej testerce jej cukierkowej wersji!

I na koniec Endearment i Old Romance

Ich największą wadą jest bycie kardiganem. Nie lubię nosić otwartych swetrów! (to odpowiedź na pytanie czemu nie zaprojektowałam dotąd żadnego kardigana:)) Ten z lewej pewnie niedługo mnie opuści, bo pasuje tylko do jednej sukienki, poza tym jest... niebieski :). Ale z Old Romance mam większy problem, bo kolorystycznie bardzo mi odpowiada, plus jest bardzo w moim stylu. Nie wiem... myślę.

I tak. To wszystko jeśli chodzi o swetry! Co stało się z pozostałymi? Kilka najstarszych wyrzuciłam, nowsze, z dobrej jakości włóczki oddałam bądź sprzedałam. Mój styl się zmieniał, albo raczej kształtował. To co podobało mi się 3 lata temu dziś już w ogóle mi nie leży.
Odkryłam, że nie lubię nosić swetrów z grubych, gładkich włóczek. Dlatego mój Blue Sand czy Flaum znalazł już nową właścicielkę. Dodatkowo kolory w tych swetrach były zupełnie nie moje. Inky, mimo że krojem nadal mi jako tako odpowiada, po prostu się zużyła, a kolor... tak jak pisałam. Jaskrawe odpadają! Compass Pullover okazał się niepraktyczny, a Saoirse po prostu do mnie nie pasuje. Nie noszę odkrytych pleców. I tak dalej...

Teraz to wszystko wiem. Po latach upierania się, że nie wydziergam nigdy dwa razy tego samego projektu, z przyjemnością powracam do sprawdzonych, ukochanych projektów. Wybierając wzór na Ravelry nie daję się owładnąć fascynacją! Podchodzę z głową do każdej robótki, bo najważniejsze jest dla mnie to, czy ostatecznie mi się to do czegoś przyda. Tak samo z kolorem. Jak widzicie królują u mnie róże, zielenie i żółcie. Mam też kilka neutralnych odcieni jak beż czy szarość, ale nie nazwałabym ich ulubionymi kolorami. Są mi obojętne.

Tak jak pisałam wyżej, najczęściej chodzę ubrana w jeansy i sweter. Kupowanie spodni zawsze było dla mnie dramatem. Jestem średniego wzrostu (169cm), mam całkiem szerokie biodra i absolutną nienawiść do biodrówek. Nigdy nie byłam zadowolona ze spodni. Kupowałam je zazwyczaj w sieciówkach, przecierały się w ciągu pierwszego roku, najczęściej były za długie (one size), a mi się później nie chciało lecieć do krawcowej i tak chodziłam jaka ta oferma. Próbowałam różnych materiałów i kolorów. Na szczęście te czasy minęły bezpowrotnie. Wiem, że lubię tylko jeansy. Wszelkie materiałowe, a już w ogóle eleganckie spodnie, odpadają. Krój od kilku lat ten sam - dopasowane od dołu do góry, zapinane powyżej bioder. I w końcu lubię na siebie patrzeć :).

Kupuję tylko jeansy dobrych marek. Leżą perfekcyjnie i są bardzo wytrzymałe. Kosztują o wiele więcej, owszem, ale chodzę na okrągło w dwóch parach i kolejne zakupy muszę zrobić dopiero po 2 latach (a te stare nadal są w niezłej formie!). Oznacza to, że w jednej parze spodni, dajmy na to Levisów, śmigać mogę kilka lat, co wcześniej było niemożliwe. I można wybierać wśród wielu rozmiarów i długości nogawek.

Obecnie mam dwie pary "staroci", które użytkuję intensywnie każdego dnia, a wczoraj skoczyliśmy z Mateuszem do sklepu po nowe, bo akurat przyszedł na to czas (idzie jesień!). Jeansy kupujemy zawsze w Factory Outlet we Wrocławiu. Spodnie takich marek jak Levis, Lee czy Wrangler są tam w niższych cenach. Pewnie kosztem nie bycia trendy, ale jaka to różnica, jeśli właśnie te klasyczne podobają nam się najbardziej!

Cztery pary spodni to już nawet nadmiar jak na mnie, ale coś czuję, że jasne z pierwszej fotki zaraz się rozlecą :) Nie czuję potrzeby posiadania wielu par i wyglądania każdego dnia inaczej. Trzymam się też tych samych kolorów - średnich i ciemnych odcieni jeansu. 

Oprócz swetrów zdarza mi się założyć do spodni coś innego. Ale jest to raczej rzadkość. Mam w szafie tylko jedną koszulę i jedną bluzkę z długim rękawem:


Koszula mnie zauroczyła, a bluzka to zakup czysto praktyczny. Przyda się do spódnicy na jesień.

I teraz coś do czego mam okropną słabość... sukienki! Ale mimo tej słabości nie mam ich wiele. Noszę je rzadziej niż spodnie, więc nie czuję potrzeby wypełniania nimi mojej garderoby. Dodatkowo staram się wybierać tylko takie, które są absolutnie w moim stylu! Jedna czy dwie takie sukienki cieszą o wiele bardziej niż cała szafa tych "po prostu ładnych".
Oczywiście opisuję tu ubrania, które są na okres jesień-zima-wiosna. Latem nie noszę jeansów, swetrów czy sukienek z długim rękawem, więc naturalnie oprócz topów czy t-shirtów te dwa sezony nie mają zbyt dużej części wspólnej.

Sukienki na bardzo chłodne dni mam tylko dwie. Są idealne na jesień/wiosnę, ale i wyposażona w odpowiednie rajstopy z przyjemnością noszę je również zimą.


 Moja najukochańsza Aglaia!

Gdybym mogła być sukienką to wyglądałabym właśnie tak! To jest właśnie dokładnie to co uwielbiam... od koloru, po krój i detale. Nie sądziłam, że istnieją ubrania stworzone dla mnie, aż nagle odkryłam tę markę (Marie Zelie). Jakość jest obłędna, materiały piękne i solidne. Wszystko leży i układa się perfekcyjnie. Nawet nie szukam już za bardzo innych sklepów. Zostałam kupiona.


Mimo że różni się klimatem od tej pierwszej, to bardzo odpowiada moim wymaganiom. To luźna, koszulowa sukienka z miękkiej bawełny. Jest bardzo wygodna i ładnie leży. To też polska marka (Rabarbar).

Obie sukienki mają kieszenie co jest dla mnie dużym plusem.

Napisałam, że mam dwie, ale właśnie dotarła do mnie kolejna, która zostanie jeszcze parę razy przymierzona i ostateczną decyzję podejmę zapewne jutro. To znowu Marie Zelie, ale tym razem bardziej prosty, codzienny krój. (edit: model ze mną nie zostaje, bo xs okazało się za duże! A xxs za małe :) za to pozostając w zielonych klimatach skusiłam się na ten model: klik! Rozmiar xxs! Coś tu nie gra, ale za to leży pięknie. Uwielbiam!)

Poszukuję sukienki, w której chciałabym siedzieć nawet w domu, przed komputerem. U mnie to nie takie oczywiste! Ta koszulowa sprawdza się idealnie w takich sytuacjach, poszukuję więc kolejnej. I w zasadzie więcej sukienek nie planuję.

Na cieplejsze jesienne i wiosenne dnia mam jeszcze jedną sukienkę i tylko jedną spódnicę (też Marie Zelie). Wykonane są z wyjątkowo cudnej wiskozy (nie sądziłam, że ten materiał może być "gruby" i tak gęsto pleciony). Ubrane do sweterka czy bluzki z długim rękawem będą idealne na słoneczną pogodę. Powiedziałabym, że nawet prędzej im do przejściowych niż letnich. Może dlatego, że latem wolę bardzo cienkie, zwiewne ubrania.

I kolejny raz... gdybym mogła być sukienką! Tak dokładnie mi w duszy gra! Uwielbiam! Nie mogę się na nią napatrzeć :)

Spódnicę chyba już znacie?:) Lubię kwieciste wzory, ale tylko i wyłącznie te duże. Wszelkie drobne kwiatki u mnie odpadają.

Proszę mnie tylko nie podejrzewać o sponsorowany post! Raz, że absolutnie brzydzę się taką formą reklamy, to dwa, że nigdy nie trzeba było mnie namawiać, bym z własnej woli chwaliła to co podziwiam! Trafienie na ten sklep było momentem przełomowym w mojej szafie. Mam jedną spódnicę, ale za to jaką! Więcej nie potrzebuję :) Lubię mieć mało i konkretnie.

Myślę, że kiedyś wybierałabym bardziej kwieciste sukienki. Teraz jednak stawiam na solidy. Łatwiej się je nosi, łatwiej dobrać do nich dodatki. Pasują na wiele okazji!

Mimo, że moja szafa nie jest neutralna kolorystycznie, to mam poczucie, że wiele rzeczy tu do siebie pasuje i stanowi bazę do różnych stylizacji (chyba nie lubię takich słów:)). Moim podstawowym kolorem jest przydymiony róż, ale co raz chętniej sięgam po różne odcienie zieleni, a złoto lubię równie długo co słodkości. Nie gardzę beżem, brązem i szarością. Nie widzę się zupełnie w turkusach, fioletach czy czerwieniach. Czarny dopuszczam, zwłaszcza w dużych formach jak płaszcz. Jeszcze nie wiem co sądzę o rudościach czy bordo. Póki co bardzo podoba mi się moja całkiem zrównoważona kolorystycznie szafa:

Z zielenią, mimo że ją lubię, zawsze miałam problem. Moim zdaniem łatwo stworzyć odcień kiczowaty. Butelkowa, mszysta, czy ta pastelowa, ale przydymiona podoba mi się ogromnie, ale wszelkie trawy i pistacje są u mnie nie do zaakceptowania. 

Jak widzicie nie mam nawet białej koszuli! Oczywiście nie pokazałam Wam wszystkiego, bo pominęłam stroje letnie czy topy, które jakby nie patrzeć noszę przez cały rok. Na jesień czy zimę wybieram jednak bardziej proste, basicowe t-shirty. Wygodniej ubrać je pod sweterek. I one dość szybko się u mnie zmieniają, bo noszone blisko ciała i w zasadzie każdego dnia zużywają się o wiele szybciej.

Mam też ubrania i buty sportowe czy trekkingowe na każdy sezon, oraz zestawik "domowy", czyli bluza i stare portki. Ja z tych co przebierają się po wejściu do domu:).

Jeszcze kwestia butów. Przez 90% czasu tuptam sobie w adidasach. Moje stopy nie lubią zbyt dużego wydziwiania, poza tym priorytetem jest dla mnie wygoda. Do sukienek oczywiście nie zakładam sportowego obuwia (chociaż ta nowa polówka czy kraciasta mogłyby nieźle z nimi wyglądać). Nie lubię kupować butów, a moje nogi nie znoszą nowości, zwłaszcza tych twardych. Niemniej mam kilka wyjściowych par, które uzbierałam w ciągu kilku lat. Ciężko znaleźć mi półbuty, które przy dłuższym chodzeniu nie masakrowałyby mi stóp. Myślę, że to lata przechodzone w twardych, byle jakich butach odbiły się na zdrowiu i teraz do końca życia będą cierpieć. Albo po prostu nie umiem chodzić :)

Dobre buty to płaskie buty.

Bardzo je lubię choć oczywiście pod koniec dnia dają mi czasem w kość. Jak wszystkie. No, może ciut później. Dlatego je lubię :)

Te uwielbiam za klimat i kolor! Ale... no tak, dobrze myślicie. Ale jestem przypadkiem szczególnym. Nawet kapcie potrafią mnie obetrzeć. 

Nie jest tak, że gardzę wszelkimi obcasami:

Świetne są do sukienki i czarnych rajstop. Delikatnie ocieplane, więc śmigam w nich nawet późną jesienią. Obcas jest gruby i niewysoki, są naprawdę wygodne.

I na koniec o butach zimowych. Bo mam parę słów do przekazania. Drodzy producenci butów. O co wam chodzi z tymi kozakami? Dlaczego zimowe buty nie są ocieplane?! W zeszłym roku przeszliśmy wzdłuż i wszerz wszystkie sklepy w poszukiwaniu klasycznych, czarnych kozaków, które mogłabym nosić zimą... i co? I znalazłam tylko jedne (oczywiście je kupiłam)! Może ja czegoś nie wiem, oświećcie mnie, ale zakładanie cieniutkiej skóry na stopy, gdy na zewnątrz śnieg czy mróz wydaje mi się nierealne. Dodatkowa skarpeta? Serio? Gdy kupiłam butki za kilka stów? Może gazety?:)

Na szczęście znalazłam i będę o nie dbać należycie, bo niestety sklep ten (Aldo) wycofuje się z Polski i szanse na przyszłe futerko w kozaku drastycznie spadły. 

Nie dość, ze są ciepłe to jeszcze bardzo ładnie wykonane. Pasują idealnie i do spodni i do sukienki. I mają bieżnik! I to są moje jedyne buty zimowe.

Nie mam pojęcia czy w ogólnym pojęciu mam dużo czy mało rzeczy. Dla mnie jest to akurat. Nie tworzyłam nigdy żadnych list, nie czytałam poradników czy książek o tworzeniu garderoby. Nie podążałam za modą. Obserwowałam siebie i sukcesywnie pozbywałam się nienoszonych ubrań, oraz uzupełniałam szafę o elementy przeze mnie pożądane i sprawdzone. Na szczęście nie mam jakiejś szczególnej potrzeby posiadania czy kupowania ubrań (no może te sukienki!). Zdarzało się, że chodziłam przez jakiś czas w jednych spodniach bo nie miałam ochoty iść do sklepu, albo nie mogłam znaleźć niczego godnego uwagi.

Jak już uda się ustalić swoje zasady w tej kwestii to o wiele łatwiej jest robić zakupy czy wybierać wzory do dziergania. Łatwiej i oszczędniej. A już zdecydowanie przyjemniej!

Ciekawa jestem Waszych przemyśleń i opinii! 
Pozdrawiam Was serdecznie,
Marzena

piątek, 31 marca 2017

Zadbaj o swój sweter... część 3

Już prawie dwa lata minęły od ostatniego wpisu na ten temat! Co prawda akurat w tym przypadku jest to plus, bo mam czas wydziergać nowe, poużywać "stare" i zobaczyć jak się sprawują. Poprzedni post możecie znaleźć tu: klik!  

W tym czasie przychodziły nowe udziergi, odchodziły te nieużywane, cześć umarła śmiercią naturalną. Bardzo lubię tę serię, bo dzięki niej nie dość, że zauważam lepiej swoje błędy w traktowaniu wełnianych rzeczy, to jeszcze mam taki skrót swoich prac, od razu widać jakiego koloru i fasonu mi brakuje :).

Obecnie dziergam z samych wysokogatunkowych wełen, jedwabi, kaszmirów i moheru. Wiem też, że różnica w zużywaniu, noszeniu, dbaniu i wyglądzie jest ogromna! Sweter z dobrej wełny to inwestycja na kilka grubych lat. A jaka jest różnica? Pomijając kwestie estetyczne bo przecież to indywidualna sprawa, dobra wełna po prostu się nie starzeje. Zdarzyło mi się tak z poprzednimi swetrami, że po piątym praniu sweter matowiał, w dotyku był bardziej szorstki, po goleniu wcale nie odzyskiwał świeżości, był "przyklapnięty", tracił puchatość czy sprężystość. No wyglądał na zużyty. 

Nigdy nie oceniam wełny pod kątem mechacenia. Bo akurat niemalże każda wełna się mechaci (są wyjątki, o tym niżej!), w zależności od tego jak jest skręcona, z ilu nitek i z czego dokładnie się składa. Drobne kuleczki, w strategicznych miejscach będą się pojawiać choćbyś nie wiem co wyczyniał. Strategiczne miejsca to dla mnie boki rękawów i pacha. Tam wełna ociera się o siebie i jeśli ma włosek, to ten włosek w końcu się zrobi małą kuleczką. Tak działa wełna, co poradzić. Ale jak pisałam, nigdy nie oceniam wełny pod tym kątem, choć bardzo doceniam fakt, że moje swetry golę raz do roku, albo i rzadziej. 

Dobra wełna będzie po każdym (odpowiednim) praniu, każdym goleniu wyglądać tak samo. To jest moja definicja dobrej wełny :). Będzie mieć połysk, jeśli miała go wcześniej, będzie zadziwiać miękkością i delikatnością, nie straci koloru, nie wyciągnie się, będzie trzymać kształt. Jeśli wełna, z której dziergamy sweter taka właśnie jest, to mamy gwarancję, że jeśli nie schrzanimy czegoś po drodze, to sweter założymy za 10 lat. O ile będzie pasował :).

Z każdym dniem uczę się czegoś nowego o wełnie, poznaję ją, wiem co lubi, czego nie. Dzięki temu, że straciłam już parę swetrów z mojej winy, jestem mądrzejsza! Mam nadzieję, że dzięki temu co napiszę Wam uda się uniknąć paru przykrych chwil. 

Poniżej swetry, o których mam coś do powiedzenia, czyli chodzę w nich często, albo zaobserwowałam coś ciekawego (cała moja obecna kolekcja z szafy na samym końcu :)).
Wszystkie swetry obecnie piorę wyłącznie w zimnej wodzie, z odrobiną Eucalanu (jaśminowy!), wkładam w ręcznik, albo po nim tuptam, albo zapominam o nim na cały dzień, a potem suszę na płasko.

No to najpierw ulubione - róże!
 Od góry:
  1. Mélanie zrobiona z Julie Asselin Fino i moherowej Anatolii. Nie mam milszego swetra w szafie. Anatolia jest tak delikatna, że aż trudno nie miziać jej cały czas. Nic a nic nie gryzie. Włosek jest niewielki, ale nadaje tego puszku, jakiego oczekujemy. Jako że to moher od czasu do czasu wybiorę z rękawa kłaczek bardziej zbity. Nie goliłabym jej z pewnością! To jeden z tych swetrów, których nie trzeba blokować i specjalnie układać by dobrze wyglądał.
  2. Ta słodycz to mój ulubiony kolor :) Sweter to Compass Pullover, zrobiony z Fino (wełna, kaszmir, jedwab). Kto macał fino to wie, że w zdaniu "o ludzie, jak rozkosznie miękko!" nie ma odrobiny przesady! Sweter przeszedł próbę w dniu poprzedzającym nasz ślub. Było chłodno, założyłam sweter do przygotowań, a tam stał wielki namiot z rzepami... Ogólnie średnio wtedy na niego uważałam. Troszkę się potargał w miejscu przyczepienia do namiotu, ale po praniu i leciutkim podgoleniu zniknęło absolutnie wszystko. A co o wzorze? Teraz kilka rzeczy zrobiłabym inaczej. Pewne zmniejszanie przy dziurach nie wygląda estetycznie, troszkę się wyciąga ten karczek. Nie wiem co jest, ale ewidentnie coś nie tak, ale pewnie tylko ja to widzę.
  3. Light Trails dziergałam z własnoręcznie farbowanej wełny BFL. Nie chodzę w nim tak często jak kiedyś, bo mam trochę nowości, które są moimi faworytami, ale nadal trzymam go w szafie, bo zwyczajnie się lubimy. Nic się nie zmienił od czasu poprzedniego wpisu, czyli nadal jest w porządku.
  4. No to teraz Puntilla zrobiona z Julie Asselin Milis. Uwielbiam tę słodką koronkę! Połysk, miękkość i zwiewność nadal ta sama, a to jest sweter, który zakładam bardzo często. Milis to singiel (pojedyncza nitka, słabo skręcona), co sprawia, że jest "puchata" i miękka, ale mechaci się trochę bardziej niż inne. Ale tu znowu mówię tylko o tych strategicznych miejscach, gdzie raz na pół roku pojawia się kilka małych kuleczek. Wełna posiada charakterystyczny meszek, nie należy tego mylić z mechaceniem. W motku jest cieńsza, gładsza, ale należy ją dziergać na ciut większych drutach niż nam się wydaje. Milis puchnie po praniu, wypełnia szczeliny i dostaje tego miziastego meszku. 
  5. Leizu Worsted w Cold Breath, czyli w moim ulubionym, okropnie ciepłym swetrze! Leizu to połączenie merynosa i jedwabiu, ma piękny delikatny połysk, jest bardzo, bardzo sprężysta! Mechaci się tylko po lewej stronie, najpewniej od spodni. Od czasu do czasu znajdę jakąś kulkę, ale nie mam potrzeby go golić. Wygląda jak nowy :).
Kolory ziemi:

  1. Ostatnio wydziergany Old Romance z Fino. Wariuje na punkcie Fino, niech mnie ktoś wyśle do doktora. Wzór bardzo ciekawie dziergany, bardzo trafiony w moim przypadku. Noszę go często - do spodni i do sukienek. Wygodny fason, lekko luźne rękawy. 
  2. Cosy Wifey też zrobiłam z Fino. To sweter - bluza, noszony bardzo często, wszędzie gdzie się da. Nie wypowiem się na temat projektu, bo nie będę obiektywna, ale powiem, że wygodny jak mało który. Nigdy nie golony, za każdym razem, gdy wyjmuję go z szafy nie mogę się nadziwić miękkością i delikatnością. Jest jak nowy. To jest to o czym pisałam wyżej... dobra wełna jest dobra. Zawsze.
  3. Cosy Hubby, oczywiście też jest z Fino. I to Fino świetnie znosi męskie noszenie. Co prawda mężczyzna ten krzywdzi je niekiedy okrutnie, zaciągając i mechacąc go w dwóch tylko miejscach - na środku brzucha i na końcach rękawów. Jak to robi? A kurtką! Rzepy ma na wlocie do kieszeni i przy zamku. Ciągle mu tam muszę golić kłaki :D Po goleniu nie ma śladu zużycia, aż do następnego razu. Wiem też, że sweter grzeje, że o matko, bo ciągle mi przypomina!
  4. A ten na samym dole to Understory, mój najnowszy! Połączenie Milisa i Anatolii. Tak jak z Mélanie - jak połączymy dwie milutkie wełny to wyjdzie sweter milutki x2. Więc to mój drugi najmilszy sweter w szafie. Grzeje przyjemnie. Tyle na razie powiem, bo nosiłam go 4 razy - do sesji wisiał nieruszany! :)
Szarości i mój (rzekomo!) ulubiony żółty:
  1. Oj tak... wielbię miody, musztardy i bursztyny. Tak bardzo, że bojąc się, żeby nie mieć całej szafy w tym kolorze mam tylko jeden żółty sweter! Makabra. Merigold to mój niezniszczalny, nieśmiertelny projekt. No mówię Wam, ten Everlasting Sock od 2.5 lat ciągle w użyciu, ciągle! A nie golony ani razu, nawet jakbym chciała to nie wiem co miałabym tam golić... Tej nitki bardzo mi brakuje z Dream in Color. Nie jest to szaleństwo miękkości, jest po prostu miła i niegryząca, ale ta jakość i wytrzymałość! Kolor nadal tak żywy jak pierwszego dnia.
  2. Poniżej też ta sama nitka, tym razem w Stormwindzie. Rzadziej w nim już chodzę, ale nadal go lubię. Cała reszta patrz punkt wyżej. 
  3. Ta jasna srebrna szarość to Trevor zrobiony z Fino Echo i Piccolo Fusain. O Fino już pisałam, nie będę się powtarzać bo mnie zablokujecie. Ale o samym projekcie powiem tyle - cudny! Tak wygodny, tak klasyczny, tak ładny i prosty! Róbcie!
  4. Ta cieplejsza szarość to Birch w Leizu DK (tu dobrze widać subtelną różnicę między tymi dwoma farbowaniami). Sweter to Mateuszowy Lumberjack - Leizu to świetna włóczka dla tych mniej ostrożnych (czyli naszych mężów, partnerów i dzieci:)). Nie mechaci się, nie zużywa, grzeje jeszcze bardziej niż Cosy Hubby (ciągle o tym słyszę!). Jedna rzecz, którą mam zamiar poprawić - ściągacz. W tej nitce powinien być robiony bardzo ciasno, ponieważ z czasem się rozluźnia. Jeśli chcemy by ściągacz nie był tylko ozdobnym wykończeniem ale też opinał biodra, to wybierzcie o jeden rozmiar mniejsze druty niż planujecie. 
  5. I znowu Leizu DK, w moim długaśnym Blue Sand. Nie zakładam go często, w sumie nie wiem czemu (wystaje mi spod większości kurtek:)). Wełna ta po praniu się wydłuża, należy to uwzględnić przed dzierganiem. Ja jestem optymistką i widzę w tym same plusy! Mniej dziergania i mniej zużycia wełny, a efekt i długość taka jak należy! Ale warto o tym wiedzieć - włóczki z jedwabiem mogą tak mieć.
I skromna kolekcja w fioletowych i niebieskich odcieniach (obecnie na drutach błękit!):

  1. Endearment z Jilly od Dream in Color. Jilly jest niemalże taka sama jak Milis. To też singiel, też puchnie po praniu i ma ten przyjemny dla skóry meszek. Bardzo lubię ten sweterek, świetnie pasuje do sukienek. 
  2. Mój pierwszy większy projekt - Inky! Zrobiony z miłej Filcolana Arwetty Clasic, ma już 3 lata, wygląda dobrze, ale wełna delikatnie się zużyła, tak sądzę. Jest ładna, trzeba ją czasem ogolić, ale nie jest już tak miła. Rok temu zrobiłam mojej Inky operację. Nieudaną :) Chciałam odpruć guziki i przyszyć je inaczej, i zamiast nitki od guzika wycięłam nitkę z sukienki! Musiałam przyszyć plisę na sztywno by to uratować. Brawa dla mnie :).
  3. I po raz kolejny Leizu Worsted w ametystowym kolorze. Wyjątkowo dla mnie w fioletach, ale wcale nie żałuję. Wełna jest bardzo sprężysta, w wzór (Flaum) jeszcze bardziej. Po każdym praniu muszę go leciutko zblokować by się wydłużył.
I na koniec bonus - wszystkie moje (i Mateusza) większe udziergi, plus trzy szale. Pojawiła się tu jeszcze Rosy Cheek, Saoirse i Marina. Nie miałam okazji ich założyć dłuższy czas, więc są tylko w podsumowującej stercie:

To nie są oczywiście wszystkie rzeczy jakie wydziergałam (nie liczę akcesoriów zimowych). Jakiś czas temu oddałam w zaprzyjaźnione łapki trzy swetry i bluzeczkę. Nie lubię magazynować... jeśli wiem, że czegoś nie założę, bo się w tym źle czuję, bo kolor jednak nie mój, to po prostu szukam mu nowego przyjaznego domu. Lubię mieć w szafie (ha, ha! Mamy szafę!!!) tylko to co naprawdę mi się podoba, to co chcę nosić. Inaczej skręca mnie od środka. Jeśli sweter się zużyje to z bólem ale zostaje po prostu wyrzucony. Czasem to moja wina, czasem wełny. Możecie porównać z poprzednimi postami co zniknęło. Ja nie mam serca tak wypunktowywać:)

Kilka słów o szalach - jak widać przełamałam się i zaczęłam je lubić. Mam na razie trzy, póki co swetry nadal mają pierwszeństwo. Wydziergałam każdy z nich z włóczki fingering, każdy ściegiem francuskim. Mimo cienkości włóczki szale grzeją zimą, nie są ciężkie, a na dodatek sprawują się też dobrze w pozostałych porach roku. To chyba najbardziej optymalna grubość wełny na szale. Ścieg francuski dobrze wygląda w takich prostych projektach w geometryczne wzory czy w paski, ale ma ten minus, że po każdym praniu trzeba go dobrze naciągnąć. Ten ścieg "ściąga" nam z czasem robótkę. Po namoczeniu trzeba go bez litości wyciągnąć i wytrzymuje tak mniej więcej do kolejnej kąpieli. Od góry: Angular z Fino i Piccolo, Crescendo z Leizu Fingering i Color Affection z Arwetty Classic i Lang Yarns Jawoll

Jak widać z zieleni mam tylko szal. Mimo rudości nie przepadam za tym kolorem, a raczej ciężko mi znaleźć taki, który byłby tym odpowiednim. Wszelkie wiosenne omijam, szmaragdy bardzo lubię, ale potrzebuję jeszcze trochę czasu, khaki to nie moja bajka. Teraz dorzucę na stosik jeszcze jasny błękit, a potem znając mnie coś różowego, albo może w końcu żółtego. Chociaż faza na brązy i beże jeszcze mnie nie opuściła.

Jak zawsze jestem ciekawa Waszych opinii i doświadczeń!

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

sobota, 30 lipca 2016

The cosiest life ever!

Czyli moja nowa, mini, ale za to bardzo przytulna kolekcja właśnie została opublikowana i jest dostępna w moim sklepiku na Ravelr: klik!
 Cosy Wifey i Cosy Hubby dostępne są oddzielnie, ale również wspólnie, w niższej cenie w formie mini e-booka.

 



W ramach testów powstało tyle cudnych wersji obu swetrów, nie mogę się na nie napatrzeć! Każda wersja jest piękna i mega przytulna! Dziękuję dziewczyny za pomoc! Jesteście wyjątkowe!!!
A cieszę się podwójnie kiedy mówicie mi, że Wasze swetry bardzo się podobają i z radością je nosicie (lub wasi mężowie:)). Niech się więc noszą jak najdłużej i sprawują jak trzeba :)

Pozdrawiam ciepło,
Marzena

czwartek, 18 czerwca 2015

Zadbaj o swój sweter...

Edit: Po kilku latach obcowania z coraz to lepszymi włóknami, moja opinia, jak i postępowanie uległo zmianie! Przeczytaj koniecznie najnowszy post z serii: klik!

...i nie napracuj się za dużo:).
Dzisiejszy post jest kontynuacją wpisu sprzed ponad roku, który nosił nazwę "Bo kto przejmuje się instrukcją?". Z perspektywy czasu ten nowy tytuł wydaje się zdecydowanie lepszy, a dlaczego, będziecie mogli przeczytać poniżej. 

Posty w tej serii będą pojawiać się rzadko, przynajmniej co roku. Muszę zdążyć nadziergać trochę swetrów i zdążyć je przetestować pod kątem noszenia i prania:). Kto jest ciekawy jak dbam o swetry, jak je piorę i jak to znoszą, zapraszam do przeczytania pierwszego wpisu (klik!), bo dzisiejszy będzie po części kontynuacją, tzn. opisem skutków moich poczynań.

W dalszym ciągu, jak widzicie w tytule i jego kontynuacji, lenistwo jest u mnie zbyt silne by w stu procentach postępować zgodnie z instrukcją prania i suszenia ręcznie robionych swetrów. Ale w ciągu tych kilkunastu miesięcy zdążyłam nauczyć się paru rzeczy, dostać w kość jak i popłakać nad swetrem. W tym czasie otworzyłam sklep z wełną i w zasadzie dziergam tylko z tego co sprzedaję, a jako że to półka dość wysoka, dbam o swetry bardziej niż to miało miejsce w lutym, zeszłego roku.

Ale w dalszym ciągu próbuję - co można prać w pralce, jak dana włóczka to znosi, czy koniecznie muszę suszyć na płasko? Mam nadzieję, że coś doradzę i Wam, przed czymś uchronię (lepiej uczyć się na czyichś błędach, prawda?) i dowiem się od Was czegoś na ten temat.



Szary melanż to Stormwind, który zrobiłam z Everlasting Sock od Dream in Color (wełna merino). Jest to stara baza, której już nie mam w sklepie. Zastąpiła ją podobna, ale bardziej sprężysta włóczka, skręcona z dziewięciu nitek. Ten mój jest 8ply i to da się odczuć. Jest mocna, nie mechaci się, ani razu nie goliłam tego swetra, a noszę go często, jako że jest to zdecydowanie codzienny sweter. Żadnego swetra nie piorę w pralce, tylko ręcznie w chłodnej wodzie, ale niektórym serwuje wirowanie na 400 obrotach. On do nich należy. Z racji wzoru, za każdym razem go blokuję, więc nie wiem jakby wyglądał suszony tak jak cała reszta zwyczajnego prania- na sznurku/suszarce.

Sweter poniżej to Lumberjack, niedawno wydziergany dla Mateusza. Ja po prostu uwielbiam Leizu... Julie ma już teraz trzy grubości tej włoczki. Ja zaczęłam od Worsted i tak się zachwyciłam, że zamówiłam sobie ponad dwadzieścia motków DK, a i na sock przyjdzie kolej. Dlaczego tak ją lubię? Sprężysta, mocna, lekko błyszcząca (10% jedwabiu, 90% merino), gładka, miękka, odporna na noszenie, daje dużo ciepła. Zdecydowanie mój swetrowy faworyt. Dlatego właśnie z niej zrobiłam sweter dla Mateusza. Wiem, że wytrzyma wszystko. Piorę ręcznie, czasem wiruję na 400 obrotach, zależy od tego ile czasu chcę mu dać do wyschnięcia. Za każdym razem wygląda tak samo w kwestii jakości i kształtu.

O Boxy z Bamboo Fine pisałam w poprzednim poście z serii. Bambus nadal jest miękki, ale zwyczajnie się powyciągał. Sweterek wygląda nieciekawie, w ogóle już w nim nie chodzę.

Pure Merino ciągle to samo - żyje, mechaci się trochę, nadal nie jest tak delikatny jakbym tego chciała, dlatego co raz rzadziej go zakładam. No podgryza mnie skubany. Ale żyje i trzyma formę. Dawno go nie prałam, ale chyba nadal wrzuciłabym go bez skrupułów do wirowania.

Rosy Cheek zrobiłam z Jilly DiC, teraz robię kolejną rzecz z tej włóczki. To singiel, czyli włoczka 1ply. Niestety w sukience nie pochodziłam za dużo... zimą cały czas biegaliśmy i załatwialiśmy sprawy mieszkaniowe, więc sukienki wisiały smutnie w szafie, bo ja zawsze stawiam na wygodę. Mogę powiedzieć za to co mi się wydaje... Po pierwsze włóczki tego typu przerabiałabym zawsze na większych drutach niż nam się wydaje. Po praniu lekko "puchną", i wypełniają ładnie te szczeliny między oczkami. Wydaje mi się, że czym mniejsze druty, tym większe ryzyko, że nam się będzie filcować. Nie wirowałabym ich, a na pewno nie prałabym w pralce.

Lace Merino poniżej to włóczka od Lana Grossa. Zrobiłam z niej Street Chic od Asji. Dawno w nim nie chodziłam, był schowany gdzieś głęboko w kartonie i tak leżał i leżał. Nie boję się go jednak wirować, ale niestety mam wrażenie, że za mocno się wyciąga.

BFL (blue faced leicester) to wełna, którą sama farbowałam. Zrobiłam z niej Light Trails. Piorę ją ręcznie w chłodnej wodzie, wiruję na niskich obrotach, suszę zwyczajnie, na suszarce. Lubię ten sweter, jest bardzo zwyczajny i czuję się w nim komfortowo. Niekiedy odczuwam w okolicach ściągaczy lekkie podgryzanie, ale i tak go lubię. Tylko mam wrażenie, że się rozjaśnił. I leciutko się mechaci.

No i znowu Leizu, tym razem Worsted, w sweterku od Joji - Cold Breath. To właśnie dzięki temu swetrowi tak bardzo się z nią polubiłam. Noszę go cały czas, piorę często, suszę na płasko, jeśli nie wiruję, albo wieszam zwyczajnie na suszarce, gdy jednak pozwolę mu się pokręcić w pralce. Cały czas wygląda jak nowy. Niezniszczalny!
To zdecydowanie zabawny stosik ze swetrami. Dwóch z nich w ogóle nie noszę, a jeden uwielbiam!

Znowu Everlasting Sock i znowu na starej bazie. I znowu ta sama historia - super się nosi, dobrze znosi pranie, nie mechaci się, suszę tylko na płasko bo liczba warkoczy wymaga lekkiego blokowania. Czasem wiruję, ale dla niego to nic wielkiego. A sweterek to Merigold.

Alpaca była opisywana w poprzednim roku. Chyba ani razu go nie założyłam od tamtego czasu...

Z zielonym jest tak samo jak z pasiakiem. Chyba nie czuję się za dobrze w takiej zieleni.
Sukienki z Safran Drops nie noszę zbyt często. Nie pamiętam kiedy był ostatni raz... Ale ją lubię:).

Frozen Fjord powstał z Milis od Julie Asselin. Kolejny singiel - i tak samo jak z Jilly, nie odważyłabym się włożyć go do pralki. Jeśli dba się o taką włóczkę to pozostaje piękna przez długi czas, ale wystarczy raz potraktować ją surowo i może nie być już tak okazała (a single mają to do siebie, że wizualnie i namacalnie robią wielkie wrażenie). Luźne przerabianie sprawia, że nie sztywnieje po praniu, ale tak jak pisałam, ładnie wypełnia szczeliny i jednoczenie pozostaje lejąca.

No i teraz najlepsze. Alpaca z Dropsa. Chcesz mieć sweterek z tej włoczki? Trzymaj ją z daleka od pralki! Piękna jest, zwłaszcza ten kolor, ale w chwili obecnej, ten sweterek pasuje na moją młodszą siostrę. Której nie mam.

Calm to gruby singiel od DiC. Podobnie jak z cieńszymi wersjami - przerabianie na większych drutach to klucz do długowieczności takich swetrów. A przynajmniej takie jest moje zdanie podparte doświadczeniem:). Jeśli robótka jest "ciasna" to trzeba mocno uważać, żeby nie sfilcowała się w strategicznych miejscach. Piorę więc go baaaardzo delikatnie, suszę na płasko i staram się za każdym razem lekko naciągnąć. Jestem już ciut mądrzejsza i zamiast obrażać się na single, po prostu robię to co należy. Nie jest tajemnicą, że takie włóczki są delikatniejsze od tych skręconych z kilku nitek, szybciej się mechacą, ale za to potrafią być zniewalająco miękkie, pięknie uwydatniają kolory i mają delikatny połysk. Sweter (klik!) ciągle czeka na małą poprawkę - chcę zrobić mu dłuższy ściągacz na około, bo jednak brakuje mi paru centymetrów do odpowiedniego opatulenia się nim.

Z Arwetty zrobiłam moją ulubioną sukienkę - Inky. Uwielbiam tą włóczkę, mimo że trzeba co jakiś czas użyć golarki do swetrów. Jest mięciutka, znosi dzielnie częste ręczne pranie, wirowanie, suszenie na wieszaku. 

Lace od Dropsa był już opisywany w tamtym roku. Niestety ciągle zapominam, że mam tą ażurową bluzkę i wcale w niej nie chodzę. Więc żyje i ma się dobrze:).

Kolejny sweter z Calm, to Fickle Heart od Justyny Lorkowskiej. Calm, oprócz tego, że jest miękki to jest też bardzo ciepły. Podobnie jak z tym kobaltowym - piorę delikatnie w ręku i suszę na płasko. Nie radzę inaczej:).

A na koniec wszystkie moje swetry (te które opisałam powyżej) razem, w całkiem sporym wełnianym stosiku:).

Nie są to wszystkie swetry jakie wydziergałam. Pomijając te kompletnie (teraz tak myślę:)) nieudane, z początkowego okresu mojej przygody z wełną, zabrakło to jeszcze kilku... Na przykład Carpino. Nitka, o której pisałam w poprzednim poście, zerwała się niedługo po, i Carpino umarło. Może i udałoby się je naprawić, ale tam się stały jakieś dziwne rzeczy - nitka się zerwała, kilka naokoło się sfilcowało i naprawdę mimo chęci poległam. 
Sweter Mateusza, Hell's Kitchen poszedł w zapomnienie bo nie do końca mi się udał. Myślałam, że będzie po blokowaniu w miarę trzymał formę, ale niestety z prania na pranie rękawy robiły się co raz węższe, korpus jakby lekko przykrótki. Nie wiem... Coś mi w nim nie pasowało. 
Kremowa Vitamina D, zrobiona z Silk Yarnart przestała być wyjściowa już po paru noszeniach. Włóczka początkowo bardzo miękka, po kliku (delikatnych) praniach stała się nieprzyjemna w dotyku i zaczęła się filcować pod pachami i wszędzie tam gdzie często się ją dotykało.
I chyba najgorsza strata... Zielony, mięciutki sweter - Breezy Cardigan. Obiecałam sobie wtedy, w lutym, że nie włożę go do pralki. I nie wiem co mnie podkusiło... wywirowałam i go straciłam. Znowu młodsza siostra by się ucieszyła. Choć i tak nie wyglądał już jak dawniej. A był wyjątkowy! Niesamowicie miękki i przytulaśny! 

Ta seria, tak myślę, ma pomóc/przestrzec/doradzić nie tylko Wam, ale i mi. Taki dowód na to co robiłam, dlaczego się stało tak a nie inaczej i co powinnam robić w przyszłości. Jak zrobię nowy sweter to zawsze mogę zajrzeć i zobaczyć co robiłam z tą włóczką dwa lata temu i jak to się skończyło. Poza tym widzę jak na dłoni jakich kolorów mi ciągle brakuje w szafie i ile swetrów udało mi się wydziergać przez ten czas i jak bardzo "nie mam w czym chodzić":).

Czekam na Wasze rady i spostrzeżenia!
Pozdrawiam ciepło,
Marzena