Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 października 2019

Algarve. Portugalia

Po wizycie w Sintrze (klik!) skierowaliśmy się prosto na południe, gdzie mieliśmy spędzić tydzień. To tam właśnie czekała na nas główna atrakcja tego urlopu! Zapisaliśmy się trzydniowy kurs surfowania!
To właśnie surfing sprawił, że obraliśmy Portugalię za nasz cel! Myśleliśmy o nim od dłuższego czasu, bo i mnie i Mateusza ciągnie bardzo do sportów wodnych, i chyba ogólnie do sportów, gdzie jest sporo zabawy. Z tego samego powodu wybraliśmy się na rafting podczas naszej podróży poślubnej. Mi się też jakiś czas temu mocno poprzestawiało w głowie - kilka lat temu byłam raczej spokojna, wolałam bezpieczną formę spędzania czasu, aktywną owszem, ale niezbyt szaloną, a teraz... teraz chcę próbować, doświadczać i po prostu korzystać z tego co oferuje życie! Robić szalone rzeczy, uczyć nowego, sprawdzać się w różnych dziedzinach. Sama myśl, że jeszcze tyle rzeczy jest przez nas nieodkrytych, że mnóstwo szaleństw przed nami, jest niezwykle ekscytująca!

Dotarliśmy późnym wieczorem do naszego hoteliku, który leżał na obrzeżach miejscowości Luz i odkryliśmy, że na zewnątrz jest zimno :) Wiał silny wiatr z oceanu. Właściciel poinformował nas, że taka pogoda utrzyma się kilka dni. Ach, wakacje w ciepłych krajach! 

Luz, w którym mieszkaliśmy to niewielka miejscowość w zachodnim Algarve. Znajduje się niedaleko Przylądka Świętego Wincentego (najdalej wysunięty na południowy zachód punkt kraju) dzięki temu mieliśmy blisko na południowe jak i na zachodnie wybrzeże. To drugie jest popularne wśród surferów, południe zaś to miejsce leniwego smażenia się na plaży.

Pierwszy dzień spędziliśmy w ten leniwy sposób. Spakowaliśmy rzeczy i ruszyliśmy w poszukiwaniu klimatycznej plaży i złotych klifów. Trudno nie trafić na piękną plażę w tym regionie. Aczkolwiek wiatr trochę przeszkadzał w smażeniu, zaś woda w oceanie była niczym jak ta, w naszym ukochanym Bałtyku - przeszywająco zimna! Czysta, krystaliczna, turkusowa... aż prosiła się o kąpiel, ale nie potrafiłam się przełamać. Miała chyba niecałe 18 stopni. Mateusza to nie zniechęca:

Wieczorem wybraliśmy się jeszcze do Sagres, pochodzić po klifach przy zachodzie słońca i zobaczyć Fortaleza de Sagres, które, gdy już obeszliśmy wszystko na około, zdążyło się zamknąć :)

Jak widzicie, chodzimy ubrani w sweter i bluzę. I tak mniej więcej było każdego dnia - ale głównie rano i wieczorem. Przyznam, że nie spodziewaliśmy się takich numerów i zabraliśmy ze sobą tylko po jednej sztuce ubrania z długim rękawem! Tak więc tydzień, dzień w dzień, moja biedna Majula była wystawiona na oceaniczny wiatr, piasek, krem do opalania i słoną wodę :)

W drodze powrotnej podziwialiśmy z klifów piękną plażę i surferów. W tym momencie poczułam się lekko niepewnie. Może nie widać tego na zdjęciu, ale fale były całkiem spore. Jak powiększycie zdjęcie to może uda Wam się wypatrzeć ludzi z deskami :)
 
Plaża i leniuchowanie tego dnia była super, ale to nic w porównaniu z dniem następnym. Nic nie poradzę na to, że to właśnie surfing zdominował (pozytywnie) nasze wakacje, przez co traktujemy resztę atrakcji po macoszemu! Słońce, piasek, klify... wszystko piękne, ale w porównaniu z mgłą z oceanu, wiatrem, falami i deską pod pachą są po prostu zwyczajne! Przechodzę więc czym prędzej do dnia następnego. 
Zapisaliśmy się do szkoły pływania w Sagres, oddalonego od Luz jakieś 20 km. Okazało się, że śniadania w hotelu podawane są od godziny dziewiątej, zaś w szkole stawić się mieliśmy o 8:40 :) Zakupiliśmy w sklepiku suche bułki, hummus, jogurty i soki pomarańczowe, i ruszyliśmy wcześnie rano, nie mając pojęcia czego się spodziewać! Czym bliżej byliśmy zachodniego wybrzeża, tym pogoda była mniej atrakcyjna - ocean dostarcza tam wielkie ilości wilgotnej mgiełki! Było naprawdę rześko! Początkowo mnie to martwiło, ale okazało się, że nie ma to żadnego znaczenia. A nawet odrobina chłodu była pożądana, bo w trakcie pływania potrafiło być naprawdę ciepło.

Nie sposób nie rozpoznać surfera gdy ten staje nam na drodze. Nasi trenerzy (w różnym wieku) wyglądali jak każdy surfer z filmów! Od wyglądu po zachowanie, wszystko było tam bardzo surferskie ;) Wiecie co mam na myśli? Rozwiane, splątane długie włosy, niedbały, ale wygodny ubiór, mocna opalenizna, pełen luz i wyjątkowo przyjacielskie podejście do każdego.


Wyposażyli nas w pianki, dobrali deskę i zapakowali, wraz z innymi uczestnikami, do starego minibusa. Mogliśmy ruszać! Przed każdą lekcją sprawdzano warunki na pobliskich plażach - niekiedy zawracaliśmy lub czekaliśmy na telefon od pozostałych trenerów, którzy obrali inną drogę i sprawdzali pozostałe miejsca. Im wystarczył jeden rzut oka na ocean by wiedzieć jak dziś zachowają się fale i prądy, gdzie jest bezpiecznie i gdzie będą dobre fale do nauki.

Na pierwszy dzień wybrano dla nas plażę z powyższego zdjęcia - Praia do Tonel! 


Gdy już wszyscy byli na miejscu (a była to całkiem spora grupa, która dzieliła się na mniejsze podgrupy, ze względu na poziom zaawansowania), zaczęliśmy rozgrzewkę, przydzielono nam instruktora Dave'a (myślę, że nie mógł mieć dużo więcej lat niż my) i w kilkuosobowej grupie zaczęliśmy naukę podstaw na piasku. Po założeniu pianki zrobiło się nagle bardzo ciepło! To dobrze wróżyło :) Wszak ocean nie zmienił swojej temperatury w ciągu jednej nocy.

Oczywiście zdjęć z lekcji nie mam za wiele. Nie było na to czasu, nie było chęci, nie było możliwości. Musicie polegać głównie na mojej opowieści:)
Pierwszy dzień był niesamowity! Bawiliśmy się tak dobrze, że nawet nie zauważyłam kiedy minęły 3 godziny w wodzie! Na początku nauczono nas trzymać deskę i płynąć na fali, leżąc na niej. Chyba nie mogli sprawić nam większej frajdy - robimy to od zawsze, ale bez deski. Ale to był dopiero początek - następnym krokiem było stanie na desce.
Nauka kroków wstawania odbywała się na piasku i gdy już każdy robił to w miarę płynnie, mogliśmy znowu wrócić do wody, gdzie szalała fala za falą. Oczywiście uczyliśmy się na tzw. "białej wodzie", czyli miejscu, gdzie fale się już załamują i pędzą w kierunku plaży. W porównaniu z morzem ocean ma niesamowitą moc - nawet najmniejsza fala potrafi ciągnąć aż do samego brzegu. Wiąże się to oczywiście z pływami. Biała woda jest idealna do nauki, bo możemy stać bezpiecznie na dnie i czekać na odpowiednią falę, bez konieczności manewrowania i utrzymywania się na desce.

Pierwszego dnia głównie spadaliśmy do wody:) Trzeba było dobrze opanować kroki wstawania, a na fali nie jest to już takie proste jak na piasku. Ale wszystko jest do nauczenia. Na początku zapomina się jaki jest algorytm, potem metodą prób i błędów próbuje się wykonać wszystkie wymagane ruchy i jednocześnie utrzymać się na desce, ale w końcu mózg załapuje i już nawet nie myślisz o tym co robisz! Potem pozostaje udoskonalić te ruchy, by były płynne. Samo stanie na desce i przepłynięcie choćby kilku metrów też nie jest takie proste na start. Odpowiednia pozycję załapaliśmy miej więcej na 3 i 4 lekcji (tak, było ich więcej niż 3, zaraz do tego wrócę:)) i wtedy mogliśmy dopiero zacząć naukę skręcania.

Już po pierwszym dniu wiedzieliśmy, że to jest absolutnie coś co pokochamy! Byliśmy zmęczeni wielogodzinnym targaniem deski pod prąd (to było najtrudniejsze:)), wstrząśnięci przez rozbijające fale nadciągające z trzech kierunków na raz, oblepieni solą i spieczeni słońcem, ale niewyobrażalnie szczęśliwi! Ja, posiadasz najdelikatniejszej skóry na świecie, miałam dodatkowo mnóstwo siniaków... i ran. Tak. Ran! Przy wstawaniu na desce ocierałam wierzchnią stroną prawej stopy o deskę, nieświadomie pozbawiając się naskórka. Zauważyłam to dopiero po wyjściu z wody, ale niespecjalnie się tym przejęłam. Było warto :)
Niestety powtórzyło się to na dwóch kolejnych lekcjach, musiałam więc zakupić ogromny wodoodporny plaster, bo nie mogłam już nosić nawet piankowych sandałów, tak bardzo bolała mnie noga. Zabawne jest, że nie czułam nic a nic podczas tych godzin w wodzie. Niestety to sprawiło, że bezlitośnie pogłębiałam ranę, nie dając jej się zagoić. Jeszcze widać blizny! Mateusz za to nie miał ani jednego, nawet najmniejszego stłuczenia, ani jednego zadrapania... Prawie całe wakacje wyglądałam tak:

Ach, gdyby nie gwizdek trenera, nigdy nie wyszlibyśmy z wody! Pianki zapewniły nam tyle ciepła, że nieraz zanurzaliśmy się celowo po czubek głowy bo tylko to mogło nas ochłodzić. W przerwach na odpoczynek, zamiast leżeć w słońcu, wracaliśmy bez deski do oceanu by porzucać się na fale. Tak, woda to nasz żywioł.
 

 Tak pięknie zrobiło się na koniec!


Podczas pierwszych trzech dni nauki instruktorzy byli z nami w wodzie. Pomagali przytrzymać deskę, łapać falę - bo tego też należy się nauczyć - tłumaczyli, poprawiali, pilnowali. Potem stali już na brzegu, obserwując nasze jazdy po falach i wskazując błędy, lub (hurra!) chwaląc dobre postawy, ładne skręty itp.

Drugiego dnia udało nam się zrobić kilka zdjęć podczas surfowania! Tego dnia miałam zajęcia tylko z Mateuszem, a uczył nas João, kolejny trener mniej więcej w naszym wieku. Lekcje, chociaż profesjonalne, były bardzo na luzie, w przemiłej atmosferze. Tym razem wybrano dla nas plażę Zavial, na południowym wybrzeżu - na niebie było słońce, ocean był spokojny, ale serwujący małe, zielone fale. Czyli coś innego niż pierwszego dnia - mogliśmy spróbować złapać falę zanim się rozbiła. Czyli spróbować takiego prawdziwego surfowania w mikro skali :)
No dobra, pokażę Wam jak dawaliśmy sobie radę drugiego dnia. Po ostatnich zajęciach już sami, ze śmiechem, byliśmy w stanie wskazać mnóstwo błędów w naszej postawie, ale wtedy cieszyliśmy się, ze udało nam się wstać i sunąć do przodu!

Gdy Mateusz robił zdjęcia, João, pomagał mi znaleźć idealną falę by zmaksymalizować szansę na udane zdjęcia:

Nie chcieliśmy tracić za dużo czasu na zdjęcia, więc kadrów mamy tylko kilka. Nie jest to postawa "końcowa" - jestem tu w trakcie wstawania. Drugiego dnia już znacznie częściej udawało nam się stanąć i płynąć, ale oczywiście były i takie chwile:

I teraz czas na Mateusza! Trzeciego dnia trochę mnie wyprzedził w nauce - już na sam koniec usłyszał od właściciela szkoły, że absolutnie nie może rezygnować z surfingu, bo ma to "coś", ten wyjątkowy talent, wszystko robi intuicyjnie, że woda i deska to jego naturalne środowisko i że będzie z niego niezły surfer! Nie mam co do tego żadnych wątpliwości!

Ale to nie znaczy, że nie potrafi zrobić tak :)

Ach, nie mogę patrzeć na te zdjęcia... robi mi się od razu okropnie przykro, że nie mieszkamy w Sagres! Teraz każde nasze przyszłe wakacje będą musiały mieć w sobie surferski epizod. Jest nadzieja, że uda nam się już popływać w maju!

Już drugiego dnia zaczęliśmy się poważnie zastanawiać nad sensem posiadania 3 dni w Algarve bez deski. Wykupiliśmy lekcje na trzy dni, ale myśl o tym, że mamy być w Portugalii i nie mieć już szansy posurfować, będąc przecież tak blisko, zwyczajnie nas załamywała. Ostatniego dnia (na kolejnej pięknej plaży zwanej Ponta Ruiva Beach) zdecydowaliśmy, że żadne portugalskie atrakcje nie mają szans z surfingiem i przedłużyliśmy lekcje o dwa dni! Zostawiliśmy sobie jeden dzień na odpoczynek, bo ten sport potrafi wycisnąć wszelką energię z człowieka - pływasz, tracisz poczucie czasu, nie czujesz zimna, nie czujesz głodu ani zmęczenia, tylko czystą radość, a potem wracasz do hotelu o 16 i chce Ci się już tylko spać :)

Trzeci dzień oraz dwa ostatnie spędziliśmy na takiej plaży:

Jechało się do niej przez totalne pustkowia. Teren był płaski, piaszczysty, pełen pyłu i suchej roślinności targanej wiatrem z solą morską. Chyba najbardziej tęsknię właśnie za tym miejscem... Spędziliśmy tam trzy dni, nie przejmując się niczym, mokrzy, oblepieni solą i piaskiem, zmęczeni i szczęśliwi, za towarzystwo mając ludzi z przeróżnych zakątków Europy,w przeróżnym wieku. 

Dwa dodatkowe dni pozwoliły nam nauczyć się skręcania oraz opanować dobrze postawę i wstawanie. Różnica miedzy pierwszym a ostatnim dniem była znacząca! Teraz automatycznie potrafię przybrać odpowiednia pozycję (obudźcie mnie w nocy i każcie to zrobić, a zrobię dobrze!:)). Trzy dni to za mało. Pięć dni też, ale dzięki tym dwóm dodatkowym lekcjom mogliśmy dowiedzieć się wszystkiego co niezbędne do samodzielnej praktyki. I to mamy zamiar robić w maju, gdy ponownie odwiedzimy chwilową ojczyznę Mateusza rodziców!


Żal mi kończyć opowieść o surfingu, ale nie śmieć nadwyrężać Waszej cierpliwości :) Powspominam sobie jeszcze w myślach, a pokażę Wam jeszcze jak wyglądał nasz dzień przerwy, który postanowiliśmy spędzić na podziwianiu złotych klifów Algarve. 
Po zjedzeniu w końcu normalnego śniadania, wybraliśmy się na wschód, do turystycznego Portimão. Chcieliśmy wykupić wycieczkę łodzią, bo podobno najlepiej podziwiać klify właśnie od strony wody. Udało się szybko zorganizować co trzeba i wsiedliśmy na speedboata, którym sterował Portugalczyk znający odrobinę język polski :) Tu, bardziej na "południu" było już bardzo ciepło, zwłaszcza, że wiejący od kilku wiatr, postanowił w końcu odpuścić.
Nasza wycieczka obejmowała spory kawałek klifów i kilka popularnych jaskiń i plaż, do których można dostać się tylko od strony morza.

Najbardziej oblegany punkt - grota w Benagil. Ustawiały się do niej kolejki łódek. Jest naprawdę cudowna, ale wiecie co? Po drodze mijaliśmy wiele równie pięknych, ale o nich nie piszą w przewodnikach, więc nikogo nie interesują :)

 Tu na przykład nie było żadnej kolejki!

Gdzieś w połowie trasy, przewodnik wskazał nam miejsce, z którego bezpiecznie można skakać do wody, oraz klify z wydrążonymi w naturalny sposób tunelami, z wyznaczoną trasą do zwiedzania. Po zakończonym rejsie i zjedzeniu gofra z lodami ruszyliśmy mniej więcej w tamtym kierunku, licząc na to, że trafimy na coś ciekawego. Mapa Algarve składa się głównie z punktów widokowych i klimatycznych plaż, więc w ciemno można wybrać miejsce i nie sądzę, że będzie się zawiedzionym. Tak się złożyło, że trafiliśmy i na punkt do skakania i na tunele! 

Słońce było okrutne - nie nadążaliśmy ze smarowaniem się kremem z filtrem! Było gorąco! Tego dnia założyłam sukienkę Ogden Cami, z poprzedniego posta i zdecydowanie pomagała mi znieść ten upał. 
(nawet widać tu moją zaklejoną stopę! Chodzenie było bolesne, ale wykonalne, chociaż momentami Mateusz musiał mi pomagać :))

Klify na południu różnią się od tych na zachodzie! Te se urocze, złote, rajskie, za to na Costa Vicentina zdecydowanie bardziej majestatyczne, wyższe, ciemne...




Chodząc po klifach trafiliśmy na naturalny basen między skałami i... wskazany przez naszego przewodnika punkt do skakania! Ja, po trzech dniach splątanych i mokrych włosów odpuściłam skakanie, ale za to schłodziłam się w basenie, gdzie woda co prawda nadal była okropnie zimna, ale przy parzącym słońcu nie sprawiało to już takiego problemu. 

Mateusz oczywiście skakał!

Dzień zakończyliśmy kolacją w Lagos, które jest idealne na wieczorny spacer - wąskie uliczki, stare kamienice, muzyka... I jak już wiecie, dwa ostatnie dni na południu znowu szaleliśmy na falach, ale wieczorami zwiedzaliśmy okolicę. Albo na nogach, po drodze rozłupując dziko rosnące migdały, albo autem po wysuszonych terenach Costa Vicentina.

To zdjęcie widnieje na okładce naszej fotoksiążki z Portugalii. Jest tu wszystko - plaża, klify, ocean i oczywiście surferzy!


Wszystko tam było pokryte rdzawym pyłem! 

Plaża Bordeira, niczym pustynia ciągnie się w nieskończoność...

Na koniec odwiedziliśmy jeszcze najdalej wysunięty na zachód punkt kontynentalnej Europy - Przylądek Świętego Wincentego. Widoki zapierały dech w piersi :D

 Ale za to w budkach obok sprzedawali churrosy!!! Więc nie żałujemy:)

I trzeba było wracać do Lizbony, a potem do Polski. Ciężko było pogodzić się z myślą, że musimy czekać wiele miesięcy na kolejną okazję by złapać za deskę... Postanowiliśmy przyjechać kiedyś jeszcze raz do Portugalii, tym razem bezpośrednio do Sagres, i skupić wyłącznie na surfowaniu. Nasz hotel, mimo że bardzo w porządku, był jednak złym wyborem - w okolicy nie było zbyt wiele zabudowań, co na innych wakacjach zapewne byłoby to wielką zaletą, ale tym razem trochę nam to przeszkadzało. Zmęczeni po całym dniu chcieliśmy wyjść do baru, zjeść, napić się piwa, a nie było to jednak możliwe bez przemieszczania się autem. Sagres to niewielka miejscowość, nastawiona właśnie na surferów, z mnóstwem knajpek i pięknymi plażami na około i to tam polecam się wybierać jeśli macie ochotę na przygodę!

Pozdrawiam Was ciepło i idę żałować, że nie mieszkamy nad oceanem.
Marzena

wtorek, 24 września 2019

Sintra. Portugalia

Dziś kolejny dzień z naszej podróży do Portugalii! Jeśli macie ochotę przeczytać o Lizbonie, to zapraszam Was tu: klik!

Po drugiej nocy spędzonej w stolicy ruszyliśmy w dalszą drogę - plan na ten dzień był następujący: wypożyczyć auto, pojechać do Quinta da Regaleira, które miało u nas priorytet, następnie do Pałacu Pena, a gdy czas pozwoli zobaczyć jeszcze zamek Maurów. Wszystko to mieści się w Sintrze, mieście leżącym niedaleko Lizbony. 

Jeździliśmy już po kilku różnych od siebie krajach i przyznam, że chyba Portugalczycy najmniej mi się podobają jako kierowcy. Ruch w okolicach stolicy był spory, pasy dość wąskie, a kierowcy nie widzieli sensu w zachowaniu, choćby minimalnego, bezpiecznego odstępu między pojazdami. I jest to u nich najwidoczniej norma, bo przy drogach często widać znaki przypominające o wymaganych odstępach. Jadąc po autostradzie, z maksymalna prędkością 120 km/h, kierowcy zajeżdżają sobie drogę, wciskają się w niewielką przestrzeń między jednym, a drugim autem, lawirują, wyprzedzają w ostatnich momentach. Byliśmy świadkami sytuacji, gdy trzy auta jechały jeden za drugim, z odstępem niemogącym przekraczać dwóch metrów. Dwóch metrów! Na autostradzie! Przecież gdyby ten pierwszy zahamował, Ci z tyłu nie mieliby szans zareagować. I takiej sytuacji też, niestety, byliśmy świadkiem. Miało to miejsce na moście Vasco da Gama (17 km most przez rzekę Tag). Ruch był naprawdę spory, zachowanie "jak zwykle" i nagle, kilka bądź kilkanaście aut przed nami coś się wydarzyło - wszyscy zaczęli gwałtownie hamować. Trzy auta "wpadły na siebie". Na szczęście nikomu nic się nie stało, ale przerażenie kobiety znajdującej się w środkowym aucie (było naprawdę nieźle zgniecione) dało do myślenia. Nam na pewno, ale coś czuję, że Portugalczycy nadal trzymają się ogonów sąsiada... Na autostradzie było lepiej, bo ruch był naprawdę niewielki.
Tak jak pisałam stoją tam znaki z informacją o bezpiecznej odległości, a dla ułatwienia maluje się żółte strzałki na jezdni, dzięki którym ocenić można czy jedziemy bezpiecznie, czy jednak nie.

W końcu udało nam się bezpiecznie dojechać do Sintry! Było w miarę wcześnie, nie było jeszcze południa. Kolejka do kas była niewielka, więc naprawdę szybko dostaliśmy się do środka. Pogoda w Sintrze była zupełnie inna niż w Lizbonie - Quinta da Regaleira, jak i Pałac Pena, leży na wzgórzach, wśród drzew. Towarzyszyła nam więc wilgoć, chmury i orzeźwiający wietrzyk. Wiedzieliśmy, że tak będzie, więc mieliśmy ze sobą coś cieplejszego.
Jeszcze na zewnątrz, za murami, mogliśmy dostrzec, że to będzie piękne i niezwykłe miejsce! Pełne magii i tajemnic! Stare, omszałe mury, zdobienia, gęsto rosnąca roślinność... jest tam coś, co wywołuje dreszczyk! Wszak pierwszy właściciel, Carvalho Monteiro, był człowiekiem zafascynowanym alchemią, mistycyzmem, różokrzyżowacami i masonerią. I właśnie tym inspirował się wynajęty przez niego architekt, gdy projektował posiadłość. Dość słów - zdjęcia lepiej Wam to zobrazują :)

(Każde zdjęcie możecie powiększyć) 

W tle możecie ujrzeć pałac - udało nam się zobaczyć wyłącznie parter, bo piętra były w remoncie. Ale to co w ogrodzie jest równie fascynujące... może nawet bardziej :)
 
 

Ogrody to wijące się ścieżki na różnych poziomach. Co chwilę spotykamy coś osobliwego! Kapliczki, świątynie, fontanny i małe wodospady, tajne przejścia czy ciemne jaskinie...


Przyjemnie było odkrywać to wszystko, klucząc między drzewami, wspinając się po schodach, zaglądając do wnętrza napotkanych budynków - nigdy nie było wiadomo co znajdziemy w środku albo co zobaczymy po wyjściu z tunelu. 

Idziemy, idziemy i nagle... wieża jak z baśni! Biegnę! Będę Roszpunką!

Quinta da Regaleira chyba najbardziej znana jest ze Studni Inicjacji, gdzie podobno odprawiano masońskie rytuały. Z zewnątrz wygląda jak usypane głazy, a gdy przejdziemy przez wąskie przejście widzimy coś takiego:

Schodzimy na dół po niewielkich kamiennych schodach...

Nie wracamy już do góry, tylko wychodzimy przez ciemny, wilgotny tunel. W ogrodach jest jeszcze jedna studnia, mniejsza i zdecydowanie mniej popularna, chociaż również bardzo klimatyczna. 

Spacer po posiadłości trochę nam zajął, więc zdecydowaliśmy, że zobaczymy jeszcze tylko Pałac Pena i ruszamy na południe. Okazało się, że chociaż Pałac Pena jest niedaleko, to droga samochodem zajmie nam ponad pół godziny!
Pod Quinta da Regaleira nie było w zasadzie miejsc parkingowych, więc pojechaliśmy dalej i zatrzymaliśmy się na zatoczce przy drodze. Niestety nie zwróciliśmy uwagi, że droga ta jest jednokierunkowa, więc nie mogliśmy już zawrócić - trzeba było zrobić kilkunastometrową pętlę po wzgórzach! 
Gdy już prawie byliśmy na miejscu naszym oczom ukazał się ogromny sznurek samochodów. Nie było wątpliwości - wszyscy jechali do Pena :) Wspinaliśmy się żółwim tempem wąską drogą pod górę. Od czasu do czasu pojawiały się równoległe miejsca parkingowe. Wszystkie oczywiście zajęte. Ale mieliśmy farta, bo gdzieś w połowie drogi, ktoś właśnie zwalniał jedno, więc nie zastanawiając się ile jeszcze brakuje nam do celu, zostawiliśmy auto i spacerkiem minęliśmy cały korek. Po drodze zaglądaliśmy przez płot do ogrodów:

Naprawdę nie wiem co nas podkusiło, żeby tym razem zostawić swetry i bluzy w samochodzie. Okej, zrobiło się cieplej, ale to było tam - ileś metrów niżej! :) Dotarliśmy do kas, gdzie kolejka po bilety była odzwierciedleniem kolejki na parking i zaczęliśmy sobie marznąć. Przyszła dość gęsta mgła, a wiatr przybrał na sile. Wszyscy ubrani w długie spodnie i rękawy, a my jak na plażę! W towarzystwie gęsiej skórki i dzwoniących zębów, doczekaliśmy się i po zakupie wejściówek usłyszeliśmy, że tam w środku jest jeszcze jedna (godzinna) kolejka do pałacu. Mieliśmy więc wybór - iść i czekać, iść i obejrzeć tylko tereny wokół budowli, albo zawrócić do auta i stanąć ponownie w gigantycznym korku na jednokierunkowej drodze. Mieliśmy już bilety, więc wybraliśmy opcję numer dwa. Dobra, dodać muszę jeszcze, że byliśmy już bardzo głodni. Odpuściliśmy stanie w następnej kolejce do bufetu i kupiliśmy sobie przekąski w automacie.
Pałacu nie było widać przez długi czas. Mgła przybrała na sile i dopiero z bliskiej odległości mogliśmy w ogóle dojrzeć jego kształt. Jak widać, póki co wszystko szło po naszej myśli! :)
Gdy dotarliśmy do zapowiadanej kolejki, widoki jakie pojawiły się przed naszymi oczami, trochę złagodziły rozczarowanie. Czegoś tak baśniowego w architekturze jeszcze nie widziałam!
Pałac nie chciał nam się pokazać w całej okazałości, więc postanowiłam skupić się na jego detalach. I one naprawdę dobrze pokazują jego piękno i klimat... Ja byłam oczarowana:
 

Doczytaliśmy, że wejście na dziedzińce nie wymaga stania w kolejce, wiec licząc na to, ze może za jakiś czas tłum zmaleje, poszliśmy pospacerować i obejrzeć (ha ha) widoki.
 
 

Pałac pena wygląda jak spełnienie marzeń każdego, zakochanego w baśniach, dziecka! Moim zdaniem Portugalczycy, jako jedni z nielicznych w Europie, dali upust swojej wyobraźni, puścili wodze fantazji i nie bali się przesady. Wszystkie smutne, przytłaczające, majestatyczne i budzące respekt budowle, zamki i kościoły europejskich miast, mogą się schować :)
 

Kolejka jednak nie zmalała, wręcz przeciwnie, a że mieliśmy jeszcze trochę czasu to po prostu cierpliwie poczekaliśmy. Wnętrze było bogate, jak to w Pałacu, ale oboje uznaliśmy, że nic nie przebije jego zewnętrznego piękna.
 
Bardzo podobają mi się te zacieki, pęknięte kafelki, omszałe kamienie...

Zmarznięci, głodni, ale naprawdę zachwyceni tym co mieliśmy okazję tego dnia podziwiać, wróciliśmy do auta i skierowaliśmy się na południe. Ruch wrócił do normy, więc wydostaliśmy się w miarę sprawnie. Gdybym miała odwiedzać to miejsce jeszcze raz, to z pewnością byłyby to godzinny poranne, ale nie mieliśmy dwóch dni na poranne zwiedzanie pałacu i Quinta da Regaleira, w którym zapewne w godzinach popołudniowych działy się podobne cyrki. 

Jestem zachwycona Portugalską architekturą. Nie tylko tą miejską, ale i pałacową! Obfitość wzorów i kształtów, nasycenie i dobór kolorów oraz niestandardowe rozwiązania bardzo przypadły mi do gustu. Widać w nich umiłowanie piękna, dbałość o detale i naprawdę bujną wyobraźnię autorów. Takie coś to ja szanuję :)

Następny post będzie już o ciepłym piasku, złotych klifach i zimnej wodzie. Ale głównie o sporcie!

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena