Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 sierpnia 2019

Fotoksiążki, czyli o naszym sposobie na zdjęcia

Jakiś czas temu Pimposhka (klik!) napisała post o albumach Project Life i trochę mnie zainspirowała by napisać post o moim podejściu do tematu zdjęć. Obie lubimy tworzyć pamiątki tego typu, ale mamy zupełnie inne metody:) Cel jest zdecydowanie ten sam.

Kiedyś chyba każdy miał w domu przynajmniej jeden album ze zdjęciami, prawda? Teraz wszystko trzymamy na dysku, robimy tysiące zdjęć aparatem i telefonem. Dziesięć kadrów tego samego widoku, zrobionych "tak na wszelki wypadek", żeby mieć pewność, że coś z tego wyjdzie... a ostatecznie nawet nie przeglądamy zgranych zdjęć, bo jest z tym tyle roboty! Owszem, jest :) Kiedyś mi to chyba nie przeszkadzało, pstrykałam ile się da i potem faktycznie przeżywałam męki albo po prostu olewałam temat. Teraz sprawa wygląda trochę inaczej. I nie zrozumcie mnie źle - nadal przywozimy mnóstwo zdjęć z wakacji (ale jakieś 3-4 razy mniej niż przedtem!), rzecz w tym, że zmieniło się nasze podejście do nich i zaczęliśmy myśleć przez naciśnięciem spustu. Naprawdę myśleć. Skłoniła nas do tego potrzeba zachowania obrazów na papierze. 
Postanowiliśmy każdą naszą podróż umieścić w osobnej książce. Pragniemy zwiedzić każdy (możliwy) zakątek naszej planety i to będzie dla nas wyjątkowo piękna pamiątka.

Po naszym ślubie otrzymaliśmy od fotografa piękna fotoksiążkę i od tego się zaczęło...
Zawsze byłam fanką tego typu albumów - po prostu lubię duże formaty. Zależy mi na tym by taka książka opowiadała pewną historię i niekoniecznie każde zdjęcie musi być czymś konkretnym (przedstawiać mnie, Mateusza, jakieś wydarzenie), może to być detal, kawałek nieba, lasu, cegiełka na murze zamku, który zwiedzaliśmy. Staramy się oddawać w tych albumach klimat i atmosferę miejsca, które zwiedziliśmy - niektórych rzeczy nie da się łatwo pokazać na zdjęciach! Zapachu, nastroju, wrażenia, odczucia, dźwięku. 

Dlatego starannie wybieramy kadry, poddajemy obróbce, a następnie łączymy je na jednej czy dwóch stronach w pewną króciutką historię, która ma dla nas znaczenie. Dla widza z boku może to być zwykłe zdjęcie, ale to my wiemy co się za nim kryje i za każdym razem gdy przeglądamy te zdjęcia, na moment wracamy w ukochane miejsce i poddajemy się emocjom z nim związanym :) Cudowne móc znowu poczuć silny wiatr i przypomnieć sobie nasze rozmowy podczas wędrówki na Rubha Hunish, albo wyobrazić sobie, że znowu wędrujemy po dżungli na Tiomanie, gdzie zakrywałam moje spieczone nogi ręcznikiem, bo ścieżka była zbyt wąska i gałązki drapały mi skórę :) I ta rozkoszna ochłoda po wskoczeniu do wodospadu!
Lubimy od czasu do czasu wyciągnąć albumy z szafki i powspominać. Podobnie mam z blogiem! Wracam do postów o wyprawach i czytam je po raz kolejny.

To teraz przejdę do konkretów - może zmobilizuję część z Was do zrobienia swoich własnych książek i przejrzenia tysięcy zdjęć na dysku? 
Postępujemy zawsze według tego samego schematu. Zacznę oczywiście od początku.

Robienie zdjęć.
Jedziemy samochodem po nieznanym kraju. Podziwiam nowe, piękne widoki i od razu sięgamy po aparat żeby zatrzymać je na dłużej. Ale... Czy jest sens robić setne zdjęcie z trasy, gdzie wszystko i tak będzie rozmazane przez prędkość, a kadr bardzo wątpliwej jakości? Nie sądzę. Aparat, nawet ten najlepszy, w porównaniu z naszym okiem jest po prostu amatorem. Pogodziłam się z tym faktem już dawno, więc jeśli nie mam warunków do zrobienia dobrego zdjęcia to albo zrobię jedno pamiątkowe telefonem (być może zdjęcie to z czymś nam się będzie kojarzyć, jest tam coś zabawnego do czego chcemy wrócić i uśmiechnąć się raz jeszcze), albo po prostu odpuszczę. 
Nie czuję potrzeby fotografowania każdego miejsca i każdej sytuacji. Mam wrażenie, że wiele nam wtedy umyka. Nie skupiamy się na chłonięciu danego miejsca i cieszenia się z tego co oferuje. Jeśli mam 5 minut to wolę wykorzystać je na zwyczajne stanie i patrzenie. Zdjęcie zrobię potem. Albo nie. I mówię to ja, która naprawdę uwielbia fotografować i robi to często. Nie chcę jednak by ta potrzeba zdominowała mi wakacje. Po co fotografować coś czego nawet nie miałam czasu podziwiać? Po co robić sobie setne selfie z deską do surfowania zamiast po prostu wskoczyć do wody i korzystać ile się da? (o tym niedługo!!!)
Z drugiej strony lubię mieć czas na dobre sfotografowanie wybranego obiektu. Widzę górę na horyzoncie i nie mogę wyjść z podziwu... cieszę się gdy mam mnóstwo czasu by móc znaleźć dobry kadr, poczekać aż chmura zakryje szczyt, a światło idealnie zagra na zboczach.

Tak jak wspomniałam wyżej, zaczęliśmy myśleć podczas naciskania spustu. Nie wiem czy to są mądre myśli, ale grunt, że są - oznacza to, że robimy zdjęcia świadomie, a przynajmniej większość z nich. Przymierzamy, kadrujemy, ustawiamy się i jak już jesteśmy gotowi to pstrykamy. Upewniamy się, że na wyświetlaczu jest to czego nam trzeba, robimy jeszcze jedno zdjęcie, tym razem obejmując trochę więcej krajobrazu (to takie praktyczne podejście - jest potem z czego "docinać" w razie czego) i idziemy dalej. 
Ja zawsze korzystam z trybu manualnego, więc gdy Mateusz przejmuje aparat to się oczywiście zapomina i robi zdjęcia na ustalonych przeze mnie (do innej scenerii) ustawieniach migawki i przesłony i czasem trzeba każdy kadr powtórzyć ;). Zdarza się.

Najczęściej do robienia zdjęć używamy aparatu. Bardzo rzadko fotografujemy telefonem - jakość z lustrzanki jest nieporównywalna, ale to wszystko zależy od naszego sprzętu i potrzeb. Do małych zdjęć nie potrzeba wysokiej rozdzielczości, ale gdy tworzymy fotoksiążkę to każdy piksel jest na wagę złota. 

Poza tym aparat i obiektywy dają mi więcej możliwości, a ja jestem z tych, których się nie ogranicza jakimiś automatycznymi ustawieniami (nikt mi nie będzie mówił jak mam żyć:)).  
Niewiele jest tu czy na Instagramie zdjęć, które wykonałam komórką. 

To myślenie nad zdjęciami bardzo nam pomogło. Nie mamy już tak dużo bezsensownych powtórzeń, czy zdjęć byle czego.

Selekcja.
Tak, to jest najmniej przyjemna rzecz. Robię to głównie ja (Mateusz ma o wiele mniej cierpliwości w tej kwestii plus wszystkie fotki są na moim komputerze i ja, człowiek z natręctwami, bardziej się przejmuję stanem moich folderów:)), najczęściej w dwóch turach. Pierwsza jest całkiem prosta - przeglądam wszystko od początku i usuwam niewypały. Zdjęcia nieostre, za ciemne, przepalone, wyjątkowo nieudane czy bezsensowne. I już mamy przynajmniej jedna trzecią zdjęć mniej. 
Potem przychodzi druga tura i tu już potrzebuję pomocy Mateusza. Wybieramy, które kadry danego miejsca są warte uwagi, zostawiamy kilka różnych, a resztę usuwamy. I mamy już całkiem sensowną liczbę zdjęć do ostatniego etapu, czyli...

Wybieranie zdjęć do albumu.
To już jest sprawa bardzo indywidualna. Wybór zdjęć zależy od tego jaką historię chcemy opowiedzieć, jakie kadry lubimy, co jest dla nas ważne i jakie wspomnienia chcemy zachować. Nie ma tu żadnej dobrej rady - wybrać należy to co nam się podoba i już :) 

My wybieramy bardzo dużo zdjęć, zazwyczaj kilka kadrów z jednego miejsca/wydarzenia. Lubimy robić "zestawy", które oddadzą dobrze atmosferę czy urok miejsca:
Ale trochę wybiegam w przód. Bo zanim zaczniemy układać fotoksiążkę zdjęcia należy przygotować.

Obróbka zdjęć.
Wiem, nie każdy ma odpowiedni program czy umiejętności. Ja mam na punkcie obróbki bzika. Od kilkunastu lat bawię się w obróbkę w Photoshopie i sprawia mi to niesamowitą przyjemność. Mówię tu o takiej zabawie na poziomie pikseli :) I nie mówię wcale o żadnych fotomontażach czy oszukiwaniu. Ja po prostu uwielbiam dopieszczać zdjęcia, tworzyć na nich wymarzony klimat operując światłem i cieniem, kolorami i nasyceniem. To czasochłonna i dość męcząca praca, moje oczy, palce i kręgosłup bardzo się buntują, ale mój wewnętrzny esteta krzyczy, że zawsze można zrobić to lepiej. Więc siedzę i robię :).
Mateusz zaś korzysta z Lightrooma, który jest również świetną opcją by dobrze przygotować zdjęcia. Jest tam wszystko to czego potrzeba by upiększyć i poprawić zdjęcie. 

Najczęściej obróbką zajmujemy się wspólnie, ale trochę się rządzę... Bo mam wizję i wszystko musi do siebie pasować, więc ja wybieram, które zdjęcia kto zrobi i jak je zrobi.. Biedny chłopak! :) Ale efekt końcowy mu się podoba, więc znosi to dzielnie.
Teraz wyjątkowo zdjęcia z Portugalii przygotowuję sama, bo Mateusz miał chwilowy brak komputera. Cóż, nie narzekam.

Na czym polega nasza obróbka? Tak jak Wam pisałam, aparat to nie nasze oko niestety, jest on po prostu słabszy. W kwestii światła, kolorów, jakości. 
Idziemy przez gęsty, zielony las, oświetlony złotymi promieniami słońca, nad koronami widzimy błękitne niebo, pod nogami brązowe szyszki, wyciągamy aparat, robimy zdjęcia a tam... wszystko zielone. I to brzydkozielone. Nieba nie ma, przepalone. Szyszki i pnie drzew przybrały nieciekawy odcień. Nici z kontrastu. Nici z głębokich kolorów. Nici z klimatu. 
Wiadomo, nie zawsze jest aż tak źle, ale najczęściej nigdy nie jest tak pięknie jak w rzeczywistości. Pięknie jak w naszych głowach i wspomnieniach! Tego się nie da oszukać, więc jeśli obrobimy zdjęcie tak jak nam podpowiada wyobraźnia, to znaczy że zrobiliśmy wszystko jak należy. Chcecie przykład?

Wyspa Skye i droga na nią to dla nas pustkowie, niskie chmury, wiatr, deszcz, przydymione kolory ziemi. Tak było i już. Ale sprzęt niekiedy nam po prostu wszystko pozamieniał! 
Powiększcie oba zdjęcia - na tym bez obróbki wiadukt ma zielonkawy odcień, niebo lekko się przepaliło, chociaż nad nami wisiały ciemne, ciężkie chmury, a góry spowite były we mgle. Automatyczny dobór przesłony zdecydował, że te chmury były za ciemne i postanowił je rozjaśnić. Balans kolorów też nie zawsze radzi sobie jak należy. Kolory się spłaszczyły, brakuje trójwymiaru i kontrastu. W rzeczywistości było tam mrocznie, mokro i klimatycznie. I chciałam oddać to na zdjęciu.


Obróbka w tym momencie nie jest odkształcaniem rzeczywistości tylko powrotem do niej. Nadawaniem fotografii odpowiedniego klimatu!
Być może zauroczeni tym miejscem nadaliśmy mu w naszych głowach wyjątkowo romantycznego klimatu. Przeniesienie tego romantyzmu na zdjęcia jest moim zdaniem bardzo pożądane. Bo my właśnie tak pamiętamy tę wyspę! I oglądając zdjęcia chcę widzieć to co czuję, to co pamiętam. Czy udaje mi się jasno przekazać swoje myśli? :) To jest właśnie nasz sposób na oddanie tego nieuchwytnego klimatu, atmosfery, zapachu, dźwięku. 

Układanie fotoksiążki.
Znaleźliśmy w sieci sklep (klik!), który oferuje drukowanie fotoksiążek i pozwala samodzielnie skomponować ją od zera. Można skorzystać z gotowych szablonów, czego my akurat nie robimy. Wybieramy czystą i pustą książkę i zaczynamy zabawę. Pierwsza fotoksiążka zajęła nam o wiele więcej czasu - dopiero poznawaliśmy program i jego możliwości, oraz tworzyliśmy swoje własne układy, mierząc odstępy, wielkości itd. Teraz korzystamy z naszego własnego szablonu, dzięki temu każdy album ma ten sam styl. 
Lubimy prostotę i minimalizm. Nie dodajemy żadnych dodatków, ramek, obrazków - tylko same zdjęcia. 
Najpierw tworzymy zestawy, staramy się by za jednym razem widoczne były tylko kadry ze sobą powiązane (czyli na obu stronach, po otworzeniu książki). Nie muszą to być zdjęcia wykonane w tym samym miejscu, ale mające wspólną tematykę, styl, klimat i kolory. Lubię jak kolory ze sobą grają. To dla mnie wyjątkowo satysfakcjonujące! :)

Po wykonaniu takich stron bierzemy się za ustalanie kolejności. Staramy się trzymać chronologii, ale nie jest to kluczowe. W Portugalii dwa razy zwiedzaliśmy Lizbonę - na początku i na końcu naszego urlopu, ale zdjęcia z każdego dnia będą w jednym miejscu, na początku albumu. 

Po drodze często coś poprawimy, zmieniamy, dodajemy czy usuwamy i gdy już jesteśmy w pełni usatysfakcjonowani klikamy "do koszyka"! Nie trzeba projektu albumu robić za jednym zamachem. System zapisuje nasze szkice i możemy robić to na raty. Na koniec pozostaje wybór okładki, dodanie podpisu i wstawienie czegoś adekwatnego w miniaturowej formie na tył. 

Zdjęcia z Portugalii są już prawie gotowe. Zostało mi, w porównaniu z tym co już zrobiłam, niewiele do obrobienia. Myślę, że niedługi pojawi się nowy post :) Jest co opowiadać!

Ciekawa jestem czy sami prowadzicie albumy i jaka ich forma najbardziej do Was przemawia! Stworzenie takich pamiątek to dość pracochłonna czynność i wcale nie dziwię się, że można nie mieć do tego głowy. Ale wierzcie mi - warto! :) 

Pozdrawiam Was serdecznie,
Marzena

czwartek, 29 grudnia 2016

Opowieści z lasu

Myślę o lasach, drzewach i ziemi gdy dziergam ten sweter. Jeszcze go nie skończyłam, a już bardzo go lubię. Już wiem nawet jak wyglądać będzie sesja zdjęciowa. Połączenie tych dwóch nitek było przypadkowe, nie planowałam tego, ale bardzo się cieszę, że taki pomysł zrodził się w mojej głowie. Rustykalny kolor, rustykalny splot, rustykalny sweter. Nietypowo dziergany, nietypowym sposobem. 

Dziergam z przyjemnością, bez większego pośpiechu, ale każdy dzień bez drutów trochę mnie smuci. W Ustce nie podziergałam za wiele, w zasadzie wydziergałam może kilka rzędów. A ja przecież nie mogę się już go doczekać! 

Zbliżam się powoli do końca. Jeden rękaw już dynda wesoło, tak przytulaśny i cieplutki... idealny na wieczorny spacer po lesie. Póki go nie skończę, nie wypiorę, nie zblokuję nie mogę stwierdzić czy pomysł udał się w stu procentach, ale wszystko wskazuje na to, że to będzie właśnie to!

Nadmorski, piękny Ustecki las, uwieczniony przez naszego ślubnego fotografa, ozdabia naszą ślubną fotoksiążkę. Cudna pamiątka, z duszą, klimatem i niesamowitym wyczuciem estetyki. O wiele lepsza niż klasyczny album. Chętnie do niej wracam... :)

Czas na kawę, czas na druty. Może uda się skończyć sweter w przeciągu kilku dni? Byłoby cudownie! 

Pozdrawiam,
Marzena

środa, 4 maja 2016

Majowe kadry

Wróciliśmy z majówki w Ustce. Nie był to wyjazd rekreacyjnym i nie miał na celu odpoczywania. Uzbieraliśmy kilka spraw ślubnych do załatwienia i postanowiliśmy wszystkie odhaczyć w tym czasie. Znaleźliśmy też na szczęście czas na wyczekany spacer po nadmorskich lasach i oczywiście po samej plaży. Już kiedyś wspominałam... że to nie morza najbardziej mi brakuje tu, w okolicach Wrocławia. Tylko tych dużych, prawdziwych lasów właśnie. Morza brakuje zwłaszcza latem, ale lasów cały rok. Ciszy, spokoju, zieleni.

Pogoda była piękna - ciepło, bezwietrznie, słonecznie. 

Koło Smolca znaleźliśmy sobie polankę wśród drzew. Niewielu drzew, bo wokół Bystrzycy jest tylko taki cienki pas lasu. Co gorsza (nie wiem co przychodzi ludziom do głowy) część z tego lasku została zwyczajnie wycięta w tym roku... Jak to jest, że ludziom nie żal, nie tęskno do przyrody, zieleni i piękna? Nie umiem odpowiedzieć, ale przykro mi się robi gdy z każdym rokiem co raz to jej mniej w okolicach. Dziwne rzeczy są dla ludzi priorytetami.

Wróciłam z Ustki z pokaźnym kawałkiem swetra. Coś tam kawałek sprułam, ale generalnie to jestem do przodu. Zaczęłam w pociągu rękaw, bo musiałam przemyśleć dół, a szkoda było czasu:). Dałam sobie deadline do 10 maja. No musi się udać!

A w kartonach na poddaszu, wśród morza folii bąbelkowej czają się takie oto rzeczy....

Za kilka dni możecie wyglądać ich na Chmurkowych półkach:).
Pozdrawiam ciepło,
Marzena

sobota, 16 sierpnia 2014

Fotograficzny powrót!

Ostatnio bardzo mało fotografuję! Mam na myśli sesje zdjęciowe, bo przecież coś tam jednak pstrykam, ale to nie to samo... Jako że dawno nie byłam na takiej sesji, a w Ustce W KOŃCU! mi się udało (udało umówić, znaleźć czas i chęci) to z tej radości aż chciałabym się Wam pochwalić efektem tego spotkania! 
Od dwóch lat prowadziłam bloga fotograficznego, ale gdy przestałam tam regularnie pisać i wstawiać zdjęcia minęła mi ochota płacenia za domenę... Przeniosłam się więc na blogspota, bo całkiem się polubiliśmy. Zapraszam więc wszystkich chętnych na mojego drugiego bloga marzenakrzewinska.blogspot.com (klik!), na którym oprócz zdjęć będę się starała od czasu do czasu opisywać sposób w jaki wykonałam dane zdjęcia. Może znajdziecie tam jakąś inspirację, pomysł, rozwiązanie?

Nawet nie wiecie jak było mi żal, że nie czuję chęci "stworzenia" czegoś. Ale uważam, że nic na siłę, że wena musi przyjść i już. Jeśli mam iść na sesję "bo szkoda się marnować i nie rozwijać" to nie wiedzę w tym sensu. Przecież to musi być przyjemność:). Może w końcu wróci to co polazło w siną dal i nie chciało mnie odwiedzić przez ponad pół roku?

 
Pozdrawiam, 
zadowolona z siebie Marzena:)

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Wróciłam!

Po 16 dniach urlopu przyszedł czas na powrót do... domu. Tak, do domu, bo mimo że Wrocław początkowo był tylko naszym miejscem do studiowania, i mimo że przez pierwsze lata czuło się, że to jednak tam, te 450 km dalej jest nasz "dom", teraz "jak w domu" czuję się raczej już we Wrocławiu. Tu mamy wszystkie nasze rzeczy, wszystko stoi na swoim miejscu, to we Wrocławiu żyjemy i pracujemy. Ustka to rodzinne miasto, które... odwiedzamy. Kiedyś musiało to przyjść. Przyszło i nie jest mi z tym aż tak źle.
No więc wróciliśmy, wypoczęci i opaleni! Przez cały ten czas pogoda była cudowna, więc plażowanie było praktycznie dzień w dzień. Niestety Bałtyk postanowił sprowadzić jakieś niemiłe prądy, które przeniosły zimne wody głębinowe nad brzeg. Przez półtora tygodnia woda była... lodowata! Żal mi było bardzo, bo tego mi najbardziej brakuje we Wrocławiu - możliwości ochłodzenia się w wodzie (którą uwielbiam!). Mateusz dzielnie pływał każdego dnia (ja nie wiem, co on z Grenlandii jest?), a ja dopiero pozwoliłam sobie na kąpiel pod koniec urlopu, gdy woda osiągnęła pożądaną temperaturę.
A tak Mateusz pewnego mglistego, ale ciepłego dnia postanowił wejść do tej przeciepłej wody:
Oprócz leniuchowania w słońcu (a co w zasadzie nadal jest leniuchowaniem) czytałam i dziergałam, z naciskiem na to drugie. Sukienka już prawie, prawie gotowa! Jednego dnia nie dałam już rady i zabrałam się za sweterek. I pomogło. Na drugi dzień z większą ochotą zabrałam się za dokańczanie pierwszego projektu. Został mi jeden rękaw i kawałek drugiego, plus wykończenie dekoltu. Czyżbym miała skończyć w tym tygodniu?:).

Nawet udało mi się dziergać w towarzystwie! Wolne krzesełko należy oczywiście do fotografa, który nie wiem czemu woli czytać bez dziergania...

Taką oto mamy plażę:
Mówiąc My, nie mam na myśli Ustczan. Na tą plażę nie każdy ma możliwość wejść, ale dzięki temu jest cicho i spokojnie. Można być sobą:).
Wszystkie zdjęcia są z tego samego dnia. Od rana nad morzem wisiała mgła, dość gęsta i sięgająca daleko. Na koniec, tzn. po piętnastej było już całkiem nieźle.


Jeszcze jedno zdjęcie z pięknego, nadmorskiego lasu, które wykonał Nam plecak. Tak, plecak. Taki nowy statyw:).
I na koniec pochwalę się, a co. Ostatniego dnia upiekłam... dobra, upiekliśmy bułeczki cynamonowe. Któryś raz już przeczytałam w szwedzkiej książce o takich smakołykach, i za każdym razem ślinka ciekła. Postanowiłam zwyczajnie w świecie zrobić szwedzkie bułki w Polsce. Czasem trzeba zaszaleć. I tak bardzo nieskromnie powiem, że były przepyszne!


A teraz ogłoszenia:
1. Dziś o 17:00 odbędzie się spotkanie robótkowe. Spotykamy się we Wrocławiu, w Parku Staromiejskim, przy wejściu od strony Teatru Lalek. Należy zabrać coś do picia, przegryzienia i dziergania:). Obecność obowiązkowa! Zapewniam dobre towarzystwo:).
2. Niedługo będę składała zamówienie do Dream in Color. Bardzo proszę o sugestie (w komentarzach: kolor i ilość) jakiej włóczki Wam potrzeba.
3. Przypominam o promocji na wełnę firmy Drops!

Pozdrawiam, Marzena.

niedziela, 25 maja 2014

Chmurka mówi cześć!

Powiem szczerze, że nie mogę uwierzyć! Jeszcze na początku kwietnia byłam pewna, że szybko pójdzie. Ale pracy było co nie miara, problemów drugie tyle, dodatkowych wydatków i opóźnień. Przestałam więc czekać na dzień otwarcia, tylko podwinęłam rękawy i wzięłam się do roboty! Nie było czasu marzyć i rozmyślać jak to będzie jak już sklep ruszy. A gdy już wszystko było gotowe, zostało mi tylko czekać na stronę. Przez te parę dni pełnych oczekiwania nie mogłam znaleźć sobie miejsca. I na druty ciężko mi było nawet patrzeć - jedynym zajęciem było chodzenie z kąta w kąt... I tak oto, dzisiaj mogę Wam już pokazać co tam w czeluściach swojego mieszkanka od dwóch miesięcy kombinowałam.


www.uchmurki.pl

Na początek, z racji ograniczeń bardziej niż oczywistych, postanowiłam sprowadzić jedną znaną Wam markę - Drops, i jedną nieznaną (a może?) i nie dostępną w Polsce - Dream in Color. Są to włóczki pochodzące z USA, ręcznie farbowane i przemiłe w dotyku. Wybrałam 4 rodzaje, ale to nie wszystko co mają w swojej ofercie. Liczę na to, że szybko uda mi się sprowadzić resztę, w coraz to większej liczbie kolorów. A wybór mają powalający!
Jeśli któryś z kolorów na stronie producenta wyjątkowo przypadł Wam do gustu, piszcie do mnie maila: sklep@uchmurki.pl, a postaram się przy następnym zamówieniu spełnić to kolorowe marzenie:)

Zapraszam również na konto na facebooku - Chmurka. Będzie można porozmawiać, dowiedzieć się o chmurkowych planach, nowościach, o niespodziankach, inspiracjach. Jednym słowem wszystko co mi (przepraszam, Chmurce) przyjdzie do głowy. Porozmawiać i poczytać będzie można również na stronie sklepu.

Do rzeczy. Co jest ważniejsze w sklepie z wełną jak nie sama wełna? Dropsów nie muszę nikomu przedstawiać, ale Dream chętnie się Wam pokaże. Nie mogłam odmówić im sesji zdjęciowej:

Załapałam się na jedno zdjęcie. Ładnie razem wyglądamy, prawda?:)
Zacznijmy od różowych...
Teraz trochę turkusów...

I niebieskiego...
Coś w ciepłych kolorach...

Odrobina zieleni...
Na koniec fiolety...

Dużo zdjęć (a mam jeszcze więcej), ale ciężko wybrać, na którym modelki wyglądają lepiej. Ciekawa jestem Waszych opinii na temat powyższych włóczek. Przez 10 dni są dostępne w promocyjnej cenie!
Jeśli w trakcie zakupów, lub przeglądania strony natraficie na błąd, bardzo proszę o informację! Strona jest nowa, testowana przez nas, może kryje się tam jeszcze jakiś niezauważony błąd? Będę wdzięczna:).

Bardzo Wam dziękuję za słowa wsparcia pod postami dotyczącymi sklepu. Dawały dużo energii i radości!

Pozdrawiam Was serdecznie, Marzena.

środa, 23 kwietnia 2014

Nawet nie mam pomysłu na tytuł!

Chciałam zacząć od tego, jak ciężko idzie mi ostatnio dzierganie. Weny brak, ochoty brak, pomysłów brak. Ale nie zacznę tak, bo jak napiszę, to tak jakbym się poddała. Nie ma mowy:). Drugi dzień "odpoczywam" od drutów. Lepiej poczekać niż na siłę dziergać.
Koronki muszą zostać sprute, za małe to to wyszło i do tego doszłam do wniosku, że od dołu lepiej mi będzie robić. Lepiej jeśli chodzi o koronki, nie uśmiecha mi się jednak sukienki od końca zaczynać. Nie wiem czemu, ale nie idzie mi wyobrażanie sobie jak, co i gdzie. No ale nie poddajemy się!
Przewinęłam również drugą farbowankę i najpierw cieszyłam się jaki to ładny sweterek z niej będzie. Ale mi przeszło. Sweterka z niej nie będzie, bo jednak za mało tych metrów ufarbowałam. Z  każdym zdaniem co raz bardziej mam ochotę wyżalić się jak mi to nie idzie ostatnio... O Malabrigo leżącym w koszyku nawet nie wspomnę!

Dobra, zmiana tematu. Ustka służy odpoczywaniu. Można się wyspać (nie to co w mieszkaniu przy wrocławskiej, ruchliwej ulicy), pooddychać świeżym powietrzem, przejść się do lasu (tego mi chyba najbardziej brakuje w dużym mieście) i nad morze oczywiście:). Wracamy tam za tydzień, zabierając tym razem znajomych:).
Szczęściem trzeba się dzielić, więc jako że My, z racji odpoczynku, zadowoleni byliśmy bardzo, to daliśmy go troszkę Panu Barnabie, który to radość ma największą w skakaniu i wyskakiwaniu z morza (i w jedzeniu!).

 Barnaba już w wodzie.

 Dawaj badyla!
Na koniec mała zapowiedź tego co się u mnie dzieje! A dzieje się dużo. Naraz. Myślę, że niedługo będzie koniec (a raczej początek!:)):
Pozdrawiam, Marzena.