Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 stycznia 2017

Moje narzędzia pracy

Ostatnio zrobiłam porządek z moimi narzędziami. Nie żebym wcześniej miała bałagan, ale postanowiłam posegregować, przejrzeć, dokupić i zaplanować przechowywanie. Już kilka dobrych lat należę do dziewiarskiego grona, więc mam za sobą pewne doświadczenia. Wiem na pewno jak nie lubię przechowywać moich narzędzi, które używam najczęściej, i czego na prawdę mi potrzeba. 
Jestem szaloną minimalistką, nie mam zapasów wełny, nie kupuję nic pod wpływem emocji, nie zbieram niepotrzebnych rzeczy. W kwestii narzędzi jest tak samo. A mowa oczywiście o drutach. 

Wypróbowałam już kilka sposób na przechowywanie drutów, nie sprawdził się u mnie wiklinowy koszyczek, nie sprawdziło się etui po płytach. To pierwsze jest zbyt sztywne, przez co druty blokowały się przy próbie wyciągnięcia splątanej pary. Nie mam problemu z plątaniem żyłek, nie osiąga to przecież poziomu splątanej wełny, ale to blokowanie między ściankami okropnie mnie irytowało. Rozsądnym sposobem jest przechowywanie w etui na płyty, wszystko jest posegregowane i bezpieczne, ale jakoś nie przypadło mi to do gustu - druty wysuwały się z koszulek, nie chciało mi się wertować stron, nie pamiętałam o wkładaniu na miejsce. To nie był mój sposób i tyle :). Potrzebowałam czegoś pomiędzy, czegoś w co łatwo zajrzę i szybko ustalę lokalizację potrzebnego rozmiaru, w co wygodnie wrzucę druty po skończonej pracy i co będzie po prostu ładne. Bo ja uwielbiam ładne rzeczy. 

Natrafiłam na świetny internetowy sklepik Rzeczownik z ładnymi biurowymi artykułami - klik! Zakupiłam dwie saszetki/piórniki w cudny figowo-roślinny wzór. Jedna większa na druty z żyłką i same żyłki, oraz mniejsza, taka akurat na druty wymienne. I teraz jest w końcu jak trzeba!
 
 

Ten sposób przechowywanie sprawdza się u mnie świetnie, bo jako że jestem człowiekiem lubiącym umiar, mam naprawdę, jak sądzę, mało narzędzi. A czym dokładnie pracuję? I jaka jest moja opinia? Już Wam mówię!

Przede wszystkim lubię druty wymienne. Jest to niesamowita oszczędność miejsca i pieniędzy. Łatwo również, podczas pracy, zmienić druty na większy rozmiar bez konieczności przekładania oczek na inny komplet drutów. Ja używam drutów wymiennych KnitPro. Marka ta przemawia do mnie najbardziej i ograniczam już swoje zakupy tylko do niej. Są solidne, czuć je w dłoni, co po prostu uwielbiam! A jakby tego było mało jakiś czas temu pojawiła się seria Zing, na punkcie której oszalałam :) Milej się przecież dzierga na kolorowych drutach prawda?



Mój zestaw wymiennych drutów składa się z drutów 3.5mm, 3.75mm (zing), 4mm, 4.5mm, 5mm, 5.5mm, 6 i 6.5 mm (zing). Druty 4 mm nie są pokazane, bo akurat dziergam nimi nowy szal.


Jeden drut już jest uroczo wygięty, oznacza to, że najprawdopodobniej niedługo wymienię ten komplet na nowy (oczywiście na Zing!). Jak widzicie mam tylko jeden komplet każdego rozmiaru, bo więcej po prostu nie potrzebuję. Dziergam jedną rzecz na raz, więc to w zupełności mi wystarcza. 

Dziergam wyłącznie metalowymi drutami, starsze komplety są już zmatowione, ale poza tym nie mam do nich żadnych uwag. 

Razem z drutami przechowuję w mniejszej saszetce miarkę do drutów, szydełko i drut warkoczowy. 

Do drutów wymiennych mam 4 żyłki, w dwóch kolorach, każda innej długości - 120, 100, 80 i 60 cm. 

Tutaj jest ta sama sytuacja co z drutami. Nie potrzebuję nic więcej, bo mając te 4 żyłki i 7 par drutów mam w sumie 28 par drutów :).

Docelowo planuję mieć tylko druty wymienne i żyłki, ale mam jeszcze oczywiście druty na żyłce z wcześniejszych lat, oraz te, które są zbyt cienkie by mogły być wymienne. 

Druty KnitPro Zing 3.5 mm, bardzo je lubię, końcówki są już bardziej żółte niż zielone, tak często ich używam. Po prawej również KnitPro, grubość 2.5 mm. Żyłki w KnitPro są w porządku - miękkie i elastyczne, ale po jakimś czasie (dłuższym) zdarza im się odczepić od drutów...
Zingi w cudnych kolorach - różowe 5 mm i miętowe 3.25mm. Uwielbiam! Chociaż w tych pierwszych coś się dzieje z łączeniem żyłki, jakby leciutko się wysuwa...

Druty po lewej to Addi Lace (3mm), w złotym kolorze, z czerwoną żyłką. Bardzo ładne, często ich używam, ciągle są w dobrej formie, ale Addi są leciutkie. Niektórzy mówią, ze to zaleta. Moje odczucia są inne. Chętnie bym Wam powiedziała co to za druty z prawej... ale nie mam pojęcia :) Addi albo Hiyahiya (3mm), też leciutkie, żyłka się trochę "łamie" i zagina.
Znowu druty Addi (2.5mm), tym razem srebrno-złote. Bardzo fajna żyłka, znowu zbyt lekkie, ale naprawdę lubię ich używać. Długo już są ze mną, podobnie jak te powyżej. No i ostatni komplet (nie mam pojęcia czemu mam dwa egzemplarze) HiyaHiya, rozmiar 5mm. Błękitna żyłka jest bardzo cieniutka i miękka. Podobnie jak Addi, są puste w środku, więc są leciutkie. Wolę ciężar i dźwięk stukania KnitPro.

Nie wiem czy w porównaniu z innymi dziewiarkami mam tych narzędzi dużo czy też mało, mi na dzień dzisiejszy nie potrzeba nic więcej, a nawet mam, jak zauważyłam, kilka par zbędnych (za dużo 3mm i 2.5mm :)). Na pewno w przyszłości dokupię kilka par grubszych drutów, od 7 do 10 mm. 

Oprócz tego mam też słoiczek z niewielką ilością markerów, w kilku kolorach bym mogła sobie odpowiednio przystrajać robótkę:
No i oczywiście metr krawiecki i igły dziewiarskie do zszywania. Z dodatkowych rzeczy nabyłam też jakiś czas temu "maszynkę" do pomponów. A ostatnio dodatkowo zakupiłam szkicownik, by nie uciekały mi pomysły! Wszystko co przyjdzie mi do głowy maluję i notuję jak należy:

Ciekawa jestem Waszych sposobów na przechowywanie i opnii na temat poszczególnych drutów. Przyznajcie się, ile macie narzędzi pracy?:)

Pozdrawiam,
Marzena

czwartek, 18 czerwca 2015

Zadbaj o swój sweter...

Edit: Po kilku latach obcowania z coraz to lepszymi włóknami, moja opinia, jak i postępowanie uległo zmianie! Przeczytaj koniecznie najnowszy post z serii: klik!

...i nie napracuj się za dużo:).
Dzisiejszy post jest kontynuacją wpisu sprzed ponad roku, który nosił nazwę "Bo kto przejmuje się instrukcją?". Z perspektywy czasu ten nowy tytuł wydaje się zdecydowanie lepszy, a dlaczego, będziecie mogli przeczytać poniżej. 

Posty w tej serii będą pojawiać się rzadko, przynajmniej co roku. Muszę zdążyć nadziergać trochę swetrów i zdążyć je przetestować pod kątem noszenia i prania:). Kto jest ciekawy jak dbam o swetry, jak je piorę i jak to znoszą, zapraszam do przeczytania pierwszego wpisu (klik!), bo dzisiejszy będzie po części kontynuacją, tzn. opisem skutków moich poczynań.

W dalszym ciągu, jak widzicie w tytule i jego kontynuacji, lenistwo jest u mnie zbyt silne by w stu procentach postępować zgodnie z instrukcją prania i suszenia ręcznie robionych swetrów. Ale w ciągu tych kilkunastu miesięcy zdążyłam nauczyć się paru rzeczy, dostać w kość jak i popłakać nad swetrem. W tym czasie otworzyłam sklep z wełną i w zasadzie dziergam tylko z tego co sprzedaję, a jako że to półka dość wysoka, dbam o swetry bardziej niż to miało miejsce w lutym, zeszłego roku.

Ale w dalszym ciągu próbuję - co można prać w pralce, jak dana włóczka to znosi, czy koniecznie muszę suszyć na płasko? Mam nadzieję, że coś doradzę i Wam, przed czymś uchronię (lepiej uczyć się na czyichś błędach, prawda?) i dowiem się od Was czegoś na ten temat.



Szary melanż to Stormwind, który zrobiłam z Everlasting Sock od Dream in Color (wełna merino). Jest to stara baza, której już nie mam w sklepie. Zastąpiła ją podobna, ale bardziej sprężysta włóczka, skręcona z dziewięciu nitek. Ten mój jest 8ply i to da się odczuć. Jest mocna, nie mechaci się, ani razu nie goliłam tego swetra, a noszę go często, jako że jest to zdecydowanie codzienny sweter. Żadnego swetra nie piorę w pralce, tylko ręcznie w chłodnej wodzie, ale niektórym serwuje wirowanie na 400 obrotach. On do nich należy. Z racji wzoru, za każdym razem go blokuję, więc nie wiem jakby wyglądał suszony tak jak cała reszta zwyczajnego prania- na sznurku/suszarce.

Sweter poniżej to Lumberjack, niedawno wydziergany dla Mateusza. Ja po prostu uwielbiam Leizu... Julie ma już teraz trzy grubości tej włoczki. Ja zaczęłam od Worsted i tak się zachwyciłam, że zamówiłam sobie ponad dwadzieścia motków DK, a i na sock przyjdzie kolej. Dlaczego tak ją lubię? Sprężysta, mocna, lekko błyszcząca (10% jedwabiu, 90% merino), gładka, miękka, odporna na noszenie, daje dużo ciepła. Zdecydowanie mój swetrowy faworyt. Dlatego właśnie z niej zrobiłam sweter dla Mateusza. Wiem, że wytrzyma wszystko. Piorę ręcznie, czasem wiruję na 400 obrotach, zależy od tego ile czasu chcę mu dać do wyschnięcia. Za każdym razem wygląda tak samo w kwestii jakości i kształtu.

O Boxy z Bamboo Fine pisałam w poprzednim poście z serii. Bambus nadal jest miękki, ale zwyczajnie się powyciągał. Sweterek wygląda nieciekawie, w ogóle już w nim nie chodzę.

Pure Merino ciągle to samo - żyje, mechaci się trochę, nadal nie jest tak delikatny jakbym tego chciała, dlatego co raz rzadziej go zakładam. No podgryza mnie skubany. Ale żyje i trzyma formę. Dawno go nie prałam, ale chyba nadal wrzuciłabym go bez skrupułów do wirowania.

Rosy Cheek zrobiłam z Jilly DiC, teraz robię kolejną rzecz z tej włóczki. To singiel, czyli włoczka 1ply. Niestety w sukience nie pochodziłam za dużo... zimą cały czas biegaliśmy i załatwialiśmy sprawy mieszkaniowe, więc sukienki wisiały smutnie w szafie, bo ja zawsze stawiam na wygodę. Mogę powiedzieć za to co mi się wydaje... Po pierwsze włóczki tego typu przerabiałabym zawsze na większych drutach niż nam się wydaje. Po praniu lekko "puchną", i wypełniają ładnie te szczeliny między oczkami. Wydaje mi się, że czym mniejsze druty, tym większe ryzyko, że nam się będzie filcować. Nie wirowałabym ich, a na pewno nie prałabym w pralce.

Lace Merino poniżej to włóczka od Lana Grossa. Zrobiłam z niej Street Chic od Asji. Dawno w nim nie chodziłam, był schowany gdzieś głęboko w kartonie i tak leżał i leżał. Nie boję się go jednak wirować, ale niestety mam wrażenie, że za mocno się wyciąga.

BFL (blue faced leicester) to wełna, którą sama farbowałam. Zrobiłam z niej Light Trails. Piorę ją ręcznie w chłodnej wodzie, wiruję na niskich obrotach, suszę zwyczajnie, na suszarce. Lubię ten sweter, jest bardzo zwyczajny i czuję się w nim komfortowo. Niekiedy odczuwam w okolicach ściągaczy lekkie podgryzanie, ale i tak go lubię. Tylko mam wrażenie, że się rozjaśnił. I leciutko się mechaci.

No i znowu Leizu, tym razem Worsted, w sweterku od Joji - Cold Breath. To właśnie dzięki temu swetrowi tak bardzo się z nią polubiłam. Noszę go cały czas, piorę często, suszę na płasko, jeśli nie wiruję, albo wieszam zwyczajnie na suszarce, gdy jednak pozwolę mu się pokręcić w pralce. Cały czas wygląda jak nowy. Niezniszczalny!
To zdecydowanie zabawny stosik ze swetrami. Dwóch z nich w ogóle nie noszę, a jeden uwielbiam!

Znowu Everlasting Sock i znowu na starej bazie. I znowu ta sama historia - super się nosi, dobrze znosi pranie, nie mechaci się, suszę tylko na płasko bo liczba warkoczy wymaga lekkiego blokowania. Czasem wiruję, ale dla niego to nic wielkiego. A sweterek to Merigold.

Alpaca była opisywana w poprzednim roku. Chyba ani razu go nie założyłam od tamtego czasu...

Z zielonym jest tak samo jak z pasiakiem. Chyba nie czuję się za dobrze w takiej zieleni.
Sukienki z Safran Drops nie noszę zbyt często. Nie pamiętam kiedy był ostatni raz... Ale ją lubię:).

Frozen Fjord powstał z Milis od Julie Asselin. Kolejny singiel - i tak samo jak z Jilly, nie odważyłabym się włożyć go do pralki. Jeśli dba się o taką włóczkę to pozostaje piękna przez długi czas, ale wystarczy raz potraktować ją surowo i może nie być już tak okazała (a single mają to do siebie, że wizualnie i namacalnie robią wielkie wrażenie). Luźne przerabianie sprawia, że nie sztywnieje po praniu, ale tak jak pisałam, ładnie wypełnia szczeliny i jednoczenie pozostaje lejąca.

No i teraz najlepsze. Alpaca z Dropsa. Chcesz mieć sweterek z tej włoczki? Trzymaj ją z daleka od pralki! Piękna jest, zwłaszcza ten kolor, ale w chwili obecnej, ten sweterek pasuje na moją młodszą siostrę. Której nie mam.

Calm to gruby singiel od DiC. Podobnie jak z cieńszymi wersjami - przerabianie na większych drutach to klucz do długowieczności takich swetrów. A przynajmniej takie jest moje zdanie podparte doświadczeniem:). Jeśli robótka jest "ciasna" to trzeba mocno uważać, żeby nie sfilcowała się w strategicznych miejscach. Piorę więc go baaaardzo delikatnie, suszę na płasko i staram się za każdym razem lekko naciągnąć. Jestem już ciut mądrzejsza i zamiast obrażać się na single, po prostu robię to co należy. Nie jest tajemnicą, że takie włóczki są delikatniejsze od tych skręconych z kilku nitek, szybciej się mechacą, ale za to potrafią być zniewalająco miękkie, pięknie uwydatniają kolory i mają delikatny połysk. Sweter (klik!) ciągle czeka na małą poprawkę - chcę zrobić mu dłuższy ściągacz na około, bo jednak brakuje mi paru centymetrów do odpowiedniego opatulenia się nim.

Z Arwetty zrobiłam moją ulubioną sukienkę - Inky. Uwielbiam tą włóczkę, mimo że trzeba co jakiś czas użyć golarki do swetrów. Jest mięciutka, znosi dzielnie częste ręczne pranie, wirowanie, suszenie na wieszaku. 

Lace od Dropsa był już opisywany w tamtym roku. Niestety ciągle zapominam, że mam tą ażurową bluzkę i wcale w niej nie chodzę. Więc żyje i ma się dobrze:).

Kolejny sweter z Calm, to Fickle Heart od Justyny Lorkowskiej. Calm, oprócz tego, że jest miękki to jest też bardzo ciepły. Podobnie jak z tym kobaltowym - piorę delikatnie w ręku i suszę na płasko. Nie radzę inaczej:).

A na koniec wszystkie moje swetry (te które opisałam powyżej) razem, w całkiem sporym wełnianym stosiku:).

Nie są to wszystkie swetry jakie wydziergałam. Pomijając te kompletnie (teraz tak myślę:)) nieudane, z początkowego okresu mojej przygody z wełną, zabrakło to jeszcze kilku... Na przykład Carpino. Nitka, o której pisałam w poprzednim poście, zerwała się niedługo po, i Carpino umarło. Może i udałoby się je naprawić, ale tam się stały jakieś dziwne rzeczy - nitka się zerwała, kilka naokoło się sfilcowało i naprawdę mimo chęci poległam. 
Sweter Mateusza, Hell's Kitchen poszedł w zapomnienie bo nie do końca mi się udał. Myślałam, że będzie po blokowaniu w miarę trzymał formę, ale niestety z prania na pranie rękawy robiły się co raz węższe, korpus jakby lekko przykrótki. Nie wiem... Coś mi w nim nie pasowało. 
Kremowa Vitamina D, zrobiona z Silk Yarnart przestała być wyjściowa już po paru noszeniach. Włóczka początkowo bardzo miękka, po kliku (delikatnych) praniach stała się nieprzyjemna w dotyku i zaczęła się filcować pod pachami i wszędzie tam gdzie często się ją dotykało.
I chyba najgorsza strata... Zielony, mięciutki sweter - Breezy Cardigan. Obiecałam sobie wtedy, w lutym, że nie włożę go do pralki. I nie wiem co mnie podkusiło... wywirowałam i go straciłam. Znowu młodsza siostra by się ucieszyła. Choć i tak nie wyglądał już jak dawniej. A był wyjątkowy! Niesamowicie miękki i przytulaśny! 

Ta seria, tak myślę, ma pomóc/przestrzec/doradzić nie tylko Wam, ale i mi. Taki dowód na to co robiłam, dlaczego się stało tak a nie inaczej i co powinnam robić w przyszłości. Jak zrobię nowy sweter to zawsze mogę zajrzeć i zobaczyć co robiłam z tą włóczką dwa lata temu i jak to się skończyło. Poza tym widzę jak na dłoni jakich kolorów mi ciągle brakuje w szafie i ile swetrów udało mi się wydziergać przez ten czas i jak bardzo "nie mam w czym chodzić":).

Czekam na Wasze rady i spostrzeżenia!
Pozdrawiam ciepło,
Marzena

sobota, 31 stycznia 2015

Alchemia Lasu, czyli typowo babski post, część druga.

Jak wiecie nie lubię się z zbytnio kosmetykami. Włosy stanowią wyjątek, ale dbam też o usta, które wiecznie nawilżam pomadką ochronną, oraz dłonie, które kremuję kilka razy dziennie. Lubię minimalizm, ale lubię też piękne przedmioty. To się tyczy na przykład okładek książek, ale i przedmiotów codziennego użytku. Jak już wprowadzimy się do własnego mieszkania, i już będę mieć piękną łazienkę (!) to i pięknych przedmiotów nie może tam zabraknąć. Może to szalone, ale lubię jak na półkach stoją ładne kosmetyki, piękne flakony perfum, a nie same plastiki w pstrokatych pojemnikach. Postanowiłam więc, że jak już się wprowadzimy to zakupię sobie parę wymarzonych produktów - olejków naturalnych, peelingów do ciała, delikatnych kremów, oczywiście wszystko musiałoby być ładne, pachnące i na ile się da - naturalne. Aż tu nagle... Na blogu Atelier Rozmaitości trafiłam na post o cudnych produktach, małej, dopiero rozwijającej się polskiej firmy - Alchemia Lasu. Sklep nie posiada jeszcze strony internetowej, tylko fanpage na facebooku. Ale już oczarowuje pięknymi zdjęciami lasu, pięknymi słoiczkami z wyłącznie naturalnymi produktami w środku. Nie dość, że każdy produkt jest zrobiony z tego co natura nam dała (oleje, masła, zioła, pestki owoców itp) to jeszcze niektóre z tych produktów są zbierane ręcznie! Uwielbiam takie nietuzinkowe, oryginalne rzeczy - aż zazdroszczę im tego pomysłu na "biznes".
Miałam czekać z zakupem, ale nie dałam rady. Zaraz szybko zamówiłam "na próbę" dwa produkty, wczoraj dostałam i tego samego dnia wypróbowałam! Dzielę się więc to dobrą nowiną, oraz pierwszymi wrażeniami.
Zdjęcia robiłam sama - bardzo lubię fotografować małe obiekty, myślę, że robienie tego zawodowo przynosiłoby mi samą radość:).

Zamówiłam Peeling do Twarzy Różano-Kokosowy z Nasionami Malin. 

Skład brzmi pięknie: olej kokosowy, nasiona malin, nasiona żurawiny, płatki róży, maranta ararutowa, glinka kaolinowa, olejek eteryczny z róży, witamina E.

W słoiczku jest 60 ml specyfiku, który ma wrzosowy kolor, jest twardy (podejrzewam, że to przez olej kokosowy, mój kuchenny zachowuje się tak samo), ale po ogrzaniu rozpuszcza się. Pięknie pachnie różami! Od razu go wypróbowałam. Niewiele go potrzeba do pojedynczego użycia, a używa się go bardzo przyjemnie - czuć pestki pod palcami. Jak zaczęłam zmywać go z twarzy czułam, że skóra jest mięciutka. Ale myślę sobie - pewnie olej się nie do końca spłukał, poleję się wodą jeszcze trochę. Ale po zmyciu skóra nadal była mięciutka. Podoba mi się!

Postanowiłam też upewnić się czy aby na pewno te składniki w nim zawarte mają jakieś właściwości - nie da się mnie tak łatwo wkręcić:). O oleju kokosowym to pewnie każdy słyszał - jest super i nie ma co do tego wątpliwości. Pestki malin rzeczywiście są dobre dla skóry i poleca się peelingi z ich użyciem. Róża odżywia skórę, olejek eteryczny odpręża. No cud miód.

Drugi produkt, który nabyłam to Balsam do Ust – Drzewo Różane i Vetiver.

Jest to mały słoiczek, a balsam wygląda bardziej jak maść. Pachnie bardzo mocno i ziołowo, myślę, że tym Vetiverem właśnie (o nim też już poczytałam:)). Skład znów idealny: masło kakaowe, olej kokosowy, olej rycynowy, oliwa z oliwek, olej z pestek moreli, żywokost, nagietek, tojeść, pokrzywa, babka, krwawnik, wosk pszczeli, olejki eteryczne z: melisy, niaouli i bergamotki, witamina E. Czy tu cokolwiek może zaszkodzić?:)

Niewiele go potrzeba by natłuścić usta, dla mnie to dobrze, bo wiecznie je smaruję. Czasem ratuję też balsamami do ust spierzchnięte usta Mateusza, ale oporny jest i muszę to robić podstępem.
Pięknie się prezentują te słoiczki, prawda? Minimalizm to to co uwielbiam! I nie posądzajcie mnie proszę o posty sponsorowane. Jestem zachwycona pomysłem i wykonaniem twórców Alchemii Lasu,  a dobrych rzeczach trzeba pisać i puszczać dalej w świat. Może ktoś z Was też szukał czegoś takiego?
Już wiem nawet co kupię następne. Bo mają jeszcze kilka ciekawych pozycji, a możliwe, że pojawi się coś nowego (liczę na krem do rąk).

Pozdrawiam,
Marzena

wtorek, 25 lutego 2014

Bo kto przejmuje się instrukcją?

Edit: Po kilku latach obcowania z coraz to lepszymi włóknami, moja opinia, jak i postępowanie uległo zmianie! Przeczytaj koniecznie najnowszy post z serii: klik! 

Jestem leniwa. Lubię robić tylko to co... lubię:). A prać nie lubię. Wraz z pasją przyszło mi też zmierzyć się z ręcznym praniem. Po pewnym czasie zaczęłam kombinować jak ułatwić sobie życie. I zaczęłam próbować i sprawdzać jak daleko mogę się posunąć. Dzielę się więc z Wami moimi doświadczeniami - może i Wasze życie stanie się łatwiejsze?:) Mam nadzieję, że nie narażę się żadnej z Was przez to, co czasem wyprawiam z moimi swetrami. 
Mowa będzie tylko o tych włóczkach, z których (no oczywiście) już coś poczyniłam i nie jest to rzecz sprzed 3 lat (wtedy dzierganie szło mi trochę gorzej:)). Konkretniej: to co trzymam w szafie na wieszakach, a nie w najciemniejszym kącie.
Kremowy sweterek powstał z Silk YarnArt, jest to Vitamina D. W motku bardzo miękka i delikatna. Prałam w sposób cywilizowany - ręcznie - ale po kilku założeniach zaczęła się filcować w strategicznych miejscach. Szkoda, bo podoba mi się wzór i kolor. Ubieram rzadko by nie zniszczyć za szybko. Możliwe, że raz dopuściłam się delikatnego wirowania!:)

Środkowy to Boxy z Bamboo Fine Alize. Uwielbiam go, włóczka jest lekka, lejąca i cieniutka. Idealny sweterek na wiosnę. Piorę w pralce w zimnej wodzie z małą ilością mydła, wirowanie na 400 obrotów. Nic mu się nie dzieje, a jako że noszę go często, to często go też piorę. Susze wieszając na wieszaku. Jak już raz, po pierwszym praniu, się wyciągnął (czego się spodziewałam, a nawet miałam nadzieję) to teraz zachowuje cały czas swoje wymiary. Bambus jest do prania idealny, więc nadaje się, na codziennie lekkie ubrania oraz dla dzieci.

Warkoczowy sweter zrobiłam z Pure Merino YarnArt, podwójną nitką, dość dawno. Troszkę się mechaci, ale jak na to ile czasu go już użytkuję to niewiele. Włóczka minimalnie mnie podgryza, ale jest to do zniesienia (a mało znoszę:)). Piorę w ręku, odwirowuję w pralce na 400 obrotów. Wieszam go jak zwykłe pranie, na suszarce. Nic mu nie jest.




Kolorowe paski to Mon petit gilet rayé, który zrobiłam z Alpaca Drops. Lubię tę wełnę, a jak odkryłam, że wirowanie jej niestraszne, lubię jeszcze bardziej. Najczęściej piorę go w ręku i wiruję tak jak wcześniej - 400 obrotów. Wieszam na suszarce, nie wyciąga się. Jest taki jak na początku.

Life Style Zitrona to moja pierwsza ręcznie pofarbowana wełna. Jest to 100% merino, niegryząca, leciutko się mechaci. Wzór pochodzi z książki Botanical Knit, Twigs and Willows. Traktuję ją jak włóczkę wyżej, piorę ręcznie (albo w pralce z zimną wodą) i wiruję. Żyje i ma się dobrze.

Sweter na dole to mój niedawny udzierg - Breezy Cardigan, zrobiony z Babyalpaca BC Garn. Prałam go chyba dopiero dwa razy, nie odważę się włożyć go do pralki. Włóczka jest delikatna i nie chcę ryzykować. Polecam tą włóczkę, mimo jej ceny. Jest cudowna!



Na górze, te paski, to sukienka - Marina. Mój pierwszy wzór, ale tylko na rozmiar S/M. Dostępny za darmo! 

Zrobiłam ją z Safran Drops, 100% bawełny. Piorę w pralce jak zwykłe, sklepowe rzeczy, suszę na wieszaku. Jak to bawełna - znosi to idealnie.

Ażurowej bluzki, zrobionej z Lace Drops nawet mi się nie śni wkładać do pralki! Bez słowa piorę w reku i suszę na płasko.

Turkus to znów Alpaca Drops, wzór Tailored Cardigan. Podobnie jak sweter w paski powyżej, piorę, wiruję, suszę po swojemu i ciągle jest ze mną w dobrym stanie. Najpierw prałam go (tak podejrzewam) w dość ciepłej wodzie, dopiero później pomyślałam nad tym, żeby woda w misce nie była jednak ciepła dla moich rąk, ale letnia. Niemniej wszystko jest dobrze, a nawet powiem, że lepiej - mam wrażenie, że jest milszy dla skóry. Czy powodem jest pranie w ciepłej wodzie? Nie wiem. Nie mam zamiaru już sprawdzać:).

Inky, zrobionej z Filcolana Arwetta Classic, nawet nie dałam szansy, wyprałam w ręku i od razu wrzuciłam ją do wirowania. W trakcie miałam pewne wątpliwości, ale wyciągnęłam to co włożyłam - ale nie ociekające wodą. Obroty cały czas takie same jak wyżej. Po pierwszym praniu ją blokowałam, zobaczymy czy za każdym razem będę musiała czy już tylko na wieszak i z głowy.

Z Holst Supersoft zrobiłam też nie tak dawno Męski Sweter, tu aż tak bardzo nie odbiegam od instrukcji producenta, który sam doradza pranie w pralce, program z zimną wodą. Suszę na płasko z konieczności blokowania rękawów. Wydłużają się i są obcisłe. Co w męskim swetrze nie może mieć miejsca. Będę chyba musiała spruć jednak rękawy i zrobić po swojemu, zdecydowanie szerzej. Bo tak wisi w szafie, nie mam ochoty go naciągać wiecznie.

Jako że porządkowałam kolorystycznie, biedne Carpino zostało sobie samo. Tak samo jak Supersoft, Holst Coast (wełna z bawełną) piorę w pralce, w programie z zimną woda, suszę pół płasko:) tzn. kładę go na suszarce, na wierzchu. Zaczęło mnie martwić, że pod pachami nitka zaczyna się troszkę zmieniać. Czyli w dość strategicznym miejscy - pocieranie materiałem o materiał, dezodoranty itp. Trochę mnie to niepokoi. Poza tym bez zarzutów. Jest w pewien sposób charakterystyczna w dotyku. Nie umiem tego określi. Niegryząca, niemechaci się na razie. Ale tak trochę jak... wacik?:)

Jak widać, nie mam jeszcze każdego koloru w szafie! Ale jestem na dobrej drodze. Teraz mnie wzięło na róże, co potem? Może załatwię coś w ciepłych kolorach dla Carpino. Gdy naprodukuję nowych ubrań - a tak będzie - zrobię powtórkę.

Dodam na koniec, że to tylko i wyłącznie moje zdanie na temat prania wełnianych i nie tylko ubrań. W żadnym wypadku nie chcę mieć na sumieniu Waszych swetrów! Wiem jednak, że nie tylko ja nie lubię ręcznego prania, niektóre z Was mają małe dzieci, przy których pralka to jedyne wyjście. Mam więc nadzieję, że te moje wypociny nie pójdę na marne i ułatwię Wam życie:).

Pozdrawiam, Marzena!