Pokazywanie postów oznaczonych etykietą letnia garderoba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą letnia garderoba. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 maja 2020

Rustykalna wersja Ogden Cami

Miało być dziś o dwóch sukienkach w głębokich, absolutnie nieróżowych kolorach, ale okazało się, że wykonane niemalże w tym samym miejscu i czasie zdjęcia mogą jednocześnie się udać i nie udać. Pierwsze, do których założyłam butelkową zieleń wyszły koszmarne! Kolory zgubił się w wszechobecnej zieleni (ale to nie byłby problem, bo od czego się ma photoshopa...), obiektyw zwariował i naprodukował około 80% nieostrych zdjęć, a pozostałe 20% albo jest zaszumione albo ozdobione moimi dziwnymi minami. Zupełnym ich przeciwieństwem są za to zdjęcia mahoniowej czy też rdzawej sukienki, o której będzie dzisiejszy post. Światło pięknie zagrało na tym kolorze, rozświetlając nie tylko mnie w niej, ale i całe tło. Wniosek z tego jest taki, że do każdej fotografowanej rzeczy trzeba znaleźć osobne, idealnie pasujące tło bo ono może wiele zmienić! I jak widać nie chodzi tylko o dopełnienie całości, ale również wypływa ono na jakość, kontrast czy nawet uchwycenie ostrości.

Rezygnując więc z obiecanych ostatnim razem łączonych postów szyciowych, chciałabym Wam dziś pokazać tylko jedną sukienkę (albo aż! bo bardzo, bardzo ją lubię!), którą uszyłam w lutym i nie miałam jeszcze okazji nosić bo jest to wyjątkowo letnia kreacja, specjalnie stworzona na upały i plażowanie. Moje uwielbienie do niej nie jest spowodowane wyłącznie wygodnym krojem czy jakością tkaniny (znowu len!), ale przede wszystkim kolorem! I jak już wiecie nie jest to róż, a z tytułu posta można nawet odrobinę wywnioskować... 
Rustykalnymi kolorami określam wszystkie ciepłe i złote brązy, przydymioną rdzę czy mahoń. W styczniowym poście o garderobie wspomniałam Wam, że planuję kupić piękny mahoniowy len, bo odkryłam przy okazji dziergania tego swetra: klik! że lubię się ogromnie z takimi odcieniami. Len zamówiłam niemalże od razu i oto efekt pracy z nim - top Ogden Cami przerobiony na sukienkę:

W zależności od światła, kolor ten przybiera kilka odcieni - raz jest bardziej rdzawy, a raz bliżej mu do mahoniu. Delikatne przykurzenie sprawia, że kolor jest bardzo stylowy, niejaskrawy. Tkaninę kupiłam w Merchant & Mills. Nic nie pobije lnu latem! Nie sądziłam, że różnica między nim a na przykład bawełną jest tak zauważalna, dopóki nie zaczęłam szyć z tego pierwszego. Wcześniej lniane rzeczy mi się raczej nie podobały (kojarzyły mi się z butikami pełnymi beżowych lnianych szerokich spodni czy tunik w towarzystwie drewnianych korali, które widywałam w Ustce w sezonie letnim, a to zupełnie nie jest mój styl), więc w mojej szafie nigdy go nie było.
 

Uszyłam już jedną wersję sukienki posiłkując się tym wzorem - klik! ale tym razem zdecydowałam na odcięcie w talii i marszczoną spódnicę. Poszerzyłam również odrobinę ramiączka by bardziej pasowały do klimatu. 

W pierwszej próbie po prostu przedłużyłam top tworząc delikatnie rozkloszowaną prostą sukienkę. Tym razem skróciłam go odpowiednio (tak mi się zdawało) i doszyłam spódnicę z prostokąta, którą dość mocno pomarszczyłam. Po przymierzeniu okazało się, że coś nie do końca to przemyślałam i tył zbyt mocno wisiał, a odcięcie w talii wcale nie było na jej wysokości. Cóż, od czego ma się prujkę? :)
























Top należało najpierw zwęzić, tak by nie rozszerzał się ku dołowi, tak samo element wewnętrzny (znowu nie znam polskiej nazwy... wybaczcie), który jest jakby "podszewką" na wysokości biustu. Prucia się nie boję, więc szybko naprawiłam co trzeba, następnie skróciłam górę i po przyszyciu dołu wpadłam w zachwyt. To było właśnie to, czego potrzebowałam! Też lubicie takie luźne, wygodne kroje?

Oryginał ma cienkie ramiączka, ale do takiej rustykalnej wersji moim zdaniem wcale by nie pasowały! Na szczęście ten wzór łatwo zmodyfikować.

Użyłam 1.5 metra tkaniny i udało mi się nawet wyciąć z resztek kawałki na kieszenie. Nie ma ich jeszcze, bo to całe prucie mnie trochę zmęczyło, więc nie dokładałam sobie już dodatkowej pracy, ale może jednak się skuszę. Nici, których używałam to Gutermann numer 847.

Przy okazji chciałam wspomnieć o tym jak aparat ortodontyczny zmienił moje zdjęcia. Wcześniej bardzo nie lubiłam uśmiechać się szeroko do zdjęć. Teraz trochę nie mam wyjścia :) Większość prób zamknięcia buzi kończy się nienaturalną miną, albo wystawaniem kawałka zęba, co wygląda co najmniej śmiesznie. Poddałam się temu i uśmiecham do zdjęć ile się da! I zaczęło mi się to podobać, ale jestem pewna, że dużą rolę odgrywa tu efekt jaki jest widoczny już po kilku miesiącach z aparatem. Powodów do noszenia go mam kilka (temat dość obszerny, zapewne na cały post), ale ten najbardziej widoczny to oczywiście krzywy ząb lub dwa, które mam wrażenie tylko mi sprawiały problem i stąd moja poprzednia niechęć do chwalenia się nimi na zdjęciach. Teraz te kilka ząbków jest już równych i bardzo lubię ten widok! Cieszy niezmiernie! I jakoś pewność siebie wzrosła, bo i nawet spoglądam ostatnio dość często w obiektyw, czego też wcześniej nie lubiłam. Mała rzecz, a ile może zmienić, prawda? 
Ciekawa jestem czy zauważyłyście tę zmianę na zdjęciach w moich ostatnich postach? :)

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

poniedziałek, 11 maja 2020

Kalle Shirt w dwóch odsłonach

Naszyłam tyle ubrań od stycznia, że materiału na posty szyciowe mi zdecydowanie nie zabraknie w tym roku. Zgodnie z planem (klik!) skupiłam się głównie na topach, ale oczywiście nie byłabym sobą, gdybym przy okazji nie uszyła jednej czy tam czterech sukienek.

Powoli nadrabiamy zaległości zdjęciowe - dopiero teraz jest na tyle ciepło i stabilnie bym bez problemu pozowała wieczorem w bardzo lekkich ubraniach. Cóż, zapowiada się maj pełen zdjęć! Ale żeby jakoś to przyspieszyć, posty o szyciu będą zbiorowe :)

Na pierwszy ogień idzie Kalle Shirt od Closet Case Pattern, czyli koszula w dwóch odsłonach. W zasadzie to ja nie noszę koszul, nie lubię ich i nie mam nawet tej jednej białej wyjściowej sztuki. Ale Kalle Shirt to trochę inna bajka. Jej krój jest casualowy, lekki i swobodny. Podobała mi się od dłuższego czasu, ale gdy zobaczyłam na Instagramie wersję z białego lnu, błyskawicznie wskoczyła na szczyt mojej listy "do uszycia".

Szyjąc ten wzór można wybrać między krótką wersją, tuniką i sukienką, oprócz tego są do wyboru dwa kołnierzyki i plisy na guziki. Wzory od tych projektantów są zawsze bardzo dopieszczone! Ja zdecydowałam się na sukienkę i top, z klasycznym kołnierzykom i widocznymi guzikami. Ale po kolei...

Sukienkę (dokładnie taką samą jak widziałam na zdjęciu:)) uszyłam jeszcze w poprzednim roku i była to moja pierwsza koszula w ogóle. Czy trudno jest ją uszyć? Myślę, że nie... po prostu szycie trwa trochę dłużej, bo i elementów mamy więcej. Ale kołnierzyk jest prostszy niż się wydaje!
Zdecydowałam się na len z soroną z Popcouture, w śmietankowym kolorze. Widzę, że obecnie jest niedostępny, ale jeśli tylko wróci, to bardzo Wam go polecam! Wygląda jak len, chłodzi jak len, ale jest mięciutki i zwiewny, a do tego prawie w ogóle się nie gniecie. Myślę, że ta sukienka będzie jedną z częściej noszonych latem - krój i materiał sprawia, że czuję się lekko, nic nie uwiera, nie opina, jest niezwykle przewiewna i wygodna. I oczywiście najważniejsze! Wygląda tak:

 

Tkanina mimo że jest bardzo lekka, to nie prześwituje zbyt mocno, a już w ogóle w takim luźnym kroju! Jeśli miałabym jednak robić coś dopasowanego, to wybrałabym ciemniejszy kolor albo podszewkę. 

Nie wprowadziłam żadnych modyfikacji w tym wzorze, chociaż teraz wybrałabym lżejszą flizelinę, albo w ogóle bym z niej zrezygnowała na plisie (chociaż to może sprawić, że będzie się rozciągać przy guzikach) bo dziurki wyszły trochę "grube". Nie widać tego wcale, zwłaszcza, że nie ma powodu rozpinać guzików przy wkładaniu, ani nie planuję zapinania pod szyję, ale początkowo mnie to trochę zniechęciło do tej sukienki. Minęło. Uwielbiam ją!
 

Len z soroną szyje się bardzo łatwo, tkanina świetnie współpracuje! Nie pamiętam jednak ile metrów tkaniny użyłam, taki urok zakupów stacjonarnych - brakuje historii zamówienia :) Do bieli i śmietanki zawsze używam nici Ariadna 0808. 

Drugą wersję Kalle Short uszyłam niedawno. Otrzymałam w prezencie od Konstancji z Popcouture, prawie 1.5 m lekkiego lnu w najpiękniejszym odcieniu antycznego różu (klik!)! Wiedziałam, że uszyje bluzkę, ale jakoś te wszystkie proste, które dotąd preferowałam, nie pasowały mi do tak szlachetnego koloru. Chciałam by działo się na niej coś więcej... Podpowiedź przyszła niemalże od razu, bo Ania akurat zaczęła szyć białą, krótką Kalle i zdecydowałam, że też muszę! I jestem zachwycona! To było dokładnie to, czego potrzebowałam :)
 Lniane szorty z Oysho

Tym razem zrezygnowałam z flizeliny na plisie guzikowej.  Guzików co prawda nie widać na zdjęciach, ale w obu wersjach użyłam małych kokosowych guziczków w botaniczny wzór od Rencami.pl


Krótką wersję szyło się dokładnie tak samo jak długą, z jednym małym wyjątkiem. Dół sukienki jest wykończony w prosty sposób, i mimo "wycięć" czy też "fal" po bokach, było to całkiem proste do zrobienia. Tym razem wyglądało to trochę inaczej. Należało wykończyć dół szerokim panelem (po angielsku hem facing) i to nie było już takie banalne. Problematyczny było to miejsce gdzie spotyka się przód z tyłem i mamy takie "rozcięcie". Działy się tam dziwne rzeczy, ale nie poddałam się. Trochę się musiałam namęczyć, ale chyba jest całkiem nieźle:

Cieszę się ogromnie, że ten len pojawił się w Polsce - jest dostępny w niezłej cenie i świetnej jakości. Kupiłam jeszcze ciemną zieleń, którą przerobiłam już na sukienkę oraz pudrowy róż (ten to już w ogóle jest najpiękniejszy!). Jest lekki i miękki, szyje się dobrze, chociaż pruje dość ciężko. Dobra motywacja by się skupić i nie robić błędów :)

Uwielbiam ten kolor! I jak pięknie pasuje do moich kremowych szortów! Do szycia tej wersji użyłam nici Gutermann w kolorze 991. W połowie szycia stało się jasne, że zabraknie mi nici (nie miałam całej szpulki). Zaczęłam więc używać ciut ciemniejszej do szwów niewidocznych, zostawiając tę idealnie dobraną na pozostałe. I zgadnijcie co? I tak zabrakło, dosłownie na kilka szwów! Nie było wtedy mowy o pojechaniu do pasmanterii osobiście. Pozostało mi czekać na dostawę z internetu. Ale w tej kwestii nie idę na ustępstwa. Nić ma być perfekcyjnie dobrana :)

Szyjąc te koszule, uświadomiłam sobie jak bardzo lubię obszywać dziurki od guzików i tworzyć kieszonki! A czego nie lubię w szyciu? Wykańczania dekoltów lamówką! Nie jest to trudne, nic z tych rzeczy. Po prostu ten proces mnie męczy i nudzi, zwłaszcza przy lejących materiałach.

Czym dłużej patrzę na zdjęcia, tym bardziej jestem przekonana, że potrzebuję jeszcze różowej sukienkowej wersji... a lista ze wzorami do wypróbowania wcale się nie skurczyła od stycznia! Muszę się jakoś opanować :)

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

poniedziałek, 13 stycznia 2020

Letnia garderoba

Pamiętacie mój poprzedni post o garderobie? (klik) Pokazałam Wam moje jesienno-zimowe ubrania, głównie swetry, i to z czym je łączę. Opisałam wtedy dość szczegółowo swój styl i zamiłowania kolorystyczne, które od tamtego czasu w ogóle się nie zmieniły, co jak sądzę, oznacza, że faktycznie udało mi się jasno określić swoje upodobania! :) Mając w sobie taką konkretną listę ulubieńców (czy to w kwestii barw czy fasonów) bez problemu mogę wydziergać czy uszyć sobie kolejnego pewniaka bez ryzyka wpadki i rozczarowania. To jest bardzo motywujące! Nie szukam już daleko, nie eksperymentuję, a jeśli pragnę czegoś nowego, świeżego, to staram się co najwyżej wyglądać "za róg", a nie skakać ze skrajności w skrajność. Co to oznacza? Jeśli kocham róż i złoto, to szukając kolejnego koloru, który polubię, nie sięgną po błękity (brrrr) tylko będę poruszać się w okolicach tych dwóch odcieni, dając szansę ciepłym brązom, przydymionym miedziom czy lawendzie. Taki sposobem moja paleta poszerzyła się na stałe o ten kolor: klik! Bardzo się polubiliśmy i oglądam się za nim z taką samą przyjemnością jak za słodkościami. Tak jak wspomniałam w poprzednim poście, bardzo ciągnie mnie obecnie do ciepłych, przydymionych, rustykalnych barw, ale także to wanilii czy bieli. 

Podoba mi się to, że kolory, które lubię świetnie prezentują się na letnich ubraniach i równie świetnie wypadają na moim ulubionym lnie. A jeszcze bardziej podoba mi się, że mam bardzo dobre wytłumaczenie by szyć letnie ubrania zimą! :) Pomijam fakt, że to po prostu ma sporo sensu - szycie letnich latem, a zimowych zimą często kończy się tak, że niezbyt długo chodzimy w danym ubraniu, bo sezon zdąży się już skończyć. Mogłabym poczekać do wiosny z szyciem sukienek, ale tak się składa, że nasze wakacje zaczną się na początku maja, więc mam tylko cztery miesiące by skompletować całą letnią garderobę, którą chcę tam ze sobą zabrać (znowu uciekamy na miesiąc!). Doszło też do tego, że uszyłam Mateuszowi szorty i oczywiście planuję kolejne, więc roboty mam niemało - muszę ubrać dwie osoby!

Szycie zimą lekkich ubrań ma ten minus, że nie ma jak ich sensownie obfotografować, więc wstrzymam się z tym do lata, a tym czasem pokażę Wam grupowe zdjęcia wieszakowe, opiszę każdą rzecz króciutko i opowiem o tym, co mam jeszcze w planach do zrobienia, tak by garderoba nabrała sensu. 

Nie kupuję już żadnych sukienek, szortów ani topów, być może skuszę się na t-shirty jeśli nie wyrobię się ze wszystkim, ale mam w swojej szafie kilka niezłych sklepowych ubrań, które bardzo lubię, są dobre jakościowo i uszyte w Polsce. A do tego pięknie wpasowują się w całość, są wygodne i chętnie przeze mnie noszone. Cała reszta znika z mojego życia.

Wyjęłam wszystko co mam z szafy, zrobiłam selekcję (co chcę, co się nadaje, co pasuje) i na chwilę obecną moja letnia garderoba prezentuje się tak:

Z dwunastu pozycji samemu uszyłam aż dziewięć! Przyznam, że jestem z siebie okropnie i bezczelnie zadowolona - nie dość, że zrobiłam sama, to jeszcze są one w czołówce moich ulubieńców! Zacznę od lewej.
  • Biel: Inari top z białego tencelu, prosta lniana sukienka od Seaside Tones oraz niedawno uszyta i jeszcze nie obfotografowana koszulowa sukienka Kalle Shirt z mieszanki lnu i sorony (niżej znajdziecie zdjęcie, gdzie widać ją lepiej)
  • Krem i beż: Fringe Dress z cieniutkiego lnu oraz kolejna sukienka, którą uszyłam zimą - nowa Montavilla Muumuu (bo po prostu uwielbiam ten wzór!!!) w cudownym waniliowym kolorze. To mieszanka tencelu i lnu - ma wszystkie zalety oby tych włókien. Nie gniecie się mocno i jest zwiewna i lekka, a jednocześnie chłodzi i nie klei się do ciała jak len. Zamówiłam już kolejny kawałek tego koloru na top. Będzie pasował idealnie do wszystkich moich szortów!
  • Róż: Maya Top z kwiecistej bawełny, pierwsza Montavilla Muumuu z cienkiego lnu, Ogden Cami z tego samego materiału, Kielo Wrap z modalu, sukienka Ogden Cami w brzoskwiniowym lnie.
  • Mahoniowa sukienka w drobne białe kropki (co sprawia, że kolor jest delikatnie rozmyty, niejaskrawy, stonowany) jest od MLE Collection. Jest to wiskoza, delikatna i zwiewna. Sukienka jest krótka i dość wycięta, więc sprawdza się idealnie latem.
  • Ciemno zielona wiskozowa sukienka od Aeterie. Kupiłam ją na ślub kuzynki, ale nie jest mocno "strojna", czego bardzo nie lubię w ubraniach. Wybrałam krój i kolor, który sprawdzi się w wielu okazjach. Nie jestem fanką jednorazowych ubrań. 

Nie da się ukryć jakie kolory czy materiały lubię, prawda? :)

Nie wszystkie sukienki, które Wam pokazałam nadają się jednak na azjatyckie klimaty, więc dwie z powyższych nie pojadą ze mną w podróż. W domu zostanie zielona, bo jest zbyt zabudowana bym się w niej dobrze czuła w tropikach, oraz Kielo Wrap. Sukienka ta jest uszyta z lejącej dzianiny, która opływa ciało i posiada brzoskwiniową fakturę. To i długość sprawiają, że Kielo nie będzie dobrą opcją podczas wilgotnych upałów. Dlatego planuję uszyć jeszcze dwie sukienki, ale o planach opowiem na sam koniec.
Mam konkretne wymagania co do letnich ubrań. Gdy z nieba leje się żar nie potrafię założyć na siebie nic co jest zabudowane pod szyją czy pod pachą. Odpowiednia "przestrzeń" pozwala skórze oddychać, odprowadzać wilgoć, a ja czuję się komfortowo i lekko.
Obcisłe rękawy toleruję tylko w t-shirtach, a w sukienkach czy topach wybieram te z odpowiednim luzem w strategicznych miejscach lub zupełny brak rękawa.

Jeszcze rzut oka na wszystkie sukienki, które uszyłam w ciągu roku:
Czuję się bardzo usatysfakcjonowana patrząc na tę paletę barw!

Rzadko noszę spódnice, więc zapomniałam o tej jednej jedynej, którą mam, gdy robiłam zdjęcia. Wrzucam więc starą fotkę. Kupiłam ją dwa lata temu w Marie Zelie. Nieźle się wpasowuje kolorystycznie w resztę garderoby, prawda? :)

Latem, gdy nie mam akurat na sobie sukienki, noszę krótkie szorty i topy. Lubię w zasadzie tylko dwa kroje (każdy nie dłuższy niż 1/3 uda - w takich czuję się najlepiej): jeansowe i dopasowane spodenki (jeśli dopasowane to tylko jeansowe, tylko niebieskie!) oraz luźne i zwiewne szorty, z gumką i sznurkiem w pasie. Dlatego takie właśnie sobie uszyłam. I uszyję kolejne!

Jeansowe, kremowe i różowe, które leżą na samej górze, są kupione w sklepie. Bardzo je lubię i mimo, że nie jest to żadna super marka, to wyglądają po dwóch letnich sezonach jak nowe. Zielone i drugie różowe to Spring Shorts, które uszyłam w zeszłym roku - klik!
Ten krój jest idealny, bardzo lubię w nich chodzić i dlatego nie chce mi się eksperymentować i szukać nowego wzoru. Ale muszę wybrać nowy kolor...

I jak w przypadku sukienki jest to łatwe, to jeśli chodzi o szorty i topy, mam trochę więcej do zaplanowania. Chcę móc wykonać z nich później jak najwięcej zestawów. Szkoda by szorty pasowały tylko do jednej bluzki!

Postanowiłam poszerzyć obecną paletę o kilka odcieni, które ostatnio mnie mocno zachwycają. Póki co króluje u mnie róż, biel i kremy, jest też odrobina zieleni i mahoniu. Ten ostatni (i jego odmiany) musi pojawić się w większej ilości! Skleciłam taką mini paletę, które planuję się trzymać przy następnych tkaninowych zakupach:

Rozglądam się za wszystkimi zgaszonymi odcieniami mahoniu czy kasztanów, mauve, orzechowymi kolorami czy wanilią (bo mnie ten kolor powala na kolana!), ale też zerkam na zieleń, beże i róż oczywiście :)
Mam pierwszego kandydata. To len od Merchant & Mills w kolorze Maud, ten sam materiał, którego użyłam do różowej Montavilli. Myślę, że będzie pięknie wyglądał w lekkiej i obszernej sukience na ramiączkach!

Planuję uszyć jeszcze przynajmniej dwie krótkie i lekkie sukienki, które będą idealne na plaże, przynajmniej jedną parę szortów (może skrócę sobie też ulubione jeansy, które zyskały ostatnio przetarcia na kolanach) i sporo topów czy t-shirtów. Tego brakuje mi najbardziej. Nie umiem nic kupić w sklepie i ciężko mi też zdecydować jaki materiał będzie dobry by uszyć coś samemu. Lubię len i cieniutkie wiskozy w bluzkach. Ten pierwszy znajduję bez problemu, ale wiskozy najczęściej są dla mnie zbyt "grube", zbyt gęsto tkane. A do tego pasują mi głównie te z delikatnym wzorem. I przez to, zamiast szyć różne elementy garderoby, skupiam się głównie na sukienkach bo to przychodzi mi łatwiej. Nie ma jednak żadnych wątpliwości, że to topy powinny zyskać teraz priorytet.

Zamówiłam więc cztery materiały, kupiłam stacjonarnie kolejne trzy i biorę się do pracy. A Was proszę - jeśli możecie mi polecić cieniutkie wiskozy z subtelnym wzorem, i na dodatek w moich kolorach, to piszcie koniecznie :)

Na liście do uszycia są jeszcze t-shirty dla Mateusza oraz jeszcze jedne męskie szorty. Wzór, z którego korzystałam za pierwszym razem sprawdził się idealnie (klik!) - obiecuję pokazać je gdy tylko pojawi się słońce w weekend. Ciemno zimą w domu, nie ma wyjścia, trzeba czekać na światło.

Na koniec wspomnę jeszcze o jednym ważnym elemencie letniej garderoby, czyli butach! Jestem w tej kwestii raczej minimalistką... Mam trzy pary sandałów, każdy do innych celów, nie kupuję nowych póki obecne nadają się do użytku:
  1. Na co dzień noszę wygodne płaskie sandały, dobrze trzymające stopę i pasujące i do spodni i do sukienki. Nie lubię zakrytych pięt ani palców. Wybieram zawsze klasykę - tym razem Ryłko w bardzo jasnym i subtelnym pudrowym kolorze. 
  2. Jako że naprawdę sporo chodzimy - po miastach, szlakach, górach, plażach - potrzebuję mieć jakieś ultra wygodne sandały, które zakładam najczęściej do szortów i luźnych sukienek. Na naprawdę konkretne wyprawy zakładam latem lekkie trekkingowe buty, ale pozostałe wędrówki przemierzam w takich właśnie piankowych, lekkich sandałach, które są w pełni tolerowane przez moje zwariowane stopy (które lubują się w moim bólu niestety). Te akurat są z firmy Clarks.
  3. Lubię też mieć "wyjściowe" sandały, które zakładam do sukienek. Te kupiłam w Ryłko i są w pięknym miodowym kolorze, który gra z moją garderobą. Mają niewielki kwadratowy obcas, dobrze trzymają stopę i co najważniejsze, pozwalają mi się nosić w rozsądnej ilości bez bólu :)
I to tyle, chociaż chcę dokupić jeszcze plażowe klapki. Latem, tak samo jak w pozostałych sezonach, jeśli chodzi o buty (ale też ubrania!) głównie stawiam na wygodę i uniwersalność. Lubię mieć tylko to, czego faktycznie mi potrzeba i co regularnie noszę.

Teraz, gdy sama szyję, mogę wykonać kilka razy ten sam wzór. Nie mam problemu z noszeniem "tego samego", wręcz przeciwnie! Gdy polubię jakiś fason czy kolor to mogę powielać go w nieskończoność :) Jak któraś sukienka się zużyje albo zepsuje, to po prostu zrobię ją sobie jeszcze raz! Czad!

Planuję aktualizację pod koniec kwietnia. Zobaczymy ile uda mi się uszyć do tego czasu!

Pozdrawiam,
Marzena