Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 sierpnia 2019

Ulubione: kosmetyki do pielęgnacji

Mam całą długą listę pomysłów na nowe posty! Od połowy lipca byliśmy na urlopie, a zaraz po powrocie wpadliśmy w festwiwalowy szał (festiwal filmowy Nowe Horyzonty, kto był?:)), więc dopiero teraz mogę zacząć na spokojnie bawić się w pisanie. Lista ta zawiera nie tylko posty dziewiarskie czy szyciowe! Dziś na przykład chciałabym Wam opowiedzieć o kosmetykach. Mimo że w historii mojego bloga taki temat pojawił się tylko jeden jedyny raz, to tak się składa, że używam co nie co, myję się (wybaczcie mi ten humor - rano jest, kawa jeszcze nie zaczęła działać!:)), dbam o skórę, włosy, cerę i mam w tej kwestii trochę przemyśleń, mam listę ulubionych kosmetyków, które z przyjemnością mogę Wam polecić, mam ochotę na dyskusję i usłyszenie Waszej opinii czy poznanie Waszych kosmetycznych propozycji.

Nie mając większej wiedzy na temat składów, jakości i ogólnie tego co jest dostępne na rynku, bardzo często wybieram produkty, które ktoś mi po prostu poleci. Gdy chcę kupić nowy kosmetyk pytam lub szukam propozycji na blogach, które lubię. Wybór w sklepach jest tak wielki, że nie potrafię samodzielnie wytypować kandydatów. I w zasadzie niespecjalnie chce mi się w to za bardzo wgłębiać. Dopóki nie sprawdzę na własnej skórze to nie wiem czy warto zainwestować w coś pieniądze. Popularne i bardzo chwalone produkty potrafiły bardzo mnie rozczarować i oczywiście w drugą stronę. Zakładam więc, że każdy kosmetyk ma mniej więcej takie same szanse by mi się spodobać, więc po prostu szukam punktu zaczepiania, czyli zbieram kilka nazw produktów z blogów i zamawiam to co mi najbardziej odpowiada z opisu. 
Właśnie dlatego postanowiłam napisać Wam tego posta! Być może postępujecie tak jak ja i taka lista po prostu ułatwi Wam odrobinę życie. Ja bardzo polegam na takich wpisach - głównie podglądam w tym temacie Magiczny Domek i Make Life Easier.

Mając już prawie 28 lat mam udało mi się stworzyć swoją listę ulubieńców. Wypracowałam swoje minimum, którego potrzebuję do codziennej pielęgnacji i rzadko kiedy je przekraczam. Cieszę się, że udało mi się znaleźć kosmetyki, które akceptuję w pełni i dobrze działają na moją skórę czy włosy.

Pielęgnacja dłoni i ust.
Zacznę od produktów, które towarzyszą mi najdłużej! O cerę zaczęłam dbać sumiennie kilka lat temu, ale ręce i usta otrzymują swoją dawkę nawilżenia już od bardzo dawna. Te produkty zużywam bardzo szybko! Mam zawsze kilka opakowań, bym nie musiała ich szukać po domu ani wyjmować z torebki. Używam już w zasadzie tylko kremów do rąk Yope.
 
Te duże, półlitrowe butelki mają zostać zastąpione mniejszymi, co trochę mnie smuci. Pojemność 500 ml to akurat na moje potrzeby.
Yope tworzy wyłącznie kosmetyki naturalne. Lubię ich ciekawe, ale nieintensywne zapachy i konsystencję balsamów. Chyba nie mam ulubieńca - obecnie skończyłam figę i z przyjemnością przeniosłam się na wanilię. Miałam również kwiat lipy, który pachnie przepięknie! A do torebki wrzucam zieloną herbatę z miętą. Nie ma to wpływu na jakość kosmetyków, ale lubię ich również za te urocze zwierzątka na opakowaniach:)

Jeśli chodzi o pielęgnację ust, to zawsze mam przynajmniej dwie pomadki, które ciągle gubię, oraz krem bambino, który zawsze czeka w pogotowiu na biurku. Stosuję losowe marki, na zdjęciu akurat waniliowa pomadka z Yves Rocher.
Czy naprawdę potrzebuję ciągłej pielęgnacji ust? Zdecydowanie nie. Nie mam z nimi żadnego problemu, po prostu lubię to robić. Tak samo jak kremować ręce:)

Pielęgnacja ciała.
Od wielu lat stosowałam losowo wybrane żele pod prysznic i nigdy specjalnie nie pałałam miłością do żadnej konkretnej marki czy zapachu. Jednak od ponad roku używam wyłącznie jednego produktu i tak już zostanie. Żel od Yope kupił mnie zapachem kokosa, naturalnym składem i przyjemną konsystencją. Ale głównie tym kokosem. Naprawdę lubię kokosa.

Tak bardzo, że bez wahania zrezygnowałam z poprzedniego ulubionego masła do ciała (Yves Rocher) gdy tylko pojawiło się masło z tej samej serii co żel. Kokos i sól morska. O rany! Konsystencja i zapach mnie po prostu powala. 
Nie lubię smarować ciała mleczkiem czy balsamem. Zawsze wybieram tylko gęste masła. Nie mam problemu z ich aplikacją, a działanie nawilżające jest o wiele lepsze niż w przypadku tych pierwszych.
Mimo że mam skórę naczynkową (nie tylko na twarzy) to nigdy nie kupowałam produktów dedykowanych temu typowi skóry. Cóż, nie wierzę w cuda i wiem, że przez skórę, kremem czy peelingiem, nie usunie się defektów podskórnych (popękanych naczyń krwionośnych czy cellulitu/tłuszczyku), więc skupiam się wyłącznie na dobrym nawilżeniu. Rozumiem, że niektóre produktu mogą zapobiegać pękaniu naczyń, zmniejszać zaczerwienienie, ale ja pajączki po prostu mam od dziecka. Towarzyszą mi całe życie, ale nie pojawia się ich więcej, więc nie martwię się jaki peeling wybrać, by nie pogorszyć sprawy. Przy okazji wspomnę, że zrobienie sobie siniaka jest u mnie tak naturalne jak oddychanie. Wystarczy mnie dotknąć, a na drugi dzień już jestem fioletowa :)

Peeling
Przyznam, że nie wyrobiłam sobie jeszcze zwyczaju regularnego peelingowania. Zapominam o tym głównie jesienią czy zimą, ale latem staram się to robić dość często. Nie mam konkretnego faworyta, ale wiem czego na pewno nie lubię. Nie toleruję żadnego peelingu, który po fakcie pozostawia warstwę na skórze! Nie mogę wyjść z podziwu, że uznaje się to za zaletę - "nasz produkt pozostawia delikatną, nawilżającą warstwę i nie ma potrzeby nakładania balsamu". I już wiem, że nie kupię tego produktu. Warstwa ta jest dla mnie tłusta niczym wosk. Nie ma nic wspólnego z delikatną, początkową lepkością masła do ciała. Mam wrażenie, że skóra jest napięta, a po peelingu wcale nie czuję się "oczyszczona", tylko... brudna. Więc myję się raz jeszcze! Ciągle się zastanawiam, czy tylko mi odbija na tym punkcie :)

Miałam dwa razy naprawdę fajny cukrowy peeling o zapachu limonki, z firmy Organic Therapy, ale niestety firma ta chyba przestała istnieć i nie da się go już kupić. Próbowałam kilku różnych marek, niektóre zamiast tłustej warstwy zostawiały dodatkowo pomarańczowy kolor, ostatecznie całkiem odpowiadał mi śliwkowy z Ministerstwa dobrego mydła, ale kilka dni temu przyszła do mnie paczka z dwoma produktami firmy Miya i jestem wyjątkowo zadowolona! W końcu!

Ten po prawej, w czerwonym pojemniczki, to peeling do ciała z czerwoną glinką. Posiada drobne, ale skuteczne drobinki soli i cukru. Może na pierwszy rzut oka nie wygląda na mocny, ale naprawdę robi swoje. I pachnie obłędnie słodkimi owocami!
Ten w waniliowym pudełku to peeling do całego ciała, również do twarzy. Ja kupiłam go właśnie w tym celu. Przeczytałam o nim na blogu Kasi Tusk i zgadzam się z jej opinią, że w ogóle go nie ubywa. Co prawda nie stosuję go długo, ale na dobry peeling twarzy potrzeba dosłownie odrobinę. Lubię peelingi do twarzy z nierozpuszczalnymi drobinkami (ale są również kryształki cukru). To chyba najmocniejszy produkt do twarzy jaki miałam, ale nadal w granicach normy. Polecam również peeling od Make Me Bio (Almond Scrub). Jest to proszek, który należy rozrobić z odrobiną wody by uzyskać pastę. Bardzo niepozornie wyglądającą pastę! To bardzo skuteczny i intensywny peeling. Jeden z lepszych jakie miałam. 

Pielęgnacja skóry twarz.
W ostatnim czasie o skórę twarzy dbam w sposób szczególny. Dlatego właśnie regularnie używam peelingu. Ale to oczywiście nie wszystko.
Niestety mam cerę problematyczną. Jeszcze kilka lat temu miałam wyłącznie problem z naczynkami. Rumienię się odkąd pamiętam, pajączki na policzkach posiadam od najmłodszych lat. Są i już. Nie jest to dla mnie wielki problem, nie przejmuję się takimi rzeczami zbytnio. Prawie cztery lata temu, przez spory i gwałtowny problem z hormonami, moja twarz (i nie tylko) zmagała się z wyjątkowo silnym i uciążliwym trądzikiem. Od razu zaczęłam działać, nie skupiając się wyłącznie na leczeniu przyczyny, ale również objawów. Za 8 miesięcy miał odbyć się nasz ślub, a ja nie potrafiłam znaleźć zdrowego miejsca na swojej twarzy... Nie poddając się wyjątkowo ciężkim i przygnębiającym myślom, zaczęłam nieprzyjemny proces leczenia - stosowałam silny lek naskórny, który między innymi agresywnie złuszczał naskórek. W efekcie oprócz trądziku miałam na twarzy wielką czerwoną plamę, suchą i wrażliwą na wszystkie bodźce skórę, ale ostatecznie w dniu naszego ślubu nie miałam ani jednej krostki! 
Lek ten działał mocno i szybko, co wiązało się z powstawaniem przebarwień. Ale te, na szczęście, łatwo mogłam zakryć nawet delikatną warstwą podkładu. I w zasadzie tylko dlatego użyłam go w tym dniu.

Dziś mam tych przebarwień już naprawdę niewiele, zostało tylko kilka małych blizn po tym incydencie, ale chyba zmieniło to moją cerę, bo teraz zdecydowanie należy do kategorii "tłusta i problematyczna". Gdy dobrze o nią dbam, jest w miarę gładka i matowa. Ale wiele kremów, nawet tych lekkich, od razu zapycha mi pory i powoduje pojawienie się wyprysków. Musiałam więc mocno skupić się na tym temacie. 

Wypróbowałam wiele kremów, część z nich musiałam odrzucić już po pierwszym użyciu. Nawet te, które powstały właśnie do pielęgnacji skóry tłustej! Na szczęście udało mi się trafić na krem, który moja szalona skóra toleruje i chyba będzie to wieloletnia przyjaźń. Nie chce mi się znowu eksperymentować.

Mowa o tym pośrodku oczywiście, firmy Organique. Dobrze nawilża i jednocześnie radzi sobie naprawdę nieźle z moją skórą. Bardzo wydajny, praktycznie bezzapachowy. Zaczęłam właśnie drugie opakowanie. 
Ten po lewej to krem jaki dostałam w gratisie do zamówienia (Clinique Dramatically Different Moisturizing Cream). To mocno nawilżający krem, bardzo gęsty i raczej "tłusty". Dlaczego się tu znalazł? Po powrocie z wakacji miałam dość mocno spieczony nos od słońca. Skóra była szorstka, pomarszczona i mało estetyczna. I wystarczyły dwa dni by ten maluch zrobił z tym porządek. Cudownie wygładził i zmiękczył naskórek. Ja mogę używać go niestety wyłącznie punktowo, ale może znajdzie się tu ktoś z wielką potrzebą nawilżenia cery:)
I krem pod oczy. Używam regularnie, bo kiedyś trzeba zacząć. Chyba jako jedyny spośród kremów, które miałam okazję używać, faktycznie dał widoczne rezultaty. Będę się go trzymać. 

Oprócz kremów i peelingu używam również toników. Głównie dlatego, że mam skórę tłustą.

Nie mam żadnego faworyta. Głównie używam toników i płynów do oczyszczania porów i redukowania ilości sebum. Niestety po intensywnym wysiłku fizycznym mam za każdym razem dwudniowe zmaganie z krostkami, dlatego kluczowe jest przemywanie nim twarzy przed i po treningu. I oczywiście każdego dnia rano i wieczorem. Nie ma ich na zdjęciu, ale używam również żeli antybakteryjnych do mycia twarzy. No robię co mogę :)
Miałam dość mocny tonik z Tołpy, ale teraz przerzuciłam się na tańszy z Ziaji. Też działa. 

Hydrolatów używam rzadko, ale jednak... głównie do okazjonalnego zmywania tuszu do rzęs czy korektora pod oczami, jak już mam jakieś wyjście i zdecyduje się je nałożyć. Ten po lewej, z Ministerstwa Dobrego Mydła, ma ziołowy zapach i lubię go czasem nałożyć po peelingu. Daje przyjemnie uczucie świeżości. Kiedyś używałabym ich jak tonika, ale cóż, moja skóra potrzebuje bardziej agresywnego oczyszczania.

Opalanie.
Z roku na rok co raz bardziej martwi mnie wystawianie skóry na słońce. Oczywiście opalam się, ale robię to z głową i bardzo często nakładam krem z filtrem. Do ciała wybieram trzydziestkę, a na twarz zawsze przynajmniej filtr 50. W tym roku zdecydowałam się na wyższą półkę cenową - oba te kremy są mieszanką filtrów chemicznych i mineralnych.
Ten niewielki sztyft La Roche-Posay kupiliśmy w Portugalii. Podczas nauki surfingu spędzaliśmy w wodzie kilka godzin, więc tradycyjny krem dość szybko znikał, a my piekliśmy sobie twarz, dłonie i stopy. Moim zdaniem przypomina on wosk, który po nałożeniu mocno trzyma się skóry. Woda raczej po nim ścieka niż zabiera ze sobą. Różnica była znacząca. I nakładanie o wiele przyjemniejsze!

Włosy.
Cóż, w tym temacie nie ma żadnych zmian. Jeśli chcecie poczytać co mam na ten temat do powiedzenia, to zapraszam do posta sprzed ponad 4 lat - klik! Ciągle aktualne:) 
Teraz używam szamponu, odżywki i maski na zmianę, a po myciu olejku bez spłukiwania, który pojawił się na rynku dopiero po napisaniu tamtego posta. 
 
W kwestii włosów zmieniło się tylko jedno - przy wspomnianej powyżej burzy hormonalnej, przez kilka miesięcy wypadały mi włosy. Na szczęście nie było to bardzo drastyczne, ale widzę, ze nie są już tak gęste jak kiedyś. Ale trzy lata to wystarczający czas by zauważyć napływ nowych włosów! Trochę im zajmie dorównanie pozostałym w kwestii długości, ale poczekam cierpliwie. Nigdzie mi się nie spieszy:)

Malowanie:)
I na koniec moje ogromne zapasy kosmetyków kolorowych! Istne szaleństwo proszę Państwa! Wydałam fortunę.
 
Tak naprawdę kupiłam tylko ten korektor... przed ślubem :) A tusz, o ludzie, dostałam w gratisie przy zakupach w Yves Rocher. To chyba dobrze oddaje moje podejście do malowania.
 
Pisałam Wam już, że na ślub malowałam się sama, bo mocny makijaż to absolutnie nie jest to czego mi potrzeba do szczęścia. Kupiłam cały zestaw dobrych kosmetyków, tylko po to by użyć ich jeden jedyny raz, zakryć swoje plamy po leczeniu (udało się to bez większych szaleństw i mogłam czuć się swobodnie, bez maski), a następnie część sprzedać sąsiadkom. Zostawiłam sobie co nieco na wszelki wypadek i używałam w zasadzie tylko korektora i tuszu. Kiedy? Na kolację z mężem, na imprezę, na przyjęcia czy do sesji zdjęciowej. A na co dzień nie maluję się wcale. I totalnie mi z tym dobrze.

Kiedyś jedna czytelniczka zapytała mnie jak sobie z tym radzę, tak ogólnie. Jakie mam podejście, przemyślenia i jakie są reakcje innych. Cóż, chyba po prostu taka jestem, że mnie to w ogóle nie obchodzi. Nie ma tu żadnej manifestacji, ot po prostu mam to gdzieś:). Naprawdę, nie przejmuję się tym wcale. Jednego dnia po prostu nie nałożyłam makijażu i tak już zostało - co bardzo mnie cieszy. Nie maluję paznokci, nie nakładam samoopalaczy, nie doklejam sobie rzęs (brr! wybaczcie, ale to ostatnie mnie akurat przeraża:))
 
Nie przeszkadza mi to czy Ty się malujesz czy nie, nawet specjalnie o tym nie myślę, chyba, że ktoś naprawdę przesadzi i ciężko to zignorować.
Jednak osobiście uważam za absurd, że malowanie stało się normą do tego stopnia, że brak makijażu traktowany jest jako dziwactwo albo przynajmniej coś godnego uwagi (niekoniecznie pozytywnej). Co więcej - delikatny makijaż stał się symbolem "naturalności", a jego brak niedbaniem o siebie. Tak, dla mnie to absurd. Oczywiście uogólniam, ale musicie wiedzieć, że najmniej zrozumienia w tej kwestii mam od innych kobiet właśnie:). 
Usłyszałam niejeden raz, że nie maluję się tylko dlatego, że nie mam potrzeby i że zobaczę jak będę starsza. Minęło kilka lat, żarty Mateusza pozostawiły już wokół oczu drobne ślady, trądzik zrobił swoje, pajączki jak były tak są, a ja nadal się nie maluję. Myślę, że te "defekty" dla większości są już całkiem poważnym argumentem za nałożeniem podkładu. Rzecz w tym, że w moim przypadku to wcale nie jest kwestia "potrzeby".
Kupując kosmetyki na ślub, Pani z politowaniem patrzyła na moje TYLKO wyregulowane delikatnie brwi i próbowała przekonać mnie, że namalowanie sobie nowych jest konieczne do idealnego ślubnego wizerunku. I wiem, że w jej oczach byłam dziwakiem. Ale dlaczego?
Nie przejmuje się takimi opiniami, ale zawsze ogromnie intryguje mnie powód. Dlaczego kobiety mają się malować? Dlaczego nie możemy mieć naturalnych rumieńców, swoich brwi i paznokci, widocznego pajączka na twarzy, krostki, plamki, cieni pod oczami. No przecież my tak właśnie wyglądamy. Czy się malujemy czy nie, nasza twarz nadal tak właśnie wygląda. I ja postanowiłam się tym nie przejmować, przyjąć tak samo jak przyjmują to mężczyźni. Zająć się spaniem z rana zamiast nakładaniem makijażu, beztroskim pływaniem w morzu bez zamartwiania się o wodoodporność mojego tuszu itd. Wiem, że z pomalowanymi rzęsami moje oko wygląda lepiej, mam jasne rzęsy, ale ja naprawdę się tym nie przejmuję. Niekiedy nakładam na rzęsy hennę, ale jak zejdzie, a ja zapomnę się umówić do kosmetyczki, to trudno. 

Kiedyś byłam świadkiem jak jedna dziewczyna chwaliła drugą za cudowną, piękną cerę. I wpadłam w niemałą konsternację, bo... obie miały na sobie podkład i puder, więc, kurczę, nie wiem, ale wydaje mi się, że trudno to wtedy ocenić :) Absolutnie nie ujmuję jej nic, bo naprawdę wyglądała ładnie, ale akurat ocena stanu cery wydała mi się mało realna w takich warunkach. Napisałam o tym by jeszcze lepiej zobrazować jak malowanie stało się normą, jak postrzega się twarz kobiety (jak kobieta wygląda z makijażem, a nie bez).
 
To moje niemalowanie, jak pisałam, nie jest żadną manifestacją, nie zastanawiam się nad tym jakoś szczególnie. Farbuję przecież włosy, czasem przyciemniam rzęsy albo nakładam korektor pod oczy. 

Skupiam się więc na zdrowiu, pielęgnacji, a nie na ukrywaniu. Próbowałam raz czy dwa ukryć swój szalony półroczny trądzik pod makijażem, poddałam się i postanowiłam myśleć tylko leczeniu. Współczuję wszystkim, którzy zmagają się z nim każdego dnia... I z tym co po sobie pozostawia. Mi makijaż pomógł kilka razy, zakrył raczej plamy potrądzikowe lub zaczerwienienie spowodowane złuszczaniem naskórka, niż same krostki. Wiem, że są sytuacje, kiedy makijaż pozwala nam swobodnie funkcjonować wśród ludzi, taki powód jest dla mnie jak najbardziej zrozumiały. Chociaż mi akurat nie przeszkadzałyby Twoje niedoskonałości :)
 
Jeśli się malujesz i odebrałaś ten ostatni podpunkt wpisu jak krytykę, to wiedz, że absolutnie bez powodu! Ciężko wyrazić swoje myśli i odczucia przez monitor, więc wybaczcie jeśli to tak brzmiało. Po prostu przedstawiłam Wam swój, niemakijażowy, punkt widzenia. Jest mi naprawdę wszystko jedno kto, jak, dlaczego i czy w ogóle się maluje. Ja cenię sobie swoje podejście i grunt byś Ty czuła się ze swoim tak sam.

A teraz czekam na Wasze opinie i przemyślenia! Używaliście kiedyś tych produktów co ja? Może macie jakąś ciekawszą propozycję? Chętnie się dowiem co polecacie i spróbuję czegoś nowego, chociaż kokosowego żelu i masła nie zastąpię niczym innym! Kokosowa faza trwa w najlepsze :)
 
Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

sobota, 31 stycznia 2015

Alchemia Lasu, czyli typowo babski post, część druga.

Jak wiecie nie lubię się z zbytnio kosmetykami. Włosy stanowią wyjątek, ale dbam też o usta, które wiecznie nawilżam pomadką ochronną, oraz dłonie, które kremuję kilka razy dziennie. Lubię minimalizm, ale lubię też piękne przedmioty. To się tyczy na przykład okładek książek, ale i przedmiotów codziennego użytku. Jak już wprowadzimy się do własnego mieszkania, i już będę mieć piękną łazienkę (!) to i pięknych przedmiotów nie może tam zabraknąć. Może to szalone, ale lubię jak na półkach stoją ładne kosmetyki, piękne flakony perfum, a nie same plastiki w pstrokatych pojemnikach. Postanowiłam więc, że jak już się wprowadzimy to zakupię sobie parę wymarzonych produktów - olejków naturalnych, peelingów do ciała, delikatnych kremów, oczywiście wszystko musiałoby być ładne, pachnące i na ile się da - naturalne. Aż tu nagle... Na blogu Atelier Rozmaitości trafiłam na post o cudnych produktach, małej, dopiero rozwijającej się polskiej firmy - Alchemia Lasu. Sklep nie posiada jeszcze strony internetowej, tylko fanpage na facebooku. Ale już oczarowuje pięknymi zdjęciami lasu, pięknymi słoiczkami z wyłącznie naturalnymi produktami w środku. Nie dość, że każdy produkt jest zrobiony z tego co natura nam dała (oleje, masła, zioła, pestki owoców itp) to jeszcze niektóre z tych produktów są zbierane ręcznie! Uwielbiam takie nietuzinkowe, oryginalne rzeczy - aż zazdroszczę im tego pomysłu na "biznes".
Miałam czekać z zakupem, ale nie dałam rady. Zaraz szybko zamówiłam "na próbę" dwa produkty, wczoraj dostałam i tego samego dnia wypróbowałam! Dzielę się więc to dobrą nowiną, oraz pierwszymi wrażeniami.
Zdjęcia robiłam sama - bardzo lubię fotografować małe obiekty, myślę, że robienie tego zawodowo przynosiłoby mi samą radość:).

Zamówiłam Peeling do Twarzy Różano-Kokosowy z Nasionami Malin. 

Skład brzmi pięknie: olej kokosowy, nasiona malin, nasiona żurawiny, płatki róży, maranta ararutowa, glinka kaolinowa, olejek eteryczny z róży, witamina E.

W słoiczku jest 60 ml specyfiku, który ma wrzosowy kolor, jest twardy (podejrzewam, że to przez olej kokosowy, mój kuchenny zachowuje się tak samo), ale po ogrzaniu rozpuszcza się. Pięknie pachnie różami! Od razu go wypróbowałam. Niewiele go potrzeba do pojedynczego użycia, a używa się go bardzo przyjemnie - czuć pestki pod palcami. Jak zaczęłam zmywać go z twarzy czułam, że skóra jest mięciutka. Ale myślę sobie - pewnie olej się nie do końca spłukał, poleję się wodą jeszcze trochę. Ale po zmyciu skóra nadal była mięciutka. Podoba mi się!

Postanowiłam też upewnić się czy aby na pewno te składniki w nim zawarte mają jakieś właściwości - nie da się mnie tak łatwo wkręcić:). O oleju kokosowym to pewnie każdy słyszał - jest super i nie ma co do tego wątpliwości. Pestki malin rzeczywiście są dobre dla skóry i poleca się peelingi z ich użyciem. Róża odżywia skórę, olejek eteryczny odpręża. No cud miód.

Drugi produkt, który nabyłam to Balsam do Ust – Drzewo Różane i Vetiver.

Jest to mały słoiczek, a balsam wygląda bardziej jak maść. Pachnie bardzo mocno i ziołowo, myślę, że tym Vetiverem właśnie (o nim też już poczytałam:)). Skład znów idealny: masło kakaowe, olej kokosowy, olej rycynowy, oliwa z oliwek, olej z pestek moreli, żywokost, nagietek, tojeść, pokrzywa, babka, krwawnik, wosk pszczeli, olejki eteryczne z: melisy, niaouli i bergamotki, witamina E. Czy tu cokolwiek może zaszkodzić?:)

Niewiele go potrzeba by natłuścić usta, dla mnie to dobrze, bo wiecznie je smaruję. Czasem ratuję też balsamami do ust spierzchnięte usta Mateusza, ale oporny jest i muszę to robić podstępem.
Pięknie się prezentują te słoiczki, prawda? Minimalizm to to co uwielbiam! I nie posądzajcie mnie proszę o posty sponsorowane. Jestem zachwycona pomysłem i wykonaniem twórców Alchemii Lasu,  a dobrych rzeczach trzeba pisać i puszczać dalej w świat. Może ktoś z Was też szukał czegoś takiego?
Już wiem nawet co kupię następne. Bo mają jeszcze kilka ciekawych pozycji, a możliwe, że pojawi się coś nowego (liczę na krem do rąk).

Pozdrawiam,
Marzena