Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porady. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 kwietnia 2020

Nie ma sensu się nudzić

W jakiej sytuacji się znaleźliśmy wszyscy dobrze wiemy. Nie ma potrzeby tego tłumaczyć we wstępie, więc przejdę od razu do rzeczy przyjemnych :) Mimo stresu i niepokoju staram się żyć normalnie i produktywnie "tracić" ten obowiązkowy czas w domu. Sytuacja jest nieprzyjemna, owszem, ale dlaczego nie wyciągnąć z niej tyle ile się da?

W ciągu tygodnia zyskaliśmy kilka dodatkowych godzin, które wcześniej przeznaczaliśmy na dojazdy/wyjścia na krótki spacer/spotkania towarzyskie. Weekendy zaś są tego dodatkowego domowego czasu pełne po brzegi! Oj, to może frustrować... ale gdy się postaramy i zmobilizujemy, możemy tę frustrację przekuć w coś sensowego. Po wszystkim będziemy nie tylko czuć ulgę, ale i satysfakcję (ha! ale udało mi się zrobić w tym czasie!). I czas jakby szybciej płynie gdy mamy pełne ręce roboty... A i głowa jakby mniej zajęta myślami...  Jeśli więc macie obecnie nadmiar czasu i nie wiecie co z nim zrobić zapraszam do lektury!

Pomyślałam, że przygotuję dla Was listę z "ulubieńcami", a dotyczyć będą przeróżnych kwestii, wiec mam nadzieję, że każdy będzie mógł się odrobinę zainspirować. Co Wy na to? 


Poczytaj
Czy to nie jest jedna z przyjemniejszych opcji "tracenia" czasu? Możesz położyć się na kanapie, uchylić okno, by wpuścić do domu odrobinę tego pięknego wiosennego zapachu, zaparzyć herbatę i czytać wciągającą powieść od śniadania do obiadu. Dla mnie brzmi świetnie!
Z przyjemnością podzielę się z Wami kilkoma ciekawymi pozycjami z mojej domowej biblioteczki :) 

Dan Simmons "Terror". Przeczytałam tę książkę ponad rok temu i jest jedna z moich ulubionych powieści! To wciągająca, niepokojąca historia wyprawy badawczej mającej miejsce w XIX wieku, która dzieje się daleko na północy, w skutych lodem przesmykach Archipelagu Arktycznego.

Donna Tartt "Tajemna historia". Ok, lubię wszystkie powieści tej autorki, ale "Tajemna historia" jest chyba na pierwszym miejscu. Donna jest świetną pisarką i potrafi proste rzeczy opisywać w niebywale umiejętny sposób. Czyta się lekko, chociaż historia do takich nie należy. Nie znoszę spojlerów, nie powiem Wam o czym jest! Ale jak się Wam nie spodoba to możecie wrócić z pretensjami :)

Jacek Dukaj "Inne pieśni". Po przeczytaniu "Hyperiona" i "Ślepowidzenia", odkryłam, że powieści fantastycznonaukowe są tym czego mi brakowało w moim książkowym życiu. Mateusz zapełnił nasze regały dobrymi pozycjami z tej kategorii, ale żeby przeczytać tą absolutnie najlepszą, musiałam
użyć czytnika (którego używamy głównie na wakacjach). "Inne pieśni" przeczytałam w Azji, nie mogąc oderwać oczy i myśli. Genialna koncepcja, genialna historia, świetne pióro. Polecam, nawet jeśli nigdy nie sięgacie po sci-fi!


Pograj
Myślę, że każdy powinien dać szansę dobrej grze komputerowej. Nieważne co ogólnie o nich myślisz, (to nie dla mnie/nie w tym wieku/co za głupoty/marnowanie czasu) po prostu spróbuj, choćby jeden raz! Można mieć różne wyobrażenie tego czym gry komputerowe są, ale jeśli nie sprawdzimy tego na własnej skórze, nadal pozostaje to tylko wyobrażeniem :) 
Gatunków gier jest mnóstwo, a samych gier miliony. Od oglądania TV różnią się tym, że praktycznie wszystkie angażują Twój umysł. Jaką jego cześć to już zależy od gatunku. Przyznam, że nie żałuję żadnej godziny mojego życia spędzonej w świecie gier. Strategie nauczyły mnie taktycznego myślenia, MMO podstaw angielskiego, gry logiczno-przygodowe łączenia faktów i dedukcji, platformówki precyzji, a RPG pozwoliły "być" w książce, a nie tylko ją czytać, stać się bohaterem, a nie tylko śledzić jego losy... A co najważniejsze, każda z nich daje sporą dawkę zabawy. To co? Dacie im szanse? :)

Polecę Wam dziś kilka naprawdę dobrych gier, które są moim zdaniem dla każdego. Bez względu na to czy to będzie Twój pierwszy raz czy tysięczny.

Return of the Obra Dinn. O rany. Najlepsza gra logiczna w jaką kiedykolwiek grałam! Powraca statek, który zaginął wraz z całą załogą. Rzecz w tym, że pokład jest zupełnie pusty... Musimy ustalić jaki los spotkał każdą z 60 osób - jak zginął/zaginął, kto mu w tym pomógł i dopasować nazwiska do fotografii. Trudna, wymagająca, niesamowicie wciągająca gra, z ciekawą mechaniką i grafiką.


Overcooked i serie gier Lego (moja ulubiona to Indiana Jones!). To są świetne gry towarzyskie! Zapewnia, że będzie mnóstwo śmiechu i niemałe wyzwanie by przejść kolejne poziomy. Potrzebujecie tylko gamepadów i chętnej osoby do grania :)

Heroes of Might and Magic. Klasyka! :) Strategiczne gry turowe, które nie są zbyt skomplikowane, ale gra się w nie naprawdę dobrze (można grać całą rodziną!). Budujemy swój zamek, zwiedzamy świat zbierając po drodze zasoby, toczymy bitwy i podbijamy zamki. Najpopularniejsza jest cześć trzecia, a ja bardzo lubię też piąteczkę. Różnią się grafiką znacząco:

Polecam Wam również dowolną grę od Amanita Studio! Grałam w Machinarium, Botaniculę, Chuchel i jedną część Samorostów. Piękna grafika, przesłodkie dźwięki i postacie, sporo zagadek i proste sterowanie.

Ok, z "wyższej półki", jeśli gry komputerowe nie są Wam obce, to absolutnie całą sobą polecam serię Wiedźmin. Gdybyście tylko wiedzieli ile godzin spędziłam w tym świecie... ;)
Wiedźmin to gra RPG (role-playing game), w której wcielacie się w Geralta, szkolicie się w walce i innych technikach, poskramiacie potwory, gracie w gwinta, prowadzicie dialogi (nie rzadko musząc podjąć bardzo istotne decyzje, które wpływają na świat w grze i relacje z innymi postaciami), robicie sporo arcyważnych zadań albo absolutnie nieistotnych, ale wyjątkowo śmiesznych rzeczy. Ja jestem wielką fanką książek, więc możliwość osobistego "przejścia" przez scenariusze, historię i wątki (i walki!) była dla mnie wyjątkowo ekscytująca. Żałuję, że już zagrałam, bo chciałabym raz jeszcze!



Może to Was zachęci? ;) W trakcie jednej scenki gra postanowiła przypomnieć mi, że mam sweter do skończenia...


Pograj raz jeszcze
Tym razem w planszówki! Mamy sporą kolekcję gier planszowych, w wiele innych mieliśmy okazję pograć i myślę, że mogę polecić Wam kilka ciekawych pozycji.

Świetne gry dla dwóch osób: Rój, Jaipur, Zaginione Miasta, Innowacje i naprawdę wymagająca czasu i uwagi (ale świetna!) Zimna wojna.

Gry rodzinne: Smallworld, Tajemnicze domostwo, Carcassonne, 6 bierze.

 
Obejrzyj
Ok. Ten temat zasługuje na osobny post (mielibyście ochotę?), jako że ten temat bardzo mnie interesuje. Oglądanie filmów nie jest dla mnie zwykłym zapychaczem czasu. Traktuję je poważnie i szukam w nich czegoś więcej niż tylko ruszających się obrazów i głośnych dźwięków. Jest kilka takich filmów, które w ostatnim czasie wywarły na mnie ogromne wrażenie i z przyjemnością polecam każdemu kto tylko ma ochotę mnie słuchać :) Macie? Jeśli tak, to poniżej znajdziecie listę filmów, które widziałam w przeciągu roku czy dwóch i które są moim zdaniem godne uwagi! Nie powiem o czym są, nie czytajcie o nich za wiele, po prostu spróbujcie:
  1. Portret kobiety w ogniu. Mój absolutny faworyt w zeszłym roku. Chłonęłam go wszystkimi zmysłami. To musi wystarczyć...

  2. Girl. Gdyby nie "Portret.." to właśnie ten film byłby na szczycie. Znajdziecie go na HBO GO! Nie jest to lekkie kino. Porusza problem, który (jak sądzę) spora część społeczeństwa nie dostrzega, rzadko się o tym mówi, a bardzo często piętnuje. Obejrzyjcie koniecznie. 

  3. The Lighthouse. Niepokojący, psychologiczny horror (nie ma to nic wspólnego z typowo amerykańską definicją horroru:)), pełen świetnych czarno-białych ujęć, co pozwala nam dostrzec znacznie światła i cienia. Ten film nie poda nam swojego sensu na tacy, będzie sporo niejasności, odniesień do mitów i baśni, metafor, dialogów rodem z szalonego snu. A, i nie można zapomnieć o umiejętnej grze aktorskiej Willem Dafoe i Robert Pattinsona!

  4. serial Wielkie kłamstewka. Mało który serial dostępny na HBO czy Netflixie mi się podoba, ale ten był totalnym zaskoczeniem!

  5. Listopad, ale podaję go tylko jako ciekawostkę, jeśli podobnie jak ja lubicie dziwne, niesztampowe kino :). Wychodzi poza ramy, śmieszy i zadziwia. Tak, to naprawdę ciekawa produkcja, która na długo zostanie w mojej głowie. Też jest dostępny na HBO (który moim zdaniem jest o kilka poziomów wyżej niż Netflix, ale tak wiem, to temat na inny post:))
Naucz się czegoś nowego
No bo... czemu nie? Mamy teraz sporo czasu (a przynajmniej więcej niż zazwyczaj), wiec wydaje mi się, że jest to idealny moment by zacząć nową pasję! Jeśli ciągle odkładaliście naukę szycia lub dziergania, to może teraz jest właśnie idealny moment by się tym zająć? Oj, no co Wam szkodzi! Każde kolejne hobby to dodatkowa dawka szczęścia i przyjemności w życiu :)
Posprzątaj
Tak właśnie. Polecam sprzątanie! Tych miejsc, które na co dzień odpuszczacie, bo ciągle brakuje czasu. Jeśli zrobisz to teraz, w trakcie izolacji, nie będziesz musieć sprzątać gdy wypuszczą nas z domu! Dla mnie ekstra! Wiosna za moment na dobre rozgości się w parkach, lasach, na łąkach czy plażach i komu w głowie będzie przeglądanie ubrań czy mycie okien? A może jakieś mini naprawy czekają od miesięcy by się nimi zająć? Czym więcej zrobisz teraz tym większy luz (fizyczny i psychiczny) będziesz mieć później. A w wysprzątanym, czystym, poukładanym mieszkaniu siedzi się jakoś lepiej ;) 

Poćwicz
I zrób to koniecznie, bo izolacja nie sprzyja ruchowi. Dla nas brak możliwości wyjścia na trening jest bardzo trudny do zniesienia i martwiliśmy się, że po kwarantannie nasza forma zwyczajnie spadnie. Na szczęście nasz trener codziennie wrzuca treningi, które możemy wykonać w domu bez sprzętu i obciążenia. Jeśli lubicie intensywny wysiłek to spróbujcie na przykład tego (jeśli nie znacie ćwiczenia, sprawdźcie najpierw jak je wykonać na YouTube):
(trening pochodzi z Bridge Nation CrossFit klik!)
Pierwsza i druga sekcja to rozgrzewka. Wykonujecie przez 30 sekund pajacyki, następnie 30 sekund skip A, na koniec mountain climbers (patrz YouTube) i macie 30 sekund przerwy. Robimy w sumie trzy serie. Potem przechodzimy do drugiej części rozgrzewki, czyli 3 razy po 15 przysiadów i 3 razy po 15 sekund w pozycji krzesełka przy ścianie (ja wolę używać drzwi, by nie pobrudzić ściany). Chwila na oddech i można robić trening docelowy. Można wybrać wersję trudniejszą i łatwiejszą, ale łatwa wcale nie jest taka prosta! W obu przypadkach ćwiczymy pełne 20 minut. W pierwszej minucie wykonujemy w sumie 40 lub 30 sekund krzesełka, a następnie odpoczywamy do pełnej minuty. W kolejnej minucie należy wykonać 40 lub 30 przysiadów i pozostały czas do końca minuty odpoczywamy. I powtarzamy to w sumie 10 razy (czyli 20 minut). 
Dostępnych treningów jest już mnóstwo, a każdego dnia pojawia się coś innego. Ćwiczymy przynajmniej trzy razy w tygodniu, za każdym razem wykonując inny workout by angażować wszystkie partie ciała. 
Jeśli nie uprawiasz sportu to, podobnie jak z zaczęciem nowego hobby, teraz jest naprawdę dobry moment by zacząć. Nie będziesz się nudził i zadbasz o zdrowie i odpowiednią dawkę ruchu! :)

Podziergaj
No oczywiście! Nadrób zaległości (wykończ w końcu te rękawy!), nabierz oczka na coś nowego, albo popróbuj nowych technik. Nikt Ci teraz nie powie, że nie można cały dzień tylko dziergać :)
Dajcie znać czy którakolwiek z rad przypadła Wam do gustu i planujecie wcielić ją w życie.
Pozdrawiam Was serdecznie! Trzymajcie się.
Marzena

wtorek, 30 lipca 2019

Wybór idealnej włóczki do projektu - Secret of Life

Od momentu publikacji wzoru na sweterek Secret of Life otrzymałam wiele pytań dotyczących doboru włóczki do tego projektu. Jako że zamknęłam sklepik, włóczka, z której powstał oryginał (Alpacino DK), jest oczywiście już niedostępna. Doskonale rozumiem, że brakowało Wam informacji "co w zamian?". Postanowiłam więc napisać na blogu na ten temat i nie tylko podać listę polecanych przeze mnie włóczek, ale również opowiedzieć Wam odrobinę o procesie dobierania włóczki do tego konkretnego projektu.
 
Sugerowana włóczka przy projekcie na Ravelry jest niezwykle pomocna - nawet jeśli nie zdecydujemy się na tę samą markę, możemy szybko dowiedzieć się szczegółów (metraż, waga), przyjrzeć się jej na zdjęciach (nie tylko tych reklamowych, ale również na zdjęciach dziewiarek) i zobaczyć jak prezentuje się w innych projektach. Jeśli zależy nam na zakupie dokładnie tego samego produktu, to wystarczy wykonać dwa, trzy kliknięcia i już lądujemy na stronie producenta albo sklepiku z owym producentem współpracującym. Ravelry wiele upraszcza!

Jeśli jednak włóczka jest niedostępna, wycofana, nieosiągalna to oczywiście musimy poszukać czegoś sami. Doświadczone dziewiarki, które zdążyły już pracować niemalże z każdym włóknem jaki istnieje na tym świecie, każdym rodzajem, grubością, jakością, zapewne mogą już z zamkniętymi oczami wskazać kandydata - najprawdopodobniej w ich szafie wisi kilka przykładów jego użycia i doskonale obrazują one efekt, jaki osiągną. Wiedzą co je zadowoli. Ale po drodze musiały wydziergać trochę "średniaków", albo spruć wiele nieudanych projektów i wykorzystać tę wełnę do lepszych celów. Każdy projekt to dodatkowa informacja. Zapewne obserwowały też innych, porównywały swoje prace i zastanawiały się gdzie leży różnica. Czytały, sprawdzały, testowały. 
Ale i po wieloletniej pracy z drutami można czuć się zagubionym w tym temacie! I nie ma sensu czuć się z tego powodu jak dziewiarka gorszego sortu:). To nie jest takie proste i oczywiste! Każdy z nas ma inny umysł - dla przykładu: ja i mój mąż. Przy urządzaniu mieszkania potrafię w głowie skompletować całe umeblowanie, machnąć ściany na odpowiedni kolor, nawrzucać dodatki, kwiatki, zasłonki i ocenić czy to pasuje do naszego wnętrza. Mateusz musi to zobaczyć na żywo, inaczej robi wielkie oczy, a jego mózg wyrzuca komunikat o błędzie. Ale gdy już to zobaczy to potrafi dobrze ocenić co do siebie pasuje a co nie.

Myślę jednak, że nawet jeśli nie posiadamy tego szczególnego daru intuicyjnego dobierania materiału do projektu, to można się tego w łatwy sposób po prostu wyuczyć czy też "podglądać" u innych i wcielać w życie. To najlepszy sposób na uzyskanie satysfakcjonującego efektu końcowego i dowiedzenia czegoś nowego!
Na początku mojej przygody z dzierganiem pozwalałam na szaleństwa swojej niegotowej jeszcze na takie rzeczy wyobraźni i cóż, nie mając większej wiedzy i doświadczenia, tworzyłam cuda wianki nie nadające się do noszenia. Nie ma w tym nic złego! To również dobry sposób na naukę, ale jeśli jednocześnie bardzo zależy nam na naprawdę dobrym efekcie i niestraceniu wielu godzin pracy (bo dziergamy tylko w weekendy, wieczorami, z doskoku itp), to warto dać poprowadzić się za rękę.
Mając teraz o wiele mniej czasu niż te 8 lat temu gdy zaczynałam dziergać, w kwestii szycia tak właśnie postępuję - szyję ze wzorów i staram się inspirować pięknymi pracami zdolnych ludzi. Jak już zdobędę odpowiedni warsztat (nauczę się technik, poznam kroje, triki, sposoby...) to będę improwizować.

Nie każda włóczka pasuje do każdego wzoru. Niby oczywiste, ale czasami ciężko nam jasno określić co nam się nie podoba, czemu ten merynos tak źle wypadł w tym projekcie, jak to się stało, że sweter stracił efekt "wow", że nie wygląda jak oryginał... Ręka do góry, kto chociaż raz miał takie myśli (ja, ja!). Włóczki mają różną grubość, skręt, skład, gładkość, sprężystość i w końcu kolor. I to wszystko ma znaczenie. No wiecie, może nie mieć, ale wtedy możliwe, że nie będziemy w pełni usatysfakcjonowani tym co stworzyliśmy.
(Rany, ale się rozgadałam, a miało być krótko!)

Dziś, tak jak wspomniałam na początku wpisu, opowiem Wam trochę o doborze włóczki na konkretny projekt. Nie ma możliwości w łatwy sposób opisać całego tematu, bo jest on baaaardzo rozległy i bez wielu przykładów, słów, zdjęć i wiadra kawy się po prostu nie da.
Pamiętajcie proszę, że wszystko co tu napiszę dotyczy mojego stylu dziergania czy projektowania. Wszak każdy ma swój gust i upodobania. Będę więc do bólu subiektywna :)

Secret of Life to sweter złożony z samych warkoczy i odrobiny ściągacza. To istotna informacja, bo to dość mocno decydowało u mnie o wyborze włóczki. Albo na odwrót, nie ma znaczenia. Można na to patrzeć w dwie strony - mamy wełnę, szukamy wzoru, lub mamy wzór i potrzebujemy idealnej włóczki. Proces działania jest ciut inny, ale uogólnijmy to póki co, bo nie skończę do przyszłego roku:). (Serio, jak zaczynam opisywać co mi siedzi w głowie to okazuje się, że te moje lekkie, przyjemne, kreatywne myśli, które pomagają mi w codziennym tworzeniu, na papierze są niesamowicie techniczne i brzmią jak instrukcja do reaktora!)
 
Mój cel był taki: stworzyć przytulny wizualnie i "namacalnie" sweter, pełen uroczych, obłych (to było ważne, bo warkocze mają przecież kilka odsłon) warkoczy, sweter delikatnie przesadzony by pierwszą rzeczą jaka przychodzi do głowy, gdy się go widzi było "jak słodko!". Czasami umiar jest pożądany, sprawia, że projekt jest przyjemnie neutralny i mimo swojego piękna nie rzuca się od razu w oczy. Tu miało być inaczej - warkocze z przodu, z tyłu, na rękawach. Innej opcji nie było. 
Jednocześnie zależało mi na lekkości i wygodzie. Chciałam by sweter nie krępował ruchów, mieścił się pod zimową kurtką i nie dodawał dziesięciu kilogramów.
Żeby poziom przytulności był odpowiednio wysoki, należało te warkocze upleść z grubszej włóczki. Przy grubości fingering plecione wzory są bardziej płaskie, mniej pulchne. A bycie pulchnym, w przypadku warkoczy w tym swetrze, to bardzo pożądana cecha
No to teraz po kolei! Przede wszystkim grubość. Zdecydowałam się na DK, sweter jest więc odpowiednio ciepły, a warkocze odpowiednio podkreślone. Istotny był w tym przypadku również przekrój włóczki - mimo małej sprężystości (mniejszej niż u merynosa), jest on okrągły, co dodatkowo nadaje kształtu plecionym wzorom. Oczka są równe i grubiutkie. Ściągacz w takim przypadku też prezentuje się niezwykle atrakcyjnie!
Taka grubość gwarantuje również szybkie przyrastanie tego dość czasochłonnego projektu.

Alpaka jest puszysta. Nie chodzi mi tu o posiadanie sporej ilości meszku jak w przypadku moheru czy angory. Ma się wrażenie, że między nitkami, z których skręcona jest włóczka, jest mnóstwo powietrza, która nadaje jej objętości (wizualnej), jednocześnie pozostawiając ją przyjemnie lekką! W porównaniu z merynosem tej samej grubości, wydaje się cieńsza, lżejsza. Po praniu, jak w przypadku singli (ale jednak trochę mniej), puchnie i wypełnia ładnie szczeliny między oczkami. Dzianina oddycha, jest lekka i zwiewna, mimo swojej grubości!
Jej delikatny włosek podkreśla przytulność. Warkocze nie giną, bo jest on bardzo krótki - w zasadzie tworzy wyłącznie delikatną mgiełkę wokół swetra. Taka niepozorna, a jednak przyjemnie otula i grzeje.
Oprócz tego, pomimo meszku jej faktura jest gładka, więc nic nie odwraca uwagi od kształtu warkoczy.

Tu dobrze widać, że od boku dzianina jest całkiem "cienka"

Alpaka jest miękka i zwiewna, sweter opływa ciało, faluje w ruchu, nie sprawia wrażenia ciężkiego i sztywnego. Można zwinąć go w rulonik i spakować do torby nie zajmując wiele miejsca. 
Ale jednocześnie na tyle mięsista by utrzymać w ryzach warkocze i nie pozwolić im się rozpłaszczyć.

Połysk, który nadaje jedwab, jeszcze bardziej podkreśla warkocze - mieni się i zwiększa trójwymiarowy efekt.

I na koniec kolor. Oczywiście jest to kwestia gustu! Ale by uzyskać sweter dokładnie w takim samym klimacie co ja, polecam użyć pastelowych, przydymionych jasnych odcieni. Idealne będą wszelkie kremy i beże, odcienie pudrowego różu, szarości wszelakie, jaśniutkie zielenie, brzoskwinie... Ale to nie znaczy, że w ciemnym bądź jaskrawym kolorze będzie mu źle. Ciemne szarości czy granaty zrobią go bardziej nowoczesnym, ciepłe, przydymione brązy, rudości czy złoto nadadzą wyjątkowy rustykalny klimat... i tak dalej. Ważne by warkocze nie zniknęły. I dlatego odradzam wszystko to co ma więcej niż jeden kolor: melanże, ciapki, połowiczne solidy. Znaj umiar:) Chyba, że lubujesz się w chaosie!

I to jest moje główne zdanie na temat tego projektu. Gdybym miała robić go raz jeszcze kierowałabym się nadal tymi samymi odczuciami. Ale to nie oznacza, że to jedyna opcja, co w piękny sposób pokazały testerki! Sporo dziewczyn wybrało tę samą włóczkę co ja, ale część z nich zdecydowało się na gładkiego, słodkiego i bardzo pulchnego merynosa, albo połączyło dwie nitki (dodając ekstra coś bardziej puchatego) i osiągnęły świetne efekty. Każdą z tych włóczek, które wybrały Wam polecam, bo uważam, że udało im się osiągnąć ten sam (albo odmienny, ale równie dobry!) efekt, trochę innym sposobem - klik! Przyjrzyjcie się tym projektom i znajdziecie z pewnością cechę wspólną tych wszystkich użytych włóczek. 

Dlatego istotne jest by zajrzeć w projekty danego wzoru jeśli nie jesteśmy pewni z czego chcemy dziergać - bardzo możliwe, że znajdziecie tam odpowiedź w ciągu kilku minut. Merynos merynosowi nierówny, alpaka alpace też. Ile włóczek, ile mieszanek, skrętów i grubości, tyle efektów!
Wyszukaj wersje, które Cię zachwycają, ale i te, które nie przypadły Ci do gustu. W pierwszym przypadku zdobędziesz zbiór dobrych włóczek, które warto rozważyć. Zobaczysz co je łączy (struktura? połysk? skręt?), a posiadając tę wiedzę już możesz z łatwością przeszukiwać sklepowe półki w poszukiwaniu ideału. Przyglądając się zaś projektom, które z jakiegoś powodu Cię nie zachwyciły, zastanów się co Ci nie pasuje. Kolor? A może styl, jaki uzyskała autorka, zmieniając rodzaj włóczki. Wzór ginie, a może zbyt mocno rzuca się w oczy? To wcale nie musi oznacza, że dany projekt jest nieudany - ile ludzi, tyle upodobań, prawda? Ale w ten sposób uświadomisz sobie za czym nie przepadasz i jakiego efektu pragniesz unikać. 

Na koniec podam Wam kilka propozycji włóczek, które polecam! Nie miałam okazji z nich dziergać, ale dziergały z nich testerki bądź sama zdecydowałabym się na nie widząc jak prezentują się na zdjęciach lub w innych projektach. Znam również kilka baz, które posiadają ten sam skład i grubość co Alpacino DK.
  1. Lain'amourée Aphrodite DK (ten sam skład co oryginalna włóczka)
  2. The Uncommon Thread Heavenly DK (ten sam skład co oryginalna włóczka)
  3. YAMA DK Lux (połączenie merynos, moheru i alpaki) 
  4. La Bien Aimée Merino DK (100% merynosa. Użyta przez jedną testerkę. Cudowny, pulchniutki i wyjątkowo słodki efekt! Nie ma jeszcze zdjęć, ale Lise (klik!) pokazuje go w swoim ostatnim podcaście. Po francusku:)) 
  5. Dye Dye Done Yakalicious DK (propozycja z Polski: merynos, jak i jedwab. Moim zdaniem nada się świetnie!)
  6. Garnstudio DROPS Puna (100% alpaka. Bardzo fajny, przytulny efekt, dwie testerki z nią pracowały)
Świetnym pomysłem będzie również użycie gładkiej, niezbyt sprężystej włóczki grubości fingering/sport i dodanie delikatnego moheru (co też uczyniła jedna testerka - klik!). Ważne by uzyskana podwójna nitka była dość gruba, a włosek niezbyt szalony. Obiecuję, że gdy tylko trafię na coś więcej, dopiszę to od razu do listy :)

Jestem bardzo ciekawa czy taki temat jest dla Was interesujący i czy mielibyście ochotę na więcej?
Będę wdzięczna za opinię. Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

wtorek, 8 stycznia 2019

Co trzeba mieć by zacząć dziergać? (i nie tylko!)

Tak naprawdę tytuł powinien brzmieć - co trzeba mieć by zacząć nowe hobby? Ale jako że blog jest o dzierganiu, jest to moja główna pasja i na dodatek to właśnie o nim słyszę najwięcej z ust znajomych czy też nieznajomych, skupię się głównie na nim. 

Dzierganie nie jest bardzo oczywistą formą spędzania czasu, o czym świadczy częste zdumienie gdy opowiadam komuś o sobie. Mnie nie dziwi nic - możecie lepiej gigantyczne słoneczniki z masy solnej i po nocach rozstawiać je w okolicznych ogródkach. Dla mnie brzmi fajnie i ciekawie! :) Pewnie zadam kilka pytań, poproszę o wyjaśnienie, wytłumaczenie kilku kwestii technicznych i zapytam o motywację. Jeśli mnie to zaintryguje to przyjrzę się tej pracy, a jeśli mnie zafascynuje to zacznę lepić razem z Wami.

I tu mamy pierwszy punkt! Jest to punkt najważniejszy i w zasadzie o niego najciężej.

Chęci.
Jeśli w naszej głowie nie pojawi się pomysł i zaciekawienie to są nikłe szanse by wszystko poszło dobrze. Bez motywacji nie osiągniemy zbyt wiele, co najwyżej nauczymy się kilku nowych rzeczy, ale gdy przyjdzie czas zrobić coś samemu to szybko się znudzimy. Sądzę też, że bez chęci nie mamy szans być w czymś naprawdę dobrym. Przykład? Studiowałam matematykę i mimo że mój umysł  daje sobie radę z technicznymi sprawami, to brakowało mi motywacji i w rezultacie byłam "takim se" studentem. Nie dociekałam, nie poświęcałam wolnego czasu na doszkalanie, nie fascynował mnie ten świat. Wyniosłam ze studiów sporo wiedzy i umiejętności, ale nigdy nie byłabym w tym dobra. Bo nie chciałam.

Chęci możemy nabrać na kilka sposobów. 
Coś trafi nas prosto w serce i wtedy przepadamy! Każdy z nas ma pewne cechy, pragnienia, upodobania, które decydują co to będzie. Nie wiem jak to się dzieje, ale jeśli wcześniej nawet nie przyszłoby nam do głowy, że moglibyśmy lepić te słoneczniki, to gdy o tym usłyszymy po prostu czujemy, że to jest właśnie to! Tak było ze mną i dzierganiem.

Kolejny sposób to "chcenie". Chcę mieć ładny sweter, chcę mieć dobry sweter, chcę mieć TEN sweter! Chcę tak umieć! Nie od razu musimy kochać do szaleństwa daną dziedzinę, wystarczy, że mamy motywację w takiej postaci i wtedy na pewno uda się nam coś osiągnąć. Bo jeśli chcemy TEN sweter to musimy się wiele nauczyć i poświęcić mnóstwo czasu na jego wykonanie. Taki jasny cel jest naprawdę świetną motywacją. Dzieje się tak u mnie często - coś mnie zachwyci i chcę to mieć, chcę umieć to zrobić. Więc siadam i robię :)

Myślę, że "potrzeba" jest kolejnym punktem. Może jest on najmniej motywujący bo brakuje tych motylków w brzuchu i szalonych myśli w głowie. Ale potrzeba może całkiem dobrze działać o ile nie jest to przymus. Czuję, że potrzebuję się zdrowo odżywiać, poprawić kondycję, ćwiczyć pamięć bo zdrowie szwankuje itp. Z potrzeby często rodzą się wielkie pasje! W trakcie może okazać się, że jesteśmy w tym dobrzy, a bycie dobrym to naprawdę mega motywacja! Chcemy być jeszcze lepsi, robić coraz to nowsze rzeczy, więcej biegać, wyżej się wspinać, gotować trudniejsze potrawy. Zapisałam się rok temu na indywidualny trening pływania, bo po prostu pływałam kiepsko (umiałam skutecznie się nie utopić i przepłynąć byle jak kilka metrów). To była raczej potrzeba, bo Mateusz jest świetnym pływakiem, oboje kochamy wodę, ale moje braki trochę nas ograniczały. Plus chciałam zrobić sobie lepszą formę, dla zdrowia. Po kilku miesiącach, gdy opanowałam technikę i zrobiłam sobie niezłą kondycję, to z przyjemnością szłam na zajęcia (a nawet poza zajęciami) by się szkolić, ćwiczyć, być lepszą, pływać szybciej, lepiej! Każdy przepłynięty basen był powodem do zrobienia kolejnych dwóch. To działa!

Cierpliwość?
Ile razy słyszałyście: "piękny sweter, ale ja nie mam cierpliwości, to nie dla mnie?". Ludzie, o co chodzi z tą cierpliwością?!
Czy czekając w kolejce do lekarza dane osoby wybuchają i wszczynają awanturę, bo są aż tak niecierpliwe? Czy czytając książkę przerzucają strony do przodu bo nie mogą się doczekać dalszej części? Szczerze wątpię. 

Jeśli mamy chęci to cierpliwość znajdzie się sama. Jeśli nie mamy odpowiedniej motywacji to wtedy faktycznie nie chce nam się ślęczeć nad drutami i łapać oczek. 

Nie raz słyszałam, że muszę być bardzo cierpliwym człowiekiem, że tak plotę te oczka... hahaha:) Ktoś kto to mówi ewidentnie mnie nie zna. Bo mimo że na zdjęciach jestem taka spokojna, ubrana w słodką różową sukienkę, to z pewnością nie jestem cukierkowym człowiekiem czy ostoją spokoju.
Nie mam cierpliwości do bezrozumnych kierowców na drogach - nikt nie chciałby mnie wtedy słyszeć:) Wszystkie monotonne dźwięki, które trwają dłużej niż minutę, doprowadzają mnie do szału. Jak się czegoś uczę to chcę wiedzieć wszystko już, teraz, od razu! Czy to naprawdę brzmi jak człowiek, który ma w sobie niezmierzone pokłady cierpliwości? Nie! Więc skąd przekonanie, że akurat Wy nie możecie dziergać i że potrzeba do tego morza, jak nie oceanu, spokoju i cierpliwości? Dla mnie to zwykłe wymigiwanie się od spróbowania, czyli brakuje wtedy raczej tego pierwszego punktu, a nie tej legendarnej cierpliwości.

Narzędzia.
Jeśli chcemy coś robić to najprawdopodobniej potrzebujemy odpowiednich narzędzi. Nawet na start. Nie zaczniemy dziergać bez drutów czy wełny. Możemy początkowo wyposażyć się w potrzebne minimum, chociaż mi akurat o wiele łatwiej pracuje się gdy narzędzie są porządne. Dobre wyposażenie pozwala nam skupić się na samej nauce, a nie na walce z haczącymi drutami czy skrzypiącymi, rozwarstwiającymi się włóczkami. 

Mnie rzeczy ładne również mocno motywują :) Aż chce się działać! No i efekt końcowy, przykładowo z dobrej jakości materiałów, wełny, farb, jest o wiele bardziej efektowny (nawet jeśli technicznie nie jest jeszcze za dobrze), więc ryzyko zniechęcenia może być mniejsze. Bo gdy okazuje się, że pierwszy szalik nie dość, że jest krzywy to jeszcze w okropnym kolorze i z drapiącej wełny, i w zasadzie nie ma w nim nic pozytywnego, to łatwo wtedy o zwątpienie i stratę motywacji. 

Czas.
I tak i nie. Wszystko zależy jak na to patrzymy i co w zasadzie mamy na myśli. 
By coś zrobić, nauczyć się czy osiągnąć potrzebujemy czasu. Mało co powstaje w oka mgnieniu, zwłaszcza gdy dopiero zaczynamy naszą przygodę. 

Jeśli coś nas pasjonuje, mamy chęci czy potrzebę to najprawdopodobniej czas da się wygospodarować. Jedni będą go mieć jak na lekarstwo inni zaś kilka godzin każdego dnia. Obowiązków (głownie pracy) nie przeskoczymy, ale nasz czas wolny można zawsze lepiej zorganizować.

Kolejny raz posłużę się zdaniami, jak najbardziej prawdziwymi, które słyszałam niejeden raz. "Fajny sweter, fajne jest to dzierganie, ale ja nie mam na to tyle czasu co Ty" , "Ile Ty musisz mieć wolnego czasu!", "kiedy niby miałabym to robić, daj spokój!".
Wychodzi na to, że ja mam naprawdę lekkie, pozbawione obowiązków czy zajęć życie i zabijam nudę machaniem drutami :)

Mój czas (całkowity) dzielę na kilka części: praca, obowiązki, czas który spędzam z Mateuszem, pasje i czas wolny. Nie jest to twardy podział, niektóre sprawy się łączą, mieszają, czasem coś odpuszczam by móc zrobić coś innego. Ale mniej więcej tak to wygląda. Razem z Mateuszem wykonujemy domowe obowiązki (urządzamy mieszkanie, sprzątam, gotujemy, robimy zakupy) i jest to wtedy też czas spędzony razem. Podróże, spacery, wspólne granie, uprawianie sportów zespołowych to nasz czas, ale też czas na pasje czy sposób na spędzanie czasu wolnego. Zapewne wiecie dokładnie jak to jest. 
Staram się nie zaniedbywać żadnej z tych części, bo wszystko jest dla mnie ważne. Gdy zaczynam tracić poczucie, że ogarniam to wszystko, w skutek czego pewna strefa mojego życia jest spychana na dalszy plan, robię sobie porządek w głowie i układam wszystko na na swoje miejsce.

Jestem przekonana, że Ci, którzy mówią, że nie mają na nic czasu, ten czas niekiedy bezsensu tracą... na oglądaniu telewizji, siedzeniu w telefonie przeglądając na okrągło facebooka czy instagrama, na niezorganizowanych pracach domowych, przez co dokładają sobie obowiązków, na staniu w korkach, nie planowaniu zakupów itd.
Zauważyłam, że czym więcej obowiązków, spraw, pasji, tym lepiej idzie nam organizacja życia i nagle okazuje się, że można zrobić tyle świetnych rzeczy w ciągu dnia! Posiadam kilka pasji i czuję, że znajdzie się miejsce dla kolejnej. Czasu nie rozciągniemy, ale możemy dobrze go zagospodarować.
Więc nie staraj się tłumaczyć brakiem czasu, tylko spróbuj coś w tej kwestii zmienić. Jeśli masz chęci by robić coś nowego.

Talent?
Wrodzone predyspozycje są bardzo, bardzo pomocne! Jeśli nie potrafimy narysować prostej linii to zapewne szkoła rysunku nie da nam tak wiele jak osobie uzdolnionej plastycznie. Nie oznacza to przecież, że nie można się nauczyć. Możesz być astronautą, nawet jeśli z natury jesteś raczej artystyczną duszą, wystarczy ogrom chęci i pracy, prawda? Jeśli o tym marzysz, to po prostu rób. Być może w trakcie okaże się, że to był talent ukryty, o którym nie miałeś pojęcia! Ale nawet bez tych wrodzonych predyspozycji można być w czymś dobrym! Nie pójdzie może tak łatwo jak innym, którzy urodzili się by latać po kosmosie, chłoną wiedzę w przerażającym Cię tempie, i poruszają się tam intuicyjnie, jakby do tego zostali stworzeni, ale to nie powód by rezygnować (jeśli masz chęci!).

Mimo wszystko zachęcam do głębszego zastanowienia - "w czym jestem dobry?" Nie chodzi mi o to, że macie być już naukowcami czy malarzami. Nie. Tylko do czego macie smykałkę? W jakiej dziedzinie czujecie się jak ryba w wodzie, co sprawia Wam najwięcej frajdy?
Ja, idąc przykładem Mateusza, który urodził się by być programistą, który zamienił pasję w pracę, ucząc się i rozwijając z niesłabnącym zapałem i wykorzystując swe wszystkie wrodzone predyspozycje najlepiej jak potrafi, rzuciłam studia matematyczne i zamiast tłumić swoją potrzebę tworzenia, zamieniłam ją w sposób na życie. 

Wracając do bardziej przyziemnych, niekosmicznych przykładów. Czy trzeba mieć talent by zacząć dziergać? Nie. Trzeba mieć chęci. Czy nie mając talentu uda Ci się wydziergać coś ładnego? Czemu nie? Może będziesz świetna/świetny w dzierganiu ze wzorów i będziesz wybierać bezpieczne zestawy kolorystyczne. Twój umysł ścisły perfekcyjnie opanuje rozumienie schematów i działanie oczek, a to wystarczy by dziergać! Może w trakcie nauki odkryjesz drzemiący w Tobie zamiłowanie do projektowania i łączenia kolorów i wkrótce samemu zaczniesz tworzyć. A być może okaże się, że to nie to i zrezygnujesz, ale zyskasz nową wiedzę i doświadczenie. Kto wie? Jak nie spróbujesz to się nie dowiesz :)

Jeśli więc podziwiasz czyjeś prace, chcesz umieć zrobić je samemu, mieć to wszystko i poszerzać wiedzę, to nie wiem co tu jeszcze robisz! Wynocha mi do drutów :) Samo się nie zrobi! Znajdź kogoś do nauki albo poszukaj materiałów w sieci, kup książki, zarejestruj się na forum, Ravelry czy zapisz do grupy, zdobądź druty i wełnę.
I proszę Cię, przestań szukać usprawiedliwienia. Idź i zrób coś ładnego.

Jeśli macie jeszcze jakieś rady dla niezdecydowanych to piszcie koniecznie w komentarzach!

Pozdrawiam,
Marzena 

środa, 28 lutego 2018

Dzierganie po mojemu. Część 3.

W pierwszym poście z tej serii zrobiłam skrócony opis moich dziewiarskich zachowań (klik!). Dziś będzie o tym, który chyba najbardziej dziwi wśród grona dziergających, a przynajmniej takie jest moje doświadczenie :). Mowa tu o byciu monogamistką robótkową!

To, że zawsze dziergam jeden projekt na raz już wiecie. Pytanie - jak to robię? 
Oczywiście nie chcę nikogo przekonywać, bo to jest dla nas dobre, co sprawia NAM przyjemność, co jest zgodne z naszymi potrzebami i zainteresowaniami. Ale jeśli potrzebujesz choćby małej pomocy by uporządkować swój dziewiarski świat i bardzo chcesz stać się posiadaczką jednego "wipa" to zapraszam do lektury.

Odpowiedź na wyżej postawione pytanie jest u mnie bardzo proste - jak to robię? Bez problemu. Wynika to z mojego charakteru, silnej woli i osobistych potrzeb, to cecha, która nie tyczy się tylko dziewiarstwa, więc nie czuję się nigdy pokrzywdzona, nieszczęśliwa czy zdenerwowana z tego powodu. Wręcz przeciwnie, jest to dla mnie stan idealny, cała reszta przysparza mi mnóstwo przykrości i niezadowolenia. Postaram się mimo to przeanalizować to co mam w głowie, zebrać kilka istotnych powodów, zabiegów i odczuć, które wpływają na moje postępowanie, tym samym, mam nadzieję, podpowiem Wam jak radzić sobie w takich warunkach dla dziewiarki wcale nie oczywistych i naturalnych. 

Powiedziałam Wam kiedyś, że dziergam nie tylko dla samego dziergania, ale przede wszystkim dla WYdziergania. Dla mnie przerabianie oczek ma konkretny cel - chcę mieć daną rzecz! Nie posiadam więc żadnych projektów "wypełniaczy", które powstają wyłącznie po to by czymś zająć ręce. Mam mnóstwo innych zainteresowań i kiedy nie mam co dziergać, po prostu robię inne przyjemne rzeczy :). Odchodzą mi więc zalegające, rozpoczęte bez większego planu, robótki. 
W przypadku gdy nie mam naprawdę pomysłu co robić, a koniecznie muszę coś podziergać to znajduję wzór, który jest tym czego mi brakuje w szafie. Przykładowo nie miałam sweterka do sukienki, więc gdy miałam absolutną pustkę w głowie, zabrałam się za Sibellę (klik!), która była po prostu ładna i praktyczna - wiedziałam, że będę ją na pewno nosić. Zajęłam więc ręce i przy okazji stworzyłam sweter, który z rozkoszą teraz noszę.

Ale chyba najtrudniej się powstrzymać gdy zobaczymy nowy wzór... i serce zaczyna mocniej bić, prawda? Co wtedy? Tak jak wspomniałam mam silną wolę i jeśli widzę wzór, który skradł moje serce, to owszem, zachwycam się nim i planuję wydziergać, ale u mnie z zawsze jest to myślenie "jak tylko skończę obecny sweter, to ten jest następny!". Nie jest to wyrzeczenie, nie męczę się w oczekiwaniu na nowe, raczej jestem pełna ekscytacji, że już dokładnie wiem co mam narzucić na druty jak tylko jedne oczka zamknę. Jak jest moja rada? Starać się ochłonąć :) Jest piękny, owszem, ale przecież jak poczeka to nie straci nic a nic na swojej urodzie. Najlepiej na chwilkę o nim zapomnieć, bo zbyt częste chodzenie wokół pięknej rzecz, zbyt częste patrzenie i myślenie, sprawia, że zwyczajnie powszednieje.

Gdy zaczynam planować dany wzór to, jak każda dziewiarka, chodzę wokół włóczki, miziam, przeżywam, myślę o nim nawet w nocy, robię próbki, sprawdzam jakie kolory połączyć, a nabranie oczek to doprawdy cudowne uczucie :) I właśnie dlatego nie zaczynam nic innego w trakcie. Bo chcę by ten poziom zadowolenia nie spadł! Dziergam by wydziergać, jak najszybciej! Wiadomo - z czasem nasz entuzjazm przygasa, więc dziergam póki nadal we mnie jest go sporo. Potem taki sweter nosi się z wielką przyjemnością, nie z poczuciem "wymęczenia". Rośnie w oczach i każde oczko nadal cieszy, nawet to na rękawach (które swoją drogą lubię robić). 

Moja rada jest bardzo prosta - po prostu powstrzymaj się przed nabraniem oczek na coś nowego, nawet jeśli mówisz sobie, że to tylko mała próbka, tak aby sprawdzić kolor, czy wzór. Najlepiej totalnie zapomnieć o innych sprawach i wpaść po uszy tylko w ten jeden jedyny projekt i czerpać z niego tyle ile się da!
Nie zaczynam również nic nowego póki nie zblokuję, nie pochowam nitek, nie zszyję. To ta najmniej przyjemna część dziergania, ale ulga gdy zrobimy to od razu jest niesamowita.

Jakie są plusy takiego powstępowania? Przede wszystkim nic mnie nie męczy, nie zerka z koszyka z wyrzutem, nie zalega, nie zajmuje miejsca w domu i w głowie. Czuję się spokojna i uporządkowana. Jako urodzona minimalistka lubię gdy otacza mnie mało rzeczy.

Po drugie, równie ważne w sumie, bardzo szybko kończę projekt i mogę się nim cieszyć! Dziergając jedną rzecz mamy bardzo szybki postęp w pracy, nie ma czasu na nudę i zniechęcenie nawet do morza prawych oczek. A jeśli coś mi nie pasuje, to pruję od razu (tak jak w przypadku swetra, który ostatnio dziergałam... ale o tym innym razem), nie czekam na żadne przyszłe oświecenie, nie mówię "może spodoba mi się za pół roku", bo tak właśnie gromadzi się niepotrzebne rzeczy w domu. 

Po trzecie - każdy projekt dziergam z przyjemnością. Nie robię nic na siłę, z obowiązku, z potrzeby wykończenia tego co zaczęłam x lat temu. Bardzo cenię każdy dzień i uważam, że hobby to ma być wyłącznie przyjemność (i wyzwanie!), a nie przykry obowiązek. 

Po czwarte. Nie zapominam. Nie mam potrzeby przeliczania robótki na nowo, przypominania sobie, który rozmiar robiłam czy też co miałam na myśli pół roku temu.

Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, śmiało piszcie :) Jestem pewna, że część z Was absolutnie nie podziela mojego zdania - i dobrze! Byłoby nudno na tym świecie jakby każdy był taki sam. 

Pozdrawiam Was serdecznie,
Marzena

czwartek, 9 listopada 2017

O herbacie

Tak się cudownie złożyło, że z Mateuszem dzielimy naprawdę wiele pasji, zainteresowań czy upodobań. Tych kilka, które są odmienne można policzyć na palcach jednej ręki. Na przykład absolutnie odmienny gust muzyczny, czy pewne skłonności czytelnicze - moje XIX wieczne klimaty niekoniecznie pasjonują Mateusza, tak jak ja niespecjalnie czytam wszelakie hard science fiction, które powoli opanowuje naszą biblioteczkę. No i oczywiście moje uwielbienie do dziewiarstwa i kreatywnego tworzenia rzeczy, oraz Mateuszowe zafascynowanie programowaniem.

Korzystając z chwili spokoju, podczas wymuszonego obowiązkami porannego, długiego spaceru, snułam plany dotyczące tego wpisu i taka właśnie myśl mnie naszła, choć na co dzień oczywiście zdaję sobie z tego sprawę. 
Bo dzisiejszy post będzie o tym, co oboje wręcz uwielbiamy, w równym stopniu, o tym czego nigdy nie może zabraknąć w ciągu dnia i czego nie pominiemy podczas wizyty w Ustce. Mimo że ten wpis, patrząc na tematykę mojego bloga, to zwyczajny off topic, to wyjaśni Wam dlaczego w paczuchach od Chmurki znajdujecie taki a nie inny prezencik.

Herbata! Jak to ładnie brzmi, prawda? I mimo że lubię kawę (O! Mateusz nie pije jej wcale!), co prawda tylko i wyłącznie zimną, mleczną, słodką, i pijam jedną dziennie, to jestem zdecydowanie herbaciana. W zasadzie nasza miłość do herbaty ma swój początek mniej więcej w tym samym czasie co My :). Bo to na herbatę właśnie zabierał mnie Mateusz, albo ja zabierałam jego, a szliśmy w bardzo wyjątkowe miejsce, któremu należy się przynajmniej jeden akapit w tym poście!

Ustka, mimo że mała i jednak turystyczna, posiada istną perełkę, która oparła się modzie, ślepemu podążaniu za modnymi wystrojami, pogoni za konkurencją, od dawna posiada swój własny, niepowtarzalny klimat, styl i atmosferę. Takiego miejsca nie znalazłam nigdzie indziej, a trochę (odrobinkę, ale jednak) już zwiedziliśmy, szukając w niejednym mieście herbacianego raju. 
Ustecka herbaciarnia jest niewielka i czarująca, łączy uwielbienie do herbaty i sztuki, bo przy okazji jest również galerią. Powiedziałabym, że panuje tam eklektyzm, natłok starych przedmiotów, pozornie do siebie nie pasujących. Przypomina salonik z dawnych lat, pełen kredensów, serwetek, starych zabawek i porcelany. Lada to nic innego jak odmalowane ręcznie rustykalne meble z łyżeczkami w formie uchwytów. Nie znajdziecie tam idealnie wykończonych przedmiotów, lśniącej podłogi czy równych ścian. Nie, i bardzo dobrze! Obecne wystroje lokali czy kawiarni w zasadzie niewiele się od siebie różnią, jeśli nawet mają przypominać wnętrza z dawnych lat to są zbyt... perfekcyjne! Brakuje im autentyczności, ale ta herbaciarnia... jeśli będziecie mieć okazję zobaczyć Ustkę, obiecajcie mi, że wejdziecie tam choćby na chwilę.
Zdjęcie powyżej pochodzi z facebooka herbaciarni.

Oprócz wystroju i atmosfery są tam również przemili właściciele i cała ściana herbat! Od klasycznych czarnych, po białe, wędzone, zielone, czerwone, rooibos, aromatyzowane, ziołowe, żółte czy susze owocowe. My za każdym razem wybieramy inną, a odwiedziliśmy to miejsce mnóstwo razy. Każdą herbatę można powąchać, zapytać o skład, smak czy właściwości, o sposób parzenia, bo tych jest kilka (pisałam Wam kiedyś o parzeniu herbaty na zimno klik!). 
Zawsze zamawiamy dwie różne herbaty. Jeden dzbanuszek wystarcza na 3 filiżanki, a środkową najczęściej się wymieniamy. Ja kieruję się zawsze zapachem lub chęcią spróbowania konkretnych składników, a Mateusz wybiera... po nazwie. Czym śmieszniejsza tym lepiej! Tak więc na liście zamówionych herbat to nie ja mam "Czerwone serduszko" :).
Wizyta w herbaciarni to nasza mała tradycja - za każdym razem gdy jesteśmy w Ustce, choćby raz musimy wstąpić na herbatę. Nie wiem jak to się stało, że mam tak niewiele zdjęć z wnętrza! A może i wiem? Nie ma na to czasu i ochoty, trzeba chłonąć to miejsce! Odsyłam Was więc na facebooka i googla.
A teraz o naszej herbacianej codzienności, bo przecież Ustkę odwiedzamy rzadko, a w ciągu dnia wypijamy przynajmniej pięć kubków herbaty. 

Herbaty mogą być liściaste, granulowane lub w torebkach. Musicie jednak wiedzieć, że nie jestem herbacianym specem, wiem tyle ile potrzeba mi do tej codziennej przyjemności :). Staramy się nie kupować już herbaty w torebce, a granulowanych nigdy nie piliśmy. Torebkowe (ekspresowe) są robione z pyłu herbacianego, a ten wcale nie posiada najlepszego smaku czy aromatu. To liście właśnie są kluczowe w parzeniu i dzięki nim możemy uzyskać naprawdę dobry napój. Same herbaty liściaste dzielą się na "lepsze" i "gorsze" ze względu na to, gdzie dany liść rósł - czy na czubku krzewu czy też na samym jego dole. To całkiem logiczne, ponieważ te górne, są najczęściej drobne i świeże, delikatne. Nie ze względów ideologicznych czy też przez naczytanie się w sieci opinii zrezygnowaliśmy z tych torebkowych, ale staliśmy się o wiele bardziej wybredni i zwyczajnie przestała nam ona smakować.

Najpopularniejszą herbatą u nas w domu jest herbata czarna. Ma on moim zdaniem najbardziej neutralny smak, ale może to wynikać z faktu, że taką herbatą właśnie najczęściej raczą się Europejczycy, więc ten smak towarzyszy nam od dziecka. Dzień zaczynam czystą czarną, liściastą herbatą. Nawet teraz, pisząc to zdanie, mam przed sobą wielki kubek!
Herbata czarna jest prosta w zaparzeniu. Zalewamy ją po prostu wodą zagotowaną do 100 stopni (poleca się również 95 stopni). Ja używam dwóch łyżeczek herbaty, ale pamiętajcie, że liściastej herbaty na łyżeczce znajduje się o wiele mniej niż granulowanej, i parzę po swojemu, czyli dosłownie chwilę. Teoretycznie mogłabym wykorzystać mniej herbaty i parzyć polecane 4-5 minut, ale to mój sposób daje mi ulubiony smak bez goryczki. Obecnie polubiliśmy bardzo czarną herbatę Dilmah i to ją pijemy najczęściej.

Raz lub dwa razy dziennie pijemy herbatę zieloną bądź czarną aromatyzowaną. Nie jest to zasada, której trzymamy się ściśle, po prostu te pijamy rzadziej, w zależności od nastroju i chęci. 
Zwłaszcza, że obecnie posiadamy bardzo wyjątkowe herbaty i żal byłoby tak szybko się z nimi rozstać :). Otrzymaliśmy od rodziców prawdziwą Chińską zieloną herbatę, która ma niesamowicie delikatny smak, różni się bardzo od tych zielonych herbat jakie są nam zazwyczaj znane. Oczywiście czuć, że nie jest to herbata fermentowana, bez patrzenia każdy zakwalifikowałby ją jako zieloną, ale musicie wierzyć, że smakiem przebija wszystkie czyste zielone, jakie do tego czasu piłam.

Bardzo istotne jest to by zieloną herbatą zaparzyć poprawnie. Czasem słyszę, że ktoś nie przepada za zieloną herbatą bo jest gorzka lub kwaśna. A to jest tylko i wyłącznie błąd w parzeniu, bo zielona herbata jest bardzo delikatna. Ma swój własny, charakterystyczny smak, ale nie ma prawa być niedobra. 

Nasz kolejny herbaciany level to czajnik z regulacją temperatury i oczywiście klepsydra. Przy zielonej herbacie to wręcz obowiązkowe gadżety. 

Zieloną herbatę należy parzyć w temperaturze od 60 do 90 stopni, w zależności od gatunku. Naszą chińską parzymy w 80 stopniach i wyjmujemy liście po 3 minutach. Wystarczy trochę zbyt długo potrzymać liście w wodzie by smak się zmienił i herbata po prostu miała prawo nie smakować. Jeśli nie posiadacie czajnika z regulacją temperatury to po zagotowaniu wody nie czekajcie tylko minuty, bo to zbyt mało by temperatura spadła do 80 stopni. Dajcie jej przynajmniej 5 minut. Nawet jeśli nie traficie idealnie z temperaturą to i tak dość mocno zmniejszycie prawdopodobieństwo, że napar będzie gorzki. 

To oczywiście nie wszystkie herbaty jakie posiadamy, ale dwie najpopularniejsze. Mamy w szafeczce mnóstwo zielonych i czarnych smakowych, które staramy się odpowiednio przechowywać i często serwujemy gdy odwiedzą nas znajomi. 
Przechowywanie herbaty jest również istotne. W sklepach niespecjalistycznych mało kto zwraca uwagę na to co herbata lubi, a bardziej istotny jest design pojemników.
Niestety nie wszystkie moje pojemniki są pro, ale też nie mam potrzeby popadać w skrajność. Czarna herbata tak szybko znika w naszych brzuszkach, że przekładamy wygodę w otwieraniu pojemnika nad jego szczelność. Część herbat tkwi też w oryginalnych opakowaniach, zamknięte w szafce. 
No ale jaki powinien być dobry pojemnik, by móc długo przechowywać herbatę? 

Przede wszystkim szczelny. Dobre są więc puszki hermetycznym zamknięciem. Ważne by liście nie były wystawione na działanie tlenu i nie istniało ryzyko zawilgocenia. Pojemnik powinien być nieprzezroczysty, chyba, że nie wystawiamy go na światło dzienne przez dłuższy czas (trzymamy w szafce). Herbata nie lubi promieni słonecznych. Jeśli chodzi o tworzywo to najlepsze są pojemniki metalowe, oczywiście jeśli spełniają pierwszy warunek. Nie trzymajcie herbaty zbyt długo w papierowych torebkach, ponieważ ich szczelność jest bardzo mała. Szczelność daje nam również pewność, że zapachy z zewnątrz nie wpłyną na jakość herbaty. 

A jakie herbaty kryją się w naszej szafce? Do Chińskiej dołączyły trzy nowe, również bardzo azjatyckie, prosto z Malezji. Pierwsza to herbata chryzantemowa - w postaci kuleczek, które po otwarciu należy trzymać w lodówce. Ma bardzo... charakterystyczny smak. Razem z nią, w paczce przyszły dwie czarne (i paczka owoców suszonych, które pochłonęłam błyskawicznie:)), jedna czysta, druga z dodatkiem geranium. Obie bardzo nam smakują! Ta z dodatkiem również zaskakuje smakiem i podobnie jak chińską zieloną dawkujemy ją sobie powoli. 
 Od lewej: zielona, czarna z geranium, czarna.

 I herbata chryzantemowa.

Oprócz tych orientalnych mamy też herbaty, które kupiliśmy przy okazji w Ustce czy w innych herbaciarniach. O niektórych nie pamiętamy, aż nie zaczniemy hurtem parzyć herbat w dzbankach dla równie (na szczęście!) herbaty lubiących przyjaciół. 
Raczej nie kupujemy herbat białych czy czerwonych. Te smakujemy w odpowiednim miejscu.

No to w czym pić herbatę? No raczej, że w ulubionym kubku! Przez herbatę zaczęliśmy też kolekcjonować kubki - jest to jedyna forma namacalnej pamiątki, którą przywozimy z obcego kraju. Dodatkowo to praktyczne podejście, bo kubek przydaje się codziennie, a figurki czy inne bibeloty jedynie łapią kurz. Brakuje nam kilku z pierwszych państw jakie wspólnie odwiedziliśmy, ale do Francji, Niemiec czy Belgii wybierzemy się przecież jeszcze nie jeden raz! Obecnie ulubiony kubek Praski :)

Jako że nie znoszę fusów i innych farfocli w napojach zawsze używam zaparzaczy. Trudno znaleźć idealny, naprawdę! Jeśli parzy się 10 herbat dziennie to wygoda w nasypywaniu i wysypywaniu jest bardzo istotna. Póki co najlepszy znaleźliśmy w Duka, kupiliśmy dwa - są cudowne! Tylko że jeden zaginął, a drugiemu odpadł uchwyt. Ale co tam, jakoś działa. Niestety Duka już ich nie ma (mowa o tym z czerwonym). Może macie jakieś sprawdzone?

A co ma herbata do Chmurki? 
Moja miłość do herbaty i dziergania ma część wspólną - uwielbiam siedzieć, przekładać oczka i popijać ciepłą herbatkę, bez względu czy na zewnątrz wieje, pada czy grzeje słońce. Herbata jest dobra na wszystko, a do dziergania to już w ogóle! Ślę więc w świat odrobinę tej dobroci, tak by każdy mógł "napić się ze mną"! Wybieram za każdym razem inną herbatę, raz zieloną, raz czarną a czasem susz owocowy. Każdą testuję i sprawdzam :). W Chmurkowej paczce każdy znajdzie torebeczkę cudnej liściastej herbaty, tak akurat na jeden, dwa kubeczki. To mój sposób na umilenie Wam dnia. U mnie działa!

Obecnie dzielę się z Wami herbatą zieloną, nazywa się "Wiosenne mecyje" i to chyba jest odpowiedź na pytanie, kto ją wybrał. To herbata aromatyzowana, która zawiera owoc borówki, bławatek, kwiat rumianka, płatki róży, płatki słonecznika i truskawkę. Parzy się ją w 80 stopniach, przez 3 minuty.

Gdzie kupuję herbatę? Do sklepiku kupuję cały kilogram, czyli hurtem, w sklepie dla firm, ale mogę polecić Wam sklep www.smaksztuki.pl mimo że odrobinę denerwuje mnie u nich ilość maili około zamówieniowych. Mają bardzo duży wybór, bardzo smaczne herbaty i przystępne ceny. Początkowo tam właśnie zamawiałam Chmurkową herbatkę.
Wiem, że dzięki temu malutkiemu gratisowi przynajmniej jedna "kawowa", znajoma dziewiarka wypija od czasu do czasu herbatę, przełamała się i mam nadzieję, ze jej smakuje! (tak, Monia, mówię o Tobie!). 

Jeśli dotrwałaś/eś do końca to koniecznie daj znać, czy tylko my tu mamy bzika na punkcie tych liści! I jaka jest Twoja ulubiona herbata, sposób parzenia, czy herbaciarnia. 
Być może zachęcę Cię do bardziej świadomego podejścia do tego tematu i spróbowania czegoś więcej?

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

piątek, 31 marca 2017

Zadbaj o swój sweter... część 3

Już prawie dwa lata minęły od ostatniego wpisu na ten temat! Co prawda akurat w tym przypadku jest to plus, bo mam czas wydziergać nowe, poużywać "stare" i zobaczyć jak się sprawują. Poprzedni post możecie znaleźć tu: klik!  

W tym czasie przychodziły nowe udziergi, odchodziły te nieużywane, cześć umarła śmiercią naturalną. Bardzo lubię tę serię, bo dzięki niej nie dość, że zauważam lepiej swoje błędy w traktowaniu wełnianych rzeczy, to jeszcze mam taki skrót swoich prac, od razu widać jakiego koloru i fasonu mi brakuje :).

Obecnie dziergam z samych wysokogatunkowych wełen, jedwabi, kaszmirów i moheru. Wiem też, że różnica w zużywaniu, noszeniu, dbaniu i wyglądzie jest ogromna! Sweter z dobrej wełny to inwestycja na kilka grubych lat. A jaka jest różnica? Pomijając kwestie estetyczne bo przecież to indywidualna sprawa, dobra wełna po prostu się nie starzeje. Zdarzyło mi się tak z poprzednimi swetrami, że po piątym praniu sweter matowiał, w dotyku był bardziej szorstki, po goleniu wcale nie odzyskiwał świeżości, był "przyklapnięty", tracił puchatość czy sprężystość. No wyglądał na zużyty. 

Nigdy nie oceniam wełny pod kątem mechacenia. Bo akurat niemalże każda wełna się mechaci (są wyjątki, o tym niżej!), w zależności od tego jak jest skręcona, z ilu nitek i z czego dokładnie się składa. Drobne kuleczki, w strategicznych miejscach będą się pojawiać choćbyś nie wiem co wyczyniał. Strategiczne miejsca to dla mnie boki rękawów i pacha. Tam wełna ociera się o siebie i jeśli ma włosek, to ten włosek w końcu się zrobi małą kuleczką. Tak działa wełna, co poradzić. Ale jak pisałam, nigdy nie oceniam wełny pod tym kątem, choć bardzo doceniam fakt, że moje swetry golę raz do roku, albo i rzadziej. 

Dobra wełna będzie po każdym (odpowiednim) praniu, każdym goleniu wyglądać tak samo. To jest moja definicja dobrej wełny :). Będzie mieć połysk, jeśli miała go wcześniej, będzie zadziwiać miękkością i delikatnością, nie straci koloru, nie wyciągnie się, będzie trzymać kształt. Jeśli wełna, z której dziergamy sweter taka właśnie jest, to mamy gwarancję, że jeśli nie schrzanimy czegoś po drodze, to sweter założymy za 10 lat. O ile będzie pasował :).

Z każdym dniem uczę się czegoś nowego o wełnie, poznaję ją, wiem co lubi, czego nie. Dzięki temu, że straciłam już parę swetrów z mojej winy, jestem mądrzejsza! Mam nadzieję, że dzięki temu co napiszę Wam uda się uniknąć paru przykrych chwil. 

Poniżej swetry, o których mam coś do powiedzenia, czyli chodzę w nich często, albo zaobserwowałam coś ciekawego (cała moja obecna kolekcja z szafy na samym końcu :)).
Wszystkie swetry obecnie piorę wyłącznie w zimnej wodzie, z odrobiną Eucalanu (jaśminowy!), wkładam w ręcznik, albo po nim tuptam, albo zapominam o nim na cały dzień, a potem suszę na płasko.

No to najpierw ulubione - róże!
 Od góry:
  1. Mélanie zrobiona z Julie Asselin Fino i moherowej Anatolii. Nie mam milszego swetra w szafie. Anatolia jest tak delikatna, że aż trudno nie miziać jej cały czas. Nic a nic nie gryzie. Włosek jest niewielki, ale nadaje tego puszku, jakiego oczekujemy. Jako że to moher od czasu do czasu wybiorę z rękawa kłaczek bardziej zbity. Nie goliłabym jej z pewnością! To jeden z tych swetrów, których nie trzeba blokować i specjalnie układać by dobrze wyglądał.
  2. Ta słodycz to mój ulubiony kolor :) Sweter to Compass Pullover, zrobiony z Fino (wełna, kaszmir, jedwab). Kto macał fino to wie, że w zdaniu "o ludzie, jak rozkosznie miękko!" nie ma odrobiny przesady! Sweter przeszedł próbę w dniu poprzedzającym nasz ślub. Było chłodno, założyłam sweter do przygotowań, a tam stał wielki namiot z rzepami... Ogólnie średnio wtedy na niego uważałam. Troszkę się potargał w miejscu przyczepienia do namiotu, ale po praniu i leciutkim podgoleniu zniknęło absolutnie wszystko. A co o wzorze? Teraz kilka rzeczy zrobiłabym inaczej. Pewne zmniejszanie przy dziurach nie wygląda estetycznie, troszkę się wyciąga ten karczek. Nie wiem co jest, ale ewidentnie coś nie tak, ale pewnie tylko ja to widzę.
  3. Light Trails dziergałam z własnoręcznie farbowanej wełny BFL. Nie chodzę w nim tak często jak kiedyś, bo mam trochę nowości, które są moimi faworytami, ale nadal trzymam go w szafie, bo zwyczajnie się lubimy. Nic się nie zmienił od czasu poprzedniego wpisu, czyli nadal jest w porządku.
  4. No to teraz Puntilla zrobiona z Julie Asselin Milis. Uwielbiam tę słodką koronkę! Połysk, miękkość i zwiewność nadal ta sama, a to jest sweter, który zakładam bardzo często. Milis to singiel (pojedyncza nitka, słabo skręcona), co sprawia, że jest "puchata" i miękka, ale mechaci się trochę bardziej niż inne. Ale tu znowu mówię tylko o tych strategicznych miejscach, gdzie raz na pół roku pojawia się kilka małych kuleczek. Wełna posiada charakterystyczny meszek, nie należy tego mylić z mechaceniem. W motku jest cieńsza, gładsza, ale należy ją dziergać na ciut większych drutach niż nam się wydaje. Milis puchnie po praniu, wypełnia szczeliny i dostaje tego miziastego meszku. 
  5. Leizu Worsted w Cold Breath, czyli w moim ulubionym, okropnie ciepłym swetrze! Leizu to połączenie merynosa i jedwabiu, ma piękny delikatny połysk, jest bardzo, bardzo sprężysta! Mechaci się tylko po lewej stronie, najpewniej od spodni. Od czasu do czasu znajdę jakąś kulkę, ale nie mam potrzeby go golić. Wygląda jak nowy :).
Kolory ziemi:

  1. Ostatnio wydziergany Old Romance z Fino. Wariuje na punkcie Fino, niech mnie ktoś wyśle do doktora. Wzór bardzo ciekawie dziergany, bardzo trafiony w moim przypadku. Noszę go często - do spodni i do sukienek. Wygodny fason, lekko luźne rękawy. 
  2. Cosy Wifey też zrobiłam z Fino. To sweter - bluza, noszony bardzo często, wszędzie gdzie się da. Nie wypowiem się na temat projektu, bo nie będę obiektywna, ale powiem, że wygodny jak mało który. Nigdy nie golony, za każdym razem, gdy wyjmuję go z szafy nie mogę się nadziwić miękkością i delikatnością. Jest jak nowy. To jest to o czym pisałam wyżej... dobra wełna jest dobra. Zawsze.
  3. Cosy Hubby, oczywiście też jest z Fino. I to Fino świetnie znosi męskie noszenie. Co prawda mężczyzna ten krzywdzi je niekiedy okrutnie, zaciągając i mechacąc go w dwóch tylko miejscach - na środku brzucha i na końcach rękawów. Jak to robi? A kurtką! Rzepy ma na wlocie do kieszeni i przy zamku. Ciągle mu tam muszę golić kłaki :D Po goleniu nie ma śladu zużycia, aż do następnego razu. Wiem też, że sweter grzeje, że o matko, bo ciągle mi przypomina!
  4. A ten na samym dole to Understory, mój najnowszy! Połączenie Milisa i Anatolii. Tak jak z Mélanie - jak połączymy dwie milutkie wełny to wyjdzie sweter milutki x2. Więc to mój drugi najmilszy sweter w szafie. Grzeje przyjemnie. Tyle na razie powiem, bo nosiłam go 4 razy - do sesji wisiał nieruszany! :)
Szarości i mój (rzekomo!) ulubiony żółty:
  1. Oj tak... wielbię miody, musztardy i bursztyny. Tak bardzo, że bojąc się, żeby nie mieć całej szafy w tym kolorze mam tylko jeden żółty sweter! Makabra. Merigold to mój niezniszczalny, nieśmiertelny projekt. No mówię Wam, ten Everlasting Sock od 2.5 lat ciągle w użyciu, ciągle! A nie golony ani razu, nawet jakbym chciała to nie wiem co miałabym tam golić... Tej nitki bardzo mi brakuje z Dream in Color. Nie jest to szaleństwo miękkości, jest po prostu miła i niegryząca, ale ta jakość i wytrzymałość! Kolor nadal tak żywy jak pierwszego dnia.
  2. Poniżej też ta sama nitka, tym razem w Stormwindzie. Rzadziej w nim już chodzę, ale nadal go lubię. Cała reszta patrz punkt wyżej. 
  3. Ta jasna srebrna szarość to Trevor zrobiony z Fino Echo i Piccolo Fusain. O Fino już pisałam, nie będę się powtarzać bo mnie zablokujecie. Ale o samym projekcie powiem tyle - cudny! Tak wygodny, tak klasyczny, tak ładny i prosty! Róbcie!
  4. Ta cieplejsza szarość to Birch w Leizu DK (tu dobrze widać subtelną różnicę między tymi dwoma farbowaniami). Sweter to Mateuszowy Lumberjack - Leizu to świetna włóczka dla tych mniej ostrożnych (czyli naszych mężów, partnerów i dzieci:)). Nie mechaci się, nie zużywa, grzeje jeszcze bardziej niż Cosy Hubby (ciągle o tym słyszę!). Jedna rzecz, którą mam zamiar poprawić - ściągacz. W tej nitce powinien być robiony bardzo ciasno, ponieważ z czasem się rozluźnia. Jeśli chcemy by ściągacz nie był tylko ozdobnym wykończeniem ale też opinał biodra, to wybierzcie o jeden rozmiar mniejsze druty niż planujecie. 
  5. I znowu Leizu DK, w moim długaśnym Blue Sand. Nie zakładam go często, w sumie nie wiem czemu (wystaje mi spod większości kurtek:)). Wełna ta po praniu się wydłuża, należy to uwzględnić przed dzierganiem. Ja jestem optymistką i widzę w tym same plusy! Mniej dziergania i mniej zużycia wełny, a efekt i długość taka jak należy! Ale warto o tym wiedzieć - włóczki z jedwabiem mogą tak mieć.
I skromna kolekcja w fioletowych i niebieskich odcieniach (obecnie na drutach błękit!):

  1. Endearment z Jilly od Dream in Color. Jilly jest niemalże taka sama jak Milis. To też singiel, też puchnie po praniu i ma ten przyjemny dla skóry meszek. Bardzo lubię ten sweterek, świetnie pasuje do sukienek. 
  2. Mój pierwszy większy projekt - Inky! Zrobiony z miłej Filcolana Arwetty Clasic, ma już 3 lata, wygląda dobrze, ale wełna delikatnie się zużyła, tak sądzę. Jest ładna, trzeba ją czasem ogolić, ale nie jest już tak miła. Rok temu zrobiłam mojej Inky operację. Nieudaną :) Chciałam odpruć guziki i przyszyć je inaczej, i zamiast nitki od guzika wycięłam nitkę z sukienki! Musiałam przyszyć plisę na sztywno by to uratować. Brawa dla mnie :).
  3. I po raz kolejny Leizu Worsted w ametystowym kolorze. Wyjątkowo dla mnie w fioletach, ale wcale nie żałuję. Wełna jest bardzo sprężysta, w wzór (Flaum) jeszcze bardziej. Po każdym praniu muszę go leciutko zblokować by się wydłużył.
I na koniec bonus - wszystkie moje (i Mateusza) większe udziergi, plus trzy szale. Pojawiła się tu jeszcze Rosy Cheek, Saoirse i Marina. Nie miałam okazji ich założyć dłuższy czas, więc są tylko w podsumowującej stercie:

To nie są oczywiście wszystkie rzeczy jakie wydziergałam (nie liczę akcesoriów zimowych). Jakiś czas temu oddałam w zaprzyjaźnione łapki trzy swetry i bluzeczkę. Nie lubię magazynować... jeśli wiem, że czegoś nie założę, bo się w tym źle czuję, bo kolor jednak nie mój, to po prostu szukam mu nowego przyjaznego domu. Lubię mieć w szafie (ha, ha! Mamy szafę!!!) tylko to co naprawdę mi się podoba, to co chcę nosić. Inaczej skręca mnie od środka. Jeśli sweter się zużyje to z bólem ale zostaje po prostu wyrzucony. Czasem to moja wina, czasem wełny. Możecie porównać z poprzednimi postami co zniknęło. Ja nie mam serca tak wypunktowywać:)

Kilka słów o szalach - jak widać przełamałam się i zaczęłam je lubić. Mam na razie trzy, póki co swetry nadal mają pierwszeństwo. Wydziergałam każdy z nich z włóczki fingering, każdy ściegiem francuskim. Mimo cienkości włóczki szale grzeją zimą, nie są ciężkie, a na dodatek sprawują się też dobrze w pozostałych porach roku. To chyba najbardziej optymalna grubość wełny na szale. Ścieg francuski dobrze wygląda w takich prostych projektach w geometryczne wzory czy w paski, ale ma ten minus, że po każdym praniu trzeba go dobrze naciągnąć. Ten ścieg "ściąga" nam z czasem robótkę. Po namoczeniu trzeba go bez litości wyciągnąć i wytrzymuje tak mniej więcej do kolejnej kąpieli. Od góry: Angular z Fino i Piccolo, Crescendo z Leizu Fingering i Color Affection z Arwetty Classic i Lang Yarns Jawoll

Jak widać z zieleni mam tylko szal. Mimo rudości nie przepadam za tym kolorem, a raczej ciężko mi znaleźć taki, który byłby tym odpowiednim. Wszelkie wiosenne omijam, szmaragdy bardzo lubię, ale potrzebuję jeszcze trochę czasu, khaki to nie moja bajka. Teraz dorzucę na stosik jeszcze jasny błękit, a potem znając mnie coś różowego, albo może w końcu żółtego. Chociaż faza na brązy i beże jeszcze mnie nie opuściła.

Jak zawsze jestem ciekawa Waszych opinii i doświadczeń!

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena