Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urządzanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urządzanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 września 2019

Mieszkaniowe sprawy: mały pokój, część 1.

Tak dawno nie pisałam nic o urządzaniu mieszkania! Co prawda pokazałam Wam ostatnio balkon, ale niekoniecznie liczy się jako "wnętrze" i poza tym zrobiony był już rok temu :). A dziś chciałabym napisać o czymś całkiem świeżym. 

Gdy urządziliśmy kuchnię, salon i łazienkę to dość mocno zwolniliśmy. Gdzieś tam udało nam się położyć drewno na skosach, kupić łóżko czy szafę, wykończyliśmy przedpokój, o którym Wam kiedyś opowiem, dokupiliśmy brakujące elementy do salonu, ale przez ostatnie parę lat zdecydowanie mniej intensywnie działaliśmy w temacie urządzania. 
Gdy wyniosłam się z farbowaniem do pracowni, a następnie zamknęłam sklepik, opustoszał pokój na poddaszu. Ten tak zwany "mały pokój" (każdy ma chyba mały i duży pokój:)). Trzymałam tam swoje graty do szycia i fotografowania, więc nazywaliśmy go przez moment "moim pokojem". Teraz jest już to oficjalnie przyszły pokój komputerowy/szyciowy/gościnny. Czyli takie biuro połączone z pracownią, z odpowiednim miejscem do ugoszczenia potencjalnych gości. Brzmi jakby wcale nie był taki mały :)

Nigdy wcześniej specjalnie nie zastanawialiśmy się nad tym jak chcielibyśmy go urządzić. Pokój sobie po prostu był i czekał na swoją kolej. Wyniesienie się z niego ze sklepikiem, kupienie drugiego komputera oraz chęć (no czas najwyższy) wyniesienia z salonu obecnego sprzętu, zmotywowało nas do pracy. No i przyszła jesień, a my jesienią zawsze coś musimy wymyślić do roboty. 

Pomysł na wystrój przyszedł nagle - zainspirowało mnie pewne zdjęcie w sieci, pokazałam Mateuszowi, opisałam koncepcję, opowiedziałam jaki klimat możemy stworzyć w tym pomieszczeniu i obojgu nam przypadło to do gustu. Postanowiliśmy odrobinę zaszaleć! Od początku nie chcieliśmy mieć dokładnie takich samych wystrojów w każdym pokoju - chcemy trzymać się bieli i jasnych odcieni, drewna i skandynawskiego klimatu z rustykalną nutą. To drugie uzyskaliśmy na górze, kładąc białe deski na skos, a teraz dodając tam odrobinę wikliny (ale sypialnia dalej w powijakach, przyjdzie na nią pora po małym pokoju), albo kupując stolik kawowy ze starych desek. Chcemy by każdy pokój był jasny i przytulny, ale miał odrębny charakter. Mały pokój to miejsce, w którym będziemy spędzać sporo czasu. Głównie ja, bo pracuję w domu. To pokój do zabawy, pracy i tworzenia i chcieliśmy by był przytulny i miły dla oka, jednocześnie trochę szalony i poprawiający nastrój. A przede wszystkim inspirujący! Puściliśmy wodze fantazji i poszliśmy w kierunku boho :) Co prawda nie lubię takiego kategoryzowania, bo z pewnością sporo rzeczy w stylu boho się tam nie pojawi, bo nadal lubimy minimalizm, wiec nie nawrzucamy tam szpargałów, ale będą kwiaty (już zaczynają opanowywać nasz salon!), kolory, tkaniny, wzory i kształty. Póki co gotowa jest podstawa i o tym będzie dzisiejszy post.

Podstawa czyli oprawa. Złożyliśmy zamówienie w zaoceanicznym sklepie internetowym (Urbanwalls) na główny jej element - zdjęcie, którym się inspirowałam, pochodziło właśnie ze strony tego sklepu - i zaczęliśmy przygotowania. 
Na początku należało odmalować ściany. Farbowanie niestety wiąże się z chlapaniem i wierzcie mi, że zamalowanie barwników, nawet dobrą farbą, wcale nie jest takie proste. Potem oczywiście położyliśmy listwy oraz, w końcu, zamontowaliśmy każdy kontakt (nigdy nie zostawiajcie tego na później!:)). Przesyłka ze sklepu dotarła do nas, co nas bardzo zaskoczyło, błyskawicznie i mogliśmy zacząć nadawać pokoikowi charakteru!

Paczka, która do nas dotarła zawierała gruby rulon pięknych kwiatowych naklejek ściennych. Szukaliśmy najpierw czegoś na polskim rynku (naklejek albo tapet), ale bez powodzenia. Tylko te jedne odpowiadały nam klimatem, stylem i kolorami! Celowaliśmy w miodowe, ciepłe odcienie, zieleń i odrobinę różu. Nie chcieliśmy przyciemnić pokoju, a wręcz rozświetlić go kolorami! Więc chociaż podobała nam się pewna czarna tapeta w barokowe kwiaty, to jednak odpuściliśmy - czerń przytłoczyła by ten niewielki pokój.

Zanim jednak mogliśmy przejść do rzeczy, należało naklejki wyciąć i (dla mnie to oczywiste!) posegregować. Lubię robić takie rzeczy.
 

Zestaw zawierał w sumie 30 kwiatów i 20 liści. Naklejek nie trzeba wycinać wzdłuż krawędzi wzoru, na szczęście:) By ułatwić pracę producent proponuje zostawić spory margines. 
Podzieliłam je w zależności od wielkości i koloru. Używaliśmy tylko tych dużych kwiatów oraz liści. Taki podział pomógł nam w komponowaniu zestawów. A można było podejść do tematu na kilka sposobów. Naklejać kwiaty oddzielnie, tworzyć małe grupki, albo spore zestawy. Opcji było mnóstwo! Trochę mnie to przytłoczyło, ale kilka głębszych oddechów i jakoś się udało :)

Na początku ustaliliśmy ile ścian chcemy obkleić. I byliśmy jednogłośni - jedną! Nie chcieliśmy przesadzić (o co łatwo, gdy nas coś zachwyci). By było ciekawiej wybraliśmy ścianę ze skosem, tę na przeciwko drzwi. Kolejna decyzja dotyczyła wielkości zestawów. Obejrzeliśmy realizacje innych osób oraz autorki naklejek i najbardziej podobały nam się większe zestawy, gęsto przeplatane liśćmi i kolorami, gdzie naklejki nachodzą na siebie tworząc trójwymiarowy efekt. Pozostało jeszcze ustalić czy chcemy by kwiaty "zaginały się" na sufit lub sąsiadującą ścianę czy może jednak kończyły równo z nimi. Zdecydowanie wolałam tę drugą opcję. 
Używając taśmy papierowej (kiedyś widziałam coś takiego u Pimposhki:)), zaznaczyliśmy na ścianie miejsca, w których będą stały meble i dekoracje. Znajdzie się tam krótszy bok biurka, kanapa i zabudowanie skosu. Dzięki temu wiedzieliśmy jakie miejsca na ścianie będą widoczne, ile mamy miejsca itp. Plan był taki, żeby kwiaty wystawały zza kanapy, z listwy, z krawędzi ściany - bardzo lubię taki efekt!
I wydaje się, że to już wszystko, można naklejać! Ale nie... teraz najtrudniejsze! Czyli układanie zestawów, tworzenie kompozycji, dobór kolorów... Naklejkę użyć można tylko raz, więc nie chcieliśmy popełnić gafy.

Na niższej wysokości mogliśmy próbnie mocować elementy na ścianie, ale najwyższy zestaw znajdować się miał pod sufitem, więc wykonaliśmy próbę na podłodze:
 
Następnie skleiliśmy wszystko taśmą, przymierzyliśmy do ściany i zaznaczyliśmy strategiczne miejsca ołówkiem, by się nie pomylić podczas naklejania. Jeszcze tylko fotka, by zapamiętać efekt i do roboty!

Naklejanie okazało się banalnie proste! Wymagało to od nas delikatności przy odklejaniu i starannego dociśnięcia naklejki, w celu usunięcia bąbli powietrza. Jeśli coś nie szło po naszej myśli, to mogliśmy bez paniki to poprawić. Łatwiejsze niż się wydaje, serio! Ten gif idealnie pokaże Wam jak wyglądał proces naklejania ułożonej kompozycji:

Moim zdaniem nie należy usilnie chcieć pokazać jak najwięcej naklejki - niektóre kwiaty, jak ten pierwszy, to tylko skrawek wystający z sufitu. Liście też są mocno wsunięte pod kwiaty. To daje bardziej "naturalny" efekt. Jak w przyrodzie!

Ten biały kwiat miał wąskie płatki, co pozwoliło nam w łatwy sposób wysunąć na wierzch dwa z nich na ostatni, różowy element. Po prostu nie usunęliśmy z nich (płatków) papieru i dopiero gdy wszystko było gotowe, nakleiliśmy je na wierzch, dzięki temu zrobiło się bardziej trójwymiarowo :)

Po prawej będzie stała kanapa i kawałek tego zestawu będzie za nią schowany.

Styl tych kwiatów jest zupełnie inny od tego co widywałam w sklepach - są malowane, ale nie jest to popularna akwarela, która już mi się opatrzyła. 

Zaraz pokażę Wam całość, ale najpierw muszę opowiedzieć o drugiej rzeczy, którą zrobiliśmy by zakończyć pracę nad oprawą! :) Nasze poddasze ma dość strome skosy - na samym dole, w najniższym miejscu jest tylko około 20 cm. Dobrze to widać na pierwszym zdjęciu wpisu. Zostawienie tego w ten sposób, odsłoniętego, nie wchodziło w grę - wygląda to nieestetycznie i wizualnie zmniejsza pokój. Od początku planowaliśmy zabudować te skosy, zaczynając tak mniej więcej kilka centymetrów pod oknem. Wszystko poniżej nie nadaje się do użytku, co najwyżej do przechowywania. Odwlekaliśmy pracę nad tym, bo mając jakieś 8 metrów skosu, musieliśmy liczyć się ze sporym kosztem wykonania mebli na wymiar (i to w takiej najprostszej, nudnej wersji). Bo taki był nasz pierwszy pomysł. Szafki! Ale czym dłużej o tym myśleliśmy, tym mniej podobał nam się ten pomysł. To znaczy... nie, pomysł jest super, ale nam takie proste, białe fronty po prostu nie pasowały do klimatu jaki stworzyliśmy i chcemy stworzyć na poddaszu. Sypialnia ma rustykalny charakter, mały pokój ma być bardziej boho... Zaświeciła się w mojej głowie lampka, poleciałam sprawdzić jak mogłoby to wyglądać (zdecydowanie nie byłam pierwsza - znaleźliśmy mnóstwo pomocnych zdjęć podobnych realizacji), przedyskutowaliśmy sprawę i zaczęliśmy planować. Zamówiłam próbki...

Piękny jest ten mauve, ale wygrała ochra. Lepiej wpasowywało się w klimacik :)

A gdy już podjęliśmy decyzje i zrobiliśmy zakupy, należało wziąć się do pracy! Każdy miał swoje zadanie, Mateusz mocował...

 A ja wzięłam się za szycie! I po kilku dniach pracy mały pokój, a raczej jego oprawa, wygląda tak:  

I widok na całokształt:

Postanowiliśmy zasłonić skosy materiałem, mocno marszczonym, ciężkim i pasującym do klimatu pokoju :) W sypialni zdecydujemy się na tkaninę lnianą lub imitującą len - jasną, z delikatną fakturą. 

Zamocowaliśmy klasyczny, cienki karnisz w kolorze mosiądzu. Skróciliśmy maksymalnie jego odległość od ściany, tak by nie powstała zbyt duża szpara. Tę, która była nieunikniona, zakryliśmy falbanką. Podzieliliśmy kotarę na trzy części by łatwo było ją odsuwać w wybranym miejscu. 

By nie powstawała luka w miejscu wsporników, wykonałam nacięcia po lewej stronie tunelu (pomysł Mateusza!:)) Dzięki temu wspornik nie blokuje materiału. Rozcięcia obszyłam tak jak dziurki od guzików.

Pod skosem planujemy postawić dwuosobową, rozkładaną kanapę (w beżowym kolorze):

A po lewej stronie, na ścianie naprzeciwko okna, będzie stało prawie dwumetrowe drewniane biurko z malowanymi nogami. Planujemy zrobić je sami! Wszystkie meble będą w podobnym klimacie - lekko rustykalne i w ciepłych odcieniach. Postawimy sporo zielonych kwiatów, powiesimy obrazy, półeczki, postawimy lampę, położymy dywanik... ja już to widzę i bardzo chcę już tam pracować i tworzyć! 

Pod oknem będzie stał stoliczek do szycia. Za zasłonką jest nawet gniazdko, które idealnie przyda się do podłączenia maszyny!

Po prawej postawię komodę, w której trzymać będę materiały i wszystkie szyciowe i dziewiarskie akcesoria. 

Mieliśmy trzy podejścia do szycia - na szczęście tkanina była długa, więc miałam z czego poprawić. Na początku zrobiliśmy za wąski tunel i za krótką falbankę. Następnie za długą falbankę, która nie trzymała pionu, tylko smętnie zwisała. Potem... uwaga! Sprułam wszystkie szwy, żeby zrobić kolejną poprawkę. Nałożyliśmy w miejscu szwów flizelinę, która usztywniła materiał, delikatnie skróćiliśmy falbankę i w końcu się udało.

Czy zasłonki będą praktyczne? Pod skosami nie będziemy trzymać rzeczy często używanych. Od tego mamy szafę, szafki, regał, plus będziemy wykonywać jeszcze dużą wnękową szafę w sypialni i kupimy nowe meble, o których Wam wyżej wspomniałam. Nie magazynujemy, więc nie musimy starać się wykorzystywać idealnie każdej przestrzeni w domu. Mieszkamy sami, w trzech pokojach, mamy sporo miejsca :) Kupiliśmy w Ikei niskie, koszykowe komódki, jeszcze ich nie złożyliśmy, więc nie mam zdjęcia. Póki co cztery na próbę - zobaczymy ile rzeczy uda nam się w nich poukładać. A są to na przykład świeczki i przeróżne ozdoby do domu, które wyjmuję raz na jakiś czas, moje suszone kwiaty do zdjęć, akcesoria do pakowania paczek, świąteczne i choinkowe ozdoby... Szuflady będą zdecydowanie wygodniejsze niż pojemniki.
Oprócz tego dwie duże walizki, które w końcu udało się gdzieś zmieścić!
Być może, gdy zabraknie mi miejsca na moje materiały czy sprzęty do szycia, to wygospodaruję tam kawałek miejsca dla siebie, zaraz przy rozcięciu, żeby wszystko było pod ręką.

Chociaż pomysł jest raczej niestandardowy, to bardzo nam się spodobał! Wyszło dokładnie tak jak chcieliśmy. Gruby materiał, z brzoskwiniową fakturą (Velvet-klik!) i w ciepłym, głębokim kolorze, dobrze wpasowuje się w boho klimaty.
 
Szkoda, że jeszcze sporo do zrobienia, bo chciałabym już się tam wprowadzić!
 
Kwiatowa ściana okazała się idealnym tłem do sesji zdjęciowych - właśnie dziś ją przetestowaliśmy :) Mam trochę do pokazania!
 
Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

wtorek, 25 czerwca 2019

Mieszkaniowe sprawy: balkon

Jak dawno nie było postów z tej serii! Oczywiście zbiór tematów o urządzaniu jest skończony, a biorąc pod uwagę fakt, że ostatnio trochę w tej kwestii zwolniliśmy, nie mam zbyt dużo do pokazania. Ale jednak coś jest - balkon na przykład (i przedpokój oraz ostateczne wykończenie salonu, o czym innym razem). Tak naprawdę to balkon zrobiliśmy w lipcu zeszłego roku, zaraz po powrocie z Azji. Po zimie odświeżyliśmy go trochę, zasadziliśmy nowe kwiaty w donicach i postanowiłam Wam go w końcu pokazać. 

To nic wielkiego - ani urządzanie, ani balkon. A jednak jest to ostatnio nasze ulubione miejsce do spędzania wolnego czasu. 
Czemu to nic wielkiego? Raz, że nasz balkon jest raczej mały - ma trochę ponad 3.5 m na 1.1m. Jest więc dość długi i wąski. Tak akurat na dwa fotele i stoliczek, ale imprezy tam nie zorganizujemy. Dwa, że to nasze urządzanie nie było bardzo pomysłowe i pracochłonne. Po powrocie z wakacji w zeszłym roku, pragnęliśmy w końcu móc komfortowo przesiadywać na świeżym powietrzu, mieć gdzie zjeść weekendowe śniadanie i czytać książki, ale jednocześnie nie mieliśmy zbyt dużo chęci na wymyślanie i planowanie. Plus zależało nam na czymś budżetowym, bo miesięczne wakacje zjadły ile tylko się dało.
 
Balkony w naszych blokach są jednymi z najbrzydszych jakie widziałam! Możecie je zobaczyć w moim pierwszym poście o mieszkaniu: klik! Zrobione po taniości, niestarannie, ot aby były! Mamy więc brzydkie szare kafle i jeszcze brzydszą szarą siatkę. Siedzenie w takim miejscu nie sprawiałoby człowiekowi żadnej przyjemności. Trzeba było to wszystko zakryć! 
Zapragnęliśmy bieli i ciepłego drewna - chcieliśmy zakupić cienkie, drewniane sztachety pomalowane na biało i zrobić coś w stylu wiejskiego "płotka". Zrezygnowaliśmy z samodzielnej pracy, a próby zamówienia takich deseczek nie przyniosły pożądanych rezultatów. Ostatecznie znaleźliśmy stolarza, ale kazał nam czekać do sierpnia. No nie, bezsensu! Przecież to już połowa lata, szkoda zwlekać. Nie taki był plan!

Mimo początkowej niechęci do trzcinowej/wiklinowej osłony, postanowiliśmy spróbować. Chociaż tymczasowo. Widok odstających i krzywo zamontowanych osłon na balkonach średnio mi się podoba, ale okazało się, że dobre przymocowanie i staranna praca jak zwykle się opłaca. By dobrze zabezpieczyć osłony przed opadaniem, użyliśmy sporo opasek zaciskowych (potocznie znanych jako trytki!). Zamontowane od zewnętrznej strony są niewidoczne. Po zimie trzeba było tylko delikatnie je docisnąć. Mata nie opada, nie odstaje, wisi równo. I sprawia, że światło pięknie przenika na balkon, jednocześnie dając odpowiedni cień. Szczerze? Nie planuję zmieniać osłony na bardziej profesjonalną! I wcale nie chodzi tu o lenistwo :)

Tak obecnie prezentuje się nasze miejsce do letniego, codziennego wypoczynku: 

Fotel Mateusza:

A po drugiej stronie moja miejscówka:

Mimo prostoty wykonania i niewielkiego wkładu jestem ogromnie zadowolona z tego miejsca! Jest cudowne, relaksujące i wygodne!

Kafle zakryliśmy podłogą tarasową kupioną w Castoramie. Są to puzzle, których montaż jest niesamowicie łatwy i ekspresowy. Trzeba było tylko dociąć kilka z nich, by wpasować je idealnie w wymiar balkonu. Po zimie musiałam je zabejcować, bo straciły swój kolor i zapewne nie byłyby odpowiednio odporne na wilgoć.

Trzcina w połączeniu z drewnianą podłogą sprawia, że jest tu niezwykle przytulnie i urokliwie! Nie czuję, że wychodzę na balkon - jest to takie przedłużenie salonu.

Jadamy tu posiłki, pijemy lemoniadę, czytamy książki, a ja oczywiście dziergam, łapiąc promienie słońca.
Ale najważniejszy element tego balonu to kwiaty. Oboje uwielbiamy naturę, kwiaty i zieleń. Według nas idealny ogród to istny zielony chaos, gąszcz dzikich krzewów, drzew i polnych kwiatów. Brak ładu i składu! Co jest w sumie totalnym przeciwieństwem tego co lubimy mieć w domu :). Marzy nam się dziki ogród, naturalny, rosnący bez kontroli, po swojemu. Ale póki co musimy zadowolić się tymi kilkoma metrami balkonu, więc postanowiliśmy stworzyć sobie sami namiastkę tego chaosu, wieszając sześć wielkich donic i zapychając je bujnie rosnącymi kwiatami i roślinami. I tak sobie siedzimy w tych kwiatach, zadowoleni z życia :) I przylatują do nas pszczoły i motyle!

Wczoraj robiłam porządku na balkonie i podcięłam surfinie, które sięgały już połowy barierki. Na zdjęciach nie są więc tak gęste jak przed miesiącem, ale myślę, że wyjdzie im to na zdrowie.

 Uwielbiam komarzyce. Niedługo jej gałązki będą wpadać mi do talerza!
 
 
Stolik i rozkładane fotele kupiliśmy w Ikei. Są bardzo wygodne i solidne. Stolik zaś jest składany, co w sumie przydaje się na tak wąskim balkonie.
No i oczywiście nie można pominąć widoku - póki co nadal możemy cieszyć oczy rosnącą kukurydzą!

Na koniec jeszcze kadr z mojej codziennej perspektywy: 
 
Druty w dłoniach, słońce i kwiaty opadające na głowę!

Być może zdecydujemy się jeszcze na zamontowanie kilku mniejszych donic, poniżej tych już wiszących, gdzie zasiejemy zioła. Za fotelami jest spora przestrzeń więc na pewno się zmieszczą.

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

wtorek, 26 lutego 2019

Chmurkowa pracownia

Pierwszy raz w życiu, albo pierwszy raz od bardzo dawna, jeśli liczyłabym dorywcze prace w okresie wakacyjnym, wychodzę do pracy! :) Chmurka ma już prawie pięć lat. Do stycznia bieżącego roku pracowałam w domu. Miało to swoje uroki, ale nic nie przebije posiadania przestronnej i funkcjonalnej pracowni! 

Pokażę Wam dziś moją farbiarnię! I opowiem trochę o tym jak udało się ją doprowadzić do obecnego stanu. Mimo że dotyczy to mnie, to różowo nie będzie :) Rzadko kiedy takie sprawy idą bezproblemowo, prawda?

Ciągle coś mi przeszkadzało w ostatecznym urządzeniu mojego nowego miejsca pracy. Najpierw okropnie przedłużający się remont, który przysporzył (a jakże) wiele nerwów i stresu. Potem musieliśmy zakasać rękawy i wziąć sprawę w swoje ręce - nie obyło się bez kucia, montowania, uszczelniania... Przydało się doświadczenie zdobyte podczas remontowania mieszkania.
Na tym etapie naprawdę przestałam lubić moje nowe miejsce, bo jak to podczas remontu, ciągle coś było nie tak, pojawiały się nowe problemy i kwestie do rozwiązania. Po pracy lądowaliśmy w lokalu i do późnej nocy robiliśmy co w naszej mocy bym mogła jak najszybciej się wprowadzić. Początek roku był więc dość męczący i pracowity, częściej byliśmy tam, niż w domu. Ale udało się, wszystko działało jak trzeba, stało gdzie stać miało - mogłam się wprowadzać.

Dokładnie 15 stycznia ufarbowałam pierwsze motki w nowej farbiarni! 

Porównanie pracy przed i po będzie poniżej. Teraz czas na kolejne dramaty :)

Po bardzo krótkim czasie pojawiły się problemy z rurami. Na szczęście obowiązek naprawy nie spadał na nas, ale to właśnie ja, jako jedyna z wynajmujących, doświadczyć musiałam skutków tej awarii. Nie mogłam pracować. Każda próba kończyła się zalaniem (nie tylko łzami:)). Pozostało czekać na ekipę ratunkową.

Po dwudniowej, bardzo brudzącej walce udało się sytuację opanować. Przy okazji miałam okazję poznać swoich sąsiadów! Zaraz obok mnie swoje twórcze pracownie mają bardzo zdolni ludzie, którzy na przykład tworzą industrialne meble, albo... przepiękne stalowe rzeźby i zdobienia w moim ulubionym dziewiętnastowiecznym stylu! Brakuje mi odpowiedniego słownictwa, ale rzeźby te, czy też zdobienia, można montować na dachach, gzymsach, czy okalać nimi okna/wejścia, nadając starym domostwom czy pałacykom niepowtarzalny charakter. Praca nad jedną z takich rzeźb, którą miałam okazję zobaczyć, zajęła ponad rok i jeszcze nie jest gotowa!
To akurat u tego Pana w pracowni toczyła się część walki z moimi rurami. Bez słowa skargi znosił przemeblowania i ten cały harmider. A ja bezczelnie stałam w progu i cieszyłam oczy :) Chociaż... 
Ludzie są tak różni! Ja, gdy tworzę, uwielbiam mieć ład i porządek. Nawet gdy podczas pracy nabrudzi się i nabałagani, powylewa i zachlapie, to zawsze potem sprzątam na wysoki połysk. A w tamtej pracowni panował absolutny chaos i nieład. Wszędzie były śrubki, narzędzia, deski, regały uginały się od nie wiadomo czego, było ciemno, każde okno było szczelnie zasłonięte. To co jednemu pomaga się twórczo wyszaleć, innemu podnosi ciśnienie. Grunt to czuć się dobrze w swoim świecie! :).

Wracając do tematu - rury wymienione, lokal na nowo uprzątnięty, w końcu nadszedł czas bezproblemowej pracy! Czy jest lepiej niż w domu? Niewyobrażalnie! Ciężko nawet mi sobie wyobrazić, że miałabym wrócić do poprzednich warunków. Tu po prostu mogę robić swoje nie martwiąc się (już:)) absolutnie niczym. 

Czas na prezentację! Pracownia składa się z trzech pokoi. Ze wspólnego korytarza wchodzi się do tego środkowego pomieszczenia, który docelowo będzie zapewne przedpokojem/pokojem socjalnym połączonym z magazynem. 

Po prawej znajduje się pokój, który już widzieliście na sesji zdjęciowej mojej własnoręcznie uszytej bluzki: klik! 

W przyszłości chcę przenieść cały biznes do pracowni, bo póki co wszystkie biurowe sprawy czy pakowanie paczek załatwiam nadal z domu, bo mam tu potrzebny sprzęt i warunki. Liczę na to, że już wiosną albo latem uda mi się urządzić w tym pokoju biuro, z pięknym, wielkim stołem na samym środku, gdzie pakować będę Wasze paczuchy, robić zdjęcia, i patrzeć na ścianę obwieszoną motkami :). 

Ale na razie najważniejsze.... czyli pokój, który mieści się po lewej od wejścia. Ten pokój jest największy, ma też najlepsze światło! I dlatego właśnie tam urządziłam sobie farbiarnię! No to zapraszam:

Widok z drzwi wejściowych na mój stół roboczy, centrum dowodzenia, panel sterowania! Mam dużą powierzchnię do przygotowywania barwników czy pracy nad próbkami nowych kolorów (wcześniej ten jeden stół służył mi do wszystkiego). Nawet gdy coś się wyleje to łatwo to uprzątnąć, bo na blacie nie stoi za wiele - wszystkie narzędzia znajdują się w pojemniczkach zawieszonych nad stołem. Łatwo utrzymać to miejsce w czystości i a podczas pracy wygodnie sięgać po potrzebne mi rzeczy. Barwniki i roztwory są dobrze widoczne i każdy z nich ma swoje stałe miejsce, przez co nie szukam ich wzrokiem, albo nie muszę się do żadnego z nich dokopywać. Jest wystarczająco miejsca na wszystko to co mam, i na to co jeszcze zapewne się pojawi.

Coś czuję, że powstanie tu wiele nowych kolorów! Pewna baza czeka już dłuższy czas na swoją kolej... wkrótce trafi na stół!

Stoły i narzędzia miały być przede wszystkim funkcjonalne. Stoły czy zlew ze stali są idealne do farbowania, bo łatwo je uprzątnąć i nie pozostaje na nich ślad. Może wygląda to surowo, mało przytulnie, ale nie to jest najważniejsze w produkcji - praca ma iść łatwo i szybko. I tak właśnie jest :)

Bezpieczeństwo przede wszystkim!


Po prawej mam bardzo duże okno, które po umyciu przepuściło jeszcze więcej światła! Byłam pewna, że okna ze starości stały się mleczne, mało przejrzyste. Podczas sprzątania okazało się, że nic z tych rzeczy! Wszystko zniknęło po kilkugodzinnym, całkiem skomplikowanym myciu. W trakcie pracy naszym oczom ukazał się całkiem wyraźny widok na sąsiedni budynek :)

Ta iście depresyjna aura w niczym nie pomagała. Zwłaszcza w myciu okien, ale na szczęście zaraz drzewa puszczą liście, a ptaki już urządzają mi koncert pod oknami! Będzie zielono! Czekam niecierpliwie na te promienie słońca przechodzące przez korony drzew i tworzące migotliwe plamy na ścianach.

Oprócz stołu roboczego mam oczywiście również stoły do farbowania! A na sąsiednich ścianach jest jeszcze sporo miejsca do rozwoju. Zmieści się tam drugie tyle blatu.


I na koniec bardzo ważne miejsce w mojej pracowni! Tego ogromnie brakowało mi w domu. Gigantyczny zlew! Tuż obok, wystarczy się odwrócić i można wrzucać brudne narzędzia, wylewać, nalewać, płukać i prać. I nie martwić się chlapaniem.


Chciałam poczekać ze zdjęciami, aż kupię to i owo, powieszę paletę kolorów (już naprawdę pokaźną!) postawię kwiatka lub dwa i tak dalej, ale pomyślałam, że zawsze coś będzie do zrobienia i poprawienia. Na start mogłam pozwolić sobie na urządzenie głównego pomieszczenia, czyli farbiarni. Cała reszta nie jest aż tak istotna, wyposażyłam się więc w wymagane minimum by móc działać, a całą resztą zajmę się gdy będę miała czas i możliwości. Dodatkowo jestem przekonana, że za miesiąc lub dwa, głównym kolorem wcale nie będzie biel, bo barwniki mają to do siebie, że się wylewają. Na stół, ścianę, podłogę. Na mnie. Tak że nie ma co czekać na idealny moment! Zrobiłam sobie krótką przerwę w pracy, zaraz po wymyciu, wypraniu i wysprzątaniu, i pstryknęłam dla Was kilka kadrów jeszcze świeżej pracowni. Zdjęcia wyszły średnio, ale kolejnych w najbliższym czasie nie wcisnę w grafik - dużo jest do zrobienia! :) Obiecuję jednak, że jak tylko wprowadzę jakieś większe zmiany, urządzę któryś z pokoi, lub stworzę ścianę kolorów, to pokażę Wam kilka zdjęć. O palecie próbek i tak mam plan zrobić osobnego posta. Póki co nie wymyśliłam jeszcze dokładnie gdzie chcę ją powiesić i jak chcę to zrobić. To ważna kwestia w mojej pracy. Te próbki bardzo mnie inspirują i pomagają w wymyślaniu palety kolorystycznej. W domu wyglądała tak:

A mam tego teraz jeszcze więcej! I ciągle powstają kolejne. Zastanawiam się nad korkową ścianą, gdzie łatwo będę mogła je przypinać, przemieszczać i dodawać nowe. Przed paletą musi znaleźć się też fotel! Myślenie nad kolorami zajmuje czasem dużo czasu, szkoda stać :).

W sumie mam 43 metry kwadratowe do zagospodarowania. Początkowo chciałam połączyć te trzy pokoje w jeden duży, ale nie było takiej możliwości i moim zdaniem dobrze się ostatecznie złożyło. Będę mogła stworzyć pokój dedykowany każdej części mojej pracy.

Uff. Nawet nie wiecie jak mi ulżyło gdy wyprowadziłam się z garami z domu i jak wiele w moim dniu pracy zmieniły te metry kwadratowe. Mam nadzieje, że teraz już będzie z górki i żadne niespodzianki (te nieprzyjemne oczywiście) nie zapukają do mojej farbiarni. Bardzo lubię swoje nowe miejsce.


Ruszyłam z produkcją, ruszyłam z nowymi kolorami, spodziewajcie się morza wełny! :)

Pozdrawiam Was,
Marzena

PS  Jeśli chcecie zobaczyć jak lokal wyglądał przed remontem zapraszam Was o tu: klik! 
Pytaliście mnie o możliwość odwiedzin. Nie będzie to niestety możliwe... To lokal typowo produkcyjny, tak jak i cały budynek, cały teren. Pracownia służy mi do farbowania wełny i pracy, nie przewiduję tu sklepu ani warsztatów. Przykro mi!
Ale kto wie co wydarzy się za rok lub dwa.

piątek, 4 sierpnia 2017

Mieszkaniowe sprawy: sypialnia w białym drewnie

Pamiętacie moje pytanie z poprzedniego mieszkaniowego posta? Dałam Wam mini zagadkę co jeszcze, z tych "bazowych" rzeczy planujemy zrobić przed meblowaniem poddasza. No to dziś Wam to coś pokażę :).

Sypialnię chcemy spokojną, delikatną i stonowaną. W dalszym ciągu pozostajemy w jasnym klimacie, gdzie ściany stanowią tło dla dodatków, nie na odwrót. Jak już wiecie zrezygnowaliśmy z ulubionej bieli na ścianach na rzecz jasnej kawy z mlekiem. Mamy trzy metrową szafę w białym kolorze, dojdą jeszcze białe zabudowy skosów, gdzie znajdą się szafki, oraz kolejna, również biała, szafa do wnęki. Gdybyśmy zostawili ściany białe to byłoby zbyt płasko i mdło. Wybraliśmy więc inny neutralny kolor i bardzo nam się ten delikatny kontrast podoba.

Białe pozostawiliśmy tylko skosy. Ale nie był to przypadek :) Nie było sensu malować czegoś co i tak postanowiliśmy zmienić! A ta zmiana kosztowała nas ogrom pracy, nerwów, czasu, siły, myślenia, kombinowania i nauki. O ludzie, co myśmy zmajstrowali... No to pokazuję:
 
Gdybym miała to powtórzyć to... nie, nie powtórzyłabym, ale to nie znaczy, że żałuję. Absolutnie nie - jestem z nas bardzo (nieskromnie) dumna, bo praca ta była dla nas naprawdę ciężka, było tyle do zrobienia, że prace trwały ponad miesiąc, w tygodniu poświęcaliśmy temu 2-3 godziny, bo przecież mieliśmy też inne obowiązki. Kilkanaście dni odeszło na wakacje, więc dopiero wczoraj udało nam się zrobić ostatnie szlify i z satysfakcją paść na kanapę i zregenerować obolałe mięśnie i udręczone umysły :) 

No więc dlaczego to było takie ciężkie? Jak wyglądała nasza praca? Zacznę od tego, że ten skos jest wielki. Ma prawie 5.5 metra długości i prawie 4 metry wysokości. To daje nam ponad 20 metrów kwadratowych ściany do obłożenia. Uff. Ciężko mi oddać na zdjęciu wielkość ściany. Na górnym zdjęciu brakuje jeszcze pokaźnego kawałka z lewej strony. Nie tylko wielkość ściany stanowiła wyzwanie. Fakt, że jest to skos, całkiem ostry, wcale nie pomagał. Nie można było po prostu postawić deski i jej przymocować - musieliśmy działać wspólnie, ciągle przytrzymywać mocowane deski, tak by nie przesunęły się i dobrze leżały na ścianie. A najzabawniej oczywiście było przy samiutkiej podłodze, gdzie ledwo mieści się głowa :). Dobrze, że nas wtedy nikt nie widział.

Praca miała kilka etapów. Najpierw należało pobejcować deski, jakieś ponad 80 sztuk (pod koniec musieliśmy dobejcować kilkanaście dodatkowych!), długości 2400 cm. Jest to boazeria sosnowa z Castoramy. Trafiały się niestety gorsze i lepsze sztuki, na szczęście możemy te gorsze zwrócić bez problemu. Zależało nam na tym, by zachować widoczne słoje - moim zdaniem cały urok w białych deskach to te wzory właśnie! Początkowo wybraliśmy samą bejcę w kolorze białym, ale krycie było słabe, nawet po trzech maźnięciach, więc mimo że malowanie samą bejcą jest proste i bezproblemowe, musieliśmy zmienić zdanie by uzyskać konkretną biel. 

Kupiliśmy więc lakierobejcę Sadolin, w kolorze skandynawskiej bieli (otóż to!). Położyliśmy dwie warstwy za pomocą wałeczków. Malowanie zajęło nam dobrych kilka dni, ponieważ nie było aż tyle miejsca by każdą deskę ułożyć na ziemi w bezpiecznych odstępach.

Po pomalowaniu przyszedł czas na tworzenie konstrukcji, do której należy przymocować boazerię. Na całym skosie i obniżonym suficie, w równych odstępach należało przymocować sosnowe łaty (deseczki). Mieliśmy trochę przebojów z montażem, ponieważ kołki do rigipsu nie chciały współpracować, ale bunt został w jeden dzień opanowany odpowiednim narzędziem. 

Nauczeni przez życie, nie tracimy już czasu na kombinowanie lecz od razu kupujemy odpowiedni sprzęt. Przy boazerii nasz warsztacik wzbogacił się o elektryczny taker (zszywacz), wyrzynarkę do drewna, zaciskach do kołków, ekierkę, fezarkę.... no i pewnie o czymś zapomniałam. Tyle razy już mówiliśmy sobie "dobra, jakoś damy radę", a potem, po kilku godzinach męczenia się i tak lecieliśmy do sklepu, że teraz już nawet się nie zastanawiamy. O ile prościej jest pracować z odpowiednim sprzętem, który i tak na pewno się jeszcze kiedyś przyda (znając nasze pomysły...).

Dopiero wtedy gdy cała konstrukcja była gotowa, a my obmyśliliśmy układ i taktykę, mogliśmy zacząć montować deski. Ten etap był najdłuższy, ale jak już opanowaliśmy tę sztukę to nawet całkiem dobrze szło, pomijając fakt, że niektóre deski były po prostu krzywe, więc nie chciały wleźć tam gdzie im kazaliśmy. No cóż, łatwo być nie może. Montaż zaczęliśmy od góry skosu, nie od obniżonego sufitu. Pierwszy rząd desek należało najpierw pozbawić piór, a następnie, zachowując poziom przybić do łat. Brrrry. Ten poziom to strasznie zła rzecz jest. Zwłaszcza jak Ci odpływa krew z rąk bo musisz trzymać deseczkę w górze, bez ruchu. (Z każdym kolejnym zdaniem jestem bardziej przerażona tym co musieliśmy robić!!!). Tak samo postąpiliśmy z sufitem, który na szczęście jest taki malutki! Deski montowaliśmy przy użyciu specjalnych klamer i elektrycznego zszywacza. Nie wyobrażam sobie wbijania tylu gwoździ ręcznie!

Po zakończeniu każdego etapu przychodził kolejny, niosący nadzieję, ale niestety szybko sprowadzający nas na ziemię :). Następny krok to wykańczanie kątownikami i listwami maskującymi miejsc łączenia desek. Najpierw bejcowanie, potem docinanie i klejenie. Skłamałabym mówiąc, że to była prościzna, ciężko bowiem dociskać ponad dwumetrowe kątowniki przy skosie przez 15 minut aż klej złapie wystarczająco mocno. Pomagaliśmy sobie konstrukcjami z desek, które przytrzymywały nam odpowiednie miejsca. Ale udało się! 


I tu można by się już cieszyć, gdyby nie fakt, że należało zrobić jeszcze dwie rzeczy - wykończyć masą akrylową szczeliny przy łączeniach, których trochę się nazbierało, bo a to ściany wcale nie takie proste, a to deski nie zeszły się idealnie, oraz podmalować niemalże wszystkie szczeliny między deskami, bo jak te osiołki, nie pomyśleliśmy, że krawędzie będzie widać! :D Szczelin było parędziesiąt, pewnie blisko im do setki. Tym zajmowałam się od poniedziałku, mniej więcej od 9 rano do 9 wieczorem. 1 sierpnia miało przyjechać łóżko, chciałam mieć do tego czasu wszystko gotowe.

Mimo że pracowałam ciągle, a Mateusz zaczynał od razu po przyjściu z pracy, i tak mieliśmy dwudniowe opóźnienie. Palce mi prawie odpadły, ponieważ nie potrafię odpuścić - wszystko musi być zrobione z należytą starannością. Ale teraz już odpoczywam... na nowym wymarzonym łóżku, z mięciutkim materacem, pod cudnymi bielonymi deskami! 

Dopiero po zrobieniu tego wszystkiego ściana wygląda dokładnie tak jak sobie wymarzyliśmy. Jest pięknie, ciepło i przytulnie. I mimo że ten post pełen jest skarg i dramatów to cieszę się, że nie poddaliśmy się i poświęciliśmy czas na spełnienie wizji wymarzonego poddasza. Kłamać nie będę, że to była sama przyjemność, że poszło bez problemu, że każdy da samemu radę. My potrzebowaliśmy dwóch par rąk, mnóstwo czasu i cierpliwości i przede wszystkim chęci. Ale wiecie, że dla nas to nie pierwszyzna, chociaż to zadanie było póki co największe.

Ale za to przemiło było się obudzić dziś we własnej sypialni, z widokiem na lekko zachmurzone niebo za oknem, otoczonym drewnem... Teraz czas na długi odpoczynek, i mimo zapewnień w trakcie kładzenia boazerii, że "nigdy więcej!" jestem pewna, że po miesiącu nic nie robienia wymyślimy coś nowego. Ech... :)

Pozdrawiam ciepło,
Marzena

sobota, 24 czerwca 2017

Mieszkaniowe sprawy: sypialnia część 1

Trochę musieliśmy poczekać z kolejnym mieszkaniowym postem. Bez pośpiechu, w swoim rytmie urządzamy się dalej. Dziś będzie o kolejnych szalonych pomysłach i ich własnoręcznych realizacjach.

W końcu przyszedł czas na sypialnię, w której jednocześnie będzie się mieścić duże biurko z komputerami. Góra jeszcze do niedawna była w ogóle nieurządzonymi pokojami, z pomalowanymi na biało ścianami i położoną podłogą. I to by było na tyle, tak przez 2 lata. Oczywiście służyła nam za magazyn, bo szafy też nie mieliśmy. Kto by się przejmował? :)
Wiosną postanowiliśmy odpuścić letnie wakacje (kto zabroni zimą?) i w końcu wziąć się do roboty! Plan mieliśmy już w głowie od dłuższego czasu, troszkę go zmodyfikowaliśmy, przejrzeliśmy jak zawsze cały internet w poszukiwaniu inspiracji i już wiemy. Nie mam tym razem wizualizacji, choć projekt jakiś powstał. Ostatecznie wiemy już jak chcemy by wyglądała, nie ma tam większych skompilowanych konstrukcji i na szczęście nie trzeba postępować jak w przypadku projektu kuchni. To naprawdę było dużo pracy.

Przed meblowaniem czekało nas jeszcze kilka prac wykończeniowych. Przede wszystkim zająć się drewnianym słupem na środku pokoju. Początkowo był obudowany płytami kartonowo-gipsowymi, przez co zajmował więcej miejsca. Poza tym drewno jest o wiele ładniejsze od typowej ścianki, więc idąc za radą sprzedawcy, zdjęliśmy płyty i słupek prezentował się wtedy tak:


Zielony kolor to efekt użycia środków impregnujących, czy coś takiego. Wtedy się nim w ogóle nie przejęliśmy. Po dwóch latach prawie cała zieleń ustąpiła, ale były jeszcze widoczne gdzieniegdzie plamy.
Słupek należało oszlifować, bo był w stanie surowym - z mnóstwem nierówności i drzazg. Zabraliśmy się do tego ręcznie... i tego samego dnia Mateusz pojechał po szlifierkę oscylacyjną bo to byłby inaczej żart. Szlifierka się przyda, w końcu mamy dębowe blaty i stół:). Po jednym dniu roboty uzyskaliśmy taki efekt (plus pył w każdym możliwym miejscu):

Nie wygładzaliśmy go bardzo, drewno nadal jest matowe by było jak najbardziej naturalne. Nie chcieliśmy zmieniać za bardzo struktury czy zasłaniać słoi, zależało nam na rustykalnym, przytulnym efekcie, więc zdecydowaliśmy się na bejcę tak by zabezpieczyć drewno i przyciemnić do odpowiadającego nam koloru. Samo bejcowanie jest proste i moim zdaniem bezproblemowe. Z tego co pamiętam to kolor nazywał się jasny dąb. Zaraz po zakończonej pracy:

Po wyschnięciu pojaśniał trochę i teraz ma bardzo ciepły przyjemny dla oka kolor. Porównanie w trakcie bejcowania:

Zielone przebarwienia, które pozostały po szlifowaniu zostały również pokryte bejcą, tworząc ewentualnie ciemniejsze plamy, których i tak mnóstwo jest na słupku. Ostatecznie wcale ich nie widać.

Na tym zdjęciu w tle widać kawałek naszej szafy! 
Wiosną nie wytrzymaliśmy i kupiliśmy całe trzy metry szafy. Taka "mała" rzecz, a jak cieszy. Potem trochę żałowaliśmy, że już stoi, bo było z nią trochę zachodu przy kolejnej pracy... A co było następne? O ludzie! Wygłuszanie ściany.

Nasza sypialnia sąsiaduje z pomieszczeniem, w którym znajduje się piec grzewczy. Jako że nie sypialiśmy na poddaszu (jeśli już to latem, kiedy piec działa o wiele rzadziej), nie słyszeliśmy nic niepokojącego. Tej zimy jednak przyjechali do nas rodzice i przenieśliśmy się na materac, pod ową ścianę właśnie. To że ja nie mogłam spać to jedno (a słyszę każdy szmer i nie zasnę póki go nie usunę!), ale Mateusz miał dokładnie ten sam problem, a to człowiek, który zaśnie w każdych warunkach. Nie umieliśmy sobie wyobrazić by urządzić miejsce spania, z takim charczeniem, wyciem, terkotaniem za chyba wcale nie wygłuszoną ścianą. Decyzja szalona, ale konieczna. Trzeba było ten kawałek otulić wełną (mineralną! spokojnie!).

I że niby my nie postawimy ściany?! Ha! Oczywiście, że to zrobiliśmy, zajęło to swoje, mnóstwa nowych rzeczy musieliśmy się nauczyć, namęczyć, nadzwonić do taty, ale jest - stoi, piękna, równiusieńka. Poziomnica nie kłamie, pion jak nic. 

Jak widzicie jest to taki "kwadracik", który trzeba było wygłuszyć. Użyliśmy 7 cm wełny akustycznej. Póki co nic nie słyszę, czekamy na zimę. Myślę, że na pewno będzie lepiej.

Stawianie takiej ścianki po raz pierwszy jest może i trudne, ale jak widać możliwe. Chociaż trudne to chyba złe słowo. Upierdliwe. To dobrze opisuje ten proces. Wszystko było do zrobienia, wszystko oczywiste, ale że chcieliśmy dobrze, to walczyliśmy o każdy milimetr, równy kąt, krawędź. Nie ma fuszerki :) Wełna pyliła i gryzła, na zewnątrz gorąc, my w długich rękawach i maskach. Metalowe profile cięły Mateuszowi paluchy, krew sprawiała, że ledwo stałam na nogach. Normalny dzień z budowy.
Najgorsze było gładzenie i szlifowanie. Tego po prostu nie znosimy, bo ciągle chcemy poprawiać, wygładzać, wyrównywać, a że jednak wprawy nie mamy to czasem pogarszaliśmy sprawię i trzeba było od nowa. 

Jak już skończyliśmy to szaleństwo to wzięliśmy się za kolejne. Bo w sypialni postanowiliśmy odpuścić biel na ścianie i dodać odrobinę ciepła. 
Oczywiste jest, że beż beżowi nierówny, a kolor na ścianie musi być idealny. Fajnie, że można kupić malutkie próbniki farb i przetestować je w praktyce, kolor na opakowaniu czy próbnikach w sklepie to zupełnie coś innego. 

Nauczeni doświadczeniem podeszliśmy do malowania poważniej i żeby oszczędzić sobie frustracji i pracy, wybraliśmy dobrą lateksową farbę Beckersa (kolor: caffe latte) i równie dobre wałki (Anza). Różnica była naprawdę wielka! Farba sprawdziła się świetnie, rozprowadzała jak należy, nie mazała, nie ciągnęła. Idealna dla amatorów. I wałki szczerze polecam - nie brudzą, nie pozostawiają włosków na ścianie, co potrafi człowieka naprawdę zirytować, nie zużywają się szybko i mają fajną strukturę. To malowanie wspominam naprawdę dobrze, czego nie mogę powiedzieć o poprzednim niestety. Ale to właśnie na nim nauczyliśmy się wielu rzeczy, więc nie ma tego złego... Efekt prezentuje się tak:


 Widać tu, że słupek pojaśniał, w słońcu ma tak cieplutką miodową barwę. Bardzo mi się podoba!
I druga strona, z wnęką na szafę:

Ten kolor nie był moim głównym faworytem, chciałam coś jaśniejszego i bardziej szarego, ale Mateuszowi tylko ta kawa z mlekiem podpasowała. Nie była zła więc się zgodziłam i nie żałuję. Kolor jest przyjemnie miękki i delikatny. Nic a nic nie przyciemnił pokoju.

Można by pomyśleć, że to już koniec prawda? Że czas na meble (łóżko zamówione!!!). Ale nie, absolutnie nie. My mamy jeszcze jeden plan, jeszcze jedna, całkiem nowa praca nas czeka. Kto zgadnie co dziś do nas przyjedzie i czym zajmiemy się w tym tygodniu? No dawajcie, możecie poszaleć, wiecie już na co nas stać :)

Na koniec nasz cudny widok z okna. Kukurydza rośnie! Ale w czerwcu i lipcu chętnie oddałabym te trawy i zboża, w zamian za choćby ziemniaki. Mateusz mi się zakicha...

Pozdrawiam ciepło,
Marzena