poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Test - Secret of Life

Moi mili! Mam już komplet testerek - ogromnie Wam dziękuję za każde zgłoszenie! :)

Zgodnie z zapowiedzią pojawia się post informujący o testach! :) Praca nad wzorem już za chwilę będzie skończona, więc to idealny moment by się do Was odezwać. Dla przypomnienia pokazuję projekt, który będziemy testować:
 
 

Jeśli macie ochotę poczytać i zobaczyć więcej, to zapraszam was o tu: klik!
Teraz już tylko pozostało przedstawić Wam wszystkie niezbędne informacje o swetrze oraz testach. Proszę zapoznajcie się z nimi dobrze - mam nadzieję, że nie zapomniałam o niczym istotnym:
  1. Secret of Life dziergany jest z Alpacino DK, w kolorze Feather Pillow. Do testów oczywiście można użyć dowolnej włóczki, z której osiągnięcie taką samą próbkę (ściegiem gładkim) jak ja: 22 oczka x 34 rzędy - 10 cm x 10 cm. Używałam drutów 4 mm. Wymiary podane są po blokowaniu próbki.
  2. Dostępne rozmiary: XS (S, M, L) XL, a odpowiadają im następujące wymiary swetra w biuście: 100.5 (108, 115.5, 123) 130 cm. Sugerowany luz to 18- 25 cm
  3. Zużycie wełny: 1170 (1305, 1440, 1575) 1710 metrów włóczki grubości DK.
  4. Test ruszy 23 kwietnia i potrwa do 23 czerwca (dwa pełne miesiące).
  5. Większość instrukcji we wzorze przedstawionych jest za pomocą schematów, poprzedzonych słownym wytłumaczeniem lub słowną instrukcją uzupełniającą.
  6. Modyfikacje, ze względu na złożoność wzoru, nie są dozwolone (chyba, że wyrażę na to zgodę). Oczywiście wszelkie sugestie jak najbardziej tak! Proszę weźcie to pod uwagę przy zgłaszaniu się. Jeśli chciałybyście wydziergać ten sweter, ale zmieniając to i owo, to proszę poczekajcie na gotowy wzór:).
  7. Wymagane umiejętności: dzierganie w okrążeniach, podnoszenie oczek, rzędy skrócone, zszywanie (ramion), warkocze, rozumienie schematów, rozumienie instrukcji słownych.
  8. Wzór oraz test jest w języku angielskim i znajomość tego języka (przynajmniej na dziewiarskim poziomie:)) jest wymagana. Do testów zawsze dołączają dziewczyny innych narodowości. Komunikujemy się więc między sobą w języku angielskim. Stworzę grupę na Facebooku, do której zaproszę testerki i tam będziemy mogły wymieniać się informacjami, pokazywać postępy czy zadawać pytania.
  9. Do testów zgłosić się można wysyłając do mnie maila na adres: welnianemysli@gmail.com, podając rozmiar, którym jesteście zainteresowane. Bardzo proszę Was o wysyłanie zgłoszeń wyłącznie na ten adres, ułatwi mi to organizację i sprawi, że nikogo nie pominę. Niestety zazwyczaj dostaję zgłoszenia na trzy różne adresy mailowe, w dwóch miejscach na Facebooku, na blogu i na Instagramie. Więc naprawdę pięknie Was proszę! :) Ciężko to ogarnąć i spamiętać, więc odpowiem wyłącznie na maile pod tym adresem.
Wybaczcie mi ten służbowy ton, ale myślę, że jasne określenie zasad jest po prostu istotne dla dobrej współpracy :) Jeśli nie jesteście pewni czy poradzicie sobie ze wzorem, lub czy wyrobicie się w określonym terminie, proszę poczekajcie na gotowy wzór. Za każde Wasze zgłoszenie z góry pięknie dziękuję!!! 

Pozdrawiam Was ciepło! I obiecuję odezwać się wkrótce :) Mam trochę do pokazania i opowiedzenia.
Marzena

wtorek, 19 marca 2019

Garnbúð Eddu

Mam nadzieję, że zaintrygowałam Was tym tytułem! 

Podczas mojej już prawie pięcioletniej przygody z owcą (kto czytał?), miałam okazję współpracować z kilkoma niezwykłymi i utalentowanymi ludźmi. Bardzo zależy mi na tym by nie ograniczać tych kontaktów tylko do spraw biznesowych, wszak za firmowym logo stoją prawdziwi ludzie! Ludzie pełni pasji i talentu, sympatyczni i inspirujący! Nie można oddzielić produktów czy miejsc od ich autorów, zwłaszcza gdy to co robią i tworzą, jest efektem ogromnej miłości i zaangażowania.

I taką właśnie osobę miałam przyjemność ostatnio poznać. Dzielą nas kilometry, ale łączy naprawdę wiele! Chciałabym Wam dziś przedstawić Eddę, która żyje w niezwykłej, magicznej krainie, jaką jest Islandia. Która kocha wełnę i dzierganie. I która podobnie jak ja ma swój mały wełniany sklepik... do którego właśnie zaprosiła Chmurkowe włóczki!

Proszę Państwa, już za chwilkę będzie można kupić kózkę w wietrznej i tajemniczej Islandii! Nie macie pojęcia jak się cieszę :) 

Edda z wielką chęcią odpowiedziała na moje pytania i opowiedziała mi swoją wełnianą historię. Jeśli chcecie przeczytać ją w oryginale (po angielsku), zapraszam Was na Instagram - klik! 

Jak już wspomniałam, Edda mieszka w jednym z najpiękniejszych miejsc na ziemi - w Islandii! Jest projektantką wzorów dziewiarskich i udało jej się opublikować już ponad 40 wzorów w języku islandzkim i angielskim, część z nich możecie znaleźć tu: klik!
Jej miłość do kolorów jest ogromna i ma naprawdę niezłe oko do łączenia odcieni. Jak sama mówi, jest to jedna z jej ulubionych rzeczy do robienia :) W pełni to rozumiem!

Edda ma dyplom z włókiennictwa i pracuje jako nauczyciel tekstylny w swoim rodzinnym mieście Hafnarfjörður.
Nauczyła się dziergać w szkole, kiedy była dzieckiem, ale dopiero gdy skończyła 20 lat zaczęła traktować to jak poważne hobby. Spotkała wtedy swojego przyszłego męża i poznała jego matkę i babcię, które szydełkowały. Zachwyciło ją to, że mając jedno szydełko i jedno oczko można dosłownie wydziergać cały świat! :) Nauczyły ją i przepadła! Obecnie nie jest w stanie zliczyć ile rzeczy udało jej się zrobić od tamtego czasu...

Jej główną pasją jest wszystko to co wiąże się z dzierganiem i wełną, ale jest jeszcze jedna rzecz, którą uwielbia - rysowanie! Jej prace przez długi czas nie opuszczały zeszytów, które wypełniały jej dom, ale teraz przeniosła je na robótkowe torby, które sprzedaje w swoim sklepiku. Stworzyła postać zwaną The Knitpolice. Jest to szalona dziewiarka, która nie potrafi znieść byle jakich wykończeń i niepoprawionych błędów. Oprócz toreb jej własnego pomysłu, w sklepiku można również znaleźć przypinki, markery i miarki z tym motywem. 



Co więcej Eddu wykonuje spersonalizowane torby z różnymi dziewiarskimi lub szydełkowymi postaciami - zamawiający podaje jej swój ulubiony kolor czy element ubrania, który lubi dziergać najczęściej, Edda robi małe rozeznanie na facebooku i upodabnia postaci do ich przyszłych właścicieli :)

Jakie to urocze!!!


A teraz moja ulubiona cześć historii - dlaczego i jak Edda otworzyła sklepik z wełną?
Pod koniec roku szkolnego, gdy po trzech latach Edda zakończyła edukację jednej klasy, zastanawiała się co powinna robić dalej. W supermarkecie spotkała starego przyjaciela, który zapytał się jej prosto z mostu - czemu nie otworzyłaś jeszcze sklepu z wełną?! Był to piątek, w styczniu 2018 roku. W niedzielę zamówiła swoje pierwsze włóczki u ulubionej islandzkiej farbiarki Vatnsnes Yarn, zawarła umowę z właścicielem uroczego sklepiku Litla Hönnunar Búðin i wynajęła tam miejsce dla swoich produktów :)
Zaczęła w lutym zeszłego roku, z małą półeczką wełny, która zdążyła już nieźle urosnąć i nie planuje przestać! 

 Pierwszy dzień.


Koniecznie zajrzyjcie na jej Instagram - klik!

Edda nadal naucza przez dwa i pół dnia w tygodniu, a pozostałe godziny poświęca na pracę w sklepiku. Nikogo zapewne nie zdziwi, że zwyczajnie w świecie to kocha!
W co drugą sobotę organizuje spotkanie robótkowe - sklepik wypełnia się wtedy aromatem kawy, pięknymi dzianinami i mnóstwem utalentowanych ludzi. 


O rany, chcę tam pojechać i podziergać razem z nimi! A Wy? Przyznać się - kto wybiera się na Islandię? Może będzie Wam po drodze do Garnbúð Eddu! I będziecie miały przyjemność poznać ją osobiście i napić się razem kawy... 

Nadal nie mogę uwierzyć, że już niedługo moje włóczki zamieszkają w tak pięknym miejscu! Mam nadzieje, że przypadną do gustu islandzkim dziewiarkom, umilając im życie i towarzysząc podczas spacerów wśród mchu i lodowców!

Liczę na to, że to początek wspaniałej współpracy i znajomości :) 

Pozdrawiam Was serdecznie,
Marzena

piątek, 15 marca 2019

Wiosenno-letnia garderoba - plan

Dostanie w prezencie maszyny do szycia wszystko mi pozmieniało w głowie! Już nie oglądam się za pięknymi sukienkami w sklepie, nie przeszukuje internetu w celu poznania nowych odzieżowych marek, nie planuję wielkich wypraw do sklepu. W zasadzie nigdy jakoś szczególnie intensywnie tego nie robiłam, ale gdy po corocznych porządkach w szafach (które miały akurat całkiem niedawno miejsce), okazywało się, że brakuje kilku ubrań na zbliżający się sezon czy też wyjazd, robiłam dokładną listę i zaczynałam ten cały zakupowy cyrk. Gdy udało się coś wyszukać w sieci lub nabyć w sklepie to było całkiem przyjemnie i miło, ale równie często zdarzało się zupełne niepowodzenie, które oznaczało tylko jedno - kolejne wyprawy do sklepu, mierzenie, szukanie, zastanawianie... grrr.

Maszyna namieszała mi w głowie, bo już nie chcę kupować sobie ładnych topów czy sukienek na wiosnę i lato. Ja chcę je sobie wszystkie zrobić samemu. I zamiast siedzieć na stronach odzieżowych, przeglądam sklepy z tkaninami. Rzecz w tym, że to drugie jest nieporównywalnie przyjemniejsze! I jak nie kusiło mnie nigdy zamawianie ubrań z zagranicy, tak oporów przed kupnem materiałów z innych państw nie mam wcale - przy zamawianiu sukienki, nawet z wysokiej jakości materiału, zawsze istnieje ryzyko, że nie trafimy z rozmiarem lub krojem. Gdy przesyłka idzie kilkanaście dni, albo czasem nawet miesiąc, to odechciewa mi się kombinować i nie chcę ryzykować zwrotów. Ale z tkaninami jest inaczej - bo przecież jak już mam próbkę to wiem doskonale co dostanę. I będę mogła uszyć sobie idealnie pasującą na mnie rzecz! 

Postanowiłam więc zaplanować i wykonać wiosenno-letnią garderobę, która w 100% będzie spełniała moje oczekiwania pod względem materiałów, kolorów i krojów. Zależy mi na tym by wszystko to, co stworzę tworzyło spójną, pasującą do siebie całość, by każde ubranie było noszone często i z wielką chęcią, oraz sprawdzało się w letnich temperaturach. 

Wiecie, że odkąd zrobiłam Maya Top, moją pierwszą bluzkę, nie uszyłam nic więcej? I to z pełną premedytacją? :) Pośpiech i robienie "byle robić" to dla mnie idealny przepis na ubrania wiszące w szafie i nigdy nie oglądające światła dziennego. Oprócz dziergania czy szycia robię mnóstwo innych przyjemnych rzeczy, szkoda mi czasu na zapychacze. Szkoda pieniędzy na kupowane pod wpływem chwili.
Od kupienia ładnego materiału i szybkiego uszycia pięknej sukienki przyjemniejsze jest spokojne, przemyślane kupienie ładnego materiału, zorganizowanie sobie wolnego czasu i rozkoszowanie się długimi, niczym niezmąconymi, chwilami tworzenia! Gdy nasza głowa nie jest zajęta innymi rzeczami, mamy odpowiednie narzędzia, miejsce, porządek i czas, a na stoliczku obok stoi pyszna kawa to jest po prostu o niebo lepiej! Nie potrafię zrezygnować z tej przyjemności, więc nigdy nie działam na gorąco.

Zanim więc zabrałam się za szycie kolejnej rzeczy, zaczęłam planować. Najpierw zebrałam inspiracje. Póki co nie będę szaleć z własnymi pomysłami, więc przeszukiwałam sieć (głównie instagram) i wybrałam mnóstwo odpowiadających mi gotowych, sprawdzonych wzorów. Jako że było tego sporo, skupiłam się najpierw na sukienkach. Potem przyjdzie czas na topy i szorty :) Wszystko po kolei. 
W tym samym czasie kompletowałam próbki! Zamówiłam ich mnóstwo, z kilku sklepów, z różnych zakątków świata. Czekam jeszcze na przesyłkę ze świetnego polskiego sklepu i zaczną się "hurtowe zakupy"! :)

Brak doświadczenia i bardzo mała wiedza na temat rodzajów materiałów, ich gramatur czy splotów, nie pozwala mi dobrze (albo nawet wcale) ocenić tego jak dana tkanina będzie wyglądać na żywo - czy będzie miękka, prześwitująca, lejąca, śliska, chłodna? Wiem niewiele na ten temat i opisy też za dużo mi nie pomagają. Jako początkująca muszę po prostu pomacać i zobaczyć, póki co "double gaze" lub "kreszowana" nic mi nie mówią. 
I otrzymując próbki byłam kilka razy totalnie zaskoczona tym jak wygląda tkanina! Ale czym więcej ich oglądam i macam, tym większa jest moja wiedza i już co nieco się w głowie kształtuje.

Kolory na letnią szafę zostały wstępnie wytypowane. Albo raczej paleta. Nikogo nie zdziwi, że będzie to róż (i różopodobne), głównie te nieoczywiste, jasne i przygaszone, wszelkie jasne kremy i beże, biel, zieleń i słoneczne odcienie. W przypadku szortów i topów wybór odpowiednich kolorów jest kluczowy, ponieważ będę je przecież nosić w zestawach (szorty+top) i chciałabym móc tworzyć jak najwięcej zestawów. Byłoby dobrze gdyby jedne szorty pasowały przynajmniej to 3-4 topów i tak samo top do kilku par szortów.

Możliwe, że skuszę się też na inne odcienie, zwłaszcza w przypadku szortów. Zastanawiam się nad ceglanymi odcieniami, spranym jeansem czy szarością. Jeśli tylko jakaś próbka mnie oczaruje i kolor ten będzie dobrze pasował do całości, to czemu nie?


Latem najczęściej chodzę w sukienkach, szortach i lekkich topach, więc to na nich się głownie planuję skupić. Mam oczywiście kilka jeszcze dobrych ubrań z poprzednich lat. Zapewne zdziwicie się, że wcale nie są to róże, zielenie czy miody. W zasadzie mam aż cztery niebieskopodobne sukienki, jedną w kolorze lila i dwie białe (w tym jedną w botaniczne wzory). Latem przyswajam zdecydowanie więcej odcieni:) Lekkie tkaniny akceptuję w wielu kolorach, o ile oczywiście krój i odcień/nasycenie/wzór mi się podoba. Czemu nie mam więcej w swoich ulubionych różach? Szczerze tego nie wiem. Zapewne nie mogłam nigdy znaleźć nic ładnego i niezbyt dziecięcego. Plus jest taki, że mogę teraz popaść w różowe szaleństwo i uszyć kilka słodkości!

Jako że latem ubrania zmieniam dość często to mam ich po prostu więcej niż na przykład tych jesiennych, ale zajmują też o wiele mniej miejsca w szafie.
W planach mam więc przynajmniej cztery sukienki (lato bez sukienek nie ma sensu!), dwie pary szortów i całkiem sporo topów. Niestety te kupuje mi się najciężej. Zużywają się dość szybko, część z nich noszę nie tylko latem, ale również w ciągu roku, pod sweter. Lubię konkretne kroje, więc nie łatwo dorwać mi je w sklepie, a jak już są to często w kolorze czy wzorze nieakceptowalnym:). 

Żeby nie oszaleć skupiłam się najpierw na sukienkach i po zebraniu morza inspiracji wytypowałam te najbardziej mi odpowiadające. Nie ma lepszego sposobu na podjęcie decyzji, niż zrobienie kolażu i spojrzenie na nie wszystkie w tym samym czasie! Łatwo wybrać wtedy pomiędzy dwoma podobnymi krojami, a przy okazji, korzystając ze schematów dostępnych na stronach wzorów, sprawdzić jak będą wyglądać w wybranym kolorze:

Linki do zdjęć (zaczynając od lewej strony): 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10.

Można w ten sposób zmniejszyć prawdopodobieństwo niepowodzenia, czyli uszycia czegoś, co ostatecznie nie będzie nam się podobało. Wybranie wzorów i stosowne odczekanie pozwala wyeliminować te, które podobały się wyłącznie pod wpływem chwili. Jeśli po 2-3 tygodniach nadal chcę coś uszyć, to znaczy, że to jest dobry wybór. Reszta, która przestała już robić wrażenie, po prostu odpada i nie tracę na nie czasu i środków. Bardzo nie lubię mieć niepotrzebnych czy nieużywanych rzeczy :)


Pierwsza sukienka z listy już powstała! Zaczęłam w weekend i wczoraj zrobiłam ostatni szew. No dobra, pozostał jeszcze paseczek do przeszycia i wywrócenia na prawą stronę. Jestem bardzo zadowolonego z tego co mi wyszło i czego przy okazji się nauczyłam! Wybór padł na pierwszą sukienkę z lewej, w drugim rzędzie - Montavilla Muumuu. Będzie oczywiście o niej osobny post, ale na razie ciężko w tym zimnie zrobić zdjęcia letniej sukienki. Pokażę więc tylko odrobinę:


Teraz czas wybrać kolejny wzór i wziąć się do pracy! Muszę zdążyć do lata :) Będę na bieżąco informować Was o efektach i mam nadzieję, że w czerwcu pochwalę się już całością.

Na koniec zostawiam Wam trochę inspiracji - taka spójna garderoba ogromnie mi się podoba! Klik! Klik!

Pozdrawiam,
Marzena

niedziela, 3 marca 2019

Kuala Lumpur. Malezja

Na sam koniec opowiem Wam o stolicy Malezji! W Kuala Lumpur czuliśmy się trochę jak w domu, a wszystko przez to, że mieszkaliśmy u rodziców i był to przecież nasz punkt wypadowy - po każdej wewnętrznej podróży, wracaliśmy tam by ochłonąć i odpocząć, wyprać ubrania, wyspać się, poleniuchować. Spędziliśmy tam w sumie około 9-10 dni. Fakt, że mieszkaliśmy u rodziny sprawił, że traktowaliśmy to miasto przez ten czas trochę jak "nasze". Robiło się zakupy, załatwiało różne sprawy, rano rodzice szli do pracy... 
Kuala Lumpur zwiedzaliśmy na luzie, niespiesznie, chodząc gdzie nas nogi poniosą, albo wsiadając do metra i ucząc się mijanych stacji na pamięć. I ten sposób zwiedzania całkiem dobrze się sprawdził, bo mimo że naprawdę nie lubię dużych miast, to za Kuala Lumpur mi tęskno :). Nie powiem Wam dokładnie za czym. No bo przecież było głośno, tłoczno, chodniki i przejścia dla pieszych traktowane były po macoszemu jak w Bangkoku, wszędzie pełno galerii handlowych, samochodów stojących w korkach. Ale fakt, że tam "mieszkaliśmy" pozwolił nam spojrzeć na nie od innej strony!

Widok z wieży telewizyjnej (każde zdjęcie można powiększyć!)  

To jak już przy widokach jesteśmy... W Kuala Lumpur są dwa punkty widokowe - wieża telewizyjna i słynne Petronas Tower. Wybraliśmy opcję pierwszą, bo miała jeszcze jedną fajną atrakcję :)



Petronas Tower podziwialiśmy bardzo często, bo mieliśmy do nich całkiem blisko z domu. Najpiękniej było wieczorem:

Naszym ulubionym miejscem, do którego jakoś tak przypadkiem same nas nogi niosły, było China Town. Na pierwszy rzut oka - o matko, jak strasznie!


I takie wrażenie by zostało gdybyśmy wpadli do KL na chwilę, na szybkie zwiedzanie. Nie gonił nas czas, mogliśmy cały dzień kluczyć między uliczkami, próbować jedzenia na ulicy, przyglądać się ludziom, czasem zagadując do miejscowych. I co najważniejsze... zaglądać od każdej chińskiej herbaciarni (a było ich tam wiele!), zasiadać przy małym stoliczku z nieznajomymi i przyglądać się chińskiemu rytuałowi parzenia herbaty! By później oczywiście zostać poczęstowanym czym tylko sobie zażyczymy :) Nawet gdy tylko oglądaliśmy produkty, podchodzili do nas sprzedawcy bo podsunąć pod nos malutki kubeczek naparu do spróbowania. Przywieźliśmy mnóstwo herbat, które oczywiście już się skończyły. Na szczęście w styczniu zajechała świeża dostawa! 


Oprócz herbaciarni było też przepyszne jedzenie... czasem na ulicy, a czasem w klimatycznych małych restauracjach:


Rany! Ta kokosowa kulka była przepyszna... udało nam się zjeść ją tylko raz, później nie mogliśmy już na nie trafić.

W Kuala Lumpur, jak i w każdym tak wielkim mieście, miesza się ze sobą wiele kultur. Zaraz obok mogliśmy zwiedzić hinduską świątynię (hinduski styl przebija wszystkie inne na tym świecie pod względem kolorów i fantazji!:)).
 

Będąc przy tym temacie. Wybraliśmy się również do popularnego, turystycznego miejsca zwanego Batu Caves. Jest to zespół jaskiń, które dość mocno zostały już zabudowane przez ludzi, tracąc swój naturalny urok, jest to bowiem miejsce pielgrzymek wyznawców, stoi tam mnóstwo małych świątyń i całkiem sporych posągów.

Małpki towarzyszą turystom podczas wspinaczki, licząc na smakołyki :)

W Kuala Lumpur ciężko o starą zabudowę czy klimatyczne miejsca pochodzące z dalekiej przeszłości. Większość atrakcji miasta jest nowych i zaplanowanych, co nie zmienia faktu, że było miło ich doświadczyć. Obejrzeliśmy piękne kwiaty i drzewa w ogrodzie botanicznym, motylarnię z tysiącami okazów oraz niezwykłe gatunki w Parku ptaków:


Tu złapała nas ogromna burza, która, zgodnie z tym co twierdziła mama, była naprawdę potężna i długa jak na to co się tam potrafi dziać :)
 

Ups, tędy nie przejdziemy:

 Żłobek! :)

Wybraliśmy się na zupełnie niepopularny, ale wyjątkowo ładny naszym zdaniem, plac Merdeka, który był namiastką starówki :)

Zajrzeliśmy oczywiście do Meczetu Narodowego.

 Stylowo.

Niedaleko KL wybudowano zaplanowane odgórnie miasto Putrajaya, które jest nowym centrum administracyjnym Malezji i nie ma tam absolutnie nic ciekawego :) To miasto widmo - ulice są wielkie. I puste.

Fajna ciekawostka to zobaczenia, ale jeśli ma się niewiele czasu to nie ma większego sensu tam jechać :)

Z interesujących rzeczy, które zaobserwowaliśmy albo doświadczyliśmy w stolicy Malezji, to przede wszystkim... uwielbienie miejscowych do galerii handlowych! Istne szaleństwo, galeria na galerii, a w środku tłumy.

Malajowie mają też zwyczaj pakowania wszystkiego w ogromną ilość plastiku. Suszone magno, zapakowane szczelnie w plastik, a ten plastik w drugi plastik i potem jeszcze do plastikowej siateczki. Za każdym razem gdy prosiliśmy o niepakowanie zakupów do kilku reklamówek, byli tym faktem wyjątkowo zdziwieni. A już własna torba płócienna jest tam rzeczą niespotykaną.

Trafiliśmy na koniec Ramadanu i Hari Rayę, posłuchaliśmy więc modlitw puszczanych przez głośniki na cały regulator (pod oknami!:)), ale i szaleństwo poramadanowe, gdy wszyscy świętowali i zjeżdżali do miasta.

Jeśli chodzi o klimat, bo chyba o tym nie wspomniałam, to bardzo dobrze znosiłam malajskie temperatury. Było zupełnie inaczej niż latem na południu Europy - wysokie temperatury łagodziła wilgoć. Było mokro, wszystko się lepiło, temperatura każdego dnia była powyżej 30 stopni, ale bardzo szybko dało się do niej przywyknąć. Zdecydowanie wolę wilgotne upały od tych suchych.

I tym postem kończę azjatycką serię! Wyrobiłam się przed następnymi wakacjami, uff! Kolejny punkt do zwiedzania i doznawania - Szkocja!

Pozdrawiam,
Marzena