piątek, 23 sierpnia 2019

Lain'amouree

Naprawdę długo myślałam nad odpowiednim wstępem do tego posta, ale żadne, nawet najbardziej wymyślne słowa, nie oddadzą mojej ekscytacji bardziej niż "O rany! Patrzcie co trafiło w moje ręce!".

O rany! Patrzcie co trafiło w moje ręce! 

Dwa dni temu zapukał do moich drzwi kurier, tym razem o dziwo nie przekazując mi zamówionych produktów do remontu, który obecnie przeprowadzamy na poddaszu, ale papierową torbę z przeuroczym logo przedstawiającym puchatą owcę! Taki obrazek może oznaczać tylko jedno... 

Wiedziałam, że taka paczucha do mnie zmierza. Zajęta swoimi sprawami starałam się nie myśleć o niej zbyt często, bo wtedy (jak same dobrze wiecie) dłuży się niesamowicie. I nagle jest! Przyznam, że nie otworzyłam jej od razu :) Lubię usiąść na spokojnie, mieć dobre światło i odpowiednio dużo czasu by niespiesznie cieszyć się każdym detalem! Zwłaszcza, że ta paczka była naprawdę wyjątkowa.

Gdzieś tam na zachód od Polski, w pięknej Francji, znajduje się sklepik prosto z moich marzeń! Prowadzi go przemiła farbiarka, która zdecydowanie jest moją dziewiarską bratnią duszą - jej wełniany świat składa się ze wszystkiego co puchate, słodkie i romantyczne :) Od kolorów, przez bazy i projekty, które dzierga. Więc gdy zobaczyłam, że w "skrzynce" mam nieprzeczytaną wiadomość od Lain'amouree (klik!) to odrobinę zwariowałam! 
Obserwuję profil Pauline (klik!) od długiego czasu, regularnie ciesząc oczy i moją różową duszę jej zdjęciami czy produktami, i przyznam się, że sama planowałam (nieśmiało) odezwać się do niej z pytaniem o współpracę... Naprawdę czuję się zaszczycona!

Ale dobra, już pokazuję! Zawartość jest absolutnie cudowna! Myślę, że moje własne wnętrze wygląda mniej więcej tak samo:

Oficjalnie ten woreczek na robótkę staje się moim ulubieńcem! Leśne zwierzęta w otoczeniu kwiatów i motków? A to wszystko w moich ulubionych kolorach. No proszę Was! Co za słodycz!

 

Wybrałam dwie bazy, które połączę w jednym projekcie. Pauline zaproponowała mi jej nową, bardzo puchatą bazę - to połączenie wełny z alpaki Suri oraz jedwabiu (25%). Póki co tylko dwie bazy z włoskiem są tolerowane przez moją skórę - do ukochanej Anatolii dołącza właśnie Néphélées! Ma zupełnie inną inny rodzaj włoska, jest on dłuższy i bardziej wyczuwalny. Włóczka posiada delikatne "pętelki", co jest efektem specyficznego skręcenia nitek, całość jest bardzo kudłata i puszysta. 

Druga baza to Aphrodite, która składem niewiele różni się od Chmurkowego Alpacino (czyli jest to obłędnie miękki, luksusowy precel!). Oba motki są w tym samym kolorze, który nazywa się De la tendresse en boutons.
 

Myślę, że to zdjęcie idealnie oddaje moje zdanie na ich temat:D

Mniej więcej to cały czas robię z tymi motkami... noszę, oglądam, rozwijam, miziam i tulę. 

Czyż z takiej współpracy (i takich motków!) nie powinien powstać najbardziej przytulny i słodki sweter ever?

Wybór koloru był trudny i łatwy jednocześnie... wiedziałam, że od Lain'amouree muszę mieć coś różowego. Rzecz w tym, że w palecie było kilka pudrowych odcieni i zajęło mi kilka dni by się upewnić, który z nich umili mi życie.

Na drutach rośnie projekt z włóczki od Baah Yarns - na facebooku czy instagramie możecie zobaczyć postępy - więc mam odpowiednio dużo czasu by na spokojnie zaplanować ten projekt, zrobić próbki i zwyczajnie nacieszyć się motkami w preclach. 

Myślę, że zafundowałam Wam dziś tyle cukru, że powinniście nie słodzić dziś herbaty. Tak dla równowagi!

Miłego wieczoru!

Fellow Traveler - test!

Wzór na mój nowy projekt Fellow Traveler (klik!) jest już gotowy i bardzo zależy mu na trafieniu w Wasze zdolne ręce :) Więc jeśli macie ochotę zapakować się tej jesieni w coś uroczego i przytulnego, to zapraszam do testu.
 

Proszę przeczytajcie poniższe informacje - znajdziecie tam detale dotyczące projektu i potrzebnych materiałów, sposobu zgłaszania oraz ogólne zasady testowania. Dziękuję Wam ogromnie i czekam na kontakt! :)
  1. Początek testu: 26.08.2019
  2. Koniec testu: 4.10.2019
  3. Dostępne rozmiary: 88 (94, 100, 108) [116, 124, 130] cm, sugerowany luz: 8 cm
  4. Wełna: Chmurka Alpacino DK lub jakakolwiek włóczka grubości DK, około 1060 (1125, 1215, 1305) [1415, 1530, 1640] metrów.
Fellow Traveler to prosty i naprawdę szybko rosnący projekt! Jest bardzo intuicyjny i łatwy do zapamiętania. Zdecydowanie nadaje się dla początkujących testerów. Pamiętajcie jednak o tym, że ogranicza nas czas, więc jeśli nie czujecie się na siłach, proszę poczekajcie na gotowy wzór.

Test prowadzony jest po angielsku – wzór oraz cała komunikacja odbywa się w tym języku (testerki pochodzą najczęściej z różnych stron świata).

Do komunikacji używam grupy na Facebooku, możemy wtedy łatwo i wygodnie pomagać sobie nawzajem, udostępniać postępy, motywować i rozwiązywać problemy. Jeśli nie posiadasz konta, nadal możesz wziąć udział w teście. Proszę, poinformuj mnie o tym :)

Bardzo Was proszę o zgłaszanie się wyłącznie na adres mailowy: welnianemysli@gmail.com. Nie chciałabym pominąć żadnego zgłoszenia i móc łatwo Wam wszystkim odpowiedzieć.

Jeśli macie jakieś pytania, piszcie śmiało! 
 
Miłego dnia Wam życzę!
Marzena

niedziela, 18 sierpnia 2019

Fellow Traveler

Pisałam Wam, że mam całą długą listę tematów na nowe posty, a tu on ponad dziesięciu dni cisza! Kolejny post jaki miałam ochotę wstawić to ten o nowym, gotowym projekcie, który jeszcze przed Portugalią zszedł z moich drutów. Rzecz w tym, że trzeba go było najpierw odpowiednio obfotografować, co też uczyniliśmy w poprzedni weekend. Gotowe zdjęcia tylko czekały aż skreślę parę słów, ale po drodze miał miejsce niegroźny, ale dość nieprzyjemny zabieg, który wyłączył mi dobre samopoczucie na długi weekend. Osłabienie powoli odchodzi w zapomnienie, a ja w końcu mogę z jasnym umysłem i odpowiednią dawką energii siąść przed klawiaturą.

Za ten sweter zabrałam się z wielką ochotą - to był mój pierwszy projekt w "nowej" pracy! :) Jak wiecie, zostawiłam sobie na tę okazję trochę motków z Chmurki, by ułatwić sobie start i mieć coś pod ręką. Całe szczęście, że pomysł na ten projekt przyszedł błyskawicznie, jeszcze zanim zdążyłam zamknąć pracownię i sprzedać cały sprzęt! Bo żadne próbki nie spełniały moich oczekiwań... ja po prostu wiedziałam, że ten sweter musi, po prostu musi, powstać z szarego Alpacino DK. Nie było mowy o kompromisach, zmianach, szukaniu zastępnika. Miałam sześć motków grubszej alpaki w kolorze Pale Meadow, w bardzo jasnym, dosłownie muśniętym kremem, kolorze, więc nie wahałam się ani chwili i wrzuciłam po raz ostatni motki do garnka, przemieniając tę bladą łąkę na szarego wilka. Najbardziej satysfakcjonujące dzierganie jest wtedy gdy wzór, kolor i włóczka współgrają idealnie i tworzą dokładny obraz tego co masz w głowie, prawda?

Moim głównym celem było stworzenie wełnianej "bluzy". Sporo podróżujemy (i wcale nie mówię tylko o tych dalekich wyprawach), chodzimy po lasach, plażach, górach, i uwielbiam wtedy założyć pod kurtkę coś ciepłego i wygodnego - taką rolę pełnią u mnie od dawna Trevor i Cosy Wifey. Na intensywne wędrówki wolę ubierać ubrania trekkingowe, ale na błądzenie po lasach, zwiedzanie i cieszenie się przyrodą wybieram właśnie te komfortowe, luźne (litera A) wełniane swetry. Takie projekty zużywam bezlitośnie! I bardzo dobrze, wszak po to właśnie powstały :) By otulały na jesiennym spacerze, chroniły przed wiatrem i zimnem, towarzyszyły nam w domu, na urlopie, w pracy, przy ognisku, w ogrodzie. Wszędzie tam gdzie chcemy czuć się komfortowo. 

Takie projekty powinny być przede wszystkim proste w formie, posiadać odpowiedni luz, tak by nie opinały ciała, ale jednocześnie mieściły się pod płaszczem czy kurtką. Zakrywać nadgarstki, plecki i brzuszki, chronić szyję niezbyt głębokim dekoltem, grzać i otulać miękkością. Tak, to jest właśnie mój idealny sweter towarzyszący. 

Długo myślałam nam nazwą, ale chyba żadne wyszukane słowo nie odda tak dobrze jego istoty i charakteru, jak "Fellow Traveler" (towarzysz podróży). Gdziekolwiek idziesz, bierz go ze sobą! :)
 

Bo widzicie, rzecz w tym, że on nadaje się do podróży nawet wtedy, gdy jeszcze nie jest gotowy! Fellow Traveler to idealny projektem do dziergania "w drodze" - wzór jest prosty i łatwy do zapamiętania. Można rozmawiać z przyjaciółmi, oglądać widoki za oknem czy czytać książkę w pociągu i jednocześnie przekładać oczka. I jak dobrze pójdzie to jeden urlop w zupełności wystarczy by mieć gotowy sweter.





Już nie mogę się doczekać aż zabiorę go na jesienne zbieranie grzybów czy wyprawę wgłąb puszczy!

Nie byłabym sobą gdybym do tej wygodnej, wełnianej bluzy nie dodała czegoś uroczego... Ciepło i komfort jak najbardziej może iść w parze ze słodkością.
 

Mankiety rękawów otoczone są drobnymi bąbelkami. Ten sam motyw znajduje się wokół szyi.


Fellow Traveler dziergany jest od dołu, tak by półpatentowy wzór układał się w odpowiedni sposób. Początkowo luźny, by nie opinał bioder i brzucha, powoli zwęża się i tworzy literę A. Rękawy są długie, sięgające za nadgarstek. U mnie to bardzo pożądana rzecz, lubię w nich chować dłonie podczas jesiennych wędrówek, gdy na rękawiczki jeszcze ciut za wcześnie. 

Ubieranie swetra w ciepły, letni poranek było dość szalonym pomysłem, ale na szczęście udało nam się znaleźć szybko idealne miejsce. Wśród gęstych różanych krzewów zdjęcia robiły się niemalże same! Nie było potrzeby powtarzania, przechodzenia, zmieniania kadru, kombinowania, wiec dość szybko mogłam zdjąć z siebie grubą alpakę i odetchnąć. 
To było zdecydowanie najpiękniej pachnące miejsce w jakim mieliśmy kiedykolwiek okazję robić sesję zdjęciową! Uwielbiam zapach róż!

Półpatent, podobnie jak warkocze, na Alpacino DK wyglądają po prostu cudnie! "Żeberka" są wypukłe, obłe i sprężyste, trójwymiar spotęgowany jest delikatnym błyskiem jedwabiu, a całość jest lekka i nie przytłaczająca. Równie dobrze sprawdzi się w tym wzorze błyszczący, gładki merynos. 
Wzór na Fellow Traveler będzie gotowy w tym tygodniu, wtedy też pojawi się osobny post dotyczący testów - proszę poczekajcie ze zgłaszaniem do tego dnia, tak by nic mi nie umknęło:) Podam Wam wtedy wszystkie istotne informacje dotyczące rozmiarów, potrzebnych materiałów itp. 

Tymczasem wracam do pracy nad kolejnym projektem. Zaliczyłam dziś prucie, więc wypadałoby trochę przyspieszyć by nadrobić straty, prawda? 

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

środa, 7 sierpnia 2019

Ulubione: kosmetyki do pielęgnacji

Mam całą długą listę pomysłów na nowe posty! Od połowy lipca byliśmy na urlopie, a zaraz po powrocie wpadliśmy w festwiwalowy szał (festiwal filmowy Nowe Horyzonty, kto był?:)), więc dopiero teraz mogę zacząć na spokojnie bawić się w pisanie. Lista ta zawiera nie tylko posty dziewiarskie czy szyciowe! Dziś na przykład chciałabym Wam opowiedzieć o kosmetykach. Mimo że w historii mojego bloga taki temat pojawił się tylko jeden jedyny raz, to tak się składa, że używam co nie co, myję się (wybaczcie mi ten humor - rano jest, kawa jeszcze nie zaczęła działać!:)), dbam o skórę, włosy, cerę i mam w tej kwestii trochę przemyśleń, mam listę ulubionych kosmetyków, które z przyjemnością mogę Wam polecić, mam ochotę na dyskusję i usłyszenie Waszej opinii czy poznanie Waszych kosmetycznych propozycji.

Nie mając większej wiedzy na temat składów, jakości i ogólnie tego co jest dostępne na rynku, bardzo często wybieram produkty, które ktoś mi po prostu poleci. Gdy chcę kupić nowy kosmetyk pytam lub szukam propozycji na blogach, które lubię. Wybór w sklepach jest tak wielki, że nie potrafię samodzielnie wytypować kandydatów. I w zasadzie niespecjalnie chce mi się w to za bardzo wgłębiać. Dopóki nie sprawdzę na własnej skórze to nie wiem czy warto zainwestować w coś pieniądze. Popularne i bardzo chwalone produkty potrafiły bardzo mnie rozczarować i oczywiście w drugą stronę. Zakładam więc, że każdy kosmetyk ma mniej więcej takie same szanse by mi się spodobać, więc po prostu szukam punktu zaczepiania, czyli zbieram kilka nazw produktów z blogów i zamawiam to co mi najbardziej odpowiada z opisu. 
Właśnie dlatego postanowiłam napisać Wam tego posta! Być może postępujecie tak jak ja i taka lista po prostu ułatwi Wam odrobinę życie. Ja bardzo polegam na takich wpisach - głównie podglądam w tym temacie Magiczny Domek i Make Life Easier.

Mając już prawie 28 lat mam udało mi się stworzyć swoją listę ulubieńców. Wypracowałam swoje minimum, którego potrzebuję do codziennej pielęgnacji i rzadko kiedy je przekraczam. Cieszę się, że udało mi się znaleźć kosmetyki, które akceptuję w pełni i dobrze działają na moją skórę czy włosy.

Pielęgnacja dłoni i ust.
Zacznę od produktów, które towarzyszą mi najdłużej! O cerę zaczęłam dbać sumiennie kilka lat temu, ale ręce i usta otrzymują swoją dawkę nawilżenia już od bardzo dawna. Te produkty zużywam bardzo szybko! Mam zawsze kilka opakowań, bym nie musiała ich szukać po domu ani wyjmować z torebki. Używam już w zasadzie tylko kremów do rąk Yope.
 
Te duże, półlitrowe butelki mają zostać zastąpione mniejszymi, co trochę mnie smuci. Pojemność 500 ml to akurat na moje potrzeby.
Yope tworzy wyłącznie kosmetyki naturalne. Lubię ich ciekawe, ale nieintensywne zapachy i konsystencję balsamów. Chyba nie mam ulubieńca - obecnie skończyłam figę i z przyjemnością przeniosłam się na wanilię. Miałam również kwiat lipy, który pachnie przepięknie! A do torebki wrzucam zieloną herbatę z miętą. Nie ma to wpływu na jakość kosmetyków, ale lubię ich również za te urocze zwierzątka na opakowaniach:)

Jeśli chodzi o pielęgnację ust, to zawsze mam przynajmniej dwie pomadki, które ciągle gubię, oraz krem bambino, który zawsze czeka w pogotowiu na biurku. Stosuję losowe marki, na zdjęciu akurat waniliowa pomadka z Yves Rocher.
Czy naprawdę potrzebuję ciągłej pielęgnacji ust? Zdecydowanie nie. Nie mam z nimi żadnego problemu, po prostu lubię to robić. Tak samo jak kremować ręce:)

Pielęgnacja ciała.
Od wielu lat stosowałam losowo wybrane żele pod prysznic i nigdy specjalnie nie pałałam miłością do żadnej konkretnej marki czy zapachu. Jednak od ponad roku używam wyłącznie jednego produktu i tak już zostanie. Żel od Yope kupił mnie zapachem kokosa, naturalnym składem i przyjemną konsystencją. Ale głównie tym kokosem. Naprawdę lubię kokosa.

Tak bardzo, że bez wahania zrezygnowałam z poprzedniego ulubionego masła do ciała (Yves Rocher) gdy tylko pojawiło się masło z tej samej serii co żel. Kokos i sól morska. O rany! Konsystencja i zapach mnie po prostu powala. 
Nie lubię smarować ciała mleczkiem czy balsamem. Zawsze wybieram tylko gęste masła. Nie mam problemu z ich aplikacją, a działanie nawilżające jest o wiele lepsze niż w przypadku tych pierwszych.
Mimo że mam skórę naczynkową (nie tylko na twarzy) to nigdy nie kupowałam produktów dedykowanych temu typowi skóry. Cóż, nie wierzę w cuda i wiem, że przez skórę, kremem czy peelingiem, nie usunie się defektów podskórnych (popękanych naczyń krwionośnych czy cellulitu/tłuszczyku), więc skupiam się wyłącznie na dobrym nawilżeniu. Rozumiem, że niektóre produktu mogą zapobiegać pękaniu naczyń, zmniejszać zaczerwienienie, ale ja pajączki po prostu mam od dziecka. Towarzyszą mi całe życie, ale nie pojawia się ich więcej, więc nie martwię się jaki peeling wybrać, by nie pogorszyć sprawy. Przy okazji wspomnę, że zrobienie sobie siniaka jest u mnie tak naturalne jak oddychanie. Wystarczy mnie dotknąć, a na drugi dzień już jestem fioletowa :)

Peeling
Przyznam, że nie wyrobiłam sobie jeszcze zwyczaju regularnego peelingowania. Zapominam o tym głównie jesienią czy zimą, ale latem staram się to robić dość często. Nie mam konkretnego faworyta, ale wiem czego na pewno nie lubię. Nie toleruję żadnego peelingu, który po fakcie pozostawia warstwę na skórze! Nie mogę wyjść z podziwu, że uznaje się to za zaletę - "nasz produkt pozostawia delikatną, nawilżającą warstwę i nie ma potrzeby nakładania balsamu". I już wiem, że nie kupię tego produktu. Warstwa ta jest dla mnie tłusta niczym wosk. Nie ma nic wspólnego z delikatną, początkową lepkością masła do ciała. Mam wrażenie, że skóra jest napięta, a po peelingu wcale nie czuję się "oczyszczona", tylko... brudna. Więc myję się raz jeszcze! Ciągle się zastanawiam, czy tylko mi odbija na tym punkcie :)

Miałam dwa razy naprawdę fajny cukrowy peeling o zapachu limonki, z firmy Organic Therapy, ale niestety firma ta chyba przestała istnieć i nie da się go już kupić. Próbowałam kilku różnych marek, niektóre zamiast tłustej warstwy zostawiały dodatkowo pomarańczowy kolor, ostatecznie całkiem odpowiadał mi śliwkowy z Ministerstwa dobrego mydła, ale kilka dni temu przyszła do mnie paczka z dwoma produktami firmy Miya i jestem wyjątkowo zadowolona! W końcu!

Ten po prawej, w czerwonym pojemniczki, to peeling do ciała z czerwoną glinką. Posiada drobne, ale skuteczne drobinki soli i cukru. Może na pierwszy rzut oka nie wygląda na mocny, ale naprawdę robi swoje. I pachnie obłędnie słodkimi owocami!
Ten w waniliowym pudełku to peeling do całego ciała, również do twarzy. Ja kupiłam go właśnie w tym celu. Przeczytałam o nim na blogu Kasi Tusk i zgadzam się z jej opinią, że w ogóle go nie ubywa. Co prawda nie stosuję go długo, ale na dobry peeling twarzy potrzeba dosłownie odrobinę. Lubię peelingi do twarzy z nierozpuszczalnymi drobinkami (ale są również kryształki cukru). To chyba najmocniejszy produkt do twarzy jaki miałam, ale nadal w granicach normy. Polecam również peeling od Make Me Bio (Almond Scrub). Jest to proszek, który należy rozrobić z odrobiną wody by uzyskać pastę. Bardzo niepozornie wyglądającą pastę! To bardzo skuteczny i intensywny peeling. Jeden z lepszych jakie miałam. 

Pielęgnacja skóry twarz.
W ostatnim czasie o skórę twarzy dbam w sposób szczególny. Dlatego właśnie regularnie używam peelingu. Ale to oczywiście nie wszystko.
Niestety mam cerę problematyczną. Jeszcze kilka lat temu miałam wyłącznie problem z naczynkami. Rumienię się odkąd pamiętam, pajączki na policzkach posiadam od najmłodszych lat. Są i już. Nie jest to dla mnie wielki problem, nie przejmuję się takimi rzeczami zbytnio. Prawie cztery lata temu, przez spory i gwałtowny problem z hormonami, moja twarz (i nie tylko) zmagała się z wyjątkowo silnym i uciążliwym trądzikiem. Od razu zaczęłam działać, nie skupiając się wyłącznie na leczeniu przyczyny, ale również objawów. Za 8 miesięcy miał odbyć się nasz ślub, a ja nie potrafiłam znaleźć zdrowego miejsca na swojej twarzy... Nie poddając się wyjątkowo ciężkim i przygnębiającym myślom, zaczęłam nieprzyjemny proces leczenia - stosowałam silny lek naskórny, który między innymi agresywnie złuszczał naskórek. W efekcie oprócz trądziku miałam na twarzy wielką czerwoną plamę, suchą i wrażliwą na wszystkie bodźce skórę, ale ostatecznie w dniu naszego ślubu nie miałam ani jednej krostki! 
Lek ten działał mocno i szybko, co wiązało się z powstawaniem przebarwień. Ale te, na szczęście, łatwo mogłam zakryć nawet delikatną warstwą podkładu. I w zasadzie tylko dlatego użyłam go w tym dniu.

Dziś mam tych przebarwień już naprawdę niewiele, zostało tylko kilka małych blizn po tym incydencie, ale chyba zmieniło to moją cerę, bo teraz zdecydowanie należy do kategorii "tłusta i problematyczna". Gdy dobrze o nią dbam, jest w miarę gładka i matowa. Ale wiele kremów, nawet tych lekkich, od razu zapycha mi pory i powoduje pojawienie się wyprysków. Musiałam więc mocno skupić się na tym temacie. 

Wypróbowałam wiele kremów, część z nich musiałam odrzucić już po pierwszym użyciu. Nawet te, które powstały właśnie do pielęgnacji skóry tłustej! Na szczęście udało mi się trafić na krem, który moja szalona skóra toleruje i chyba będzie to wieloletnia przyjaźń. Nie chce mi się znowu eksperymentować.

Mowa o tym pośrodku oczywiście, firmy Organique. Dobrze nawilża i jednocześnie radzi sobie naprawdę nieźle z moją skórą. Bardzo wydajny, praktycznie bezzapachowy. Zaczęłam właśnie drugie opakowanie. 
Ten po lewej to krem jaki dostałam w gratisie do zamówienia (Clinique Dramatically Different Moisturizing Cream). To mocno nawilżający krem, bardzo gęsty i raczej "tłusty". Dlaczego się tu znalazł? Po powrocie z wakacji miałam dość mocno spieczony nos od słońca. Skóra była szorstka, pomarszczona i mało estetyczna. I wystarczyły dwa dni by ten maluch zrobił z tym porządek. Cudownie wygładził i zmiękczył naskórek. Ja mogę używać go niestety wyłącznie punktowo, ale może znajdzie się tu ktoś z wielką potrzebą nawilżenia cery:)
I krem pod oczy. Używam regularnie, bo kiedyś trzeba zacząć. Chyba jako jedyny spośród kremów, które miałam okazję używać, faktycznie dał widoczne rezultaty. Będę się go trzymać. 

Oprócz kremów i peelingu używam również toników. Głównie dlatego, że mam skórę tłustą.

Nie mam żadnego faworyta. Głównie używam toników i płynów do oczyszczania porów i redukowania ilości sebum. Niestety po intensywnym wysiłku fizycznym mam za każdym razem dwudniowe zmaganie z krostkami, dlatego kluczowe jest przemywanie nim twarzy przed i po treningu. I oczywiście każdego dnia rano i wieczorem. Nie ma ich na zdjęciu, ale używam również żeli antybakteryjnych do mycia twarzy. No robię co mogę :)
Miałam dość mocny tonik z Tołpy, ale teraz przerzuciłam się na tańszy z Ziaji. Też działa. 

Hydrolatów używam rzadko, ale jednak... głównie do okazjonalnego zmywania tuszu do rzęs czy korektora pod oczami, jak już mam jakieś wyjście i zdecyduje się je nałożyć. Ten po lewej, z Ministerstwa Dobrego Mydła, ma ziołowy zapach i lubię go czasem nałożyć po peelingu. Daje przyjemnie uczucie świeżości. Kiedyś używałabym ich jak tonika, ale cóż, moja skóra potrzebuje bardziej agresywnego oczyszczania.

Opalanie.
Z roku na rok co raz bardziej martwi mnie wystawianie skóry na słońce. Oczywiście opalam się, ale robię to z głową i bardzo często nakładam krem z filtrem. Do ciała wybieram trzydziestkę, a na twarz zawsze przynajmniej filtr 50. W tym roku zdecydowałam się na wyższą półkę cenową - oba te kremy są mieszanką filtrów chemicznych i mineralnych.
Ten niewielki sztyft La Roche-Posay kupiliśmy w Portugalii. Podczas nauki surfingu spędzaliśmy w wodzie kilka godzin, więc tradycyjny krem dość szybko znikał, a my piekliśmy sobie twarz, dłonie i stopy. Moim zdaniem przypomina on wosk, który po nałożeniu mocno trzyma się skóry. Woda raczej po nim ścieka niż zabiera ze sobą. Różnica była znacząca. I nakładanie o wiele przyjemniejsze!

Włosy.
Cóż, w tym temacie nie ma żadnych zmian. Jeśli chcecie poczytać co mam na ten temat do powiedzenia, to zapraszam do posta sprzed ponad 4 lat - klik! Ciągle aktualne:) 
Teraz używam szamponu, odżywki i maski na zmianę, a po myciu olejku bez spłukiwania, który pojawił się na rynku dopiero po napisaniu tamtego posta. 
 
W kwestii włosów zmieniło się tylko jedno - przy wspomnianej powyżej burzy hormonalnej, przez kilka miesięcy wypadały mi włosy. Na szczęście nie było to bardzo drastyczne, ale widzę, ze nie są już tak gęste jak kiedyś. Ale trzy lata to wystarczający czas by zauważyć napływ nowych włosów! Trochę im zajmie dorównanie pozostałym w kwestii długości, ale poczekam cierpliwie. Nigdzie mi się nie spieszy:)

Malowanie:)
I na koniec moje ogromne zapasy kosmetyków kolorowych! Istne szaleństwo proszę Państwa! Wydałam fortunę.
 
Tak naprawdę kupiłam tylko ten korektor... przed ślubem :) A tusz, o ludzie, dostałam w gratisie przy zakupach w Yves Rocher. To chyba dobrze oddaje moje podejście do malowania.
 
Pisałam Wam już, że na ślub malowałam się sama, bo mocny makijaż to absolutnie nie jest to czego mi potrzeba do szczęścia. Kupiłam cały zestaw dobrych kosmetyków, tylko po to by użyć ich jeden jedyny raz, zakryć swoje plamy po leczeniu (udało się to bez większych szaleństw i mogłam czuć się swobodnie, bez maski), a następnie część sprzedać sąsiadkom. Zostawiłam sobie co nieco na wszelki wypadek i używałam w zasadzie tylko korektora i tuszu. Kiedy? Na kolację z mężem, na imprezę, na przyjęcia czy do sesji zdjęciowej. A na co dzień nie maluję się wcale. I totalnie mi z tym dobrze.

Kiedyś jedna czytelniczka zapytała mnie jak sobie z tym radzę, tak ogólnie. Jakie mam podejście, przemyślenia i jakie są reakcje innych. Cóż, chyba po prostu taka jestem, że mnie to w ogóle nie obchodzi. Nie ma tu żadnej manifestacji, ot po prostu mam to gdzieś:). Naprawdę, nie przejmuję się tym wcale. Jednego dnia po prostu nie nałożyłam makijażu i tak już zostało - co bardzo mnie cieszy. Nie maluję paznokci, nie nakładam samoopalaczy, nie doklejam sobie rzęs (brr! wybaczcie, ale to ostatnie mnie akurat przeraża:))
 
Nie przeszkadza mi to czy Ty się malujesz czy nie, nawet specjalnie o tym nie myślę, chyba, że ktoś naprawdę przesadzi i ciężko to zignorować.
Jednak osobiście uważam za absurd, że malowanie stało się normą do tego stopnia, że brak makijażu traktowany jest jako dziwactwo albo przynajmniej coś godnego uwagi (niekoniecznie pozytywnej). Co więcej - delikatny makijaż stał się symbolem "naturalności", a jego brak niedbaniem o siebie. Tak, dla mnie to absurd. Oczywiście uogólniam, ale musicie wiedzieć, że najmniej zrozumienia w tej kwestii mam od innych kobiet właśnie:). 
Usłyszałam niejeden raz, że nie maluję się tylko dlatego, że nie mam potrzeby i że zobaczę jak będę starsza. Minęło kilka lat, żarty Mateusza pozostawiły już wokół oczu drobne ślady, trądzik zrobił swoje, pajączki jak były tak są, a ja nadal się nie maluję. Myślę, że te "defekty" dla większości są już całkiem poważnym argumentem za nałożeniem podkładu. Rzecz w tym, że w moim przypadku to wcale nie jest kwestia "potrzeby".
Kupując kosmetyki na ślub, Pani z politowaniem patrzyła na moje TYLKO wyregulowane delikatnie brwi i próbowała przekonać mnie, że namalowanie sobie nowych jest konieczne do idealnego ślubnego wizerunku. I wiem, że w jej oczach byłam dziwakiem. Ale dlaczego?
Nie przejmuje się takimi opiniami, ale zawsze ogromnie intryguje mnie powód. Dlaczego kobiety mają się malować? Dlaczego nie możemy mieć naturalnych rumieńców, swoich brwi i paznokci, widocznego pajączka na twarzy, krostki, plamki, cieni pod oczami. No przecież my tak właśnie wyglądamy. Czy się malujemy czy nie, nasza twarz nadal tak właśnie wygląda. I ja postanowiłam się tym nie przejmować, przyjąć tak samo jak przyjmują to mężczyźni. Zająć się spaniem z rana zamiast nakładaniem makijażu, beztroskim pływaniem w morzu bez zamartwiania się o wodoodporność mojego tuszu itd. Wiem, że z pomalowanymi rzęsami moje oko wygląda lepiej, mam jasne rzęsy, ale ja naprawdę się tym nie przejmuję. Niekiedy nakładam na rzęsy hennę, ale jak zejdzie, a ja zapomnę się umówić do kosmetyczki, to trudno. 

Kiedyś byłam świadkiem jak jedna dziewczyna chwaliła drugą za cudowną, piękną cerę. I wpadłam w niemałą konsternację, bo... obie miały na sobie podkład i puder, więc, kurczę, nie wiem, ale wydaje mi się, że trudno to wtedy ocenić :) Absolutnie nie ujmuję jej nic, bo naprawdę wyglądała ładnie, ale akurat ocena stanu cery wydała mi się mało realna w takich warunkach. Napisałam o tym by jeszcze lepiej zobrazować jak malowanie stało się normą, jak postrzega się twarz kobiety (jak kobieta wygląda z makijażem, a nie bez).
 
To moje niemalowanie, jak pisałam, nie jest żadną manifestacją, nie zastanawiam się nad tym jakoś szczególnie. Farbuję przecież włosy, czasem przyciemniam rzęsy albo nakładam korektor pod oczy. 

Skupiam się więc na zdrowiu, pielęgnacji, a nie na ukrywaniu. Próbowałam raz czy dwa ukryć swój szalony półroczny trądzik pod makijażem, poddałam się i postanowiłam myśleć tylko leczeniu. Współczuję wszystkim, którzy zmagają się z nim każdego dnia... I z tym co po sobie pozostawia. Mi makijaż pomógł kilka razy, zakrył raczej plamy potrądzikowe lub zaczerwienienie spowodowane złuszczaniem naskórka, niż same krostki. Wiem, że są sytuacje, kiedy makijaż pozwala nam swobodnie funkcjonować wśród ludzi, taki powód jest dla mnie jak najbardziej zrozumiały. Chociaż mi akurat nie przeszkadzałyby Twoje niedoskonałości :)
 
Jeśli się malujesz i odebrałaś ten ostatni podpunkt wpisu jak krytykę, to wiedz, że absolutnie bez powodu! Ciężko wyrazić swoje myśli i odczucia przez monitor, więc wybaczcie jeśli to tak brzmiało. Po prostu przedstawiłam Wam swój, niemakijażowy, punkt widzenia. Jest mi naprawdę wszystko jedno kto, jak, dlaczego i czy w ogóle się maluje. Ja cenię sobie swoje podejście i grunt byś Ty czuła się ze swoim tak sam.

A teraz czekam na Wasze opinie i przemyślenia! Używaliście kiedyś tych produktów co ja? Może macie jakąś ciekawszą propozycję? Chętnie się dowiem co polecacie i spróbuję czegoś nowego, chociaż kokosowego żelu i masła nie zastąpię niczym innym! Kokosowa faza trwa w najlepsze :)
 
Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

wtorek, 30 lipca 2019

Wybór idealnej włóczki do projektu - Secret of Life

Od momentu publikacji wzoru na sweterek Secret of Life otrzymałam wiele pytań dotyczących doboru włóczki do tego projektu. Jako że zamknęłam sklepik, włóczka, z której powstał oryginał (Alpacino DK), jest oczywiście już niedostępna. Doskonale rozumiem, że brakowało Wam informacji "co w zamian?". Postanowiłam więc napisać na blogu na ten temat i nie tylko podać listę polecanych przeze mnie włóczek, ale również opowiedzieć Wam odrobinę o procesie dobierania włóczki do tego konkretnego projektu.
 
Sugerowana włóczka przy projekcie na Ravelry jest niezwykle pomocna - nawet jeśli nie zdecydujemy się na tę samą markę, możemy szybko dowiedzieć się szczegółów (metraż, waga), przyjrzeć się jej na zdjęciach (nie tylko tych reklamowych, ale również na zdjęciach dziewiarek) i zobaczyć jak prezentuje się w innych projektach. Jeśli zależy nam na zakupie dokładnie tego samego produktu, to wystarczy wykonać dwa, trzy kliknięcia i już lądujemy na stronie producenta albo sklepiku z owym producentem współpracującym. Ravelry wiele upraszcza!

Jeśli jednak włóczka jest niedostępna, wycofana, nieosiągalna to oczywiście musimy poszukać czegoś sami. Doświadczone dziewiarki, które zdążyły już pracować niemalże z każdym włóknem jaki istnieje na tym świecie, każdym rodzajem, grubością, jakością, zapewne mogą już z zamkniętymi oczami wskazać kandydata - najprawdopodobniej w ich szafie wisi kilka przykładów jego użycia i doskonale obrazują one efekt, jaki osiągną. Wiedzą co je zadowoli. Ale po drodze musiały wydziergać trochę "średniaków", albo spruć wiele nieudanych projektów i wykorzystać tę wełnę do lepszych celów. Każdy projekt to dodatkowa informacja. Zapewne obserwowały też innych, porównywały swoje prace i zastanawiały się gdzie leży różnica. Czytały, sprawdzały, testowały. 
Ale i po wieloletniej pracy z drutami można czuć się zagubionym w tym temacie! I nie ma sensu czuć się z tego powodu jak dziewiarka gorszego sortu:). To nie jest takie proste i oczywiste! Każdy z nas ma inny umysł - dla przykładu: ja i mój mąż. Przy urządzaniu mieszkania potrafię w głowie skompletować całe umeblowanie, machnąć ściany na odpowiedni kolor, nawrzucać dodatki, kwiatki, zasłonki i ocenić czy to pasuje do naszego wnętrza. Mateusz musi to zobaczyć na żywo, inaczej robi wielkie oczy, a jego mózg wyrzuca komunikat o błędzie. Ale gdy już to zobaczy to potrafi dobrze ocenić co do siebie pasuje a co nie.

Myślę jednak, że nawet jeśli nie posiadamy tego szczególnego daru intuicyjnego dobierania materiału do projektu, to można się tego w łatwy sposób po prostu wyuczyć czy też "podglądać" u innych i wcielać w życie. To najlepszy sposób na uzyskanie satysfakcjonującego efektu końcowego i dowiedzenia czegoś nowego!
Na początku mojej przygody z dzierganiem pozwalałam na szaleństwa swojej niegotowej jeszcze na takie rzeczy wyobraźni i cóż, nie mając większej wiedzy i doświadczenia, tworzyłam cuda wianki nie nadające się do noszenia. Nie ma w tym nic złego! To również dobry sposób na naukę, ale jeśli jednocześnie bardzo zależy nam na naprawdę dobrym efekcie i niestraceniu wielu godzin pracy (bo dziergamy tylko w weekendy, wieczorami, z doskoku itp), to warto dać poprowadzić się za rękę.
Mając teraz o wiele mniej czasu niż te 8 lat temu gdy zaczynałam dziergać, w kwestii szycia tak właśnie postępuję - szyję ze wzorów i staram się inspirować pięknymi pracami zdolnych ludzi. Jak już zdobędę odpowiedni warsztat (nauczę się technik, poznam kroje, triki, sposoby...) to będę improwizować.

Nie każda włóczka pasuje do każdego wzoru. Niby oczywiste, ale czasami ciężko nam jasno określić co nam się nie podoba, czemu ten merynos tak źle wypadł w tym projekcie, jak to się stało, że sweter stracił efekt "wow", że nie wygląda jak oryginał... Ręka do góry, kto chociaż raz miał takie myśli (ja, ja!). Włóczki mają różną grubość, skręt, skład, gładkość, sprężystość i w końcu kolor. I to wszystko ma znaczenie. No wiecie, może nie mieć, ale wtedy możliwe, że nie będziemy w pełni usatysfakcjonowani tym co stworzyliśmy.
(Rany, ale się rozgadałam, a miało być krótko!)

Dziś, tak jak wspomniałam na początku wpisu, opowiem Wam trochę o doborze włóczki na konkretny projekt. Nie ma możliwości w łatwy sposób opisać całego tematu, bo jest on baaaardzo rozległy i bez wielu przykładów, słów, zdjęć i wiadra kawy się po prostu nie da.
Pamiętajcie proszę, że wszystko co tu napiszę dotyczy mojego stylu dziergania czy projektowania. Wszak każdy ma swój gust i upodobania. Będę więc do bólu subiektywna :)

Secret of Life to sweter złożony z samych warkoczy i odrobiny ściągacza. To istotna informacja, bo to dość mocno decydowało u mnie o wyborze włóczki. Albo na odwrót, nie ma znaczenia. Można na to patrzeć w dwie strony - mamy wełnę, szukamy wzoru, lub mamy wzór i potrzebujemy idealnej włóczki. Proces działania jest ciut inny, ale uogólnijmy to póki co, bo nie skończę do przyszłego roku:). (Serio, jak zaczynam opisywać co mi siedzi w głowie to okazuje się, że te moje lekkie, przyjemne, kreatywne myśli, które pomagają mi w codziennym tworzeniu, na papierze są niesamowicie techniczne i brzmią jak instrukcja do reaktora!)
 
Mój cel był taki: stworzyć przytulny wizualnie i "namacalnie" sweter, pełen uroczych, obłych (to było ważne, bo warkocze mają przecież kilka odsłon) warkoczy, sweter delikatnie przesadzony by pierwszą rzeczą jaka przychodzi do głowy, gdy się go widzi było "jak słodko!". Czasami umiar jest pożądany, sprawia, że projekt jest przyjemnie neutralny i mimo swojego piękna nie rzuca się od razu w oczy. Tu miało być inaczej - warkocze z przodu, z tyłu, na rękawach. Innej opcji nie było. 
Jednocześnie zależało mi na lekkości i wygodzie. Chciałam by sweter nie krępował ruchów, mieścił się pod zimową kurtką i nie dodawał dziesięciu kilogramów.
Żeby poziom przytulności był odpowiednio wysoki, należało te warkocze upleść z grubszej włóczki. Przy grubości fingering plecione wzory są bardziej płaskie, mniej pulchne. A bycie pulchnym, w przypadku warkoczy w tym swetrze, to bardzo pożądana cecha
No to teraz po kolei! Przede wszystkim grubość. Zdecydowałam się na DK, sweter jest więc odpowiednio ciepły, a warkocze odpowiednio podkreślone. Istotny był w tym przypadku również przekrój włóczki - mimo małej sprężystości (mniejszej niż u merynosa), jest on okrągły, co dodatkowo nadaje kształtu plecionym wzorom. Oczka są równe i grubiutkie. Ściągacz w takim przypadku też prezentuje się niezwykle atrakcyjnie!
Taka grubość gwarantuje również szybkie przyrastanie tego dość czasochłonnego projektu.

Alpaka jest puszysta. Nie chodzi mi tu o posiadanie sporej ilości meszku jak w przypadku moheru czy angory. Ma się wrażenie, że między nitkami, z których skręcona jest włóczka, jest mnóstwo powietrza, która nadaje jej objętości (wizualnej), jednocześnie pozostawiając ją przyjemnie lekką! W porównaniu z merynosem tej samej grubości, wydaje się cieńsza, lżejsza. Po praniu, jak w przypadku singli (ale jednak trochę mniej), puchnie i wypełnia ładnie szczeliny między oczkami. Dzianina oddycha, jest lekka i zwiewna, mimo swojej grubości!
Jej delikatny włosek podkreśla przytulność. Warkocze nie giną, bo jest on bardzo krótki - w zasadzie tworzy wyłącznie delikatną mgiełkę wokół swetra. Taka niepozorna, a jednak przyjemnie otula i grzeje.
Oprócz tego, pomimo meszku jej faktura jest gładka, więc nic nie odwraca uwagi od kształtu warkoczy.

Tu dobrze widać, że od boku dzianina jest całkiem "cienka"

Alpaka jest miękka i zwiewna, sweter opływa ciało, faluje w ruchu, nie sprawia wrażenia ciężkiego i sztywnego. Można zwinąć go w rulonik i spakować do torby nie zajmując wiele miejsca. 
Ale jednocześnie na tyle mięsista by utrzymać w ryzach warkocze i nie pozwolić im się rozpłaszczyć.

Połysk, który nadaje jedwab, jeszcze bardziej podkreśla warkocze - mieni się i zwiększa trójwymiarowy efekt.

I na koniec kolor. Oczywiście jest to kwestia gustu! Ale by uzyskać sweter dokładnie w takim samym klimacie co ja, polecam użyć pastelowych, przydymionych jasnych odcieni. Idealne będą wszelkie kremy i beże, odcienie pudrowego różu, szarości wszelakie, jaśniutkie zielenie, brzoskwinie... Ale to nie znaczy, że w ciemnym bądź jaskrawym kolorze będzie mu źle. Ciemne szarości czy granaty zrobią go bardziej nowoczesnym, ciepłe, przydymione brązy, rudości czy złoto nadadzą wyjątkowy rustykalny klimat... i tak dalej. Ważne by warkocze nie zniknęły. I dlatego odradzam wszystko to co ma więcej niż jeden kolor: melanże, ciapki, połowiczne solidy. Znaj umiar:) Chyba, że lubujesz się w chaosie!

I to jest moje główne zdanie na temat tego projektu. Gdybym miała robić go raz jeszcze kierowałabym się nadal tymi samymi odczuciami. Ale to nie oznacza, że to jedyna opcja, co w piękny sposób pokazały testerki! Sporo dziewczyn wybrało tę samą włóczkę co ja, ale część z nich zdecydowało się na gładkiego, słodkiego i bardzo pulchnego merynosa, albo połączyło dwie nitki (dodając ekstra coś bardziej puchatego) i osiągnęły świetne efekty. Każdą z tych włóczek, które wybrały Wam polecam, bo uważam, że udało im się osiągnąć ten sam (albo odmienny, ale równie dobry!) efekt, trochę innym sposobem - klik! Przyjrzyjcie się tym projektom i znajdziecie z pewnością cechę wspólną tych wszystkich użytych włóczek. 

Dlatego istotne jest by zajrzeć w projekty danego wzoru jeśli nie jesteśmy pewni z czego chcemy dziergać - bardzo możliwe, że znajdziecie tam odpowiedź w ciągu kilku minut. Merynos merynosowi nierówny, alpaka alpace też. Ile włóczek, ile mieszanek, skrętów i grubości, tyle efektów!
Wyszukaj wersje, które Cię zachwycają, ale i te, które nie przypadły Ci do gustu. W pierwszym przypadku zdobędziesz zbiór dobrych włóczek, które warto rozważyć. Zobaczysz co je łączy (struktura? połysk? skręt?), a posiadając tę wiedzę już możesz z łatwością przeszukiwać sklepowe półki w poszukiwaniu ideału. Przyglądając się zaś projektom, które z jakiegoś powodu Cię nie zachwyciły, zastanów się co Ci nie pasuje. Kolor? A może styl, jaki uzyskała autorka, zmieniając rodzaj włóczki. Wzór ginie, a może zbyt mocno rzuca się w oczy? To wcale nie musi oznacza, że dany projekt jest nieudany - ile ludzi, tyle upodobań, prawda? Ale w ten sposób uświadomisz sobie za czym nie przepadasz i jakiego efektu pragniesz unikać. 

Na koniec podam Wam kilka propozycji włóczek, które polecam! Nie miałam okazji z nich dziergać, ale dziergały z nich testerki bądź sama zdecydowałabym się na nie widząc jak prezentują się na zdjęciach lub w innych projektach. Znam również kilka baz, które posiadają ten sam skład i grubość co Alpacino DK.
  1. Lain'amourée Aphrodite DK (ten sam skład co oryginalna włóczka)
  2. The Uncommon Thread Heavenly DK (ten sam skład co oryginalna włóczka)
  3. YAMA DK Lux (połączenie merynos, moheru i alpaki) 
  4. La Bien Aimée Merino DK (100% merynosa. Użyta przez jedną testerkę. Cudowny, pulchniutki i wyjątkowo słodki efekt! Nie ma jeszcze zdjęć, ale Lise (klik!) pokazuje go w swoim ostatnim podcaście. Po francusku:)) 
  5. Dye Dye Done Yakalicious DK (propozycja z Polski: merynos, jak i jedwab. Moim zdaniem nada się świetnie!)
  6. Garnstudio DROPS Puna (100% alpaka. Bardzo fajny, przytulny efekt, dwie testerki z nią pracowały)
Świetnym pomysłem będzie również użycie gładkiej, niezbyt sprężystej włóczki grubości fingering/sport i dodanie delikatnego moheru (co też uczyniła jedna testerka - klik!). Ważne by uzyskana podwójna nitka była dość gruba, a włosek niezbyt szalony. Obiecuję, że gdy tylko trafię na coś więcej, dopiszę to od razu do listy :)

Jestem bardzo ciekawa czy taki temat jest dla Was interesujący i czy mielibyście ochotę na więcej?
Będę wdzięczna za opinię. Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

czwartek, 11 lipca 2019

Baah Yarns

Chwilę po podjęciu decyzji o zamknięciu sklepiku nawiedziła mnie pewna, wyjątkowo przyjemna, myśl... 

Póki miałam Chmurkę i farbowałam włóczki nie czułam w ogóle potrzeby nabywania włóczek z innych miejsc - mój minimalizm bardzo mi w tym pomagał. Wszak motków potrzebuję dopiero wtedy gdy w planach mam konkretny projekt, a gdy mogłam pofarbować sobie wybraną bazę na idealnie dobrany do mnie kolor to już w ogóle nie zajmowałam się zakupami. 
Ale to nie oznacza, że nie podziwiałam... połowa kont, które obserwuje na Instagramie, to właśnie profile farbiarek. Wiele z nich ma swój cudowny, niepowtarzalny styl, gust, sposób, filozofię... Uwielbiam cieszyć oczy ładnymi rzeczami, podziwiać pracę utalentowanych ludzi, inspirować się!

Zapewne już się domyślacie jaka myśl mnie nawiedziła! "Nadchodzą czasy poznawania i podziwiania cudowności wełnianego świata!". Absolutnie nie mogę się tego doczekać! Tego zachwycenia się produktem, marką, kolorem, kupowania i czekania na kuriera z wymarzoną paczuchą. A później rozpakowywania i... ach, no wiecie :)
I chociaż poprzedni sposób "nabywania" włóczek był wyjątkowo satysfakcjonujący, to jest w tym "nowym" coś wyjątkowo ekscytującego...

I niemalże od razu, gdy tylko ogłosiłam swoją wielką zmianę, mogłam tego doświadczyć! Otrzymałam przemiłą wiadomość, od równie przemiłej i utalentowanej osoby, z propozycją współpracy!
W tym bardzo stresującym momencie, gdzie czułam się dość niepewnie zamykając jeden, bardzo ważny, rozdział i decydując się poświęcić projektowaniu wzorów (wątpliwości w takich momentach jest naprawdę wiele, nawet wtedy gdy czujesz, że robisz dobrze, i nie będziesz żałować..), ta propozycja dodała mi skrzydeł! To przemiłe uczucie wiedzieć, że ktoś z wielką chęcią chce oddać w Twoje ręce swoje ukochane, wełniane dzieci i pokłada pełne zaufanie w Twojej wyobraźni i doświadczeniu!:)

Baah Yarns zyskało moją uwagę na początku tego roku - wtedy właśnie trafiłam na zdjęcie ich produktów i szybko dodałam ten profil do obserwowanych (klik!). Włóczki te posiadają wiele cech, które bardzo cenię i które były ważne dla mnie w czasie prowadzenia sklepiku. Piękne zdjęcia, nietuzinkowe kolory, chociaż w przeciwieństwie do Chmurkowych Natasha (bo tak ma na imię właścicielka i autorka kolorów) więcej uwagi poświęca wielokolorowym barwieniom. Niemniej w jej palecie znajduje się sporo obłędnych solidów, a wszystkie z tą charakterystyczną dla niej egzotyczną i rustykalną nutą! Nie może być inaczej gdy włóczki pochodzą z południa Afryki :)

Wiecie, że wiele znaczy dla mnie etyczne pozyskiwanie wełny, więc cieszę się, że co raz więcej farbiarzy oferuje wyłącznie wełnę ze sprawdzonych, wolnych od okrucieństwa hodowli. Baah Yarns oferuje dodatkowo włókna lokalnego pochodzenia. Wełna z RPA! Brzmi kusząco! :)
Nie zdziwi więc was, że gdy tylko przeczytałam wiadomość, z szaleństwem w oczach i szybko bijącym sercem, wpadłam do sklepiku i oddałam bezgranicznie poszukiwaniu tej jednej, jedynej włóczki!

Kolory Natashy podobają mi się szczególnie na singlach, więc wybrałam bazę Lano (100% wełna merino). Jeśli chodzi o kolor to zastanawiałam się kilka dni nad trzema odcieniami. Ugh, to było trudne, ale czym dłużej patrzyłam na jeden z nich, tym bardziej czułam, że to właśnie on powinien zasilić moją szafę. I nie jest to wcale róż. Ani złoto. Nie, zieleń to też nie jest!

To odcień wyjątkowo trudny do określania znanymi nam powszechnie nazwami kolorów. Ale Natasha nadała mu idealne imię. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. To jest Rooibos! Czyli kolejny akcent z RPA.


Dwa dni temu, po dość długiej walce z DHL i celnikami, kurier dostarczył mi cztery mięciutkie motki! Ta radość po odpakowaniu... na nowo odkrywam tę przyjemność :)

Zanim wybrałam kolor i bazę wstępnie zaplanowałam i naszkicowałam projekt. Będzie to oczywiście sweter.

Zdziwieni wyborem koloru? :) Ja już nie! Tak jak pisałam Wam kiedyś w poście o garderobie, odkrywam powoli nowe kolory, w których czuję się dobrze i chcę na stałe wprowadzić do mojego życia. Zanim otrzymałam motki, wiedziała że ten nietypowy przydymiony brunatny kolor, z nutą złota, rdzy i nie wiem czego jeszcze, będzie mi pasował i zostanie przyjęty z otwartymi rękoma. Skąd? A bo kupiłam sobie piękną sukienkę. W takim odcieniu właśnie. Początkowo byłam lekko zdziwiona kolorem na żywo (zamawiałam z internetu), miałam chwilowe opory przed założeniem, ale okazało się, że to jest to! Nie stanie na podium z różem, z nim nie wygra żaden kolor, ale zdecydowanie jest na równi ze złotem! 

Ej, ale czemu ja kupiłam sukienkę? Już Wam mówię! Tak długo zastanawiałam się nad pewnym lnem i wzorem na sukienkę, że jak już podjęłam decyzję, to sprzątnęli mi go sprzed nosa. A żaden inny kolor nie wchodził w grę. Postanowiłam poczekać na uzupełnienie magazynu. Ale wybieramy się za kilka dni na urlop i brakowało mi jeszcze tylko lekkiej, krótkiej i zwiewnej sukienki... przypadkiem zajrzałam do sklepiku MLE i obecna kolekcja bardzo przypadła mi do gustu (jest tam nawet sukienka niemalże identyczna jak ta, którą chciałam uszyć!). Zamówiłam dwie, jedną zwróciłam, a Santana (klik!) została ze mną. I tak moja szafa powiększyła się o kolejny kolor, z czego bardzo się cieszę. Świetnie się w nim czuję!

Właśnie zamykam oczka mojego nowego projektu, który pokazywałam Wam kilka postów temu, więc mogę z czystym sumieniem przewijać motki! Rooibos nie pojedzie ze mną na urlop, bo nie będę miała tam głowy do projektowania, ale łapię za nie od razu po powrocie! :)

Jak Wam się podoba ten odcień? 

Pozdrawiam ciepło,
Marzena

niedziela, 7 lipca 2019

Secret of Life!

Moi mili! Wzór na mój najnowszy projekt Secret of Life właśnie został opublikowany! Jeśli więc macie ochotę na coś ekstremalnie uroczego, wygodnego i przytulnego to zapraszam Was do mojego sklepiku na Ravelry - klik!
 

Wzór oczywiście dostępny jest w dwóch językach - polskim i angielskim. Większość instrukcji została przedstawiona za pomocą czytelnych schematów. Taka opcja zdecydowanie oszczędzi Wasze oczy i nerwy :). Każdy rozmiar posiada swój własny plik, dzięki czemu nie ma potrzeby drukowania mnóstwa niepotrzebnych stron, a ryzyko pomyłki podczas dziergania spada niemalże do zera. 

Mimo wielu warkoczy wzór jest naprawdę łatwy i intuicyjny w dzierganiu - obiecuję, że zanim połączycie przód i tył by dziergać korpus, nauczycie się konstrukcji i położenia każdego z warkoczy! 

Z całego serca polecam Wam wydzierganie go z lekkiej, delikatnie puszystej włóczki! Alpaka będzie do tego celu idealna. Mimo dużego metrażu oraz wielu plecionek sweter pozostaje lekki i zwiewny - układa się ładnie przy ciele i nie zajmuje dużo miejsca pod kurtką :)
Do końca jutrzejszego dnia możecie go kupić w promocyjnej cenie - nie ma potrzeby wpisywać żadnego kodu, wystarczy dodać wzór "do koszyka" a cena sama obniży się o 20%:)

Chciałabym podziękować moim cudownym testerkom, które włożyły w prace nad testem mnóstwo serca i zaangażowania! Stworzyły cudowne i perfekcyjne wersje swoich własnych sweterków i zasypały mnie cennymi radami! Dziękuję dziewczyny! 
Koniecznie odwiedźcie zakładkę "projects" i zobaczcie ich projekty:
Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena