niedziela, 16 września 2018

Ipoh i Cameron Higlands. Malezja.

Z czym, oprócz dżungli i pięknych plaż, kojarzą Wam się azjatyckie, okołorównikowe państwa? Dzisiejszy odcinek z naszej czerwcowej podróży będzie o czymś zupełnie innym niż dotychczas. Nie będzie wulkanów, krystalicznej wody pełnej ryb, złotych piasków czy dżungli. Ale będzie to coś zdecydowanie orientalnego, coś co oboje kochamy! Wycieczka tam była jednym z najważniejszych punktów naszej Azjatyckiej podróży. Nigdy nie mieliśmy okazji ujrzeć takiego widoku, a robił on ogromne wrażenie, mimo że nie podnosił adrenaliny :) 

Na wycieczkę do tytułowego Ipoh wybraliśmy się wraz z rodzicami, którzy jak wiecie, mieszkają w Malezji od dłuższego czasu. Mieliśmy kilka dni "wolnego" od zaplanowanych dłuższych wycieczek, był to więc idealny moment by wsiąść w samochód i zwiedzić skarby Półwyspu Malajskiego.

Popołudniem dotarliśmy do miasteczka Ipoh i po zameldowaniu się w hotelu ruszyliśmy na sławny Chicken Rice oraz na krótkie zwiedzanie. Ipoh różni się od innych azjatyckich miast jakie mieliśmy okazję widzieć. Jest po prostu urokliwe, co niestety rzadko się w Azji zdarza :). Nie ma tu starówek (Europa nas w tej kwestii bardzo rozpieściła, prawda?), miasta rzadko są przyjazne pieszym - najczęściej brakuje chodników, przejścia przez ulicę, nawet na pasach, czy zielonym świetle, to walka o życie, wiszące kable są normą, tak samo jak wszelkie stoiska, budy i bary na każdym wolnym kawałku przestrzeni, której nie zajęły liczne samochody. Azja taka właśnie jest.

Ale Ipoh było po prostu urocze! Miło było zapuścić się w jego uliczki z kolonialną architekturą, alejki oświetlone lampionami czy pięknymi muralami!


Mimo swojego uroku nie widzieliśmy tu zbyt dużo turystów.

Spacerowaliśmy do późnego wieczora, z przerwą na coś słodkiego w uroczej kawiarence.

Typowa azjatycka restauracja - otwarty lokal z prowizoryczną kuchnią, plastikowe duże stoły i krzesła, szybka obsługa i proste dania.

Tak naprawdę to nie Ipoh był naszym celem, choć nie można mu odmówić atrakcyjności! Na drugi dzień, z samego rana, wybraliśmy się do Cameron Highlands, które posiada coś wyjątkowego... ogromne, zielone pola herbaty! 

Trasa była dość uciążliwa... Chcieliśmy zobaczyć nowy punkt plantacji, z herbaciarnią i fabryką, którą można zwiedzić. Okazało się, że mnóstwo osób pomyślało dokładnie to samo i niestety dość długo staliśmy w korkach. W większości przypadków wynikało to z faktu, że Malajowie są naprawdę średnimi kierowcami. Boją się absolutnie każdego manewru! A już na górce, na wąskiej drodze to najbezpieczniej dla nich jest stać i się nie ruszać :)

Pogoda była idealna do zwiedzania takiego miejsca (a może ciągle taka tam jest?). Niskie chmury, mgiełka i wilgoć... wymarzony krajobraz dla kogoś takiego jak ja! I dla takich wielbicieli herbacianych naparów jakimi jesteśmy!
Co prawda pierwszy punkt trochę rozczarował - nie było klimatycznej herbaciarni, ani zapierających dech w piersi widoków, za to można było obejrzeć każdy etap powstawania herbaty. Od selekcjonowania, po suszenie i pakowanie. 

Na szczęście rodzice znali jeszcze kilka miejsc w okolicy i po herbacianych zakupach ruszyliśmy dalej - na drugi, starszy punkt plantacji oraz na wzgórze, z którego widok po prostu olśniewał! Gotowi? :)


 Przepięknie! Te chmury, te kolory, te urocze herbaciane "poduszeczki"!

Mogliśmy spacerować między krzewami, które z bliska przypominały trochę żywopłot. Kontrola jakości:


Ta mgiełka nad polami i siąpiący od czasu do czasu deszcz sprawiał, że czułam się jak w bajce! To że uwielbiam deszcz zapewne wiecie:) Oglądanie takich krajobrazów w pogodny, słoneczny dzień byłoby absolutnie mniej atrakcyjne!



Przepięknie! Było naprawdę przepięknie!
 Mieliśmy też okazję zobaczyć zbiory herbaty, a Pan zgodził się mi nawet zapozować :)

W samym Cameron Higlands nie kupiliśmy bardzo dużo herbaty, ale oczywiście coś ze sobą przywieźliśmy. Większość herbat tej plantacji to herbaty torebkowe, a my wolimy zdecydowanie te liściaste. Ale najsmaczniejszą czarną liściastą przywieźliśmy właśnie z tego miejsca! Aż żal bo niedawno nam się skończyła!

Będąc już przy tym temacie wspomnę na koniec tego liściastego posta, że w zasadzie głównymi naszymi pamiątkami z Azji były właśnie herbaty! W Kuala Lumpur, w China Town, prawdziwych chińskich herbaciarni (nie mają za dużo wspólnego z tym co widujemy w Polsce!) było mnóstwo! Wracaliśmy tam często, kupując co raz to inne czarne, zielone, oolong... Nie mogliśmy się powstrzymać. W każdym punkcie sprzedawca parzył w pięknych zestawach herbaty dla klientów, można było próbować, zasiąść za malutkim stolikiem i obserwować cały rytuał... Przywieźliśmy również piękny malowany zestaw do tradycyjnego parzenia chińskich herbat!

Pozdrawiam Was serdecznie!
Marzena

sobota, 15 września 2018

Lullaby Hat

Ram Pam Pam, nowa Chmurkowa włóczka, to nic innego jak grubaśny, miękki i uroczy motek stworzony po to by móc upleść sobie coś ciepłego na zimę! Upleść w błyskawicznym tempie, bo w zasadzie wystarczy jeden dzień by mieć nową czapkę... Mimo że bardzo lubię grubość fingering, to wielką frajdę sprawia mi od czasu do czasu wydzierganie czegoś w tak ekspresowym czasie, na grubiutkich drutach. Każdy rząd to niemalże kolejny centymetr robótki! Najlepszy projekt na napięty grafik :)

Gdzieś między jednym farbowaniem a drugim, sesją zdjęciową nowości, pakowaniem i ogólnym szykowaniem na Drutozlot, znalazłam dosłownie chwilkę by wydziergać uroczą i bardzo prostą czapę o nazwie Lullaby! Wybrałam klasyczne ściegi, pięknie grające z mięsistą włóczką typu singiel. Czapka jest bardzo prosta i wygodna, a co najważniejsze - nie ma szans w niej zmarznąć! Więc jeśli i Wy potrzebujecie czegoś ciepłego na chłodne wieczory to... mam dla Was niespodziankę. Wzór na Lullaby właśnie trafił do sklepiku i jest dostępny w języki polskim i angielskim za darmo! No to teraz wypada już ją pokazać, prawda? 

Lullaby Hat wydziergana z Ram Pam Pam w kolorze o tej samej nazwie:






Kolor to bardzo subtelny melanż wielu mocno rozbielonych, pastelowych kolorów - od pudrowego różu, przez brzoskwinię i żółty, po miętę i błękit. Przejścia kolorów nie są widoczne, całość delikatnie tylko mieni się kolorami.
 

Tak gruba włóczka (chunky) aż się prosi o prosty ścieg. Uwielbiam ściągacze dziergane z takich grubasków - zawsze są takie równiutkie! Wyjątkowo satysfakcjonujący widok.


Zużyłam dokładnie jeden motek Ram Pam Pam, używając drutów 6.5 mm oraz 8 mm. Stworzyłam nawet dla niej wrzosowy pompon, ale ostatecznie z niego zrezygnowałam, choć do takiego kroju i wzoru pompon nadaje się idealnie. 

Macie ochotę zrobić szybciutko jedną dla siebie? Jeśli tak, nie pozostało mi już nic innego jak zaprosić Was na Ravelry, na mój profil, do pobrania darmowej kopii wzoru - klik!

A już niedługo pochwalę się nową chustą! Do napisania!
Marzena

edit: Moi mili. Był tu kawałek o psiaczku, którego mieliśmy przez kilka dni.  Psiak ma się dobrze, ale niestety nie mógł z nami zostać, co jest dla nas niewyobrażalnie przykre i dołujące. Stąd już tego brak wpisu... Tak staram się sobie poradzić. Wybaczcie. Nie jest łatwo...

niedziela, 2 września 2018

Drutozlot 2018!

Przybywam do Was z relacją z wczorajszego cudownego dnia! Będzie zapewnie trochę bez składu i ładu, ale po takiej dawce emocji, nie idzie skupić myśli! A czekać nie będę! :)

Chmurka po raz kolejny miała przyjemność być jednym z Drutozlotowych wystawców, zapakowaliśmy więc w piątek cały samochód wełną, zostawiając miejsce dla siebie i Mateusza, i ruszyliśmy do Torunia! Zabrałam ze sobą efekt mojej dwumiesięcznej pracy oraz mnóstwo motków od Julie Asselin... niemożliwością było pomieścić wszystkiego na stoliczku, ale mieliśmy dość obfite zaplecze, które sukcesywnie pojawiało się przed Wami! Tak prezentowało się Chmurkowe stoisko zaraz przed wielkim otwarciem!
Po lewej możecie zauważyć Alpacino i Goat on the Boat. Do Chmurkowej stałe palety dołączą od jutra cztery nowe kolory Alpacino: Herbarium, Flower Pot, Sandstone i Phacelia. Kózka zaś zyskała aż sześć nowych odcieni: Seashell i Governess, które powstały z mojego uwielbienia do nieokreślonych, stonowanych barw, oraz z chęci stworzenia kolorów idealnie pasujących do znanych Wam już Petal i Flea Market:
A oprócz nich pojawiła się Patina, Foggy Night, Valadilene oraz Cogs. Zajrzyjcie w poniedziałek do Chmurki, będzie można się im przyjrzeć :)

Po prawej same cuda od Julie! W tym nowa baza, Leizu Fingering Simple, która godnie zastąpi Milisa - posiada jedwab, jest więc jeszcze milsza w dotyku :) Kolorów możecie nie rozpoznać, bo i tu są nowości!

Na dole możecie wypatrzyć moją nowość, włóczkę grubiutką i miękka jak baranek, a imię jej Ram Pam Pam! Jest idealna na zbliżającą się jesień i zimę! Aż się prosi o coś przytulnego! Niedługo pokażę Wam czapę, którą wydziergałam na dwa dni przed festiwalem.

Gdy o 9:00 otworzyły się drzwi... co ja Wam będę mówić! No szaleństwo, cudowne szaleństwo pełne uśmiechniętych twarzy, morze dziewiarek, z których radość i pasja po prostu się wylewała! Przez pierwsze kilka godzin udało mi się zamienić z każdym kto do mnie zajrzał tylko "kilka" słów, choć pragnęłabym przegadać godziny! Nie mam żadnego zdjęcia z początku - myślę, że mało kto o tym wtedy myślał! Upolowałam jednak kilka kadrów z toruńskiej gazety wyborczej. Tu i tak jest całkiem "luźno":
 
 
 
 

Kolejny raz poznałam wiele świetnych, niezwykle serdecznych osób! Mogłam zobaczyć oczywiście i tych, których znam lub obserwuję od lat :)
 Monika!
Kasia i Herbi!



Najlepszy pomocnik jakiego mogłabym mieć!
Z ogromnym podekscytowaniem wypatrywałam w tłumie Wasze wersje moich projektów... to niesamowite uczucie widzieć Wasze sweterki według mojego projektu na żywo! Aż chce się działać dalej! 
Każda z nich była wyjątkowo piękna... Zebrała się niezła grupa dziewczyn z Leą i Twill and Plain, nie mogłam więc postąpić inaczej i urządziłyśmy sobie mini sesję :) Lea w 9 wersjach kolorystycznych!

I jak tu ich nie lubić!?
 
 I Twill and Plain:

Popołudniu, gdy emocje ciuuuut opadły, znalazło się wiele chwil do rozmów:
 Piękny, prawda?

Ale jak widać nawet wtedy zdecydowanie wolałam chłonąć atmosferę i zaczepiać każdego, niż zajmować się aparatem! :) Wybaczcie! Liczę, że podrzucicie mi coś od siebie! Więcej zdjęć będziecie zapewne mogli niedługo zobaczyć na stronie Drutozlotu! 

Dziewczyny - dziękuję Wam ogromnie! Cieszę się, że mogłam Was zobaczyć, poznać, porozmawiać, że miałyście ochotę zajrzeć do mnie, choćby na chwilę, zagadać, pokazać swoje projekty, pośmiać się! To ogromnie miłe! Jeszcze mi się w głowie kręci :)

Do następnego razu!!!
Marzena

czwartek, 9 sierpnia 2018

Bali. Indonezja.

Zgodnie z planem opowiem Wam dziś o drugiej części naszej podróży do Indonezji. Pierwsza (klik!) była bardzo aktywna, potrzebowaliśmy więc na sam koniec naszego pobytu w Azji południowo-wschodniej, jeszcze kilku dni błogiego lenistwa w raju. 

Planując tę miesięczną podróż wiedzieliśmy, że chcemy spróbować różnych rzeczy - trekkingu, dzikich plaż, zasmakować miejskiego, azjatyckiego życia czy obejrzeć starożytne ruiny. Jednym z marzeń było spędzenie kilku dni na prywatnej plaży, w urokliwym hoteliku, z dala od świata, zaserwowanie sobie odrobiny luksusu... Gdzieś gdzie będzie można odpocząć, poczuć się trochę rozpieszczonym. Czyli coś idealnego na zakończenie wakacji.

Długo szukałam tego miejsca! Wiecie, niełatwo mnie zadowolić :) Wykluczyłam więc wszystkie popularne kurorty, wielkie resorty i zostało niewiele, biorąc pod uwagę fakt, że ograniczaliśmy się ostatecznie do wybrzeża wyspy Bali. Poza tym czytałam i oglądałam blogi ludzi, którzy tę część Indonezji zwiedzili i większość z nich nie wyrażała się pozytywnie o jakości plaż czy wody. Mieli różne powody: plaże są tam w dużej mierze wulkaniczne (czarny piasek), odpływy odsłaniają roślinność, wszędzie tłok i śmieci, bezdomne psiaki, ogólnie - bez szału! Oczywiście są wyjątki... i udało nam się jeden odnaleźć! 

Żeby się dostać do naszego raju, musieliśmy, tak jak pisałam w poprzednim poście (klik!), dostać się na prom z Jawy do Bali. Z unoszącą się za nami wonią siarki z wulkanu Ijen, w długich spodniach i trekach, udaliśmy się do portu w Banyuwangi. Pamiętam jak załadunek na prom wyglądał w Chorwacji... 5 kolumn samochodów, przy każdej kolumnie stał człowiek pilnujący porządku, po kolei każda kolumna była "ładowana" na prom, gdzie obsługa wskazywała miejsce. Dopóki jedno auto nie zaparkowało, drugie nie miało prawa wjechać na statek. A na Jawie? Istny chaos! Kolumny owszem, były, obsługa była, nawet bardzo liczna, ale organizacji nie było tam wcale :) Od gorąca i zmęczenia rozbolała mnie głowa, a do tego doszedł stres czy zdążymy na statek do hotelu i czy nie zgniotą nas ciężarówki, pomiędzy którymi musieliśmy lawirować by dostać się na górny pokład  - prom ruszył, ktoś o nas zapomniał. Na górnym pokładzie, w sali klimatyzowanej, puszczano karaoke na cały regulator, więc nam pozostało pozostać na zewnątrz, szukać cienia i zastanawiać się jakim cudem te promy w ogóle jeszcze utrzymują się na wodzie.
Po niedługiej przeprawie, zapłaceniu przez naszego przewodnika kilku łapówek strażnikom, wydostaliśmy się z portu na Bali i ruszyliśmy do niewielkiej przystani w Labuan Lalang. Pożegnaliśmy się serdecznie z jawajską ekipą i wsiedliśmy na małą, drewnianą łódeczkę.

Dlaczego musieliśmy korzystać z łódki, będąc przecież już na wyspie? Ponieważ nasz hotel znajdował się na w Parku Narodowym Bali Barat, w zachodnio-północnej części Bali, do którego nie prowadzą żadne drogi. Jest to jedyny resort w Parku, niewielki, wtapiający się w krajobraz, żyjący w zgodzie z nim i zamieszkującymi busz zwierzętami.

Podczas przeprawy już byliśmy oszołomieni pięknem i dzikością tego miejsca... Złote, wąskie plaże, za nimi suchy busz, z karłowatą roślinnością, a wszędzie dookoła turkusowa tafla wody. I my w tych długich spodniach gotujący się od środka, myślący tylko o wyskoczeniu za burtę! Naszego hotelu nie widzieliśmy dość długo, tak sprytnie został ukryty wśród drzew.
Gdy dotarliśmy na miejsce, na pomoście przywitała nas mini procesja, co wywołało u nas małą głupawkę. Stało tam z pięć osób, którzy z uśmiechami na twarzy serdecznie nas witali, machali i robili co mogli byśmy my nie musieli robić nic :)
(kliknij każde zdjęcie, żeby powiększyć:))

Po obu stronach pomostu ciągnęła się długa, wąska plaża. Cała pusta, nie licząc zwierząt i kilku leżaków przy hotelu.

Hotel składał się z kilku domków mieszkalnych, restauracji na plaży, małego budynku spa, biblioteki i mini centrum rekreacyjnego, gdzie można było wypożyczać sprzęty. Wszystko utrzymane w pasującym do otoczenia klimacie czy kolorach. 

Roślinność i zwierzęta były wokół nas i to one miały tu pierwszeństwo, o czym na samym początku nas poinformowano. Sarny czy małpy były u siebie, to my byliśmy gośćmi. Czarne małpki przychodziły do nas dwa razy dziennie, pić wodę z fontanny, sarny czuły się tu chyba jak w domu, bo ciągle wylegiwały się na plaży. Był to piękny przykład połączenia turystyki z troską o przyrodę.
 
 

Nasz domek znajdował się w "ogrodzie", kilkanaście metrów od plaży. Przez oszklone ściany mogliśmy obserwować spacerujące wśród drzew zwierzęta. Bliżej przyrody można być już tylko pod gołym niebem!


Wnętrza były klimatycznie urządzone, bez przepychu, ale ze smakiem. Drewno i ciepłe, przydymione barwy...

Plan na Bali był prosty - lenistwo połączone z pływaniem i snorkelingiem! I tak też było. Pierwsze co zrobiliśmy po zameldowaniu to wskoczenie w stroje kąpielowe i szybki bieg na pomost, z którego można było bezpiecznie (przy brzegu znajdowały się martwe koralowce) wskoczyć do wody. Na Tiomanie w Malezji oglądaliśmy już ryby i koralowce, ale pierwsze włożenie głowy z maską do tej wody niezwykle nas zaskoczyło! Woda pełna była kolorów, kształtów, ruchu! Takich podwodnych cudów jeszcze moje oczy nie widziały. Niebieskie rozgwiazdy, tęczowe ryby każdego rozmiaru i kształtu. Mnóstwo życia, biały piasek i czysta woda - idealne warunki dla fanów snorkelingowania. Na długo znikaliśmy pod powierzchnią! Biorąc pod uwagę temperaturę wody, można spędzić w morzu naprawdę długi czas. Co też sumiennie czyniliśmy.

Tak, mieliśmy ze sobą pączki. Mateusz czekoladowy, ja z polewą truskawkową :)


Wśród piasku co chwila znaleźć można było piękne muszle czy martwe koralowce. A że uwielbiam detale, nie mogłam przejść obok nich obojętnie:
 

Cudownie było jeść w takim miejscu! A jedzenie było absolutnie wyborne! Chodziłam tam ciągle z pełnym brzuchem! :) Mniam! Mój ulubiony deser z podróży to pudding z czarnego ryżu i kokosowe naleśniki z karmelizowanym bananem.... nawet przywiozłam sobie kilogram ryżu by móc pichcić sobie takie cuda w swojej kuchni!

Gości hotelowych było niewielu. Rzadko się kogoś słyszało czy widziało, nie licząc obsługi, która była bardzo rozmowna. Mieliśmy niemały problem, bo naprawdę nie byliśmy w stanie ich rozróżnić! Czasem stawaliśmy lekko osłupieni słysząc to samo pytanie od, jak nam się zdawało, tego samego pana :).

Skorzystaliśmy z jednej z aktywności jaką oferowano na miejscu - wybraliśmy się na wycieczkę snorkelingową, do położonej niedaleko wysepki Menjangan. Rejon ten jest znany z pięknie zachowanych form i urozmaiconego życia podwodnego. Jako że jesteśmy wielkimi fanami pływania mieliśmy ze sobą swój prywatny sprzęt (płetwy i maski z fajką), okazało się jednak, jak zauważył nasz morski przewodnik, że maska Mateusza jest jakby... nadgryziona?:) Niespecjalnie się tym przejęliśmy, bo nadal spełniała swoje zadanie, a to co działo się potem, wyjątkowo skutecznie odciągnęło naszą uwagę od tak prozaicznej sprawy.

Nasza wycieczka miała dwa postoje, podczas których niespiesznie mogliśmy cieszyć się podwodnym życiem. Wskoczyliśmy do wody, przewodnik razem z nami, ciągnąc za sobą... koło ratunkowe :) Biedny, pływał z nim ponad godzinę, choć od początku zauważył, że nurkowanie na kilka metrów w dół, długie, godzinne pływanie, czy lekka fala, nie robi na nas wrażenia. Po powrocie na łódkę opowiedział nam, że w Indonezji, umiejętność pływania wcale nie jest taka oczywista! Większość ogląda ryby leżąc na wodzie w kapokach. Trochę więc go "przegoniliśmy". Ale - o matko! Tam było tego wszystkiego jeszcze więcej - jeszcze więcej kolorów, zwierząt, koralowców. Mieliśmy ogromne szczęście bo udało nam się zobaczyć... dorosłego żółwia! Przez chwile płynęliśmy w ślad za nim, starając się go nie spłoszyć. Ponadto nasz towarzysz wypatrzył kilka metrów poniżej powierzchni, schowanego w koralowcach, homara. Były też ryby nadymki, moje ulubione papugoryby (Parrot Fish), czy morskie ogórki. Przepraszam, że tak wymieniam i wymieniam... ale kocham wodę, kocham zwierzęta, pływanie i dla mnie to absolutnie wyjątkowe przeżycie, móc zobaczyć to wszystko własnymi oczami, w naturalnym środowisku!

"Po drodze" zbieraliśmy śmieci pływające w morzu. Teraz już rozumiem czemu żółwie morskie mylą plastikowe torby w meduzami, które są ich głównym pokarmem. Sami kilka razy daliśmy się nabrać. Przewodnik skrupulatnie zbierał i zabierał od nas śmieci i pakował do większej siatki. Miło było na to patrzeć. Plaża i okolice były czyste, widać, że to co wyrzuci morze, zostaje sprzątnięte, ale w morzach i oceanach pływa ich tak wiele, stwarzając zagrożenie dla morskich zwierząt. Być może ta nasza pomoc to jakiś wyjątkowo mały wkład, ale przynajmniej w morzu południowochińskim jest teraz kilkadziesiąt opakowań po batonach mniej...

Drugim punktem do nurkowania była tzn. ściana koralowców, która osiągnęła 60 metrów wysokości! Nagle "urywało" się dno i było widać tylko bąble, które wypuszczali daleko w dole nurkujący z akwalungiem. Tam udało nam się zobaczyć błazenki! Następnego dnia, znalazłam je również w wodzie przy hotelu - dorosłą, która ewidentnie broniła swojego terytorium zadziornie patrząc mi prosto w oczy i malutką ukrytą w ich ulubionych ukwiałach.


Pozostały czas spędzaliśmy na leżeniu, czytaniu, pływaniu, jedzeniu, pływaniu i jedzeniu... A ja dodatkowo wybrałam się na chwilkę do spa (w zasadzie pierwszy raz w życiu), na masaż i zabieg twarzy. Jakby odprężenia nie było już zbyt wiele! Mateuszowi za to udało się jeszcze przeszorować brzuchem po martwych, skamieniałych koralowcach, gdy (uwaga!) ratował pączka przed ucieczką na środek morza.

Ostatniego dnia zajrzeliśmy na chwilkę "za róg", do buszu, by podziwiać kolejną, odmienną florę, zupełnie inną od tej widzianej przez nas na Borneo (i chyba o tym będzie kolejny post!). Do parku można iść tylko z przewodnikiem, ale odpuściliśmy już trekking w tym miejscu.

No i teraz najlepsze! Pamiętacie obgryzioną maskę do pływania? Ostatniej nocy dźwięki, które towarzyszyły nam od samego początku, stały się na tyle głośne, że zapaliła się nam w głowie lampka kontrolna. Wcześniej szeleściła reklamówka (to na pewno wieje z klimy), albo chrobotało coś za łóżkiem (och, to małpki pewnie chodzą pod domem!). A tu guzik! Pierwszego dnia, wietrząc zapach siarki z pokoju, wpuściliśmy do domku myszy! A tak nas ostrzegano by zamykać drzwi, bo przecież wśród nas jest mnóstwo zwierząt. Spotkaliśmy nawet pytona przy restauracji.
Byliśmy pewni, że mamy sytuację pod kontrolą, bo przecież leżeliśmy na tarasie. Ale dla małej myszki, czy dwóch to żaden problem. Mieszkaliśmy więc z nimi przez 3 dni, nie podejrzewając nic a nic.
Ale gdy odsunęliśmy szafkę i wybiegły zza niej dwie malutkie myszki, nie mogliśmy już udawać, że nic się nie dzieje :) Niczym postać z filmu, wskoczyłam na łóżko i udzielałam rad mężowi jak ma sobie z nimi radzić. Jedna wybiegła prosto przez drzwi! Super! Ale ta druga nie miała na to najmniejszej ochoty. Po długich próbach udałam się po pomoc, jak miałam nadzieję, bardziej doświadczonych osób. Przybyli z odsieczą, wyposażeni w miotłę i ręcznik. Każda próba schwytania myszy kończyła się panicznym indonezyjskim słowotokiem, podskokami i wybuchami śmiechu. Cała scena była cudownie komiczna, czterech dorosłych ludzi, jedna myszka, i tyle strachu! Nieźle się zmachali, ale wybawili nas od nocy z gryzoniem :)

Ostateczny bilans strat był następujący: suszone banany poszły do kosza, torba od aparatu ma urocze dziurki w kieszonce, okulary do pływania i maski do nurkowania mają ozdobne krawędzie oraz pilot do klimy nie ma już guzików:) Plastik zdecydowanie im smakował.

Ech. Smutno było wyjeżdżać... raz, że opuszczaliśmy tak piękne i ciche miejsce, a dwa, że za chwilę mieliśmy już wylatywać do Polski!

W drodze powrotnej fale postawiły wdzierać się do łódki, więc kilkugodzinną jazdę samochodem na lotnisko spędziłam w mokrych spodenkach. Ale Bali rekompensowało wszystko! Widoki po drodze był wyjątkowo piękne. Od tarasów ryżowych, po urocze, kolorowe wioski i miasteczka. Bali, takie z okna samochodu, ogromnie nas urzekło i wychodzi na to, że kiedyś będzie trzeba wrócić i obejrzeć je szczegółowo...

Do następnego!
Marzena