niedziela, 20 października 2019

Fellow Traveller

Jesień zadomowiła się na dobre, czasem serwując nam deszcz i zimny wiatr, a czasem mieniąc się w ciepłym słońcu złotem i czerwienią. Obie te opcje mają wiele uroku! Gdy za oknem szaruga uwielbiam zająć się swoimi sprawami - wziąć do ręki książkę albo druty, zasiąść na kanapie i wypić ulubioną herbatę albo kakao. Gdy tylko wyjdzie słońce z przyjemnością idziemy odkrywać feerie barw, zbierać kasztany i szeleścić liśćmi na leśnej ścieżce :) Jednym z głównych elementów, które zawsze towarzyszą mi jesienią czy zimą jest sweter. Ciepły, miękki i wygodny! Bez niego ani rusz! Czasem chowam go pod kurtką gdy jest już wyjątkowo zimno lub mokro, a niekiedy pogoda pozwala pokazać go światu i zdobywać okoliczne łąki otulonym tylko w ukochaną wełnę. 

Mam kilka swetrów, które są moimi typowo jesiennymi ubraniami. Czekają przez całe lato cierpliwie w szafie, kusząc teksturą, plecionką, puszystością... I mimo że ostatnio mi się pozmieniało i moje uwielbienie to jesieni zaczęło powoli znikać na rzecz uwielbienia do lata i późnej wiosny, to jest coś niezwykle przyjemnego w myśli, że w końcu (och nie, jest zimno, co za szkoda!:)) mogę te ukochane swetry na siebie założyć.

Fellow Traveller powstał właśnie po to, by dawać mi tę przyjemność :) Razem z Melanią i Secret of Life będzie mi poprawiał nastrój przez najbliższe miesiące. Pojedzie ze mną w góry, zabiorę go na jarmark bożonarodzeniowy, na spacer, zakupy, założę do dresików w domu i na wyjście do kawiarni ze znajomymi. To jest właśnie jeden z tych mega uniwersalnych jesiennych projektów. Chcesz się schować? Robi się! Chcesz się ogrzać? Nie ma sprawy! Chcesz wyglądać uroczo? Żaden problem. Potrzebujesz wygody? I tak dalej :)
 

Jeśli więc i Wy macie ochotę wsadzić taki sweter do swojej szafy i wyjmować przy każdej możliwej okazji, to donoszę, że wzór właśnie ujrzał światło dzienne! Możecie go znaleźć w moim sklepiku na Ravelry w dwóch wersjach językowych - w języku polskim i angielskim. Klik!
Obiecuję konkretną dawkę mięsistych oczek, prostego ściegu, który idealnie nadaje się do przerabiania podczas wieczornego filmu, mnóstwo ciepła i uroku. 
 

Jeśli macie ochotę poczytać o nim więcej to zapraszam was do pierwszego posta - klik!

Wzór nie powstałby oczywiście gdyby nie cudowna praca testerek! Dziękuję Wam dziewczyny ogromnie za każdą cenną radę i piękne wersje swetrów :)
Na koniec zostawiam Wam kilka kadrów naszej pięknej polskiej jesieni. Wystarczyło wyjść przed dom, skierować się w stronę pola kukurydzy i za momencik takie widoki stanęły nam przed oczami:
 
 

 Żaden, nawet najbardziej wymyślny ogród, nie przebije tego co potrafi matka natura. Mam nadzieję, że kiedyś będzie nam dane posiadać taki dziki ogródek przed własnym domem.
 

Pozdrawiam Was serdecznie!
Marzena

czwartek, 17 października 2019

Fringe Dress

Na sam koniec sierpnia uszyłam ostatnią (tak wtedy sądziłam:)) letnią sukienkę w tym roku. Co prawda nie miałam przez to zbyt wielu okazji by ją założyć, chociaż naprawdę przydała się kilka razy podczas ostatnich letnich upałów. Jej krój i materiał wyjątkowo sprzyja wysokim temperaturom!

Mając już trzy sukienki w różowym odcieniu, postanowiłam dać szanse innym ulubionym letnim kolorom i tym razem poszłam w bardzo jasny beż. 
Mam chyba tylko pięć czy sześć kolorów, które faktycznie chcę nosić i nie widzę powodu by to zmieniać (o moich wyborach w tej kwestii możecie poczytać w poście o garderobie: klik!). Są to wszystkie jasne odcienie różu - od chłodnych, lekko wrzosowych, po ciepłe brzoskwiniowe barwy. Neutralne biele, kremy i beże. Zieleń, która jest jeszcze nie do końca określona, ponieważ naprawdę ciężko mnie zadowolić w tej kwestii :). Chłodne, złociste odcienie, a ostatnio do tej grupy dołączył kolor nietypowy, który ciężko mi nazwać - jest to coś między przydymionym kasztanowym i ceglanym. Kupiłam sukienkę w takim kolorze (klik!) i ku mojemu zdziwieniu bardzo dobrze się czuję w tym odcieniu! W tym samym klimacie są również motki od Baah Yarns, które otrzymałam w lipcu: klik!
I jak już jestem przy tym temacie to wspomnę, że włóczka ta zamieniła się już w sweter... niedługo Wam go pokażę

Ale wróćmy do sukienki. Fringe Dress to kolejny punkt na mojej liście wzorów, które planowałam uszyć w tym sezonie. Ma wyjątkowo wdzięczny, dziewczęcy krój oraz jeden z moich ulubionych dekoltów! Odrobinę mogliście zobaczyć w poprzednim poście, gdzie całkiem nieźle komponowała się z nową czapą: klik!
Ten lekko oversizowy krój jest cudowny na upały - sukienka nie klei się do ciała, pozwala skórze oddychać, nie krępuje ruchów. Jest niezwykle wygodna!

Ja wybrałam opcję z wiązaniem w pasie, by podkreślić talię. Paseczki można przyszyć albo w miejscu pionowych zakładek z przodu, albo z boku sukienki. Pierwsza opcja mnie nie przekonuje, a dodatkowo wszycie ich z boku daje możliwość wiązania na dwa sposoby - z tyłu oraz z przodu.
 

Naprawdę bardzo lubię ten kształt dekoltu! Moim zdaniem jest przeuroczy :) By usztywnić panel z guzikami, należy użyć flizeliny. Jako że szyłam z naprawdę lekkiego lnu (gramatura 130, kupiłam go w jednym z ulubionych sklepów - w duńskim MeterMeter) panele nadal są dość miękkie. Myślę jednak, że gdybym użyła grubszej i sztywniejszej flizeliny to różnica miękkości miedzy panelami a resztą sukienki byłaby zbyt duża. 

Jeszcze kilka słów o tym lnie - jest naprawdę miękki i cieniutki. Przy niemarszczonej sukience może delikatnie prześwitywać, wiec lepiej dodać podszewkę. Jak każdy len robi wszystko by pomóc nam w upalny dzień :) I bardzo lubię ten neutralny, subtelny kolor!


 Skróciłam rękawy i zrezygnowałam z patek, które je marszczyły.

Zmieniłam również kształt dołu - w oryginale przód i tył jest przedłużony i ma kształt "fali". U mnie wszystko jest na prosto. 
W tym momencie wypada powiedzieć, że naprawdę nie lubię przyszywania zmarszczonych elementów! Nitki, których używamy do marszczenia plączą się szaleńczo, wszystko jest takie nieestetyczne w trakcie, ciągle sprawdzam czy aby na pewno równomiernie rozłożyłam materiał... Na końcu się okazuje, że jest super i nie ma powodów do narzekań, ale jednak. To mój najmniej ulubiony moment w szyciu :)

No i są kieszenie! Sukienka musi mieć kieszenie!

I trochę detali:
 

Kupiłam dwa zestawy guzików i dość długo myślałam, których użyć:

Mimo że te perłowe są naprawdę piękne i kolorystycznie pasują idealnie, to wybrałam kokosa. Sukienka i materiał mają raczej rustykalny charakter, wiec błyszczące guziki trochę "psuły" ten efekt. Surowość tych drugich bardziej do mnie przemawiała. Co sądzicie?

Wybrałam rozmiar numer 4, miałam 2.2 metra tkaniny i użyłam nici Gutermann numer 198.

I myślałam, ze to będzie mój ostatni letni projekt w tym roku, i że przyjdzie teraz czas na coś cieplejszego... i tak się zaczęło, bo uszyłam niedawno coś jesiennego (niedługo Wam pokażę!!! Nie mogę się doczekać, bo to mój najbardziej "szalony" projekt!), ale potem zmieniłam zdanie :) Z dwóch powodów - raz, że nie miałam pomysłu na jesienne ubrania, nic jakoś szczególnie mnie nie kusiło, a dwa, że plany na przyszłe wakacje nabrały kształtu i wiem, że do końca kwietnia muszę naszyć trochę letnich ubrań. Sobie i Mateuszowi! Nie trzeba było mnie nawet namawiać. Uwielbiam szyć sukienki i lekką odzież. Więc jesień i zima będzie pełna lnu, bawełny i wiskozy! I bardzo mi dobrze z tą myślą.

W odróżnieniu od drutów, bo te nadal okupowane są przez ciepłe wełny. Myślę, że te dwie pasje dobrze się uzupełniają - szyję na lato i wiosnę, dziergam na jesień i zimę. I mogę obie rzeczy robić cały rok :)

Coś czuję, że następny post będzie wełniany!
Pozdrawiam,
Marzena

sobota, 12 października 2019

Trivia Hat

Ogromnie się cieszę, że mogę Wam w końcu pokazać mój ostatni dziewiarski projekt. Tym razem dziergałam go w tajemnicy, podobnie było z testami, ale wzór został właśnie opublikowany w moim sklepiku na Ravelry, więc mogę w końcu zdradzić co też zeszło z moich drutów we wrześniu :)

Na chwilkę oderwałam się od dziergania sweterka z Baah Yarns i narzuciłam oczka na wyjątkowo puchatą i ciepłą czapkę. Skusiłam się na takie odstępstwo od reguły z dwóch powodów. Po pierwsze jechałam na Drutozlot i potrzebowałam czegoś niewielkiego do dziergania w pociągu. Po drugie... olśniło mnie i przed oczami pojawiła się czapka, która bardzo chciała zostać wzorem. I jak się tu kłócić z takimi myślami? 

W moim koszyku, w którym trzymam moje mikro zapasy wełny, znajdowały się dwa motki Ladysheep (merynos i jedwab w singlu) w bardzo podobnym odcieniu. Tak naprawdę to jeden z nich był oficjalnym kolorem Lamb, a drugi jego prototypem. Oba były jasne, pastelowe, ale ten pierwowzór miał w sobie więcej pudrowego różu. Złapałam za dwie nitki jednocześnie i żeby nadać dzianinie odpowiedniej puszystości, przytulności i "sztywności", dorzuciłam jeszcze jedną, cieniutką moherową nitkę w naturalnym kolorze (Sanjo Silk Mohair, 40% jedwabiu, 60% delikatnego moheru). Baza ta ma taki sam skład jak moja ukochana Anatolia od Julie Asselin! Próbka wyszła obłędnie mięciutka i odpowiednio mięsista by nadać się na wiatro i mrozoodporną czapę! A do tego ścieg, którym planowałam ją wykonać, prezentuje się w tym połączeniu naprawdę wdzięcznie. 

Wiecie, że nigdy wcześniej nie udało mi się nabrać za pierwszym razem odpowiedniej liczby oczek na czapkę? Oczywiście mówię tu o własnym projekcie - te ze wzorów czasami udawały się od razu. Ale gdy improwizowałam to zawsze nabierałam ich za dużo. A potem, chcąc to poprawić, nabierałam za mało oczek. Opinająca czoło czapa to mój koszmar. Tak samo z opadającym ściągaczem na oczy. Czapka ma być idealna i już! 
Tym razem jednak podeszłam do tematu ciut inaczej. Bardziej świadomie rozplanowałam liczbę oczek i wymiary, i dzięki temu nie musiałam stosować metody prób i błędów (która wcale nie jest złą metodą, ale zdecydowanie dłuższą:)) i czapka powstała w mgnieniu oka! 
Z czapą jest tak, że dopiero gdy przerobi się przynajmniej dziesięć centymetrów to wiadomo czy będzie dobrze pasować. Na początku wydaje się zbyt szeroko, bo żyłka trochę naciąga nam te oczka, więc nie można się tym sugerować. 

I TA czapa, po osiągnięciu tego kluczowego momentu pasowała idealnie, więc mogłam w spokoju płynąć z oczkami dalej, a akurat wtedy zaczyna się dziać najciekawsze! 

Trivia Hat, bo tak nazywa się mój nowy projekt, zaczyna się ekstremalnie przytulnym rąbkiem...


Podwójna warstwa dzianiny sprawia, że krawędź czapki jest przyjemnie zaokrąglona, a uszy szczelnie zakryte. Czapka dobrze trzyma się na głowie, nic a nic nie opinając :) Widzicie te włosek naokoło? Puchate szaleństwo!

Już nie przedłużam! Trivia Hat, w całości i na mojej osobistej głowie, prezentuje się tak!

Postawiłam na przytulność, ciepło i minimalizm. Oczywiście nie mogłam nie dodać czegoś uroczego, w postaci... no właśnie :) Ten ścieg kojarzy się Wam z różnymi rzeczami. Mi, w tym kolorze i na tej próbce, przypominały takie o muszelki ślimaczków: klik! i do poczytania klik! Stąd oczywiście nazwa czapki - Trivia! Co po angielsku oznacza również drobiazgi/błahostki/ciekawostki. 

Trivia Hat jest dłuższa, ale nie opada bezwładnie z tyłu, tylko delikatnie sterczy na czubku głowy. Lubię ten nowoczesny i uniwersalny kształt czapek - myślę, że pasuje każdemu. I jest też sporo miejsca by schować większą fryzurę!
 

By czapka układała się w ten sposób, potrzebna jest odpowiednia ścisłość i mięsistość oczek. Tu zapewnia mi ją moherowa nitka. Próbka do tego wzoru to 17 oczek na 26 rzędów, na drutach 5 mm. 
Każda włóczka z choćby malutkim włoskiem sprawdzi się tu idealnie. Można użyć dwóch nitek o grubości fingering (plus moher) lub jedną nitkę włóczki DK (plus moher). Ta pierwsza wersja pozwala dodatkowo osiągnąć ten mikro melanżowy efekt, jeśli weźmiemy delikatnie różniące się kolory. Nie chodzi tu o paski czy plamy, ale o nieregularność koloru w jednym oczku. 

By wzór muszelek był dobrze widoczny najlepiej użyć jednolitych włóczek, w bardzo podobnym odcieniu, ale to nie są oczywiście ścisłe reguły! Moje testerki osiągnęły genialne efekty na przeróżne sposoby, nadając swoim wersją niepowtarzalny charakter! Kluczowe jest jednak odpowiednio luźne przerabianie muszelek (wszystko dokładnie i szczegółowo opisałam we wzorze). Wzór jest prosty, ale wymaga od nas dbałości o szczegóły. Czyli dzień jak co dzień, w życiu dziewiarki :)
 

Od dziś można nabyć wzór na tę czapkę w moim sklepiku na Ravelry, w dwóch wersjach językowych, rozpisaną na trzy rozmiary: po angielsku i po polsku - klik! Znajdziecie tam też oczywiście wszystkie potrzebne informacje. Koniecznie zajrzyjcie do zakładki "projects". Znajdziecie tam wersje moich cudownych testerek! Możecie podejrzeć jakie włóczki i kolory wybrały, co zapewne będzie bardzo pomocne w wyborze idealnego materiału na tę czapkę. Zużycie wełny jest niewielkie, więc jest to naprawdę dobry projekt na wykorzystanie domowych zapasów.

Obecnie pracuję też nad rękawiczkami do kompletu! Jeśli więc macie ochotę na zestaw, to, mam nadzieję, niebawem ruszę z testem! :)

Wzór znajdziecie pod tym linkiem: klik!

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

środa, 9 października 2019

Algarve. Portugalia

Po wizycie w Sintrze (klik!) skierowaliśmy się prosto na południe, gdzie mieliśmy spędzić tydzień. To tam właśnie czekała na nas główna atrakcja tego urlopu! Zapisaliśmy się trzydniowy kurs surfowania!
To właśnie surfing sprawił, że obraliśmy Portugalię za nasz cel! Myśleliśmy o nim od dłuższego czasu, bo i mnie i Mateusza ciągnie bardzo do sportów wodnych, i chyba ogólnie do sportów, gdzie jest sporo zabawy. Z tego samego powodu wybraliśmy się na rafting podczas naszej podróży poślubnej. Mi się też jakiś czas temu mocno poprzestawiało w głowie - kilka lat temu byłam raczej spokojna, wolałam bezpieczną formę spędzania czasu, aktywną owszem, ale niezbyt szaloną, a teraz... teraz chcę próbować, doświadczać i po prostu korzystać z tego co oferuje życie! Robić szalone rzeczy, uczyć nowego, sprawdzać się w różnych dziedzinach. Sama myśl, że jeszcze tyle rzeczy jest przez nas nieodkrytych, że mnóstwo szaleństw przed nami, jest niezwykle ekscytująca!

Dotarliśmy późnym wieczorem do naszego hoteliku, który leżał na obrzeżach miejscowości Luz i odkryliśmy, że na zewnątrz jest zimno :) Wiał silny wiatr z oceanu. Właściciel poinformował nas, że taka pogoda utrzyma się kilka dni. Ach, wakacje w ciepłych krajach! 

Luz, w którym mieszkaliśmy to niewielka miejscowość w zachodnim Algarve. Znajduje się niedaleko Przylądka Świętego Wincentego (najdalej wysunięty na południowy zachód punkt kraju) dzięki temu mieliśmy blisko na południowe jak i na zachodnie wybrzeże. To drugie jest popularne wśród surferów, południe zaś to miejsce leniwego smażenia się na plaży.

Pierwszy dzień spędziliśmy w ten leniwy sposób. Spakowaliśmy rzeczy i ruszyliśmy w poszukiwaniu klimatycznej plaży i złotych klifów. Trudno nie trafić na piękną plażę w tym regionie. Aczkolwiek wiatr trochę przeszkadzał w smażeniu, zaś woda w oceanie była niczym jak ta, w naszym ukochanym Bałtyku - przeszywająco zimna! Czysta, krystaliczna, turkusowa... aż prosiła się o kąpiel, ale nie potrafiłam się przełamać. Miała chyba niecałe 18 stopni. Mateusza to nie zniechęca:

Wieczorem wybraliśmy się jeszcze do Sagres, pochodzić po klifach przy zachodzie słońca i zobaczyć Fortaleza de Sagres, które, gdy już obeszliśmy wszystko na około, zdążyło się zamknąć :)

Jak widzicie, chodzimy ubrani w sweter i bluzę. I tak mniej więcej było każdego dnia - ale głównie rano i wieczorem. Przyznam, że nie spodziewaliśmy się takich numerów i zabraliśmy ze sobą tylko po jednej sztuce ubrania z długim rękawem! Tak więc tydzień, dzień w dzień, moja biedna Majula była wystawiona na oceaniczny wiatr, piasek, krem do opalania i słoną wodę :)

W drodze powrotnej podziwialiśmy z klifów piękną plażę i surferów. W tym momencie poczułam się lekko niepewnie. Może nie widać tego na zdjęciu, ale fale były całkiem spore. Jak powiększycie zdjęcie to może uda Wam się wypatrzeć ludzi z deskami :)
 
Plaża i leniuchowanie tego dnia była super, ale to nic w porównaniu z dniem następnym. Nic nie poradzę na to, że to właśnie surfing zdominował (pozytywnie) nasze wakacje, przez co traktujemy resztę atrakcji po macoszemu! Słońce, piasek, klify... wszystko piękne, ale w porównaniu z mgłą z oceanu, wiatrem, falami i deską pod pachą są po prostu zwyczajne! Przechodzę więc czym prędzej do dnia następnego. 
Zapisaliśmy się do szkoły pływania w Sagres, oddalonego od Luz jakieś 20 km. Okazało się, że śniadania w hotelu podawane są od godziny dziewiątej, zaś w szkole stawić się mieliśmy o 8:40 :) Zakupiliśmy w sklepiku suche bułki, hummus, jogurty i soki pomarańczowe, i ruszyliśmy wcześnie rano, nie mając pojęcia czego się spodziewać! Czym bliżej byliśmy zachodniego wybrzeża, tym pogoda była mniej atrakcyjna - ocean dostarcza tam wielkie ilości wilgotnej mgiełki! Było naprawdę rześko! Początkowo mnie to martwiło, ale okazało się, że nie ma to żadnego znaczenia. A nawet odrobina chłodu była pożądana, bo w trakcie pływania potrafiło być naprawdę ciepło.

Nie sposób nie rozpoznać surfera gdy ten staje nam na drodze. Nasi trenerzy (w różnym wieku) wyglądali jak każdy surfer z filmów! Od wyglądu po zachowanie, wszystko było tam bardzo surferskie ;) Wiecie co mam na myśli? Rozwiane, splątane długie włosy, niedbały, ale wygodny ubiór, mocna opalenizna, pełen luz i wyjątkowo przyjacielskie podejście do każdego.


Wyposażyli nas w pianki, dobrali deskę i zapakowali, wraz z innymi uczestnikami, do starego minibusa. Mogliśmy ruszać! Przed każdą lekcją sprawdzano warunki na pobliskich plażach - niekiedy zawracaliśmy lub czekaliśmy na telefon od pozostałych trenerów, którzy obrali inną drogę i sprawdzali pozostałe miejsca. Im wystarczył jeden rzut oka na ocean by wiedzieć jak dziś zachowają się fale i prądy, gdzie jest bezpiecznie i gdzie będą dobre fale do nauki.

Na pierwszy dzień wybrano dla nas plażę z powyższego zdjęcia - Praia do Tonel! 


Gdy już wszyscy byli na miejscu (a była to całkiem spora grupa, która dzieliła się na mniejsze podgrupy, ze względu na poziom zaawansowania), zaczęliśmy rozgrzewkę, przydzielono nam instruktora Dave'a (myślę, że nie mógł mieć dużo więcej lat niż my) i w kilkuosobowej grupie zaczęliśmy naukę podstaw na piasku. Po założeniu pianki zrobiło się nagle bardzo ciepło! To dobrze wróżyło :) Wszak ocean nie zmienił swojej temperatury w ciągu jednej nocy.

Oczywiście zdjęć z lekcji nie mam za wiele. Nie było na to czasu, nie było chęci, nie było możliwości. Musicie polegać głównie na mojej opowieści:)
Pierwszy dzień był niesamowity! Bawiliśmy się tak dobrze, że nawet nie zauważyłam kiedy minęły 3 godziny w wodzie! Na początku nauczono nas trzymać deskę i płynąć na fali, leżąc na niej. Chyba nie mogli sprawić nam większej frajdy - robimy to od zawsze, ale bez deski. Ale to był dopiero początek - następnym krokiem było stanie na desce.
Nauka kroków wstawania odbywała się na piasku i gdy już każdy robił to w miarę płynnie, mogliśmy znowu wrócić do wody, gdzie szalała fala za falą. Oczywiście uczyliśmy się na tzw. "białej wodzie", czyli miejscu, gdzie fale się już załamują i pędzą w kierunku plaży. W porównaniu z morzem ocean ma niesamowitą moc - nawet najmniejsza fala potrafi ciągnąć aż do samego brzegu. Wiąże się to oczywiście z pływami. Biała woda jest idealna do nauki, bo możemy stać bezpiecznie na dnie i czekać na odpowiednią falę, bez konieczności manewrowania i utrzymywania się na desce.

Pierwszego dnia głównie spadaliśmy do wody:) Trzeba było dobrze opanować kroki wstawania, a na fali nie jest to już takie proste jak na piasku. Ale wszystko jest do nauczenia. Na początku zapomina się jaki jest algorytm, potem metodą prób i błędów próbuje się wykonać wszystkie wymagane ruchy i jednocześnie utrzymać się na desce, ale w końcu mózg załapuje i już nawet nie myślisz o tym co robisz! Potem pozostaje udoskonalić te ruchy, by były płynne. Samo stanie na desce i przepłynięcie choćby kilku metrów też nie jest takie proste na start. Odpowiednia pozycję załapaliśmy miej więcej na 3 i 4 lekcji (tak, było ich więcej niż 3, zaraz do tego wrócę:)) i wtedy mogliśmy dopiero zacząć naukę skręcania.

Już po pierwszym dniu wiedzieliśmy, że to jest absolutnie coś co pokochamy! Byliśmy zmęczeni wielogodzinnym targaniem deski pod prąd (to było najtrudniejsze:)), wstrząśnięci przez rozbijające fale nadciągające z trzech kierunków na raz, oblepieni solą i spieczeni słońcem, ale niewyobrażalnie szczęśliwi! Ja, posiadasz najdelikatniejszej skóry na świecie, miałam dodatkowo mnóstwo siniaków... i ran. Tak. Ran! Przy wstawaniu na desce ocierałam wierzchnią stroną prawej stopy o deskę, nieświadomie pozbawiając się naskórka. Zauważyłam to dopiero po wyjściu z wody, ale niespecjalnie się tym przejęłam. Było warto :)
Niestety powtórzyło się to na dwóch kolejnych lekcjach, musiałam więc zakupić ogromny wodoodporny plaster, bo nie mogłam już nosić nawet piankowych sandałów, tak bardzo bolała mnie noga. Zabawne jest, że nie czułam nic a nic podczas tych godzin w wodzie. Niestety to sprawiło, że bezlitośnie pogłębiałam ranę, nie dając jej się zagoić. Jeszcze widać blizny! Mateusz za to nie miał ani jednego, nawet najmniejszego stłuczenia, ani jednego zadrapania... Prawie całe wakacje wyglądałam tak:

Ach, gdyby nie gwizdek trenera, nigdy nie wyszlibyśmy z wody! Pianki zapewniły nam tyle ciepła, że nieraz zanurzaliśmy się celowo po czubek głowy bo tylko to mogło nas ochłodzić. W przerwach na odpoczynek, zamiast leżeć w słońcu, wracaliśmy bez deski do oceanu by porzucać się na fale. Tak, woda to nasz żywioł.
 

 Tak pięknie zrobiło się na koniec!


Podczas pierwszych trzech dni nauki instruktorzy byli z nami w wodzie. Pomagali przytrzymać deskę, łapać falę - bo tego też należy się nauczyć - tłumaczyli, poprawiali, pilnowali. Potem stali już na brzegu, obserwując nasze jazdy po falach i wskazując błędy, lub (hurra!) chwaląc dobre postawy, ładne skręty itp.

Drugiego dnia udało nam się zrobić kilka zdjęć podczas surfowania! Tego dnia miałam zajęcia tylko z Mateuszem, a uczył nas João, kolejny trener mniej więcej w naszym wieku. Lekcje, chociaż profesjonalne, były bardzo na luzie, w przemiłej atmosferze. Tym razem wybrano dla nas plażę Zavial, na południowym wybrzeżu - na niebie było słońce, ocean był spokojny, ale serwujący małe, zielone fale. Czyli coś innego niż pierwszego dnia - mogliśmy spróbować złapać falę zanim się rozbiła. Czyli spróbować takiego prawdziwego surfowania w mikro skali :)
No dobra, pokażę Wam jak dawaliśmy sobie radę drugiego dnia. Po ostatnich zajęciach już sami, ze śmiechem, byliśmy w stanie wskazać mnóstwo błędów w naszej postawie, ale wtedy cieszyliśmy się, ze udało nam się wstać i sunąć do przodu!

Gdy Mateusz robił zdjęcia, João, pomagał mi znaleźć idealną falę by zmaksymalizować szansę na udane zdjęcia:

Nie chcieliśmy tracić za dużo czasu na zdjęcia, więc kadrów mamy tylko kilka. Nie jest to postawa "końcowa" - jestem tu w trakcie wstawania. Drugiego dnia już znacznie częściej udawało nam się stanąć i płynąć, ale oczywiście były i takie chwile:

I teraz czas na Mateusza! Trzeciego dnia trochę mnie wyprzedził w nauce - już na sam koniec usłyszał od właściciela szkoły, że absolutnie nie może rezygnować z surfingu, bo ma to "coś", ten wyjątkowy talent, wszystko robi intuicyjnie, że woda i deska to jego naturalne środowisko i że będzie z niego niezły surfer! Nie mam co do tego żadnych wątpliwości!

Ale to nie znaczy, że nie potrafi zrobić tak :)

Ach, nie mogę patrzeć na te zdjęcia... robi mi się od razu okropnie przykro, że nie mieszkamy w Sagres! Teraz każde nasze przyszłe wakacje będą musiały mieć w sobie surferski epizod. Jest nadzieja, że uda nam się już popływać w maju!

Już drugiego dnia zaczęliśmy się poważnie zastanawiać nad sensem posiadania 3 dni w Algarve bez deski. Wykupiliśmy lekcje na trzy dni, ale myśl o tym, że mamy być w Portugalii i nie mieć już szansy posurfować, będąc przecież tak blisko, zwyczajnie nas załamywała. Ostatniego dnia (na kolejnej pięknej plaży zwanej Ponta Ruiva Beach) zdecydowaliśmy, że żadne portugalskie atrakcje nie mają szans z surfingiem i przedłużyliśmy lekcje o dwa dni! Zostawiliśmy sobie jeden dzień na odpoczynek, bo ten sport potrafi wycisnąć wszelką energię z człowieka - pływasz, tracisz poczucie czasu, nie czujesz zimna, nie czujesz głodu ani zmęczenia, tylko czystą radość, a potem wracasz do hotelu o 16 i chce Ci się już tylko spać :)

Trzeci dzień oraz dwa ostatnie spędziliśmy na takiej plaży:

Jechało się do niej przez totalne pustkowia. Teren był płaski, piaszczysty, pełen pyłu i suchej roślinności targanej wiatrem z solą morską. Chyba najbardziej tęsknię właśnie za tym miejscem... Spędziliśmy tam trzy dni, nie przejmując się niczym, mokrzy, oblepieni solą i piaskiem, zmęczeni i szczęśliwi, za towarzystwo mając ludzi z przeróżnych zakątków Europy,w przeróżnym wieku. 

Dwa dodatkowe dni pozwoliły nam nauczyć się skręcania oraz opanować dobrze postawę i wstawanie. Różnica miedzy pierwszym a ostatnim dniem była znacząca! Teraz automatycznie potrafię przybrać odpowiednia pozycję (obudźcie mnie w nocy i każcie to zrobić, a zrobię dobrze!:)). Trzy dni to za mało. Pięć dni też, ale dzięki tym dwóm dodatkowym lekcjom mogliśmy dowiedzieć się wszystkiego co niezbędne do samodzielnej praktyki. I to mamy zamiar robić w maju, gdy ponownie odwiedzimy chwilową ojczyznę Mateusza rodziców!


Żal mi kończyć opowieść o surfingu, ale nie śmieć nadwyrężać Waszej cierpliwości :) Powspominam sobie jeszcze w myślach, a pokażę Wam jeszcze jak wyglądał nasz dzień przerwy, który postanowiliśmy spędzić na podziwianiu złotych klifów Algarve. 
Po zjedzeniu w końcu normalnego śniadania, wybraliśmy się na wschód, do turystycznego Portimão. Chcieliśmy wykupić wycieczkę łodzią, bo podobno najlepiej podziwiać klify właśnie od strony wody. Udało się szybko zorganizować co trzeba i wsiedliśmy na speedboata, którym sterował Portugalczyk znający odrobinę język polski :) Tu, bardziej na "południu" było już bardzo ciepło, zwłaszcza, że wiejący od kilku wiatr, postanowił w końcu odpuścić.
Nasza wycieczka obejmowała spory kawałek klifów i kilka popularnych jaskiń i plaż, do których można dostać się tylko od strony morza.

Najbardziej oblegany punkt - grota w Benagil. Ustawiały się do niej kolejki łódek. Jest naprawdę cudowna, ale wiecie co? Po drodze mijaliśmy wiele równie pięknych, ale o nich nie piszą w przewodnikach, więc nikogo nie interesują :)

 Tu na przykład nie było żadnej kolejki!

Gdzieś w połowie trasy, przewodnik wskazał nam miejsce, z którego bezpiecznie można skakać do wody, oraz klify z wydrążonymi w naturalny sposób tunelami, z wyznaczoną trasą do zwiedzania. Po zakończonym rejsie i zjedzeniu gofra z lodami ruszyliśmy mniej więcej w tamtym kierunku, licząc na to, że trafimy na coś ciekawego. Mapa Algarve składa się głównie z punktów widokowych i klimatycznych plaż, więc w ciemno można wybrać miejsce i nie sądzę, że będzie się zawiedzionym. Tak się złożyło, że trafiliśmy i na punkt do skakania i na tunele! 

Słońce było okrutne - nie nadążaliśmy ze smarowaniem się kremem z filtrem! Było gorąco! Tego dnia założyłam sukienkę Ogden Cami, z poprzedniego posta i zdecydowanie pomagała mi znieść ten upał. 
(nawet widać tu moją zaklejoną stopę! Chodzenie było bolesne, ale wykonalne, chociaż momentami Mateusz musiał mi pomagać :))

Klify na południu różnią się od tych na zachodzie! Te se urocze, złote, rajskie, za to na Costa Vicentina zdecydowanie bardziej majestatyczne, wyższe, ciemne...




Chodząc po klifach trafiliśmy na naturalny basen między skałami i... wskazany przez naszego przewodnika punkt do skakania! Ja, po trzech dniach splątanych i mokrych włosów odpuściłam skakanie, ale za to schłodziłam się w basenie, gdzie woda co prawda nadal była okropnie zimna, ale przy parzącym słońcu nie sprawiało to już takiego problemu. 

Mateusz oczywiście skakał!

Dzień zakończyliśmy kolacją w Lagos, które jest idealne na wieczorny spacer - wąskie uliczki, stare kamienice, muzyka... I jak już wiecie, dwa ostatnie dni na południu znowu szaleliśmy na falach, ale wieczorami zwiedzaliśmy okolicę. Albo na nogach, po drodze rozłupując dziko rosnące migdały, albo autem po wysuszonych terenach Costa Vicentina.

To zdjęcie widnieje na okładce naszej fotoksiążki z Portugalii. Jest tu wszystko - plaża, klify, ocean i oczywiście surferzy!


Wszystko tam było pokryte rdzawym pyłem! 

Plaża Bordeira, niczym pustynia ciągnie się w nieskończoność...

Na koniec odwiedziliśmy jeszcze najdalej wysunięty na zachód punkt kontynentalnej Europy - Przylądek Świętego Wincentego. Widoki zapierały dech w piersi :D

 Ale za to w budkach obok sprzedawali churrosy!!! Więc nie żałujemy:)

I trzeba było wracać do Lizbony, a potem do Polski. Ciężko było pogodzić się z myślą, że musimy czekać wiele miesięcy na kolejną okazję by złapać za deskę... Postanowiliśmy przyjechać kiedyś jeszcze raz do Portugalii, tym razem bezpośrednio do Sagres, i skupić wyłącznie na surfowaniu. Nasz hotel, mimo że bardzo w porządku, był jednak złym wyborem - w okolicy nie było zbyt wiele zabudowań, co na innych wakacjach zapewne byłoby to wielką zaletą, ale tym razem trochę nam to przeszkadzało. Zmęczeni po całym dniu chcieliśmy wyjść do baru, zjeść, napić się piwa, a nie było to jednak możliwe bez przemieszczania się autem. Sagres to niewielka miejscowość, nastawiona właśnie na surferów, z mnóstwem knajpek i pięknymi plażami na około i to tam polecam się wybierać jeśli macie ochotę na przygodę!

Pozdrawiam Was ciepło i idę żałować, że nie mieszkamy nad oceanem.
Marzena