Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o mnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o mnie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 listopada 2017

O herbacie

Tak się cudownie złożyło, że z Mateuszem dzielimy naprawdę wiele pasji, zainteresowań czy upodobań. Tych kilka, które są odmienne można policzyć na palcach jednej ręki. Na przykład absolutnie odmienny gust muzyczny, czy pewne skłonności czytelnicze - moje XIX wieczne klimaty niekoniecznie pasjonują Mateusza, tak jak ja niespecjalnie czytam wszelakie hard science fiction, które powoli opanowuje naszą biblioteczkę. No i oczywiście moje uwielbienie do dziewiarstwa i kreatywnego tworzenia rzeczy, oraz Mateuszowe zafascynowanie programowaniem.

Korzystając z chwili spokoju, podczas wymuszonego obowiązkami porannego, długiego spaceru, snułam plany dotyczące tego wpisu i taka właśnie myśl mnie naszła, choć na co dzień oczywiście zdaję sobie z tego sprawę. 
Bo dzisiejszy post będzie o tym, co oboje wręcz uwielbiamy, w równym stopniu, o tym czego nigdy nie może zabraknąć w ciągu dnia i czego nie pominiemy podczas wizyty w Ustce. Mimo że ten wpis, patrząc na tematykę mojego bloga, to zwyczajny off topic, to wyjaśni Wam dlaczego w paczuchach od Chmurki znajdujecie taki a nie inny prezencik.

Herbata! Jak to ładnie brzmi, prawda? I mimo że lubię kawę (O! Mateusz nie pije jej wcale!), co prawda tylko i wyłącznie zimną, mleczną, słodką, i pijam jedną dziennie, to jestem zdecydowanie herbaciana. W zasadzie nasza miłość do herbaty ma swój początek mniej więcej w tym samym czasie co My :). Bo to na herbatę właśnie zabierał mnie Mateusz, albo ja zabierałam jego, a szliśmy w bardzo wyjątkowe miejsce, któremu należy się przynajmniej jeden akapit w tym poście!

Ustka, mimo że mała i jednak turystyczna, posiada istną perełkę, która oparła się modzie, ślepemu podążaniu za modnymi wystrojami, pogoni za konkurencją, od dawna posiada swój własny, niepowtarzalny klimat, styl i atmosferę. Takiego miejsca nie znalazłam nigdzie indziej, a trochę (odrobinkę, ale jednak) już zwiedziliśmy, szukając w niejednym mieście herbacianego raju. 
Ustecka herbaciarnia jest niewielka i czarująca, łączy uwielbienie do herbaty i sztuki, bo przy okazji jest również galerią. Powiedziałabym, że panuje tam eklektyzm, natłok starych przedmiotów, pozornie do siebie nie pasujących. Przypomina salonik z dawnych lat, pełen kredensów, serwetek, starych zabawek i porcelany. Lada to nic innego jak odmalowane ręcznie rustykalne meble z łyżeczkami w formie uchwytów. Nie znajdziecie tam idealnie wykończonych przedmiotów, lśniącej podłogi czy równych ścian. Nie, i bardzo dobrze! Obecne wystroje lokali czy kawiarni w zasadzie niewiele się od siebie różnią, jeśli nawet mają przypominać wnętrza z dawnych lat to są zbyt... perfekcyjne! Brakuje im autentyczności, ale ta herbaciarnia... jeśli będziecie mieć okazję zobaczyć Ustkę, obiecajcie mi, że wejdziecie tam choćby na chwilę.
Zdjęcie powyżej pochodzi z facebooka herbaciarni.

Oprócz wystroju i atmosfery są tam również przemili właściciele i cała ściana herbat! Od klasycznych czarnych, po białe, wędzone, zielone, czerwone, rooibos, aromatyzowane, ziołowe, żółte czy susze owocowe. My za każdym razem wybieramy inną, a odwiedziliśmy to miejsce mnóstwo razy. Każdą herbatę można powąchać, zapytać o skład, smak czy właściwości, o sposób parzenia, bo tych jest kilka (pisałam Wam kiedyś o parzeniu herbaty na zimno klik!). 
Zawsze zamawiamy dwie różne herbaty. Jeden dzbanuszek wystarcza na 3 filiżanki, a środkową najczęściej się wymieniamy. Ja kieruję się zawsze zapachem lub chęcią spróbowania konkretnych składników, a Mateusz wybiera... po nazwie. Czym śmieszniejsza tym lepiej! Tak więc na liście zamówionych herbat to nie ja mam "Czerwone serduszko" :).
Wizyta w herbaciarni to nasza mała tradycja - za każdym razem gdy jesteśmy w Ustce, choćby raz musimy wstąpić na herbatę. Nie wiem jak to się stało, że mam tak niewiele zdjęć z wnętrza! A może i wiem? Nie ma na to czasu i ochoty, trzeba chłonąć to miejsce! Odsyłam Was więc na facebooka i googla.
A teraz o naszej herbacianej codzienności, bo przecież Ustkę odwiedzamy rzadko, a w ciągu dnia wypijamy przynajmniej pięć kubków herbaty. 

Herbaty mogą być liściaste, granulowane lub w torebkach. Musicie jednak wiedzieć, że nie jestem herbacianym specem, wiem tyle ile potrzeba mi do tej codziennej przyjemności :). Staramy się nie kupować już herbaty w torebce, a granulowanych nigdy nie piliśmy. Torebkowe (ekspresowe) są robione z pyłu herbacianego, a ten wcale nie posiada najlepszego smaku czy aromatu. To liście właśnie są kluczowe w parzeniu i dzięki nim możemy uzyskać naprawdę dobry napój. Same herbaty liściaste dzielą się na "lepsze" i "gorsze" ze względu na to, gdzie dany liść rósł - czy na czubku krzewu czy też na samym jego dole. To całkiem logiczne, ponieważ te górne, są najczęściej drobne i świeże, delikatne. Nie ze względów ideologicznych czy też przez naczytanie się w sieci opinii zrezygnowaliśmy z tych torebkowych, ale staliśmy się o wiele bardziej wybredni i zwyczajnie przestała nam ona smakować.

Najpopularniejszą herbatą u nas w domu jest herbata czarna. Ma on moim zdaniem najbardziej neutralny smak, ale może to wynikać z faktu, że taką herbatą właśnie najczęściej raczą się Europejczycy, więc ten smak towarzyszy nam od dziecka. Dzień zaczynam czystą czarną, liściastą herbatą. Nawet teraz, pisząc to zdanie, mam przed sobą wielki kubek!
Herbata czarna jest prosta w zaparzeniu. Zalewamy ją po prostu wodą zagotowaną do 100 stopni (poleca się również 95 stopni). Ja używam dwóch łyżeczek herbaty, ale pamiętajcie, że liściastej herbaty na łyżeczce znajduje się o wiele mniej niż granulowanej, i parzę po swojemu, czyli dosłownie chwilę. Teoretycznie mogłabym wykorzystać mniej herbaty i parzyć polecane 4-5 minut, ale to mój sposób daje mi ulubiony smak bez goryczki. Obecnie polubiliśmy bardzo czarną herbatę Dilmah i to ją pijemy najczęściej.

Raz lub dwa razy dziennie pijemy herbatę zieloną bądź czarną aromatyzowaną. Nie jest to zasada, której trzymamy się ściśle, po prostu te pijamy rzadziej, w zależności od nastroju i chęci. 
Zwłaszcza, że obecnie posiadamy bardzo wyjątkowe herbaty i żal byłoby tak szybko się z nimi rozstać :). Otrzymaliśmy od rodziców prawdziwą Chińską zieloną herbatę, która ma niesamowicie delikatny smak, różni się bardzo od tych zielonych herbat jakie są nam zazwyczaj znane. Oczywiście czuć, że nie jest to herbata fermentowana, bez patrzenia każdy zakwalifikowałby ją jako zieloną, ale musicie wierzyć, że smakiem przebija wszystkie czyste zielone, jakie do tego czasu piłam.

Bardzo istotne jest to by zieloną herbatą zaparzyć poprawnie. Czasem słyszę, że ktoś nie przepada za zieloną herbatą bo jest gorzka lub kwaśna. A to jest tylko i wyłącznie błąd w parzeniu, bo zielona herbata jest bardzo delikatna. Ma swój własny, charakterystyczny smak, ale nie ma prawa być niedobra. 

Nasz kolejny herbaciany level to czajnik z regulacją temperatury i oczywiście klepsydra. Przy zielonej herbacie to wręcz obowiązkowe gadżety. 

Zieloną herbatę należy parzyć w temperaturze od 60 do 90 stopni, w zależności od gatunku. Naszą chińską parzymy w 80 stopniach i wyjmujemy liście po 3 minutach. Wystarczy trochę zbyt długo potrzymać liście w wodzie by smak się zmienił i herbata po prostu miała prawo nie smakować. Jeśli nie posiadacie czajnika z regulacją temperatury to po zagotowaniu wody nie czekajcie tylko minuty, bo to zbyt mało by temperatura spadła do 80 stopni. Dajcie jej przynajmniej 5 minut. Nawet jeśli nie traficie idealnie z temperaturą to i tak dość mocno zmniejszycie prawdopodobieństwo, że napar będzie gorzki. 

To oczywiście nie wszystkie herbaty jakie posiadamy, ale dwie najpopularniejsze. Mamy w szafeczce mnóstwo zielonych i czarnych smakowych, które staramy się odpowiednio przechowywać i często serwujemy gdy odwiedzą nas znajomi. 
Przechowywanie herbaty jest również istotne. W sklepach niespecjalistycznych mało kto zwraca uwagę na to co herbata lubi, a bardziej istotny jest design pojemników.
Niestety nie wszystkie moje pojemniki są pro, ale też nie mam potrzeby popadać w skrajność. Czarna herbata tak szybko znika w naszych brzuszkach, że przekładamy wygodę w otwieraniu pojemnika nad jego szczelność. Część herbat tkwi też w oryginalnych opakowaniach, zamknięte w szafce. 
No ale jaki powinien być dobry pojemnik, by móc długo przechowywać herbatę? 

Przede wszystkim szczelny. Dobre są więc puszki hermetycznym zamknięciem. Ważne by liście nie były wystawione na działanie tlenu i nie istniało ryzyko zawilgocenia. Pojemnik powinien być nieprzezroczysty, chyba, że nie wystawiamy go na światło dzienne przez dłuższy czas (trzymamy w szafce). Herbata nie lubi promieni słonecznych. Jeśli chodzi o tworzywo to najlepsze są pojemniki metalowe, oczywiście jeśli spełniają pierwszy warunek. Nie trzymajcie herbaty zbyt długo w papierowych torebkach, ponieważ ich szczelność jest bardzo mała. Szczelność daje nam również pewność, że zapachy z zewnątrz nie wpłyną na jakość herbaty. 

A jakie herbaty kryją się w naszej szafce? Do Chińskiej dołączyły trzy nowe, również bardzo azjatyckie, prosto z Malezji. Pierwsza to herbata chryzantemowa - w postaci kuleczek, które po otwarciu należy trzymać w lodówce. Ma bardzo... charakterystyczny smak. Razem z nią, w paczce przyszły dwie czarne (i paczka owoców suszonych, które pochłonęłam błyskawicznie:)), jedna czysta, druga z dodatkiem geranium. Obie bardzo nam smakują! Ta z dodatkiem również zaskakuje smakiem i podobnie jak chińską zieloną dawkujemy ją sobie powoli. 
 Od lewej: zielona, czarna z geranium, czarna.

 I herbata chryzantemowa.

Oprócz tych orientalnych mamy też herbaty, które kupiliśmy przy okazji w Ustce czy w innych herbaciarniach. O niektórych nie pamiętamy, aż nie zaczniemy hurtem parzyć herbat w dzbankach dla równie (na szczęście!) herbaty lubiących przyjaciół. 
Raczej nie kupujemy herbat białych czy czerwonych. Te smakujemy w odpowiednim miejscu.

No to w czym pić herbatę? No raczej, że w ulubionym kubku! Przez herbatę zaczęliśmy też kolekcjonować kubki - jest to jedyna forma namacalnej pamiątki, którą przywozimy z obcego kraju. Dodatkowo to praktyczne podejście, bo kubek przydaje się codziennie, a figurki czy inne bibeloty jedynie łapią kurz. Brakuje nam kilku z pierwszych państw jakie wspólnie odwiedziliśmy, ale do Francji, Niemiec czy Belgii wybierzemy się przecież jeszcze nie jeden raz! Obecnie ulubiony kubek Praski :)

Jako że nie znoszę fusów i innych farfocli w napojach zawsze używam zaparzaczy. Trudno znaleźć idealny, naprawdę! Jeśli parzy się 10 herbat dziennie to wygoda w nasypywaniu i wysypywaniu jest bardzo istotna. Póki co najlepszy znaleźliśmy w Duka, kupiliśmy dwa - są cudowne! Tylko że jeden zaginął, a drugiemu odpadł uchwyt. Ale co tam, jakoś działa. Niestety Duka już ich nie ma (mowa o tym z czerwonym). Może macie jakieś sprawdzone?

A co ma herbata do Chmurki? 
Moja miłość do herbaty i dziergania ma część wspólną - uwielbiam siedzieć, przekładać oczka i popijać ciepłą herbatkę, bez względu czy na zewnątrz wieje, pada czy grzeje słońce. Herbata jest dobra na wszystko, a do dziergania to już w ogóle! Ślę więc w świat odrobinę tej dobroci, tak by każdy mógł "napić się ze mną"! Wybieram za każdym razem inną herbatę, raz zieloną, raz czarną a czasem susz owocowy. Każdą testuję i sprawdzam :). W Chmurkowej paczce każdy znajdzie torebeczkę cudnej liściastej herbaty, tak akurat na jeden, dwa kubeczki. To mój sposób na umilenie Wam dnia. U mnie działa!

Obecnie dzielę się z Wami herbatą zieloną, nazywa się "Wiosenne mecyje" i to chyba jest odpowiedź na pytanie, kto ją wybrał. To herbata aromatyzowana, która zawiera owoc borówki, bławatek, kwiat rumianka, płatki róży, płatki słonecznika i truskawkę. Parzy się ją w 80 stopniach, przez 3 minuty.

Gdzie kupuję herbatę? Do sklepiku kupuję cały kilogram, czyli hurtem, w sklepie dla firm, ale mogę polecić Wam sklep www.smaksztuki.pl mimo że odrobinę denerwuje mnie u nich ilość maili około zamówieniowych. Mają bardzo duży wybór, bardzo smaczne herbaty i przystępne ceny. Początkowo tam właśnie zamawiałam Chmurkową herbatkę.
Wiem, że dzięki temu malutkiemu gratisowi przynajmniej jedna "kawowa", znajoma dziewiarka wypija od czasu do czasu herbatę, przełamała się i mam nadzieję, ze jej smakuje! (tak, Monia, mówię o Tobie!). 

Jeśli dotrwałaś/eś do końca to koniecznie daj znać, czy tylko my tu mamy bzika na punkcie tych liści! I jaka jest Twoja ulubiona herbata, sposób parzenia, czy herbaciarnia. 
Być może zachęcę Cię do bardziej świadomego podejścia do tego tematu i spróbowania czegoś więcej?

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

środa, 21 czerwca 2017

Dzierganie po mojemu. Część 2.

Dziś będzie kolejna część mini serii o tym, jak dziergam, czyli o mojej technice, przyzwyczajeniach i sposobach. Jeśli macie ochotę to zapraszam was do poprzedniego posta: klik!

Już jestem ciekawa Waszych komentarzy! Miło było podyskutować poprzedni razem, dowiedzieć się tylu nowych i ciekawych rzeczy. No to zaczynam!

Mieszanie motków.
Jestem leniwa i jeśli można zrobić coś łatwiej to na pewno skorzystam. Ale pod warunkiem, że to "łatwiej" wcale nie przyniesie ze sobą "gorzej". Dziergam wyłącznie z ręcznie farbowanych włóczek i wiem, że wystarczy by w jednym motku znalazło się odrobinę więcej jednego koloru a w gotowym udziergu po prostu będzie to widać. Mimo to wcale nie mieszam motków w co drugim rzędzie. Jeśli mogę to nie mieszam wcale, wszystko zależy od przewiniętej wełny. Zauważyłam, że motki najłatwiej porównuje mi się gdy już są przewinięte w kulki. Po drodze widać dokładnie jakie kolory przewijają nam się w wełnie, a gotowe kulki, które są już lekko wymieszane, łatwo porównać pod kątem jasności czy intensywności.
Jeśli motki różnią się od siebie zmieniam nitkę co parę centymetrów. Staram się dziergać w ten sposób z każdego motka, który chcę użyć. Oczywiście jeśli pojawia się coś niepożądanego jak biała plama, albo zbyt ciemny pasek, to pruję to i zmieniam motek ciut wcześniej. Niemniej nigdy nie jest to co drugi rząd, nie czułam takiej potrzeby, ale wiem, że u dziewczyn się sprawdza.

Dziergam ciasno.
Albo tak mi się przynajmniej wydaje. Trzymam mocno naprężoną nić, a przerobione oczko niemalże idealnie otacza drut. Nie mam żadnego problemu z za ciasnymi oczkami, jest tam wystarczająco luzu bym mogła spokojnie je przerabiać. Poza tym lubię drobne oczka! Podoba mi się to, że już przed blokowaniem wychodzą równe.
Ale ostatnio pokusiłam się jednak o troszkę luźniejsze próbki, które osiągam przez większe druty, a nie zmianę naprężenia nici - dzianina jest wtedy ciut inna. Wszystko zależy od tego na co akurat mam ochotę.
Czasami jednak staram się luźniej dziergać rękawy, bo w małych okrążeniach dziergam jeszcze ciaśniej (być może i Wy też tak macie), ale sprawia to, że muszę ciągle się pilnować by oczka były równej wielkości.

Długości określam w rzędach, nie w centymetrach.
Co to właściwie znaczy? Czasem słyszę, że ktoś dzierga dwa rękawy jednocześnie by wyszły takiej samej długości... chwila... To nie liczysz rzędów?:) Mam na tym punkcie bzika. Jeśli projektantka pisze "zrób 8 cm ściągaczem" to zrobię 8 centymetrów, następnie policzę rzędy i zrobię dokładnie tyle samo w innym miejscu. Ale co tam 8 cm! Będę liczyć rzędy choćby ich było tysiąc. Wszystko musi być takie samo, co do rzędu, czy oczka. Jeśli się pomylę o jeden to nie ma dramatu, ale na pewno nie mierzę wyłącznie centymetrem, bo przecież w zależności od tego jak ułożymy materiał, raz będzie dłuższy, a raz krótszy. Więc gdy mam zrobić otwory na rękawy, to one są zawsze identyczne! :) Oczy wypatrzę, ale policzę.
Pojawia się czasem w rozmowie argument, że w tym dzierganiu dwóch rękawów nie chodzi tylko o liczbę rzędów, ale też o takie samo napięcie nici (bo jak zrobimy jeden rękaw w maju, a drugi w grudniu to mogą być inne). Z pewnością jest to dobry argument, ale na szczęście nie mam z tym problemu, bo dziergam od razu oba, jeden za drugim. Nic nie leży pół roku.

Duże formy.
Jak mam coś dziergać to lubię gdy to coś jest duże. Z tego powodu mam tak mało czapek i rękawiczek (porównując się do Was:)). Priorytet mają swetry, które uwielbiam nosić i dziergać, a ostatnio odnajduję przyjemność w dzierganiu wielgachnych chust/kocyków na ramiona, ale nadal omijam szerokim łukiem te ozdobne, ażurowe - to nie mój styl. 
No ale przede wszystkim swetry - zawsze, wszędzie, każdej wielkości. Sami zresztą widzicie :)

Zamykanie oczek na rękawach musi być dokładnie takie samo.
Jak nie jest, to pruję i próbuję znowu. Jak naciągnę rękaw w miejscu zamknięcia oczek to musi stawiać taki sam opór jak w drugim. Muszą być identycznie elastyczne! Układają się wtedy tak samo, w ten sam sposób potencjalnie się rozciągną a i wpływa to na komfort noszenia.

Dopasowane rękawy.
Jak już o rękawach mowa... Rękawy w swetrze muszą być dopasowane. Nie obcisłe, krępujące, ale przy ciele. Nic nie może wisieć i dyndać, a mankiety w szczególności. Jeśli widzę wzór, który ma dużo luzu w tym miejscu to albo go odrzucam, albo modyfikuję. To są oczywiście moje osobiste preferencje, wiem też, że większość z Was (a może jednak nie?) woli by ten luz był większy. Ważne by było NAM wygodnie :). 

No to na dzisiaj tyle, ale mam jeszcze kilka rzeczy, którymi chętnie się podzielę w następnych postach. Koniecznie dajcie znać jak Wy to widzicie! Bo ile dziewiarek tyle sposobów prawda? :) Miło jest się od siebie uczyć.

Pozdrawiam ciepło,
Marzena

czwartek, 18 maja 2017

Dzierganie po mojemu. Część 1.

Każda z nas dzierga po swojemu. Nawet jeśli używamy tej samej metody, to mamy inne przyzwyczajenia, umiejętności, lubimy odmienne techniki. Każdy radzi sobie tak jak potrafi lub jak mu wygodnie, kombinuje po swojemu by ostatecznie uzyskać taki sam efekt. I ja bardzo to lubię. Fajnie, że jesteśmy inni!
Tak w ramach ciekawostki wspomnę, że spotkałam się parę razy ze zdziwieniem, albo nawet z oburzeniem gdy podzieliłam się z kimś swoim dziewiarskim zachowaniem :) To chyba bierze się z braku świadomości, że przecież każdy jest inny, a inny nie znaczy wcale gorszy (albo niemożliwy!:)). Jeśli ja czegoś nie umiem, nie rozumiem i nie pochwalam to oznacza tylko tyle, że ja tego nie umiem, nie rozumiem i nie pochwalam. Lubię słuchać o Waszych sposobach, niektóre wypróbowuje, a niektóre tylko zostają w głowie, ale słuchać lubię, podglądać jak Wy trzymacie nić, jak chowacie nitki, jak kombinujecie by nie pruć.

Pojawiła się więc w mojej głowie myśl, że z przyjemnością podzielę się z Wami moimi sposobami, opowiem o tym co lubię a czego nie lubię, jak radzę sobie z wełnianymi problemami i dlaczego robię tak a nie inaczej. Czyli generalnie pokażę Wam moje dzierganie.

Zacznę od rzeczy podstawowej.
Dziergam po rosyjsku.
Nie używam słów "po heretycku" bo absolutnie nie czaję, czemu jedna metoda ma być tą słuszną, a druga nie. Różnią się w tak małym stopniu, że wcale nie przeszkadza mi ona w czytaniu wzorów czy ich pisaniu (moje wszystkie wzory zaś pisane są na tę drugą metodę, ponieważ jest po prostu o wiele bardziej popularna. Bez obaw!:)). 

Po rosyjsku przerabia się inaczej oczko lewe. Tak naprawdę to po rosyjsku jest bardziej na skróty, czyli podnosimy drutem oczko w najprostszy sposób (bez wywijania szaleńczo drutem), a skutkiem tego są oczka nieprzekręcone na prawej stronie. Brzmi sensownie prawda? Ale problem zaczyna się gdy nie mamy jeszcze wystarczającej wiedzy na temat owej różnicy i zaczynamy dziergać w okrążeniach. Nagle pojawiają nam się oczka przekręcone i jeśli dziergamy od niedawana to bardzo możliwe, że przerobimy te oczka nie przez tę pętelkę co należy. Ale po kilku rzędach jesteśmy w stanie już zauważyć, że coś nie bardzo to wygląda i szybko przychodzi olśnienie.
Druga metoda (jak jej tam?) jest bardziej spójna. Bo w okrążeniach i w rzędach oczka prawe układają się tak samo. 
Dla tych dziergających tak jak ja, w rzędach k2tog jest ssk (slip, slip, knit), a ssk jest k2tog. W okrążeniach nie ma różnicy, więc tak naprawdę mamy do podmiany dwie malutkie rzeczy, w jednym z kilku przypadków. Po co więc namawiać rosyjskodziergające na "nawrócenie"?

Bezszwowo.  
Słowo klucz! Zszyłam w swoim życiu kilka swetrów i wiem, że nigdy już tego nie zrobię. Umiem równo przyszyć rękawy, zdążyłam się tego nauczyć, powodem omijania szwów wcale nie jest niezadowalająca mnie estetyka (lub jej brak). Gdy dziergam w okrążeniach o wiele łatwiej dopasowuję rozmiar, już w trakcie wiem, że rękaw jest za wąski, za szeroki, że główka źle się układa. Nie muszę czekać do zszycia by się przekonać, że czeka mnie prucie. Dodatkowo dziergam jednym ciągiem, bez ucinania, bez zniekształcających szwów. Każdą konstrukcję da się wydziergać bezszwowo, a do tego ja nie lubię dokładać sobie pracy:). Dla mnie tak jest bardziej estetycznie, jasno i o wiele przyjemniej.

Potrafię dziergać nie patrząc na druty.
Tyczy się to oczywiście prostych wzorów, bez ażurów czy warkoczy. Gdy przerabiam prawe i lewe oczka robię to bezmyślnie, ręce same pracują, a ja pochłaniam film, rozmawiam z Mateuszem, czytam książkę albo pogrążam się w swoich szalonych myślach. To ta umiejętność spotkała się ostatnio z małym niezrozumieniem :). Potrafię prowadzić pięć wątków jednocześnie, albo robić na raz tyle samo czynności. Oczywiście uwaga jest troszkę podzielona, ale mimo to daję radę. Ale jeśli chodzi o dzierganie i przykładowo rozmowę... to cała moja uwaga skupiona jest na tym drugim. Moje ręce wysyłają mi sygnał, gdy coś pójdzie nie tak (spadnie oczko, albo dojdę do znacznika) i wtedy na sekundę pomyślę o tym co one robią, i wcale nie słucham jednym uchem i ciągle zerkam na oczka. Myślę, że niejedna z Was tak potrafi i wie, że wcale a wcale nie ignorujecie swojego rozmówcy, a film pamiętacie perfekcyjnie z każdym najmniejszym detalem.


Jedna robótka na raz.
Jak już wiecie robię co mogę by zawsze mieć tylko jedną robótkę na drutach. Jest to dla mnie bardzo ważne i gdy zdarzy się, że jest inaczej okropnie się frustruję. Czemu to takie istotne? Takim jestem człowiekiem i już. Nie chcę Was przekonywać, że też powinniście tak działać, bo przecież każdemu z nas coś innego sprawia przyjemność, coś innego się podoba. 

Satysfakcję sprawia mi skrupulatna praca nad jedną rzeczą, gdy nic innego mnie nie rozprasza i mogę czerpać przyjemność z dziergania na każdym etapie. Gdybym odłożyła jeden projekt i zaczęła drugi, to ostatecznie ten pierwszy albo by już nie powstał, albo dziergałabym go z poczucia obowiązku. Entuzjazm po prostu mija, a ja lubię skończyć sweter zanim to nastąpi :) Nie pozwalam więc by kolor, oczka, wzór przestały mnie elektryzować! Nadmiar rzeczy i obowiązków mnie po prostu przytłacza. Tak samo jest w przestrzeni, w której żyję. Mało i konkretnie, tak lubię najbardziej.


Sami znacie się najlepiej i wiecie co czyni Was szczęśliwym, a co nie. Jeśli dobija Was widok sterty nieskończonych projektów może czas stać się monogamistą? :) Jeśli potrzebujecie wsparcia, dajcie znać. Na postawie własnych doświadczeń zrobię mini poradnik jak możecie wytrzymać i nie zwariować. Mój schemat nie sprawia mi żadnej przykrości, wręcz przeciwnie - uwielbiam kończyć projekty, a potem z czystym sumieniem narzucać oczka na kolejny!

Nie dziergam dla samego dziergania. 
Co wcale nie oznacza, że sam proces, machanie rękoma i oglądanie tego co wytwarzam nie sprawia mi przyjemności. Nic z tych rzeczy. Nie dziergam po prostu tylko po to by dziergać, ale też po to by coś WYdziergać. Jeśli akurat nie mam pomysłu na projekt, nie czuję by żaden wzór mnie do siebie przekonał to po prostu nie dziergam. Takie przerwy nie są długie, a i od hobby czasem można odpocząć i zająć się innymi sprawami. Póki nie wiem co chcę wydziergać nie narzucam oczek i nie improwizuje, nie dziergam prostokątów tylko po to by czymś zająć ręce.

Minimalizuję prucie.
To tyczy się kilku spraw. Jako że nie dziergam dla dziergania to odpada mi prucie tych "wypełniaczy czasu". Lubię gdy wełna na projekt jest świeża, nieruszana. Oczywiście nie zawsze się to uda, ale robię co mogę by nie dziergać na darmo. Jestem bezwzględna i jeśli widzę, że coś jest nie tak ze swetrem, z długością, szerokością, układaniem ramion czy rękawów to nie wmawiam sobie, że jakoś to będzie, a nuż w praniu się naprawi. Pruję, póki mam do prucia mało, choć udaje mi się wpaść czasem w pułapkę... takim sposobem prułam ostatnio 20 cm szerokiego swetra ("ten jasny pasek na pewno zniknie w całym swetrze"). Akurat to bardzo polecam, bo jeśli już w połowie czujesz, że coś Ci tam wadzi, to prawdopodobnie wcale nie będzie lepiej jak zrobisz rękawy, kołnierz, pranie i blokowanie.
Staram się również nie pruć gdy zrobię błąd we wzorze. Wszelkie upuszczone oczka, źle wykręcone warkocze, pominięte narzuty czy dodawanie oczek zabieram na salę operacyjną. Pruję tylko te kilka oczek znajdujących się nad błędem, i naprawiam "na żywca". Niekiedy tak mi się wszystko namiesza, że ostatecznie pruję i robię ten kawałek od nowa. Ale póki nie trzeba... :)


Jako że jest tego trochę, kolejne nawyki i zamiłowania będę w następnym poście. A teraz ciekawa jestem waszych opinii i sposobów! Być może mamy całkiem odmienne podejście, albo wręcz przeciwnie - podzielacie moje dziewiarskie poglądy? :)

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

poniedziałek, 21 września 2015

50 faktów o mnie

Jeśli tylko macie ochotę to zapraszam do przeczytania "50 faktów o mnie!". Bardzo lubię gdy jedna z moich ulubionych blogerek umieszcza taki post. Czasem nawet nie wiemy o pewnych zaletach czy zainteresowaniach naszych blogowych znajomych. Nie raz się mile zaskoczyłam i dlatego zachęcam i Was do napisania czegoś takiego:)

1. Nie oglądam telewizji. Nie znoszę gdy telewizor jest ciągle włączony, zwłaszcza jak nikt go nie ogląda.

2. Jestem zachwycona XIX wiekiem - ludźmi, ich kulturą, zwyczajami, architekturą, muzyką, literaturą. Marzę o angielskim domku z tamtej epoki, z wielkim dzikim ogrodem (bez klombów, alejek i podcinanych krzewów). "Dumę i uprzedzenie", serial z 1995, oglądałam już kilka razy i ciągle mi mało.

3. Jestem jednocześnie rozważna i romantyczna:). Rozważna bo ważne decyzje podejmuje świadomie, muszę zawsze mieć plan, rozpatrzyć za i przeciw. Policzyć wszystko co do grosza. Romantyczna bo wielkim przeżyciem jest dla mnie leżenie na trawie i patrzenie w gwiazdy, wzruszam się z byle powodu, marzę, rozmyślam, fantazjuję. Mocno tęsknię, a miłosnym sprawom nadaję priorytet.

4. Kiedy czytam książkę to muszę wczuć się w każdy szczegół, w każdą postać i potrafię niekiedy oderwać się od czytania i zamyślić na 15 minut:).

5. W ogóle się nie maluję. Ot rzęsy od czasu do czasu - jak idę na przyjęcie:) Ale i to jest dla mnie mało komfortowe.

6. Zapuszczam włosy bo je lubię, ale przede wszystkim bo ślub:).

7. W dzieciństwie nie bawiłam się lalkami (i żadnymi innymi dziewczyńskimi zabawkami). Moim towarzystwem był brat i koledzy. Grałam w nogę, właziłam na dachy i mury (albo z nich spadałam) i grałam godzinami w gry komputerowe. To ostatnie zostało mi do dziś. Mam już mniej czasu na to, ale jeszcze nie tak dawno potrafiliśmy grać do 3 w nocy w Team Fortress 2. Cieszę się, że Mateusz należy do fanów gier komputerowych!

8. Słuchałam kiedyś hard rocka, teraz mi się ciut pozmieniało i obecnie muzyka indie rock/indie pop to to, co lubię.

9. Uwielbiam fasolkę szparagową. Czasem na obiad jem tylko ją.

10. Nigdy nie próbowałam palić papierosów. I dobrze mi z tym.

11. Mówię z prędkością światła.

12. Jeszcze parę lat temu panicznie bałam się ciemności. Teraz pozbyłam się "panicznie".

13. Gdy byłam mała oglądałam po cichu, w tajemnicy horrory (np. "Z archiwum X"), choć okropnie się ich bałam. To by wyjaśniało fobię z punktu wyżej:).

14. Źle znoszę pobieranie krwi/zastrzyki. Nawet dwa razy zemdlałam, ale mimo to dwa razy oddałam krew. I podczas pierwszego oddawania pielęgniarki musiały się nagimnastykować żebym nie "odleciała" :)

15. Jestem leniwa.

16. Wącham motki i bardzo podoba mi się ten zapach.

17. Niedługo skończę 24 lata.

18. Uwielbiam dzieci.

19. Jeśli ktoś mi coś poleci to najczęściej tego nie zrobię/nie przeczytam/nie obejrzę. Nie umiem tego wyjaśnić. Musi mnie samą najść ochota:).

20. Od gimnazjum farbuję włosy. Byłam już jasną blondynką, szatynką, no i rudą.

21. Mam (mamy) pudełko z pamiątkami odkąd jesteśmy razem. Mówiłam już, że romantyczka ze mnie?

22. Potrafię na poczekaniu wymyślić wiarygodną historię i równie wiarygodnie ją opowiedzieć. Ale nie lubię kłamać.

23. Z moim narzeczonym znamy się ponad 6 lat i jest on moim pierwszym prawdziwym chłopakiem.

24. Śnię sny niewyobrażalnie głupie, dziwne, abstrakcyjne.

25. Mam kilka natręctw - np. książki i płyty muszą być ułożone kolorystycznie. Myję ręce po wszystkim. Nawet po dotknięciu wody w kuchni.

26. Zawsze mam przy sobie krem do rąk i pomadkę ochronną. Zawsze.

27. Nie lubię pizzy. Chyba, że mama zrobi!

28. Nie cierpię majonezu!!! I nawet mama nie pomoże:).

29. Nigdy niczego sobie nie złamałam.

30. Uwielbiam psy.

31. Noszę soczewki kontaktowe.

32. Lubię gotować. Ale bez przesady.

33. Nie znoszę myć naczyń.

34. Każdego mi żal i szkoda. Naprawdę każdego!

35. Dwa lata liceum spędziłam w klasie filozoficznej... uhm.

36. Jakieś kilka miesięcy temu naszła mnie przeogromna chęć nauczenia się wszystkich nazw państw i ich lokalizacji. Osiągnęłam mniej więcej 84% (około 165 państw). O tu się można sprawdzić: www.jetpunk.com/quizzes/pantswa-swiata

37. Co raz gorzej znoszę latanie samolotem. Pierwszy raz, mimo strachu był tym, kiedy najmniej panikowałam. Mimo wszystko wolę latać niż jechać gdzieś mnóstwo godzin autobusem, pociągiem czy autem.

38. Jestem przeogromnie tolerancyjna. Jeśli nikomu (i tu też mam na myśli zwierzęta) nie dzieje się krzywda to nie mam z tym problemu

39. Nie wierzę w żadne zabobony i przesądy.

40. Nie jestem typem imprezowiczki. Nie odwiedzam klubów, dyskotek, nie chodzę na typowe imprezy.

41. Gram w gry planszowe. Obecnie najbardziej lubię Terra Mystikę.

42. Nie lubię gdy ktoś rozmawiając ze mną mnie dotyka/szturcha. Nie lubię więc też tłumów np. na koncertach.

43. Uwielbiam wodę - zwłaszcza morze.

44. Nie potrafię się obrażać. Lubię się godzić:).

45. Obejrzałam (jako już dorosła baba) prawie wszystkie bajki Disneya, i nie tylko.

46. Nie cierpię gadania w kinie, chrupania czy szeleszczenia papierkami.

47. Nie garnę się do brania udziału w konkursach.

48. Lubię jesień. Uwielbiam jak na niebie są ciemne chmury i pada deszcz. I wieje wiatr!

49. Jestem kiepska z angielskiego. Ale dziewiarski angielski opanowałam całkiem nieźle.

50. W moim domu musi być dużo światła. Nie lubię półcieni, przydymionego światła - boli mnie wtedy głowa, ciągle pocieram oczy, mało widzę.

Pozdrawiam Was ciepło i czekam na Wasze "fakty":),
Marzena

czwartek, 11 grudnia 2014

Blog Liebster Award

Jestem typem co nie bierze udziału w takich zabawach, ale nominowała mnie bardzo sympatyczna osoba (www.makneta.com), której bardzo dziękuję! Zajrzałam też dziś na bloga Oli z handmade-project.blogspot.com i postanowiłam zrobić tak jak Ona - odpowiedzieć, ale nie nominować, i też liczę na to, że zostanie mi to wybaczone! Myślę, że na dwie się nie pogniewacie, hmy? :)

Jak byś jednym słowem określiła swój blog?
Wełniastopuchaty! Jedno słowo, no co?:)

Ile czasu spędzasz na tworzeniu nowych wpisów blogowych?
Rzadko piszę na zaś, nie tworzę postów długo. Zasiadam do komputera z pomysłem i wylewam z siebie to co mam do powiedzenia, jeszcze tylko Mateuszowy rzut oka, w celu oceny jakości i klikam "opublikuj". Dłużej oczywiście siedzę nad zdjęciami - czasem robię je w jeden dzień, czasem rozkładam na raty.

Podaj jedną zaletę prowadzenia bloga?

Kontaktowanie się z Wami!

Jak najlepiej zacząć dzień?
Spaniem do południa.

Bez czego nie wychodzisz z domu?

Bez celu. A jak nie ma celu, to bez Mateusza. Bo jak się błąkać, to razem.

Na której ręce nosisz zegarek?

Nie noszę zegarka.

Twoja ulubiona książka?

Ale, że tylko jedna? Jak jedna to... "Cień wiatru".

Co jest ważniejsze - słowa czy obrazy (zdjęcia)?

Słowa.

Gdzie byś pojechała w podróż marzeń?

Wszędzie tam gdzie wieje, jest szaroburo i klimatycznie. I jest mało ludzi. A najlepiej nie ma ich wcale. Północ, urwiste klify, wzburzone morze. Chciałabym do Norwegii, Szwecji, Nowej Fundlandii, Islandii.

Wymień swoje 3 zalety.

Marzycielka, zaradna, miła.

Jesteś nocnym markiem czy rannym ptaszkiem? Jakie są zalety takiego trybu życia?

Lubię spać. Wstaję najpóźniej jak się da, idę spać przed 23. I wiecznie jestem niewyspana. Ale wolę położyć się później, niż wstać wcześnie rano. Wstawanie rano jest okropne!

Pozdrawiam serdecznie!
Marzena.