Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 lutego 2020

Planowanie podróży

Obiecałam sobie, że przy okazji szykowania się do następnych wakacji, napiszę post o tym czym są dla nas podróże oraz jak się do tego zabieramy. No więc jestem! Siadam i piszę. Zobaczymy co z tego wyniknie :) Proponuję zaparzyć litr herbaty lub kawy, bo post zapowiada się obszerny. Do dzieła!

Zacznę od tego czym są dla nas wakacje. Odkryliśmy jakiś czas temu, że podróżowanie jest właśnie tym co chcemy robić. Nie dominuje to całego naszego życia, wszak mamy wiele innych zajęć i pasji (i pracę!), nie jesteśmy ciągle w drodze, wręcz przeciwnie, ale to nie zmienia faktu, że to one właśnie są na szczycie listy "rzeczy do robienia w ciągu naszego całego życia". I wiele spraw jest tym marzeniom podporządkowanych - to jakie prowadzimy życie, na co wydajemy pieniądze, jaką mamy pracę, plany na przyszłość... 
Co prawda nasza przygoda podróżnicza dopiero się zaczyna, ale przecież przed nami wiele wspólnych lat:) Ciągle zastanawiamy się gdzie pojedziemy następnym razem i kiedy będzie to możliwe. Tak, zdecydowanie chcemy zobaczyć cały świat!

Jako że jest to dla nas bardzo ważna sprawa, to mogłabym opowiadać o tym przez wiele godzin, nadal czując, że nie udało mi się w pełni przekazać swoich myśli... Tak to już jest z pasjami :) Postaram się jednak skupić na konkretach, opowiedzieć ogólnie o naszym podejściu i sposobach, a gdybyście zapragnęli wiedzieć więcej to dajcie znać w komentarzach. Powstanie wtedy więcej postów, które będą tyczyć się już konkretnych aspektów.

Temat jest bardzo rozległy, a sposobów na idealne podróżowanie jest dokładnie tyle ile osób podróżujących. Nie ma szans wymienić ich wszystkie nie tworząc przy okazji książki! :)
Myślę, że podstawową kwestią, od której mogłabym zacząć to bardzo prosty podział na: planujących i nieplanujących. My zdecydowanie zaliczamy się do tej pierwszej grupy. I mamy ku temu kilka powodów.
 
Należymy do ludzi podróżujących aktywnie, więc nasze wycieczki pełne są przeróżnych zajęć: intensywnego trekkingu, pływania, wspinania, ostatnio również sportu i wielogodzinnego zwiedzania. Kochamy głównie przyrodę i przygody, ale bardzo lubimy poznawać nowych ludzi i ich zwyczaje, historię i kulturę miast. Oprócz tego nie stronimy od błogiego lenistwa na plaży. Jednym słowem - robimy wszystko i lubimy wszystko.
Wakacje to dla nas czas wyjątkowy. Przenosimy się nie tylko w inne miejsce, ale również w inną rzeczywistość. To przede wszystkim czas spędzony razem, ale wyłącznie na przyjemnościach. Na doświadczaniu, poznawaniu, doznawaniu! Nie ma domowych obowiązków, nie ma przeszkadzaczy, internetu (tak, ograniczamy to wtedy do minimum, nawet nie musimy się pilnować), komputera, pracy... To czas specjalny i robimy co w naszej mocy by czerpać z niego jak najwięcej.



I w tym właśnie pomaga nam planowanie - nie tracimy cennych chwil w trakcie podróży na szukaniu noclegu, liczeniu kasy, wynajdywaniu atrakcji. Nie ryzykujemy, że pojedziemy w mało atrakcyjne miejsce, bo wybraliśmy pierwszy lepszy region, do którego mógł zabrać nas pierwszy lepszy samolot. Nie ma stresu, jest tylko błogie szczęście.

Lubimy zaplanować całe wakacje będąc jeszcze w domu, bo w takim przypadku co najwyżej ominie nas mycie naczyń albo trening, a nie tropikalny las, pełen egotystycznych ptaków, nocny lokalny targ, piękne fale na oceanie czy ciepło południowego słońca. Nie wspominając o tym, że za ten wakacyjny czas płacimy najczęściej o wiele więcej niż za domowy.
Moim zdaniem warto dobrze zaplanować urlop, ale przede wszystkim warto robić to, co nam sprawia przyjemność. Nie traktujcie więc tego posta jak wskazywanie najlepszej drogi, a jedynie jako poradnik jak sobie poradzić z planowaniem wymarzonej podróży. 

Od czego zaczynamy? Na początku zawsze ustalamy trzy rzeczy. 

Termin, budżet i kierunek.
Te trzy sprawy są od siebie mocno zależne. Termin określa jaki będziemy mieć budżet, albo w zależności od budżetu ustalamy czas trwania wakacji. Zawsze wolę trochę poczekać (o ile to możliwe) niż musieć się bardziej ograniczać. Wszystko zależy od możliwości i kierunku jaki obierzemy. 
Na początku sprawdzamy ogólne ceny w danym kraju by wiedzieć w ogóle na co się szykować. Szkocja na przykład jest droga, ale Indonezja jest absurdalnie tania, chociaż samolot z Polski do Azji już nie bardzo. Dlatego do Azji lecimy na miesiąc, a nie na dwa tygodnie (no, między innymi dlatego, drugi ważny powód to oczywiście piękno tego kawałka świata i chęć konkretnego oderwania się od europejskiego stylu życia:)).
Gdy już wiemy jakich cen się spodziewać, możemy mniej więcej oszacować budżet (my zawsze robimy to z "górką", w razie gdyby coś nas niemiło zaskoczyło), a mając budżet już można ustalać termin! Prowadzimy domową księgowość i skrupulatnie zbieramy oszczędności, więc możemy to łatwo wyliczyć. Mateusz zaklepuje urlop w pracy i dopiero wtedy zaczynamy przygotowania!

Rozeznanie.
Czasem do zaplanowanego urlopu mamy ponad pół roku, a niekiedy tylko 3-4 miesiące. W pierwszym przypadku nie ma powodu do pośpiechu i działamy gdy mamy ochotę lub wolną chwilę. Jeśli do wyjazdu zostaje nam około 3-4 miesiące to bierzemy się już na poważnie do pracy. Myślę, że to jest dobry czas by zdążyć ze wszystkim, mieć szansę "złapać" dobre noclegi, zabookować wycieczki czy w razie czego wprowadzić jakieś większe zmiany, gdyby okazało się, że nasz początkowy cel nie był najlepszą opcją. Nigdy nie jest to jednak intensywny krótki okres pracy. Rozbijamy sobie organizację wyjazdu na mnóstwo małych części i powoli, na spokojnie, w wolnej chwili działamy. Czasem jest to godzina w tygodniu, a niekiedy, gdy mamy wenę, zgłębiamy temat przez połowę weekendu. 

Wstępne rozeznanie polega na czytaniu o danym kraju albo miejscu. My praktycznie zawsze wybieramy inne państwo do zobaczenia, wiec zbieramy też ogólne informacje o nim. Nas to bardzo ciekawi, nie myślcie, że to jest coś w stylu "obowiązkowej pracy domowej". Nie, skądże! Interesuje nas kultura, geografia i klimat, przy okazji tego rozeznania poznajemy historię danego kraju, bywa że znajduję sobie nawet jakiś film dokumentalny by poznać jeszcze więcej ciekawostek. Warto znać zwyczaje, religię czy obecną sytuację polityczną w miejscu, w które chcemy zwiedzać. 
Chcemy by nasz wypoczynek był odpowiedzialny, a wszystkie aktywności wykonywane z głową, więc na przykład zanim weszliśmy na wulkan, to prześledziliśmy informacje o jego ostatniej aktywności, albo zapytaliśmy dobrze zorientowanego w tym temacie teścia o sytuację na Filipińskich wyspach i bezpieczeństwo turystów w danym regionie (na południowej wyspie operują islamistyczne ugrupowania rebelianckie, zdarzają się porwania dla okupu...). Warto również dowiedzieć się co MSZ ma do powiedzenia na ten temat.

 Czym więcej wiemy o danym państwie, tym lepiej! 

Po zgłębieniu tych ogólnych informacji wyszukujemy atrakcji, które nas pociągają. I tu polecam się dobrze przyłożyć, bo oczywiste jest, że w przewodnikach lub na pierwszych stronach wyszukiwania w google, znajdziemy przede wszystkim te mocno turystyczne i popularne punkty. Te kilka lat podróżowania nauczyło nas, że popularne nie oznacza najlepsze, ale na pewno najbardziej zatłoczone. Nie lubimy tłumów, ale oczywiście nie rezygnujemy ze spektakularnych widoków z takiego powodu. Po prostu nie ograniczamy się tylko do nich. Czytamy blogi, książki, poradniki, a ja lubię również zajrzeć na google maps i pozrzucać pomarańczowego ludzika w losowych miejscach, gdzieś poza utartym szlakiem. 
Warto też szukać atrakcji w konkretnym regionie. Bo gdy używamy wyłącznie ogólnych haseł, to dostaniemy "top 10 do zobaczenia", ale w całym kraju! A to może wiele zmienić. 

Ten przykład dobrze pokaże Wam nasze kroki:
Organizujemy właśnie podróż do Wietnamu. Kraj ten jest bardzo długi, więc nie sposób w krótkim czasie zobaczyć północną i południową część. Nas najbardziej interesują góry, a dodatkowo w maju będzie tam odpowiednia pogoda. Na północy leży Hanoi, więc to tam wylądujemy, to pewne. Ale gdzie potem?
Na początku poczytaliśmy odrobinę o każdej prowincji, zaznaczając na mapie punkty godne odwiedzenia. 

Taką mapę możecie mieć zawsze przy sobie, na telefonie. W trakcie podróży może przypominać o planowanych punktach do odwiedzenia lub w łatwy sposób informować o odległościach do pokonania itp.

I mając taką mapę przed oczami łatwo ocenić, które miejsce kusi nas najbardziej. My wybraliśmy najdalej wysunięte na północ prowincje (przy granicy z Chinami). Są one najmniej popularne, co nas bardzo cieszy bo liczymy na to, że unikniemy masy turystów i skomercjalizowania, a jednocześnie nieprzyzwoicie piękne i dziewicze. 
Ten etap, chociaż niekiedy bardzo czasochłonny i wyczerpujący, jest naprawdę wyjątkowo przyjemny! Szkicując plan podróży czujemy się trochę jak na wakacjach:) Zmieniają się nasze nastroje, błądzimy w myślach po dzikich szlakach, marzymy o tym co zjemy i co przywieziemy jako pamiątkę. Bardzo to lubię.

Mając już w głowie i w arkuszu (tak, notujemy ile się da) wszystkie potrzebne informacje, możemy ocenić czy to jest właśnie podróż naszych marzeń. 
To wszystko czego się dowiedzieliśmy o północnym Wietnamie utwierdziło nas w przekonaniu, że jest to miejsce dla nas. Czas przejść do kolejnego etapu.

Organizowanie.
Taka wycieczka miewa czasem punkty kluczowe, które decydują o większości spraw.
Bilety z Polski do Azji  kupiliśmy już jesienią, a o terminie urlopu decydowała cena biletów. To jest pierwszy kluczowy punkt. Nie planowaliśmy nic przed kupnem tych biletów, bo dopiero po poznaniu daty, mogliśmy zacząć rozważać kraje do odwiedzenia (pory deszczowe nie należą do ulubionych:)). 

Mając już wybrane kierunki i zrobione "rozeznanie", możemy wziąć się do organizacji, czyli składania wszystkiego w całość, kupowania, rezerwowania i szkicowania planu wycieczki. 

To, że robimy plan nie oznacza, że go nie zmienimy w trakcie lub tracimy głowę czy też radość, gdy coś nie pójdzie po naszej myśli. Na miejscu sporo rzeczy dostosowujemy do sytuacji, zmieniamy albo dajemy się ponieść chwili, ale czujemy się pewnie mając dobrze rozplanowany czas i posiadając listę rzeczy, które chcemy/możemy zobaczyć czy zrobić. Powtórzę się, ale naprawdę nie chcę tracić wakacyjnego czasu na zastanawianie "co ciekawego można zobaczyć w okolicy?" lub, o zgrozo, na sprzeczkach gdzie powinniśmy się teraz udać. Jeśli nie chcę czegoś robić to lepiej ustalić to wspólnie przed wyjazdem niż decydować na gorąco! 
Przykładowo musimy dostać się do oddalonego o 100 km od miasta punktu, by podziwiać pola ryżowe. Wszyscy miejscowi proponują nam bus, który odjeżdża za dosłownie 15 minut! Rzecz w tym, że ja mam chorobę lokomocyjną, trasa zaś prowadzi krętymi drogami przez góry, a dodatkowo nie czuję się dobrze w tak ciasnych i zatłoczonych miejscach (bus okazuje się puszką bez klimy wiozącą rolników z targu, więc jadą z nami też świnki i kury:)). I mam 15 minut by zaprotestować, ale nie mam nawet co zaproponować w zamian! Pojawia się stres i niezadowolenie. Albo pojedziemy i będzie me źle i niedobrze, ale będą piękne widoki (ciekawe czy jest bus powrotny?!), albo zrezygnujemy i stracimy szansę na zobaczenie danego miejsca i przy okazji dobre nastroje. I ja się pytam na co to komu?:) Jestem pewna, że jeżeli sprawdzimy wcześniej to okaże się, że jest kilka innych opcji! I można znaleźć najlepsze rozwiązanie, nie rezygnować ani z komfortu, ani z widoków.

Wracając do tematu. Nie każdą podróż organizujemy w ten sam sposób. Jest wiele czynników, które na to wpływają. Często najlepszą opcją jest dla nas podróżowanie autem i wtedy wszystko zwiedzamy na własną rękę, albo, jak w przypadku Wietnamu, musimy zdać się na innych. Nie będę wgłębiać się tu w szczegóły, bo nigdy nie skończę tego posta, ale organizacja to czas gdy zgrywamy wszystkie terminy, kupujemy bilety i rezerwujemy hotele/wycieczki/samochód. Czytamy również bardziej szczegółowo o punktach, które wybraliśmy. O cenach wstępu, obowiązujących zasadach, sposobach na zwiedzanie, możliwościach itp.


Bilety lotnicze kupujemy bezpośrednio na stronie linii lotniczych, obowiązkowo z ustalonym miejscem, bo oszalałabym gdybym nie mogła usiąść koło Mateusza (niesamowicie boję się latać...).
Jesteśmy fajną mieszanką - ja się boję lotu, Mateusz nie znosi lotnisk i tych wszystkich procedur. Więc najpierw ja go muszę odstresowywać, a potem on mnie :)

Noclegi wyszukujemy na bookingu, agodzie lub airbnb. Mam wrażenie, że każdy kraj ma swoją ulubioną stronę, więc warto zajrzeć na każdą z nich. Niekiedy, jak w przypadku wyspy Tioman, najłatwiej było znaleźć fajny nocleg na stronie dedykowanej tej wyspie. Turystyka nie jest tam mocno rozwinięta, więc nie każdy wrzuca swoje pokoje na booking. 

Chciałabym tak w skrócie opowiedzieć Wam o hotelach, które wybieramy. Tak się składa, że mam chyba inną definicję słowa luksus, niż większość ludzi. Wiecie co jest dla mnie super, ekstra i wyjątkowe? Spanie na bezludnej wyspie w namiocie na plaży, bez bieżącej wody i klimatyzacji. Luksusem jest tu przyroda, widoki i przygoda! Innym razem luksusem będzie drogi eco hotelik, który oferuje wszystkie udogodnienia, a największym z nich jest cisza i nieprzejmowanie się absolutnie niczym (jest klima, uroczy basen, plaża kilka metrów przed domkiem, świetna restauracja na plaży z pysznym jedzeniem). 

W Szkocji luksusem było odosobnienie. Ten biały punkt to nasz malutki domek, otoczony przez wrzosowiska, owce i skały. Na horyzoncie nie było żadnych innych zabudowań.

Luksusem nigdy nie były dla nas hotele takie jak Gołębiewski, Radisson czy inny Marriott. Nigdy sami nie wybierzemy noclegu w takim miejscu i nie chodzi o ceny, ale o totalny brak atmosfery. "Typowy hotelowy pokój" nam się nie podoba, bez względu na wysoki poziom wyposażenia, wolimy więc zrezygnować z pewnych udogodnień na koszt klimatu i oryginalnego wystroju. 
W Bangkoku spaliśmy w tzw. Poshtelu, czyli designerskim hostelu, gdzie pokoje były maciupkie, okrągłe i całe oszklone (i bardzo ładne, ciekawie urządzone), ale na dachu był obłędny bar z widokiem na miasto. Więc w zależności od miejsca i tego czego w danym momencie oczekujemy, zmienia nam się definicja luksusu. 
Wolimy niewielkie hotele z duszą. Raz jest to coś z wyższej półki, a niekiedy coś na niskim poziomie, ale oferujący coś "ekstra". 
Co do namiotu i plaży... takie coś czeka nas w maju i nie mogę przestać o tym rozmyślać! Z pewnością podzielę się wrażeniami po powrocie.

Oprócz biletów lotniczych czasami kupujemy przed wyjazdem też bilety na komunikację lub wejściówki. Jeśli mamy pewność co do dnia, w którym będziemy zwiedzać jakiś park czy muzeum, to wolimy być już przygotowani. Warto poczytać cokolwiek o danym miejscu przed przyjazdem, bo można trafić na zdanie "kupcie bilety online, kolejki Was zabiją!". I kilka razy uratowało nam to dzień :) Ale nie jest to nasz obowiązkowy punkt do odhaczenia.

Oczywiście z odpowiednim wyprzedzeniem rezerwujemy wycieczki. Najpierw jednak upewniamy się komu powierzamy nasze wakacje. Bo zepsuć sobie samemu podróż jest przykro, ale gdy zrobi to ktoś za nas, i na dodatek każe sobie zapłacić, to już zupełnie inna bajka :) Żeby mieć pewność, że będziemy w pełni usatysfakcjonowani należy po prostu przeczytać ile się da, głównie opinie opinie innych podróżujących. 
Dla nas ważna jest też filozofia i praktyki danej firmy. Na przykład: jeśli jakiekolwiek wycieczki zawierają atrakcje ze zwierzętami (wiecie co mam na myśli) to rezygnujemy od razu. Nie chciałabym być przypadkiem świadkiem niehumanitarnego traktowania zwierząt ku uciesze durnych turystów. Wszystko co "śmierdzi" nam czymś takim lub inną nieodpowiedzialnością, omijamy szerokim łukiem. 
Polecam podróżować z głową! Wspieranie słabo rozwiniętych regionów, jak przykładowo Północny Wietnam, jest bardzo ważne. Turystyka pozwala wioskom na rozwój, posyłanie dzieci do szkół, podwyższenie ich poziomu życia, ale pamiętajmy, żeby nie przyniosła tylko większych szkód, co w wielu miejscach miało niestety miejsce. Brak ograniczeń zniszczyło już niejedną piękną wyspę czy dżunglę.

Mateusz i nasz super przewodnik po Jawie! Odebrał nas (razem z kierowcą) z lotniska, pomógł załatwić początkowe formalności, nakarmił lokalnym jedzeniem i owocami, zapewnił dobry nocleg, umilał czas rozmową o swoim kraju i pokazał nam piękne i niebezpieczne wulkany! Na koniec sprawnie załatwił za nas sprawy z balijskimi strażnikami w porcie, żebyśmy zdążyli na zaplanowaną łódkę. Pełen profesjonalizm.
Pozostałe.
Uff! Gdy wszystko zaklepane i kupione to można zluzować. Pozostaje już tylko czekać na upragniony urlop. W między czasie przygotowujemy się do wyjazdu w dany region. Na przykład w tym roku kupiliśmy aparat do fotografii podwodnej, żeby móc w końcu uwiecznić piękno podwodnego świata, ale też móc bez stresu zabierać sprzęt na łódkę czy kajak. Z lustrzanką mam opory.

Jak wiecie z innych postów, przygotowuję też garderobę - obecnie szyję, ale poprzednio należało się oczywiście ubrać w sklepie. Nie zostawiam tego na ostatni moment bo nie znoszę działać w stresie. Odpowiednio wcześnie przeglądamy ubrania i sprzęt i decydujemy co się nadaje a czego nam brakuje. Teraz jest już trochę łatwiej, bo zdążyliśmy kupić już trochę rzeczy na poprzednie wyprawy. Mamy więc lornetki, dobre walizki (pamiętajcie by sprawdzać wymiary dozwolone w Waszych liniach:)) i plecaki, lekkie ubrania trekkingowe, butki do wody, etui wodoodporne na telefony, itd.

Ważną kwestią jest też zdrowie. Gdy lecimy do Azji to odpowiednio wcześnie udajemy się na wizytę do medycyny podróży. Lekarz informuje nas o zagrożeniach związanych z przebywaniem w danym regionie i zleca szczepienia. Nie są one obowiązkowe, ale my nie zamierzamy ryzykować. Za pierwszym razem zaszczepiliśmy się przeciw żółtaczce pokarmowej, durowi brzusznemu i tężcowi. W tym roku wystarczyło tylko ponowić tą pierwszą. Można również otrzymać recepty na leki "w razie wypadku", bo czasami możemy znaleźć się daleko od cywilizacji i na dodatek w kraju, w którym opieka medyczna jest bardzo wątpliwa.

W tym czasie wykupujemy również ubezpieczenia podróżne oraz ubezpieczenie auta, jeśli planujemy jakieś wynająć. Sprawdzamy czy dokumenty są ważne, wyrabiamy te, które są wymagane (międzynarodowe prawo jazdy na przykład) oraz orientujemy się czy nie musimy zdobyć żadnej wizy lub pozwolenia.


I na koniec pozostaje już tylko spokojnie czekać na wymarzoną podróż! Spakować się i ruszyć w nieznane, po kolejną dawkę wspomnieć i wrażeń :)
 
Podsumowanie.
Co nam daje to całe planowanie? Po pierwsze pozwala nam poznać miejsce, do którego jedziemy. Nie chcemy tylko odhaczać punktów na mapie, ale również dowiadywać się, chłonąć i poznawać jak najwięcej! Po drugie zabiera niemalże cały stres związany z podróżowaniem. Wszystko mamy ogarnięte, nic nas nie zaskoczy, możemy przestawić się na tryb "leniwiec".
Po trzecie i najważniejsze - nie tracimy czasu i wyciągamy z podróży tyle ile się da, tworząc piękne, pozytywne wspomnienia. Wiecie, że z naszej poprzedniej Azjatyckiej podróży tylko 1 dzień z 35 wspominam niemiło? Dnia w Bangkoku nic nie uratuje, ale w pozostałych sytuacjach, gdy na przykład pochorowałam się na rajskiej plaży, mogłam łatwo temu zaradzić, bo byłam już przygotowana :) W domu kosztowało mnie to nie więcej niż pół godziny, musiałam skoczyć do osiedlowej apteki by kupić potrzebny lek, a tam, na Tiomanie, mogłabym co najwyżej położyć się do łóżka i płakać z bezsilności, licząc na to, że jakiś miejscowy ma coś na moją dolegliwość.
Robiąc to wszystko możemy o wiele lepiej zagospodarować dany nam czas. Jeśli mamy tylko tydzień urlopu to szkoda byłoby wykorzystać go byle jak. A przynajmniej nam byłoby bardzo szkoda!

Myślę, że planowanie pozwala również zaoszczędzić pieniądze, ponieważ nie podejmujemy decyzji na szybko i mamy czas i możliwość sprawdzenia wszystkich dostępnych opcji. 
Poza tym wiecie, że ja lubię porządek i plany. Taki typ człowieka. Czuję się szczęśliwa mając wszystko pod kontrolą, ale wiem, że są ludzie, którzy pakują kilka ubrań i lecą w nieznane! I to sprawia, że są szczęśliwi. Ta niewiadoma, to ryzyko. Tak jak mówiłam. Ile ludzi, tyle idealnych sposobów.
Ciekawa jestem jaki jest Wasz punkt widzenia! I koniecznie dajcie znać jeśli chcielibyście bym rozwinęła którąś z powyższych kwestii. Tu starałam się opowiedzieć bardzo ogólnie, więc sporo rzeczy przemilczałam dla Waszego dobra (ileż można czytać jeden post?!), a i tak wyszedł długaśny wpis.

Jeśli chodzi na naszą przyszłą podróż to jesteśmy już za połową organizacji! Myślę, że do końca lutego ze wszystkim się uporamy :)

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

środa, 9 października 2019

Algarve. Portugalia

Po wizycie w Sintrze (klik!) skierowaliśmy się prosto na południe, gdzie mieliśmy spędzić tydzień. To tam właśnie czekała na nas główna atrakcja tego urlopu! Zapisaliśmy się trzydniowy kurs surfowania!
To właśnie surfing sprawił, że obraliśmy Portugalię za nasz cel! Myśleliśmy o nim od dłuższego czasu, bo i mnie i Mateusza ciągnie bardzo do sportów wodnych, i chyba ogólnie do sportów, gdzie jest sporo zabawy. Z tego samego powodu wybraliśmy się na rafting podczas naszej podróży poślubnej. Mi się też jakiś czas temu mocno poprzestawiało w głowie - kilka lat temu byłam raczej spokojna, wolałam bezpieczną formę spędzania czasu, aktywną owszem, ale niezbyt szaloną, a teraz... teraz chcę próbować, doświadczać i po prostu korzystać z tego co oferuje życie! Robić szalone rzeczy, uczyć nowego, sprawdzać się w różnych dziedzinach. Sama myśl, że jeszcze tyle rzeczy jest przez nas nieodkrytych, że mnóstwo szaleństw przed nami, jest niezwykle ekscytująca!

Dotarliśmy późnym wieczorem do naszego hoteliku, który leżał na obrzeżach miejscowości Luz i odkryliśmy, że na zewnątrz jest zimno :) Wiał silny wiatr z oceanu. Właściciel poinformował nas, że taka pogoda utrzyma się kilka dni. Ach, wakacje w ciepłych krajach! 

Luz, w którym mieszkaliśmy to niewielka miejscowość w zachodnim Algarve. Znajduje się niedaleko Przylądka Świętego Wincentego (najdalej wysunięty na południowy zachód punkt kraju) dzięki temu mieliśmy blisko na południowe jak i na zachodnie wybrzeże. To drugie jest popularne wśród surferów, południe zaś to miejsce leniwego smażenia się na plaży.

Pierwszy dzień spędziliśmy w ten leniwy sposób. Spakowaliśmy rzeczy i ruszyliśmy w poszukiwaniu klimatycznej plaży i złotych klifów. Trudno nie trafić na piękną plażę w tym regionie. Aczkolwiek wiatr trochę przeszkadzał w smażeniu, zaś woda w oceanie była niczym jak ta, w naszym ukochanym Bałtyku - przeszywająco zimna! Czysta, krystaliczna, turkusowa... aż prosiła się o kąpiel, ale nie potrafiłam się przełamać. Miała chyba niecałe 18 stopni. Mateusza to nie zniechęca:

Wieczorem wybraliśmy się jeszcze do Sagres, pochodzić po klifach przy zachodzie słońca i zobaczyć Fortaleza de Sagres, które, gdy już obeszliśmy wszystko na około, zdążyło się zamknąć :)

Jak widzicie, chodzimy ubrani w sweter i bluzę. I tak mniej więcej było każdego dnia - ale głównie rano i wieczorem. Przyznam, że nie spodziewaliśmy się takich numerów i zabraliśmy ze sobą tylko po jednej sztuce ubrania z długim rękawem! Tak więc tydzień, dzień w dzień, moja biedna Majula była wystawiona na oceaniczny wiatr, piasek, krem do opalania i słoną wodę :)

W drodze powrotnej podziwialiśmy z klifów piękną plażę i surferów. W tym momencie poczułam się lekko niepewnie. Może nie widać tego na zdjęciu, ale fale były całkiem spore. Jak powiększycie zdjęcie to może uda Wam się wypatrzeć ludzi z deskami :)
 
Plaża i leniuchowanie tego dnia była super, ale to nic w porównaniu z dniem następnym. Nic nie poradzę na to, że to właśnie surfing zdominował (pozytywnie) nasze wakacje, przez co traktujemy resztę atrakcji po macoszemu! Słońce, piasek, klify... wszystko piękne, ale w porównaniu z mgłą z oceanu, wiatrem, falami i deską pod pachą są po prostu zwyczajne! Przechodzę więc czym prędzej do dnia następnego. 
Zapisaliśmy się do szkoły pływania w Sagres, oddalonego od Luz jakieś 20 km. Okazało się, że śniadania w hotelu podawane są od godziny dziewiątej, zaś w szkole stawić się mieliśmy o 8:40 :) Zakupiliśmy w sklepiku suche bułki, hummus, jogurty i soki pomarańczowe, i ruszyliśmy wcześnie rano, nie mając pojęcia czego się spodziewać! Czym bliżej byliśmy zachodniego wybrzeża, tym pogoda była mniej atrakcyjna - ocean dostarcza tam wielkie ilości wilgotnej mgiełki! Było naprawdę rześko! Początkowo mnie to martwiło, ale okazało się, że nie ma to żadnego znaczenia. A nawet odrobina chłodu była pożądana, bo w trakcie pływania potrafiło być naprawdę ciepło.

Nie sposób nie rozpoznać surfera gdy ten staje nam na drodze. Nasi trenerzy (w różnym wieku) wyglądali jak każdy surfer z filmów! Od wyglądu po zachowanie, wszystko było tam bardzo surferskie ;) Wiecie co mam na myśli? Rozwiane, splątane długie włosy, niedbały, ale wygodny ubiór, mocna opalenizna, pełen luz i wyjątkowo przyjacielskie podejście do każdego.


Wyposażyli nas w pianki, dobrali deskę i zapakowali, wraz z innymi uczestnikami, do starego minibusa. Mogliśmy ruszać! Przed każdą lekcją sprawdzano warunki na pobliskich plażach - niekiedy zawracaliśmy lub czekaliśmy na telefon od pozostałych trenerów, którzy obrali inną drogę i sprawdzali pozostałe miejsca. Im wystarczył jeden rzut oka na ocean by wiedzieć jak dziś zachowają się fale i prądy, gdzie jest bezpiecznie i gdzie będą dobre fale do nauki.

Na pierwszy dzień wybrano dla nas plażę z powyższego zdjęcia - Praia do Tonel! 


Gdy już wszyscy byli na miejscu (a była to całkiem spora grupa, która dzieliła się na mniejsze podgrupy, ze względu na poziom zaawansowania), zaczęliśmy rozgrzewkę, przydzielono nam instruktora Dave'a (myślę, że nie mógł mieć dużo więcej lat niż my) i w kilkuosobowej grupie zaczęliśmy naukę podstaw na piasku. Po założeniu pianki zrobiło się nagle bardzo ciepło! To dobrze wróżyło :) Wszak ocean nie zmienił swojej temperatury w ciągu jednej nocy.

Oczywiście zdjęć z lekcji nie mam za wiele. Nie było na to czasu, nie było chęci, nie było możliwości. Musicie polegać głównie na mojej opowieści:)
Pierwszy dzień był niesamowity! Bawiliśmy się tak dobrze, że nawet nie zauważyłam kiedy minęły 3 godziny w wodzie! Na początku nauczono nas trzymać deskę i płynąć na fali, leżąc na niej. Chyba nie mogli sprawić nam większej frajdy - robimy to od zawsze, ale bez deski. Ale to był dopiero początek - następnym krokiem było stanie na desce.
Nauka kroków wstawania odbywała się na piasku i gdy już każdy robił to w miarę płynnie, mogliśmy znowu wrócić do wody, gdzie szalała fala za falą. Oczywiście uczyliśmy się na tzw. "białej wodzie", czyli miejscu, gdzie fale się już załamują i pędzą w kierunku plaży. W porównaniu z morzem ocean ma niesamowitą moc - nawet najmniejsza fala potrafi ciągnąć aż do samego brzegu. Wiąże się to oczywiście z pływami. Biała woda jest idealna do nauki, bo możemy stać bezpiecznie na dnie i czekać na odpowiednią falę, bez konieczności manewrowania i utrzymywania się na desce.

Pierwszego dnia głównie spadaliśmy do wody:) Trzeba było dobrze opanować kroki wstawania, a na fali nie jest to już takie proste jak na piasku. Ale wszystko jest do nauczenia. Na początku zapomina się jaki jest algorytm, potem metodą prób i błędów próbuje się wykonać wszystkie wymagane ruchy i jednocześnie utrzymać się na desce, ale w końcu mózg załapuje i już nawet nie myślisz o tym co robisz! Potem pozostaje udoskonalić te ruchy, by były płynne. Samo stanie na desce i przepłynięcie choćby kilku metrów też nie jest takie proste na start. Odpowiednia pozycję załapaliśmy miej więcej na 3 i 4 lekcji (tak, było ich więcej niż 3, zaraz do tego wrócę:)) i wtedy mogliśmy dopiero zacząć naukę skręcania.

Już po pierwszym dniu wiedzieliśmy, że to jest absolutnie coś co pokochamy! Byliśmy zmęczeni wielogodzinnym targaniem deski pod prąd (to było najtrudniejsze:)), wstrząśnięci przez rozbijające fale nadciągające z trzech kierunków na raz, oblepieni solą i spieczeni słońcem, ale niewyobrażalnie szczęśliwi! Ja, posiadasz najdelikatniejszej skóry na świecie, miałam dodatkowo mnóstwo siniaków... i ran. Tak. Ran! Przy wstawaniu na desce ocierałam wierzchnią stroną prawej stopy o deskę, nieświadomie pozbawiając się naskórka. Zauważyłam to dopiero po wyjściu z wody, ale niespecjalnie się tym przejęłam. Było warto :)
Niestety powtórzyło się to na dwóch kolejnych lekcjach, musiałam więc zakupić ogromny wodoodporny plaster, bo nie mogłam już nosić nawet piankowych sandałów, tak bardzo bolała mnie noga. Zabawne jest, że nie czułam nic a nic podczas tych godzin w wodzie. Niestety to sprawiło, że bezlitośnie pogłębiałam ranę, nie dając jej się zagoić. Jeszcze widać blizny! Mateusz za to nie miał ani jednego, nawet najmniejszego stłuczenia, ani jednego zadrapania... Prawie całe wakacje wyglądałam tak:

Ach, gdyby nie gwizdek trenera, nigdy nie wyszlibyśmy z wody! Pianki zapewniły nam tyle ciepła, że nieraz zanurzaliśmy się celowo po czubek głowy bo tylko to mogło nas ochłodzić. W przerwach na odpoczynek, zamiast leżeć w słońcu, wracaliśmy bez deski do oceanu by porzucać się na fale. Tak, woda to nasz żywioł.
 

 Tak pięknie zrobiło się na koniec!


Podczas pierwszych trzech dni nauki instruktorzy byli z nami w wodzie. Pomagali przytrzymać deskę, łapać falę - bo tego też należy się nauczyć - tłumaczyli, poprawiali, pilnowali. Potem stali już na brzegu, obserwując nasze jazdy po falach i wskazując błędy, lub (hurra!) chwaląc dobre postawy, ładne skręty itp.

Drugiego dnia udało nam się zrobić kilka zdjęć podczas surfowania! Tego dnia miałam zajęcia tylko z Mateuszem, a uczył nas João, kolejny trener mniej więcej w naszym wieku. Lekcje, chociaż profesjonalne, były bardzo na luzie, w przemiłej atmosferze. Tym razem wybrano dla nas plażę Zavial, na południowym wybrzeżu - na niebie było słońce, ocean był spokojny, ale serwujący małe, zielone fale. Czyli coś innego niż pierwszego dnia - mogliśmy spróbować złapać falę zanim się rozbiła. Czyli spróbować takiego prawdziwego surfowania w mikro skali :)
No dobra, pokażę Wam jak dawaliśmy sobie radę drugiego dnia. Po ostatnich zajęciach już sami, ze śmiechem, byliśmy w stanie wskazać mnóstwo błędów w naszej postawie, ale wtedy cieszyliśmy się, ze udało nam się wstać i sunąć do przodu!

Gdy Mateusz robił zdjęcia, João, pomagał mi znaleźć idealną falę by zmaksymalizować szansę na udane zdjęcia:

Nie chcieliśmy tracić za dużo czasu na zdjęcia, więc kadrów mamy tylko kilka. Nie jest to postawa "końcowa" - jestem tu w trakcie wstawania. Drugiego dnia już znacznie częściej udawało nam się stanąć i płynąć, ale oczywiście były i takie chwile:

I teraz czas na Mateusza! Trzeciego dnia trochę mnie wyprzedził w nauce - już na sam koniec usłyszał od właściciela szkoły, że absolutnie nie może rezygnować z surfingu, bo ma to "coś", ten wyjątkowy talent, wszystko robi intuicyjnie, że woda i deska to jego naturalne środowisko i że będzie z niego niezły surfer! Nie mam co do tego żadnych wątpliwości!

Ale to nie znaczy, że nie potrafi zrobić tak :)

Ach, nie mogę patrzeć na te zdjęcia... robi mi się od razu okropnie przykro, że nie mieszkamy w Sagres! Teraz każde nasze przyszłe wakacje będą musiały mieć w sobie surferski epizod. Jest nadzieja, że uda nam się już popływać w maju!

Już drugiego dnia zaczęliśmy się poważnie zastanawiać nad sensem posiadania 3 dni w Algarve bez deski. Wykupiliśmy lekcje na trzy dni, ale myśl o tym, że mamy być w Portugalii i nie mieć już szansy posurfować, będąc przecież tak blisko, zwyczajnie nas załamywała. Ostatniego dnia (na kolejnej pięknej plaży zwanej Ponta Ruiva Beach) zdecydowaliśmy, że żadne portugalskie atrakcje nie mają szans z surfingiem i przedłużyliśmy lekcje o dwa dni! Zostawiliśmy sobie jeden dzień na odpoczynek, bo ten sport potrafi wycisnąć wszelką energię z człowieka - pływasz, tracisz poczucie czasu, nie czujesz zimna, nie czujesz głodu ani zmęczenia, tylko czystą radość, a potem wracasz do hotelu o 16 i chce Ci się już tylko spać :)

Trzeci dzień oraz dwa ostatnie spędziliśmy na takiej plaży:

Jechało się do niej przez totalne pustkowia. Teren był płaski, piaszczysty, pełen pyłu i suchej roślinności targanej wiatrem z solą morską. Chyba najbardziej tęsknię właśnie za tym miejscem... Spędziliśmy tam trzy dni, nie przejmując się niczym, mokrzy, oblepieni solą i piaskiem, zmęczeni i szczęśliwi, za towarzystwo mając ludzi z przeróżnych zakątków Europy,w przeróżnym wieku. 

Dwa dodatkowe dni pozwoliły nam nauczyć się skręcania oraz opanować dobrze postawę i wstawanie. Różnica miedzy pierwszym a ostatnim dniem była znacząca! Teraz automatycznie potrafię przybrać odpowiednia pozycję (obudźcie mnie w nocy i każcie to zrobić, a zrobię dobrze!:)). Trzy dni to za mało. Pięć dni też, ale dzięki tym dwóm dodatkowym lekcjom mogliśmy dowiedzieć się wszystkiego co niezbędne do samodzielnej praktyki. I to mamy zamiar robić w maju, gdy ponownie odwiedzimy chwilową ojczyznę Mateusza rodziców!


Żal mi kończyć opowieść o surfingu, ale nie śmieć nadwyrężać Waszej cierpliwości :) Powspominam sobie jeszcze w myślach, a pokażę Wam jeszcze jak wyglądał nasz dzień przerwy, który postanowiliśmy spędzić na podziwianiu złotych klifów Algarve. 
Po zjedzeniu w końcu normalnego śniadania, wybraliśmy się na wschód, do turystycznego Portimão. Chcieliśmy wykupić wycieczkę łodzią, bo podobno najlepiej podziwiać klify właśnie od strony wody. Udało się szybko zorganizować co trzeba i wsiedliśmy na speedboata, którym sterował Portugalczyk znający odrobinę język polski :) Tu, bardziej na "południu" było już bardzo ciepło, zwłaszcza, że wiejący od kilku wiatr, postanowił w końcu odpuścić.
Nasza wycieczka obejmowała spory kawałek klifów i kilka popularnych jaskiń i plaż, do których można dostać się tylko od strony morza.

Najbardziej oblegany punkt - grota w Benagil. Ustawiały się do niej kolejki łódek. Jest naprawdę cudowna, ale wiecie co? Po drodze mijaliśmy wiele równie pięknych, ale o nich nie piszą w przewodnikach, więc nikogo nie interesują :)

 Tu na przykład nie było żadnej kolejki!

Gdzieś w połowie trasy, przewodnik wskazał nam miejsce, z którego bezpiecznie można skakać do wody, oraz klify z wydrążonymi w naturalny sposób tunelami, z wyznaczoną trasą do zwiedzania. Po zakończonym rejsie i zjedzeniu gofra z lodami ruszyliśmy mniej więcej w tamtym kierunku, licząc na to, że trafimy na coś ciekawego. Mapa Algarve składa się głównie z punktów widokowych i klimatycznych plaż, więc w ciemno można wybrać miejsce i nie sądzę, że będzie się zawiedzionym. Tak się złożyło, że trafiliśmy i na punkt do skakania i na tunele! 

Słońce było okrutne - nie nadążaliśmy ze smarowaniem się kremem z filtrem! Było gorąco! Tego dnia założyłam sukienkę Ogden Cami, z poprzedniego posta i zdecydowanie pomagała mi znieść ten upał. 
(nawet widać tu moją zaklejoną stopę! Chodzenie było bolesne, ale wykonalne, chociaż momentami Mateusz musiał mi pomagać :))

Klify na południu różnią się od tych na zachodzie! Te se urocze, złote, rajskie, za to na Costa Vicentina zdecydowanie bardziej majestatyczne, wyższe, ciemne...




Chodząc po klifach trafiliśmy na naturalny basen między skałami i... wskazany przez naszego przewodnika punkt do skakania! Ja, po trzech dniach splątanych i mokrych włosów odpuściłam skakanie, ale za to schłodziłam się w basenie, gdzie woda co prawda nadal była okropnie zimna, ale przy parzącym słońcu nie sprawiało to już takiego problemu. 

Mateusz oczywiście skakał!

Dzień zakończyliśmy kolacją w Lagos, które jest idealne na wieczorny spacer - wąskie uliczki, stare kamienice, muzyka... I jak już wiecie, dwa ostatnie dni na południu znowu szaleliśmy na falach, ale wieczorami zwiedzaliśmy okolicę. Albo na nogach, po drodze rozłupując dziko rosnące migdały, albo autem po wysuszonych terenach Costa Vicentina.

To zdjęcie widnieje na okładce naszej fotoksiążki z Portugalii. Jest tu wszystko - plaża, klify, ocean i oczywiście surferzy!


Wszystko tam było pokryte rdzawym pyłem! 

Plaża Bordeira, niczym pustynia ciągnie się w nieskończoność...

Na koniec odwiedziliśmy jeszcze najdalej wysunięty na zachód punkt kontynentalnej Europy - Przylądek Świętego Wincentego. Widoki zapierały dech w piersi :D

 Ale za to w budkach obok sprzedawali churrosy!!! Więc nie żałujemy:)

I trzeba było wracać do Lizbony, a potem do Polski. Ciężko było pogodzić się z myślą, że musimy czekać wiele miesięcy na kolejną okazję by złapać za deskę... Postanowiliśmy przyjechać kiedyś jeszcze raz do Portugalii, tym razem bezpośrednio do Sagres, i skupić wyłącznie na surfowaniu. Nasz hotel, mimo że bardzo w porządku, był jednak złym wyborem - w okolicy nie było zbyt wiele zabudowań, co na innych wakacjach zapewne byłoby to wielką zaletą, ale tym razem trochę nam to przeszkadzało. Zmęczeni po całym dniu chcieliśmy wyjść do baru, zjeść, napić się piwa, a nie było to jednak możliwe bez przemieszczania się autem. Sagres to niewielka miejscowość, nastawiona właśnie na surferów, z mnóstwem knajpek i pięknymi plażami na około i to tam polecam się wybierać jeśli macie ochotę na przygodę!

Pozdrawiam Was ciepło i idę żałować, że nie mieszkamy nad oceanem.
Marzena