Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Merchant and Mills. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Merchant and Mills. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 maja 2020

Rustykalna wersja Ogden Cami

Miało być dziś o dwóch sukienkach w głębokich, absolutnie nieróżowych kolorach, ale okazało się, że wykonane niemalże w tym samym miejscu i czasie zdjęcia mogą jednocześnie się udać i nie udać. Pierwsze, do których założyłam butelkową zieleń wyszły koszmarne! Kolory zgubił się w wszechobecnej zieleni (ale to nie byłby problem, bo od czego się ma photoshopa...), obiektyw zwariował i naprodukował około 80% nieostrych zdjęć, a pozostałe 20% albo jest zaszumione albo ozdobione moimi dziwnymi minami. Zupełnym ich przeciwieństwem są za to zdjęcia mahoniowej czy też rdzawej sukienki, o której będzie dzisiejszy post. Światło pięknie zagrało na tym kolorze, rozświetlając nie tylko mnie w niej, ale i całe tło. Wniosek z tego jest taki, że do każdej fotografowanej rzeczy trzeba znaleźć osobne, idealnie pasujące tło bo ono może wiele zmienić! I jak widać nie chodzi tylko o dopełnienie całości, ale również wypływa ono na jakość, kontrast czy nawet uchwycenie ostrości.

Rezygnując więc z obiecanych ostatnim razem łączonych postów szyciowych, chciałabym Wam dziś pokazać tylko jedną sukienkę (albo aż! bo bardzo, bardzo ją lubię!), którą uszyłam w lutym i nie miałam jeszcze okazji nosić bo jest to wyjątkowo letnia kreacja, specjalnie stworzona na upały i plażowanie. Moje uwielbienie do niej nie jest spowodowane wyłącznie wygodnym krojem czy jakością tkaniny (znowu len!), ale przede wszystkim kolorem! I jak już wiecie nie jest to róż, a z tytułu posta można nawet odrobinę wywnioskować... 
Rustykalnymi kolorami określam wszystkie ciepłe i złote brązy, przydymioną rdzę czy mahoń. W styczniowym poście o garderobie wspomniałam Wam, że planuję kupić piękny mahoniowy len, bo odkryłam przy okazji dziergania tego swetra: klik! że lubię się ogromnie z takimi odcieniami. Len zamówiłam niemalże od razu i oto efekt pracy z nim - top Ogden Cami przerobiony na sukienkę:

W zależności od światła, kolor ten przybiera kilka odcieni - raz jest bardziej rdzawy, a raz bliżej mu do mahoniu. Delikatne przykurzenie sprawia, że kolor jest bardzo stylowy, niejaskrawy. Tkaninę kupiłam w Merchant & Mills. Nic nie pobije lnu latem! Nie sądziłam, że różnica między nim a na przykład bawełną jest tak zauważalna, dopóki nie zaczęłam szyć z tego pierwszego. Wcześniej lniane rzeczy mi się raczej nie podobały (kojarzyły mi się z butikami pełnymi beżowych lnianych szerokich spodni czy tunik w towarzystwie drewnianych korali, które widywałam w Ustce w sezonie letnim, a to zupełnie nie jest mój styl), więc w mojej szafie nigdy go nie było.
 

Uszyłam już jedną wersję sukienki posiłkując się tym wzorem - klik! ale tym razem zdecydowałam na odcięcie w talii i marszczoną spódnicę. Poszerzyłam również odrobinę ramiączka by bardziej pasowały do klimatu. 

W pierwszej próbie po prostu przedłużyłam top tworząc delikatnie rozkloszowaną prostą sukienkę. Tym razem skróciłam go odpowiednio (tak mi się zdawało) i doszyłam spódnicę z prostokąta, którą dość mocno pomarszczyłam. Po przymierzeniu okazało się, że coś nie do końca to przemyślałam i tył zbyt mocno wisiał, a odcięcie w talii wcale nie było na jej wysokości. Cóż, od czego ma się prujkę? :)
























Top należało najpierw zwęzić, tak by nie rozszerzał się ku dołowi, tak samo element wewnętrzny (znowu nie znam polskiej nazwy... wybaczcie), który jest jakby "podszewką" na wysokości biustu. Prucia się nie boję, więc szybko naprawiłam co trzeba, następnie skróciłam górę i po przyszyciu dołu wpadłam w zachwyt. To było właśnie to, czego potrzebowałam! Też lubicie takie luźne, wygodne kroje?

Oryginał ma cienkie ramiączka, ale do takiej rustykalnej wersji moim zdaniem wcale by nie pasowały! Na szczęście ten wzór łatwo zmodyfikować.

Użyłam 1.5 metra tkaniny i udało mi się nawet wyciąć z resztek kawałki na kieszenie. Nie ma ich jeszcze, bo to całe prucie mnie trochę zmęczyło, więc nie dokładałam sobie już dodatkowej pracy, ale może jednak się skuszę. Nici, których używałam to Gutermann numer 847.

Przy okazji chciałam wspomnieć o tym jak aparat ortodontyczny zmienił moje zdjęcia. Wcześniej bardzo nie lubiłam uśmiechać się szeroko do zdjęć. Teraz trochę nie mam wyjścia :) Większość prób zamknięcia buzi kończy się nienaturalną miną, albo wystawaniem kawałka zęba, co wygląda co najmniej śmiesznie. Poddałam się temu i uśmiecham do zdjęć ile się da! I zaczęło mi się to podobać, ale jestem pewna, że dużą rolę odgrywa tu efekt jaki jest widoczny już po kilku miesiącach z aparatem. Powodów do noszenia go mam kilka (temat dość obszerny, zapewne na cały post), ale ten najbardziej widoczny to oczywiście krzywy ząb lub dwa, które mam wrażenie tylko mi sprawiały problem i stąd moja poprzednia niechęć do chwalenia się nimi na zdjęciach. Teraz te kilka ząbków jest już równych i bardzo lubię ten widok! Cieszy niezmiernie! I jakoś pewność siebie wzrosła, bo i nawet spoglądam ostatnio dość często w obiektyw, czego też wcześniej nie lubiłam. Mała rzecz, a ile może zmienić, prawda? 
Ciekawa jestem czy zauważyłyście tę zmianę na zdjęciach w moich ostatnich postach? :)

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

niedziela, 19 maja 2019

Montavilla Muumuu

Co wybrać na swój drugi (w życiu!) projekt do uszycia? To co podoba nam się najbardziej! Żadne tam małe kroki, szycie na próbę, aby tylko łatwiej. Nie mam na to czasu, ani ochoty :) Poza tym, co to za tworzenie bez wyzwania! Trzeba sobie zapewnić odpowiednia dawkę stresu i myślenia. 

Na swój drugi projekt wybrałam sukienkę - wszak to właśnie je chciałam szyć najbardziej! Trafiłam na ten post: klik! i przepadłam na rzecz sukienki Montavilla Muumuu! Taree Marsh wykonała swoją z lejącego, zwiewnego materiału, ale ja jestem ogromną fanką lnu, a dodatkowo była to o wiele bezpieczniejsza opcja (len jest łatwy w szyciu).
Po długim rozmyślaniu nad próbkami zamówiłam piękny, lekki i zwiewny len z Merchant & Mills, w kolorze Petrova - mogliście zobaczyć go już na moim trzecim projekcie Ogden Cami (klik!). Nie znoszę tego sklepu, ma same piękne materiały, no po prostu puści mnie z torbami...
Po uszyciu kilku ubrań już wiem, że projektanci dość mocno przeszacowują metraż. Mądrzejsza o tę wiedzę i nauczona jak układać dobrze wykrój na tkaninie, zamawiam teraz mniej, przez co zostaje więcej funduszy na nowe projekty :)

Montavilla Muumuu została uszyta w połowie marca, ale dopiero wczoraj zrobiło się ciepło i mogłam ubrać się w nią i sandały i zrobić zdjęcia. Czy bardzo okropnie zabrzmię jeśli powiem, że jestem nią po prostu zachwycona? Kolor, krój, materiał - no uwielbiam w niej wszystko! I do tego myśl, że zrobiłam ją sama... radość nie do opisania! Trafiło nam się wczoraj piękne światło! Oto moja Muumuu:

Z tego co pamiętam szycie zajęło mi kilka dni. Zazwyczaj jednego dnia wycinam (przed oczywiście piorę i prasuję materiał), by później siąść i zabezpieczyć krawędzie przed pruciem. Potem krok po kroku zszywam kawałki. Czasem mam tylko godzinę, a czasem siedzę nad maszyną pół dnia. Wolę odejść od maszyny gdy czuje się zmęczona, by nie zrobić żadnego błędu czy krzywego szwu.




Przy tym projekcie nauczyłam się tak wiele, że już nic mi nie straszne. Już szykuje się na szycie płaszcza :) Jest tu wszystko! Rozporki, zaszewki, motylkowe rękawy, gumka, sznurek... Były też kieszenie, ale mi akurat nie odpowiadała ich forma, więc po prostu z nich zrezygnowałam. 
 

Konstrukcja jest naprawdę ciekawa! Mamy przód, tył i dwa boki. Pod pachą znajduje się gumka. Jestem naprawdę ogromnie zdziwiona jak wygodne jest to rozwiązanie! Układa się pięknie, delikatnie marszczy całość, i bardzo komfortowo się ją zakłada. Genialny patent. Wielki plus dla projektanta! Co więcej motylkowe rękawy wcale nie są doszywane. Są częścią przodu i tyłu, na górze jest tylko niewielkie rozcięcie, które po zmarszczeniu rękawa, należy zszyć, robiąc od razu zaszewkę. No dla mnie brzmi bardzo profesjonalnie!
 

Moja wersja jest troszkę krótsza niż powinna. Nie planowałam tego, ale ostatecznie, przy pierwszym spacerze, stwierdziłam, że wyszło jej to na plus. Wygodniej się w niej chodzi, dół się nie brudzi, nie plącze przy butach, nie ma opcji nadepnięcie na nią podczas wchodzenia po schodach :)

Kolor i materiał jest po prostu.... no wiecie! Uwielbiam len i żadne gniecenie mi nie przeszkadza. To jak chłodzi latem i jak jest przyjemny w noszeniu jest najważniejsze. Bardzo lubię jego fakturę i ten lekko rustykalny klimat.

Paseczek do wiązania wykonałam po swojemu - zszyłam po prostu lamówkę. Jest to o wiele szybsze niż przeciąganie takiego wąskiego paseczka na prawą stronę :) Wygląda równie dobrze!


Wybrałam rozmiar numer 4. Nie wiem dokładnie ile materiału potrzebowałam - ale z docelowego metrażu zrobiłam jeszcze top i zostało jeszcze trochę. Użyłam nici Gutermann, numer 372. Krawędzie zabezpieczyłam overlockiem, ale gdy go nie mam to używam po prostu zygzakowego ściegu.

Czy polecę ten wzór komuś początkującemu? No pewnie! Sama przecież dopiero zaczynam. Jest napisany tak dobrze, że każdy, kto ma w sobie odpowiednią ilość chęci do nauki, może zrobić sobie swoją własną Muumuu. Jest też wersja przed kolano i bardzo poważnie o niej myślę :)

W kolejce do sesji czekają dwie sukienki, a właśnie zaczęłam szyć letnie szorty! Letnia garderoba nabiera konkretnego (słodkiego!) kształtu. Ale i dziewiarsko ruszyłam do przodu - dziergam chustę Vertices Unite od Stephena Westa, została mi ostatnia, niewielka sekcja! Spieszę się bardzo, bo w głowie urodził się pomysł na nowy sweter - próbki już gotowe!

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena