Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w trakcie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w trakcie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Co słychać?

Dziś rano powitał nas za oknami niespotykany dotąd widok. Zamiast pola kukurydzy mamy pole ryżowe! Nie mogliśmy pojechać do Wietnamu, to Wietnam przyjechał do nas :)
Czy u Was też od paru dni nie sposób znaleźć suchego miejsca na zewnątrz? Ciemne chmury cały dzień przetaczają się po wrocławskim niebie, serwując w równych odstępach obfite ulewy. I mimo że nie mogę obecnie siedzieć na dopiero co urządzonym na ten sezon balkonie i cieszyć się słońcem (zasadziłam pomidory! Jest pierwszy owoc!!!), a weekend spędzamy raczej z książką w domu a nie na rowerach, i pomimo braku światła w domu i trochę sennego nastroju, to przyznać muszę, że jest całkiem optymistycznie. Każdego z nas w pewien sposób dotknęła obecna sytuacja - jednych mocniej, drugich mniej, ale z pewnością każdy na tym ucierpiał. Możliwość wyjścia na spacer, na lody czy do ulubionej restauracji pozwala po prostu odreagować i poczuć się normalnie! Więc co tam jakieś ciemne chmury!

Z przyjemnością oddaję się cały czas szyciu. Doszło do tego, że uzbierałam (jak na mnie) całkiem spory stosik tkanin. A znacie mnie na tyle by wiedzieć, że naprawdę nie znoszę gromadzić. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że każdy z tych materiałów jest przeznaczony na konkretną rzecz i tylko czeka na swoją kolej, oraz że trzy z nich to prezent :) Zanim nie zużyję tego co mam, nie kupię nic więcej. Myślę, że wtedy też skończę na razie szycie letnich ubrań i zacznę planować zimowy płaszcz. 

Podoba mi się ta kolorystyka niesamowicie! Oprócz tego co na stosiku, jest jeszcze jeden pudrowy len, który obecnie przemienia się w kopertową sukienkę.

Na drutach też się dzieje! Jeśli obserwujecie mnie na IG lub zapisaliście się do newslettera to mogliście już podejrzeć odrobinę. Sięgnęłam po włóczki z zapasów - to Ladysheep od Chmurki w kolorze Glenn i staram się zamienić go w coś bardzo botanicznego!

Oprócz tego uczę się techniki wypieku chleba. Od samych podstaw, starając się zrozumieć i poznać wszystkie sekrety. Daleka jest droga od teorii do satysfakcjonującej praktyki i jeszcze sporo kiepskich bochenków przede mną zanim osiągnę choćby przyzwoity poziom. Mamy w domu maszynę do chleba (swoją drogą genialny wynalazek), która dostarcza nam kilka razy w tygodniu aromatyczny i przepyszny ciepły chleb i on wychodzi nam naprawdę bardzo dobrze. Wbrew pozorom, maszyna taka naprawdę potrafi zrobić dobry chleb! Rzecz w tym, że jakoś ostatnio zapragnęliśmy więcej i okazało się, że mamy zerową wiedzę na temat wypiekania pieczywa. Nie chodzi o przepisy, ale o technikę właśnie. Bardzo chcę wiedzieć "dlaczego?" "jak?" "po co?", dlatego właśnie wybrałam tę książkę:
 

Lubię książki, które zakładają, że czytelnik potrafi myśleć :) Autorem jest doświadczony piekarz, który nie tylko podaje nam gotowe instrukcje, ale przede wszystkim uczy. O mące, wyrabianiu, procesach zachodzących w cieście, składnikach i ich wpływie na gotowy wyrób itp. Bardzo lubię dowiadywać się takich rzeczy! Nawet jeśli nie umiem ich zastosować w praktyce (jeszcze, mam nadzieję:)), to lubię znać podstawy gdy zaczynam interesować się jakimś tematem. Pierwsza próba wypieku za mną i chociaż po drodze zrobiłam błędy w każdym możliwym etapie (no może tylko zaczyn wyszedł bez zarzutu) to byłam w szoku, że chleb wyszedł i był całkiem smaczny. Śmiejcie się, ale mam zeszyt, gdzie postanowiłam prowadzić coś w rodzaju chlebowego pamiętnika. Dzięki temu, mam nadzieję, następnym razem błędów będzie mniej! :) Trzymajcie kciuki.

Wiem, że wiele z Was piecze i jest to bardzo inspirujące! Mam nadzieję, że Was dogonię:)) 

Pozytywne myśli krążą po mojej głowie, jeszcze z jednego powodu... w końcu możemy wrócić do treningów! Nie sądziłam, że kiedykolwiek w swoim życiu powiem coś takiego, ale faktycznie tęskniłam okrutnie za regularnymi wyprawami do boxu! Przez trzy miesiące trenowaliśmy intensywnie w domu, ale to zupełnie coś innego. Wypożyczyliśmy hantle i skrzynię, kupiliśmy dobre skakanki, mamy w domu drążek, ale to nadal tylko jakiś ułamek tego co jest tam, na miejscu. 

W sobotę rano wybraliśmy się na pierwsze zajęcia i z tej ekscytacji złapałam za większe ciężary niż zwykle, co oczywiście skończyło się mega zakwasami ;) Było warto! Miło jest ćwiczyć w znajomej grupie, poczuć znowu tę motywację i rywalizację, a przede wszystkim po prostu wyjść z domu, wrócić do normalności, do naszej ukochanej rutyny. No i jak te chmury i deszcz mają mi zepsuć nastrój?

Tego samego dnia pojechałam odebrać ze sklepu coś, o czym marzyłam od kilku lat! Nabyłam nowy obiektyw - wymarzony, profesjonalny, idealny do mojej pracy i stylu życia:

Zdecydowałam się na Sigmę o ogniskowej 35 mm i przesłonie f1.4f! Jeśli nie znacie się na sprzęcie fotograficznym, skrótowo opiszę Wam skąd ta radość :)

Mój pierwszy jasny obiektyw ma przesłonę 1.8. To bardzo jasne szkło, które pozwala tworzyć nam te wszystkie magiczne bokehy i rozmycia tła w portretach oraz daje możliwość fotografowania przy małej ilości światła. Jak widzicie TEN jest jeszcze jaśniejszy! Przyznać muszę, że ten maluszek od Canona, który jest z nami chyba już 10 lat robił niezłą robotę, chociaż jednocześnie potrafił doprowadzać nas do szału. To bardzo tani sprzęt (około 400 zł), a mimo to robił niesamowite rzeczy. Czuć jednak, że jakość wykonania jest niska, autofocus wariuje, zwłaszcza w fotografii pod światło, a ostrość nie jest powalająca.

W każdych testach, które przeglądałam, Sigma rozkładała inne obiektywy na łopatki w kwestii ostrości. Nie dość więc, że obiektyw jest jaśniejszy, co daje nam jeszcze więcej możliwości, to potrafi
zrobić wszystko lepiej :) 

Oba obiektywy są stałoogniskowe, oznacza to, że nie możemy zmieniać "przybliżenia" - nie posiadają zooma. Wahałam się między ogniskową 35 i 50 mm. Canon to pięćdziesiątka, więc kadruje dość ciasno, ale z drugiej strony nie tworzy zniekształceń. Po obejrzeniu tysiąca fotografii wykonanych na ogniskowej 35 mm i zapoznaniu się z opinią fotografów portretowych, przekonałam się, że 35 mm również sprawdzi się idealnie w portretach, a nawet da nam więcej możliwości niż 50. Te wszystkie kadry i efekty, których wcześniej nie mogliśmy wykonać z tym maluszkiem, teraz są możliwe i nie mogę się doczekać by go spróbować w konkretnej sesji! Dodatkowo taka ogniskowa jest lepsza do fotografii podróżniczej, co ma dla nas równie duże znaczenie. Spróbowania tych zdjęć jeszcze bardziej nie mogę się doczekać... 

Jakość wykonania nie jest tylko widoczna gołym okiem, ale również można poczuć ją w dłoni... Nowy obiektyw waży ponad 600 gramów:)
Nie byłabym sobą, gdybym nie zabrała go na spacer w celu wstępnego zapoznania się z jego możliwościami! Chciałam głównie sprawdzić jak poradzi sobie autofocus w przypadku fotografowania detali w bardzo gęstym otoczeniu. Jestem zachwycona!

Nawet późnym popołudniem, w ciemnym lesie i przy niewielkiej ilości światła, poradził sobie idealnie:

Trafiliśmy w drodze do lasu na łąkę pełną maków, więc miałam bardzo urocze miejsce do testów:
 

Tymi pozytywnymi kadrami się z Wami dziś żegnam! Dajcie znać co u Was słychać! 
Do napisania :)
Marzena

środa, 19 czerwca 2019

Rośnie coś puchatego!

Wiecie, że gdy tylko napisałam post o motkach z Chmurki, które zostawiam sobie na przyszłe projekty (klik!), postanowiłam przefarbować kremowe Alpacino DK? Skąd ta nagła zmiana planów? :) Bo spłynął na mnie pomysł i mimo wielu prób użycia innej włóczki, ten projekt widział mi się tylko w grubiutkim Alpacino! Ale absolutnie nie w kremowym odcieniu. Szybko przefarbowałam siedem motków na ciepłą szarość Grey Wolf i od razu wiedziałam, że to była dobra decyzja. Wzór, detale i krój, który mam w głowie (a część już nawet na drutach) idealnie gra z tym odcieniem! Co prawda szarość nie jest jednym z moich ulubionych kolorów, ale nie oznacza to wcale, że nie potrafi mnie zachwycić, czy że unikam go jak ognia (jak w przypadku czerwieni na przykład). Moje zainteresowanie tym kolorem wzrosło gdy zobaczyłam testowy sweterek Secret of Life w wykonaniu Kasi z bloga Wydziergane. Sweterka jeszcze nie ma u Kasi na blogu, ale niedługo będzie premiera wzoru, więc... :)

Po naszkicowaniu projektu oraz wykonaniu kilku próbek mogłam ruszać! Szybko okazało się, że muszę ciut zmienić początkowe plany, bo jak nic metoda od dołu sprawdziłaby się lepiej! Zdecydowanie częściej dziergam od góry, bez względu na krój i kształt swetra, ale też nie zamykam się na inne opcje, bo czasem po prostu TAK jest lepiej, mądrzej, wygodniej, łatwiej. Podobnie jest ze zszywaniem. Czasami naprawdę wystarczy zrobić szew w miejsce sprytniejszego bezszwowego łączenia, by poprawić końcowy efekt. 

Mój nowy projekt rośnie niesamowicie szybko (i najszersza część już za mną!), a będzie to coś w rodzaju uroczej, romantycznej puchatej bluzy. Czyli ciepły, niesamowicie wygodny i codzienny sweter dla tych co lubią słodkie detale :) Co sądzicie o tym pomyśle?

Gdy wydziergałam prawie cały korpus, zblokowałam robótkę by upewnić się, że wszystko jest takie jak powinno. Pasuje idealnie! Można lecieć dalej!

Alpacino jest tak cudnie obłe, miękkie i połyskliwe. Ściągaczowe oczka są okrągłe, mięsiste i równe - czuję się usatysfakcjonowana tym widokiem :)

Postanowiłam stworzyć dziewiarski "pamiętnik". Absolutnie nie lubię prowadzić kalendarzy czy pamiętników, ale marzy mi się piękny notes (już mam, jak widać - kupiony w Rzeczowniku) ze starannie zapisanymi pomysłami na przyszłe projekty, szkicami, detalami, kluczowymi informacjami. Problem w tym, że mój charakter pisma może uchodzić za hieroglify. Sama niekiedy nie potrafię przeczytać co napisałam! I wierzcie mi, nie ma w tym ani odrobiny przesady. Moja mama pisze równo, tworząc obłe, czytelne litery, mój tato zaś był absolutnie mistrzem wrodzonej kaligrafii - nawet się nie musiał starać! A ja co? Nawet w kratce się nie mieszczę. Litery wędrują gdzie chcą, połowa alfabetu wygląda u mnie tak samo i tylko kontekst może uratować czytającego moje zapiski. O ile uda mu się go wyłapać. Postanowiłam więc się przyłożyć. Wszak taki uroczy notes nie może byś splamiony bazgrołami! Zobaczymy co z tego wyjdzie - na pewno "pochwalę się" efektami!

Oprócz pędzenia z nowym projektem szyję ostatnie zaplanowane letnie ubrania - dwie pary szortów i jedna sukienka czeka na zdjęcia. A w weekend siadam do ostatniego topu i chyba póki co tyle mi wystarczy na nadchodzący urlop. Chciałam jeszcze uszyć jedną krótką sukienkę, ale akurat w dzień podjęcia decyzji (miesiąc! Miesiąc zastanawiałam się czy na pewno ten kolor będzie idealny!) ktoś wykupił ostatnie 3 metry. Czekam więc na dostawę - uszyję ją w sierpniu. 
Jak tylko wszystkie ubrania będą gotowe planuję post o letniej garderobie :) Ogólnie strasznie dużo mam planów na nowe wpisy, ale nadal pracuję tak jakby na trzech etatach, dzieląc czas na zamykanie sklepiku i sprzątanie "pofirmowego bałaganu", planowaniu/liczeniu/organizowaniu nowej pracy oraz na bieżącą pracę, czyli projektowanie/testowanie/pisanie wzorów. Uff :) Ale już z górki! Grunt, że praca posuwa się do przodu. 

Miłego długiego weekendu Wam życzę!
Marzena

czwartek, 22 listopada 2018

Cisowy zakątek

Oprócz tych wielkich, ekscytujących podróży, lubimy z Mateuszem od czasu do czasu, w wolny weekend, uciec od świata i domowego życia i poobcować z przyrodą lub zwiedzić jakieś piękne miejsce czy miasto. Cała domowa reszta może poczekać, ważne jest dla nas by zobaczyć jak najwięcej, oderwać od internetu i miejskiego życia, wyciszyć się, pobyć samemu bez tych wszystkich przeszkadzaczy jakie na co dzień nas otaczają. Nawet jeśli potrafi się nie oglądać telewizji (tak jak my), ciągle tylko patrzeć w monitor, telefon czy zajmować swoją głowę obowiązkami, to gdzieś tam, poza domem, czas jakby zwalnia i o wiele bardziej docenia się każdą minutę. Chwile spędzone na zwyczajnym lenistwie, leżenie do późna w łóżku, czy niespieszne czytanie książki przy herbacie, zamiast dawać poczucie winy, jak to czasem bywa w domu, (tyle obowiązków, a ja leżę!) sprawiają czystą, niczym niezmąconą, przyjemność:) Jest czas na rozmowy, ciszę, patrzenie w gwiazdy, zbieranie liści, oglądanie witryn sklepowych na starówce, popijanie koktajli w kawiarnianym ogródku. Krótkie wakacje to dla mnie równie miły wypoczynek! Ten czas jest nam niezbędny do życia. Zbyt przyjemny, by rezygnować z niego na rzecz umycia okien :)

W listopadowy długi weekend wybraliśmy się dalej niż zazwyczaj. Najczęściej wybieramy coś w okolicy, bardziej góry, niż morze. Ale od dłuższego czasu kusiło mnie ogromnie pewne miejsce. Miejsce tak piękne i ciekawe, że warto było jechać do niego te sześć godzin.

Cisowy Zakątek znajduje się w Sasinie, kilka kilometrów od Bałtyku (tęskniłam już za naszym morzem!). Zakątek tworzy 14 uroczych domków jak z bajki! Pierwszy raz usłyszałam o nim na blogu Magiczny Domek. Zostałam kupiona! Uwielbiam ludzi z pasją i pomysłami, a to miejsce zdecydowanie stworzył ktoś taki. Każdy domek ma swoje imię i jest urządzony w charakterystycznym stylu. My mieszkaliśmy w Meduzie:
 
 
 
 
Prawda, że uroczo? Na początku chciałam domek Leśny lub Naturalny, które są pełne ciepłych kolorów i drewna. Jako że były zajęte musieliśmy wybrać wśród kilku innych, i ostatecznie cieszę się, że trafiło na Meduzę, bo bardzo mi się podobał - leśnych chatek jest mnóstwo, meduzowych już niekoniecznie!

Mój absolutny faworyt kolorystyczny! Ja chcę taki domek! W takim kolorze! To chyba Duża Ryba:
 
 

Lubię łączyć miłość do podróżowania i wypoczynku z miłością do pięknych rzeczy. Dlatego  szukając miejsc na wakacje, czy to te małe czy duże, przeglądam i czytam mnóstwo stron w sieci by znaleźć te idealne dla nas. Tak by nie tylko wypocząć, ale zainspirować się i zachwycić!

A do tego mieliśmy piękną pogodę, a jesień w tym roku bardzo się postarała by wyglądać nieziemsko. Gdy nie czytaliśmy książek lub gdy nie dziergałam, włóczyliśmy się po lasach i polach. Mam dla Was trochę kadrów złotej jesieni. Przydadzą się, bo akurat za oknem okropnie szaro i przygnębiająco.
 

Jak chodzić to tylko po błocie. Ostatecznie ścieżka się skończyła, nie pozostało nic innego niż brnąć przez krzaki i strumyki:) Nie ma takich rzeczy, które nas zniechęcą.
 



Domki były położone niemalże w lesie, za oknem zaczynało się paprotkowe morze, a kilka metrów dalej piękny, ciemny las.
 
 
A w lesie takie grzyby! Mimo że lubię je jeść, czego nie można powiedzieć o Mateuszu, to nie znam się na nich kompletnie. Wyglądał cudnie, ale kto go tam wie...

Las i morze nigdy mi się nie znudzą... możemy błądzić między drzewami tak długo, aż zaczniemy być albo głodni albo zmarznięci. Ewentualnie skończy się światło i trochę zaczynam panikować :)

W drodze na plażę. Latarnia w Stilo:

 I powrót po ciemku:

Nocą przy domkach było tak ciemno, że widać było miliony gwiazd na niebie...

Po powrocie do domku można było już tylko bezkarnie czytać, dziergać i pić wino. A. I grzać stópki, albo grzać wszystko w saunie!

Jako że nie mam w domu wanny, takie wakacyjne skarby, jak to kokosowe mydło z Malezji, muszą czekać na specjalne okazje. Generalnie to mam bzika na punkcie kokosa. Ta kąpiel była cała kokosowa! Kokosowa świeczka (jak świeczka to tylko Woodwick!), Rafaello, Malibu, kokosowa kula do kąpieli, żel z kokosem... na co komu być normalnym!

Mydełko cudne!

Tak wspominam o tych drutach i wspominam... nie martwcie się, opowiem coś więcej i o tym! Zabrałam ze sobą swój nowy projekt, który dziergam z grubszej wersji Alpacino, no cóż, w różowym kolorze. Mimo miliona warkoczy szło naprawdę sprawnie. I wszystko wyglądało tak jak powinno, serce się radowało, że tak ładnie rośnie i tak ładnie wychodzi... aż tu nagle, w jednym jedynym momencie, gdy światło dzienne już prawie się kończyło, okazało się, że na wysokości łączenia z pachą, jak nic jest jaśniejszy, około 2 cm, pasek! Widoczny tylko w tym jednym świetle! 

 Widzicie to?! Dół przez to wydaje się ciemniejszy.

Jak już go zobaczyłam, to nie mogłam tak po prostu zignorować. Poszło do sprucia kilkanaście centymetrów. Wiecie, sprułam więcej niż wydziergałam tam na miejscu. Wtedy bolało, ale już dziś, gdy zamykam oczka, cała frustracja zniknęła. Teraz czas na rękawy, czyli już prawie koniec!

Na koniec pokażę Wam coś strasznego i pięknego jednocześnie! W domku była kuchnia i raz zostaliśmy na miejscu by samemu przygotować sobie obiad... korzystając z okazji, że to wakacje, postanowiliśmy zaszaleć jak dziesięcioletnie dzieci (zdarza nam się to częściej niż by się mogło wydawać!). Tadam! Uwaga, od samego patrzenia przybywa kalorii! 

Tak. To są gofry. Na obiad. Ze wszystkim. Owoce, dżemy, maliny, biała czekolada, nutella, syrop klonowy, miód i już sama nie wiem co. Mniam! I białe wino dla równowagi.

To chyba był nasz pierwszy wyjazd nad morze z Wrocławia, gdzie indziej niż do Ustki. Okazało się, że lasy i plaże są absolutnie niesamowite w całej Polsce!

Tak patrzę na te zdjęcia i znowu chce mi się gdzie pojechać. Ale póki co mój nowy projekt potrzebuje mojej całej uwagi. Mowa oczywiście o pracowni, która już zaraz, niedługo będzie gotowa! Dam znać jak tylko się urządzę! 

Pozdrawiam Was serdecznie i wracam zamykać oczka.
Marzena.

czwartek, 18 października 2018

Wychodzę na plus!

Gdybyście zapytali mnie jak teraz stoję z robótkami, musiałabym odpowiedzieć, że mam obecnie jakieś minus dwa projekty. I nie ma w tym odrobiny przesady! Można z tym walczyć, złościć się i smucić, ale jedyne dobre co można uczynić to zwyczajnie odpuścić. Przestać myśleć, tupać nogami, szukać na siłę. Stało się i już. Jak tylko odpuścimy to bardzo możliwe, że w końcu pomysł odważy się do nas zapukać :)

Jak to się stało, że mam ujemny bilans?:) To tak w przenośni oczywiście! Zaczęło się w czerwcu, podczas naszych azjatyckich wakacji. Zabrałam ze sobą druty, ale tamten świat pochłonął mnie tak bardzo, że o oczkach i wełnie zapomniałam na cały miesiąc. 
Po powrocie potrzebowałam trochę czasu by dojść do siebie, ogarnąć milion zdjęć, zobaczyć się z dawno niewidzianymi znajomymi, a poza tym było lato! Tyle rzeczy do robienia! Tych w ramach relaksu jak i tych związanych z pracą, bo lato było u mnie wyjątkowo pracowite ze względu na Drutozlot. Gdy uświadomiłam sobie, że chyba chciałabym już potrzymać w rękach druty, nie miałam zupełnie głowy do projektowania czy wybierania wzoru... podjęłam szybką, praktyczną decyzję i powstała chusta "I smell snow" oraz czapa "Lullaby". I to wszystko w okresie "czerwiec- wrzesień". Nie sam brak dziergania był dla mnie męczący, raczej ta świadomość, że coś mi nie idzie. 
No bo przecież nie nudziłam się w tym czasie. Pochłaniały mnie moje inne pasje, mimo to widok pustych drutów męczył i zjadał od środka.

Ciężko było mi zdecydować na co mam ochotę, co powinnam dziergać - to o czym marzę jest chwilowo nieosiągalne (czekam na Anatolię! Planuję sweter Magnolia w ciasteczkowym kolorze!), a cała reszta do mnie jakoś nie przemawiała... Czyli znowu smuty nie z tej ziemi!

Punkt kulminacyjny nastąpił kilka dni temu. Pod koniec września w końcu udało mi się przełamać zastój i wybrać coś, co po ukończeniu naprawdę sprawiłoby mi radość - miała powstać druga Melanie! W ziołowym odcieniu zieleni! Motki moheru w kolorze Kelp akurat były pod ręką, cudnie im było w połączeniu z Herbarium na Alpacino. No nareszcie!

Ha! Ale to wcale nie jest ten punkt kulminacyjny... Wydziergałam połowę korpusu i postanowiłam go wyprać by upewnić się, że wymiary są okej. Inna włóczka (oryginał z Fino), brak próbki (no bo przecież robię ze swojego wzoru, co nie?), oraz ostatni spadek wagi (a to akurat fajne) zrobiły swoje i okazało się, że mogłam jednak wybrać mniejszy rozmiar, a dodatkowo otwór na rękaw wyszedł mi jakiś przydługi. Trzeba było pruć. I zrobiłabym ją od nowa, co to za problem, gdyby nie okazało się, że planowane modyfikacje w postaci długich rękawów i ciut innego dołu, zmuszają mnie do zwiększenia moherowego metrażu. Ale choć motków miałam trzy, ten jeden postanowił, że nie będzie taki jak reszta. Dobra, głęboki oddech i do dzieła - pomieszam je co dwa rzędy! I wychodzi okej, ale to już nie jest mój kolor. Zrobiło się mniej chłodno, doszedł cynamonowy kolor na puszku i przestało mi się podobać! 
Nie, już od dłuższego czasu nie robię niczego "aby było", "jakoś to będzie", "nie jest źle". Nie, ma być super, a jak nie jest to ja w to nie wchodzę. I to proszę Państwa jest ten moment kulminacyjny!
Przyszła złość i zniechęcenie - znowu nic, kolejny miesiąc! Wełna leży zmarnowana (nie cierpię czegoś takiego!), druty puste, głowa też. Anatolii na Magnolię nadal nie ma! Agrrrr!

I mimo że zawsze jest tak samo, za każdym razem daję się złapać w te smuty nieszczęsne. Bo już nie raz okazało się, że najlepszym sposobem na przełamanie patowej sytuacji jest po prostu to wszystko olać, nie myśleć, nie szukać, nie robić na siłę. Siąść (w moim przypadku) do ulubionej gry (obecnie nałogowo "tracę" godziny na Divinity: Original Sin II), nie martwić się brakiem progresu, bo przecież dzierganie ma być przyjemnością! Choćbym nawet rok nie miała ochoty na przekładanie oczek - to nic! Przecież pasja ma być czymś przyjemnym, nie udręką. Nie mam żadnej listy do odhaczenia, nikt nie liczy mi skończonych robótek, mam w czym chodzić, więc co za problem? 

No, ale mimo to daję się w to czasem złapać, aż w końcu zapala się żarówka w głowie i problem się kończy. A nawet lepiej! Bo jak tylko dałam sobie kilka dni świętego spokoju, nagle spadły na mnie dwa pomysły na nowe swetry! Tak mi się spodobały, że aż nie wiem, który powinnam robić pierwszy :) Próbki dadzą odpowiedź! Który ścieg mnie bardziej porwie w tym kolorze, ten wskakuje na druty jako pierwszy.

Na szczęście kurier kilka dni temu przytachał wielką paczkę pełną baz do Alpacino oraz... na pulchniejszą jej wersję (DK)! Bo to co było w głowie potrzebowało czegoś ciepłego i mięsistego. Szybka decyzja o kolorze, dwa motki na próbę do gara i już dziś są gotowe do testów.


Kolor delikatny jak króliczek, muśnięty kremowym beżem i odrobiną różu. Tak, znowu różu i tak już pozostanie. Napisanie poprzedniego posta o garderobie pomogło mi jeszcze lepiej zdefiniować swój styl oraz określić swoje preferencje i nie zamierzam póki co próbować niczego innego. Nie potrzebuję w szafie wszystkich kolorów tęczy oraz każdego możliwego kroju swetra. Liczy się tylko to, by gotowy projekt pasował do mnie idealnie! Takie jasno określone zasady bardzo mocno pomagają w planowaniu nowych udziergów - nie chcę zaskakiwać, robić wrażenia, szukać co raz to wymyślniejszych konstrukcji czy wzorów. Jeśli przy okazji projektowania swetra marzeń uda się wpleść coś niezwykłego to super! Ale to nie to liczy się najbardziej.

I tak o to w mojej głowie urosły dwa milutkie swetry, a teraz czas skończyć te żale i przewinąć włóczkę, prawda? :) Jak tylko przyjedzie Anatolia wrócę do mojego ziołowego, a teraz czas najwyższy odpocząć z drutami w rękach.


Pozdrawiam,
Marzena

czwartek, 12 kwietnia 2018

Niedobry sweter, pracowita wiosna i spotkanie robótkowe

Ależ ostatnio jestem zabiegana! Nie chodzi mi tylko o pracę czy obowiązki - mój napięty grafik zawiera również wiele przyjemnych spraw. Niemniej czas mam zajęty od rana do wieczora, na szczęście w "obowiązki" wliczam zawsze zasłużony odpoczynek z książką, filmem czy Mateuszem na kanapie :).
Dzieje się u mnie wiele - od pracy na pełnych obrotach, przez domowe, remontowe sprawy, planowanie podróży życia, po szukanie nowego miejsca do farbowania, basen, ćwiczenia czy spotkania towarzyskie. I to nawet nie jest połowa. Uff!

Zaniedbałam odrobinę druty i bloga, dziergam niewiele i chyba dość wolno. Pamiętacie różowy sweterek z początku roku? 
 
Dłubałam i dłubałam, zmieniałam, prułam, poprawiałam, aż postanowiłam dać sobie spokój. Odłożyłam by spruć, ale postanowiłam najpierw ochłonąć. Sweterek był prawie gotowy, brakowało mu tylko rękawków i dekoltu, więc po kilku tygodniach leżakowania zamiast go spruć postanowiłam zrobić z niego klasycznego zwyklaka. Już prawie skończyłam, nie jest on niczym więcej niż kwadratem z rękawami, ale i takie mają swoje zastosowanie - są wygodne, klasyczne, codzienne. Jestem pewna, że będę w nim chodzić, bo po prostu takie lubię. A że nie ma w nim nic szałowego (choć taki był plan)? Cóż z tego! Jest mięciutki i różowy, to musi wystarczyć. 

Dziś pewnie zamknę oczka i będę musiała się zmierzyć z problemem "co dalej?". Jest plan na męski sweter, całkiem nowy projekt, ale póki co brak mi potrzebnego do kreatywnego myślenia czasu i lenistwa :) Nie lubię projektować na siłę, więc poczekam na odpowiedni moment, odpowiednią myśl i chęci. Wybiorę coś z listy ulubieńców na Ravelry i oddam się bezmyślnemu dzierganiu. Brzmi jak dobry plan, prawda? 

Całe to szaleństwo, które obecnie uprawiam wynika po części z faktu, że... uciekamy na koniec świata na ponad miesiąc! :) Do pracy (uzależnionej teraz bardzo mocno od daty wyjazdu), chęci rozwoju i codzienności doszło więc planowanie, załatwianie i organizacja wycieczek, noclegów, szykowanie, zakupy, szczepienia... W skrócie wszystko to co należy zrobić gdy jedzie się w tropiki na 35 dni i chce zwiedzić w tym czasie ze cztery kraje. Absolutnie nie mogę się już doczekać!
A gdzie lecimy? Chyba większość z Was wie z pewnego bloga (klik!), że rodzice mojego męża wyprowadzili się do Malezji (taka tam normalna sprawa:)). Jedziemy więc do nich, do Kuala Lumpur, które będzie stanowić naszą bazę wypadową. A w planach mamy podróż na Borneo, do Tajlandii, Singapuru i Indonezji (Jawa i Bali). O ludzie, ależ jestem podekscytowana. Nawet ten kilkunastogodzinny lot mnie nie przeraża tak bardzo jak sądziłam!

Zanim jednak ruszymy w daleki świat, w majówkę odwiedzimy rodzinną Ustkę, a w drodze powrotnej pojawimy się w Gdańsku, gdzie razem z dziewczynami z bloga Powłóczmy się organizujemy spotkanie robótkowe! Co Wy na to? Widzimy się? No powiedzcie, że tak! :) 

Spotkanie odbędzie się 6 maja w niedzielę, a wszystkie szczegóły - czas i miejsce - zostaną wkrótce ustalone i ogłoszone na facebooku, na stronie wydarzenia - klik! Śledźcie wydarzenie i dajcie znać czy będziecie. Liczymy na Was! Jak to jest zawsze na Chmurkowych spotkaniach, obecność jest obowiązkowa i każdy mile widziany. Jeśli nie macie facebooka, dajcie znać proszę tu, pod postem czy planujecie się z nami zobaczyć (tak, tak, planujecie). Mam nadzieję, że będę mogła się z Wami zobaczyć i wspólnie podziergać przy kawie!

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

wtorek, 20 czerwca 2017

Krok pierwszy, drugi i część trzeciego

Tak jak obiecałam wpadłam zdać relację z tego jak się dzierga Find Your Fade i pokazać jak moje kolorowe motki wyglądają w formie oczek. Na bieżąco pokazuję co tam u mnie na facebooku (klik!) i instagramie (klik!). 
Oczywiście czym dalej zagłębiam się we wzór, tym wolniej mi idzie. Liczba oczek rośnie nieubłaganie, nie ma na to rady. Póki co mam ich około 200, nawet nie czytam ile będzie na końcu :)

Krok pierwszy to zieleń - singiel, delikatny i bardzo podobny do Milisa. Ten krok wykonałam błyskawicznie!


Drugi krok to merynos, przyjemnie skręcony, w rustykalnym melanżu różu, zieleni, beżu i odrobiny brzoskwini. Bardzo podoba mi się to delikatne przejście między kolorami... nie widać żadnych pasków.


Teraz jestem w trakcie przerabiania beżowego motka - to również merynos, ale mocniej skręcony. Podczas dziergania tego koloru najwięcej musiałam pruć. Nie przez wzór czy wełnę. Przez nieuwagę po prostu. Ciągle robiłam coś nie tak, ale może tłumaczyć mnie wyjazd i dzierganie w pociągu. Może, ale nie musi :)
 

Jako że używam sześciu kolorów zamiast siedmiu, przedłużam trochę każdą sekcję i w innych miejscach robię mieszanie kolorów.

Przy okazji wariuję okropnie, bo nie mam pojęcia jakie bazy wziąć na start! Każda jest cudna, każda ma swoje zalety! Nie potrafię podjąć decyzji, zróbcie coś ze mną!

Na koniec Chmurkowe info:
wszystkie produkty i wzory w sklepiku są o 10% tańsze! Wystarczy tylko użyć kodu "chmurka" przy podsumowaniu zamówienia :) klik! Miłego dziergania!

Lecę dziergać dalej - kolejny kolor to drugi, tym razem delikatnie różowy melanż. Bardzo jestem go ciekawa.

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena