Jakiś czas temu, na blogu Asji, można było przeczytać bardzo ciekawy post na temat uzależnienia od włóczek. Od tego czasu częściej myślę o moim włóczkowym szaleństwie, a nawet o tych niewłóczkowych. Okazało się, że mam ich kilka. Dla innych mniej lub bardziej zrozumiałych, mniej lub bardziej poważnych - jakkolwiek są odbierane, są to moje własne szaleństwa, którymi chciałabym się z Wami podzielić. A zobaczcie sobie jaka jestem świrnięta, a co!:)
Włóczkoholizm ewidentny. Jak pewnie każda z Was, choruję na piękne motki, wzory, akcesoria - no wszystko co ma związek z dziewiarstwem. Ciągle mi mało. Gdyby nie ograniczenia finansowe byłabym w stanie zakupy włóczkowe robić codziennie. Kilka razy. Na minutę.
Ciągle myślę o motkach, śnię o motkach, przed snem wymyślam nowe wzory - co sprawia, że kładąc się spać po 23, zasypiam dobrze po północy. Dobrze jest mieć kogoś kto to wszystko rozumie, bez zbędnych wyjaśnień. Udało mi się:). No i mam Was oczywiście. A reszta rozumieć nie musi!
Gdyby tego było mało to...
Myślę, że większość ma ulubioną książkę czy film, pewnie nawet niejeden. I ja tak mam oczywiście, ale na szczycie tego wszystkiego stoi... film "Władca Pierścieni". Nie, to nie jest po prostu film numer jeden na mojej liście. To istne szaleństwo! Nie skłamię jeśli powiem, że od nakręcenia filmu obejrzałam go (szkoda, że nie liczyłam dokładnie) ponad dwadzieścia razy. I to części rozszerzone, ponad 3,5 godziny każda. Obejrzałam również materiał z planu filmowego.
Ostatnio zaczęłam pierwszą część, jutro czas na drugą. I za każdym razem gdy go oglądam jestem tak samo zachwycona - wszystkim. Najciekawsze jest to, że nigdy nie przeczytałam książki (jest plan to zmienić), ale przeczytanie ich z pewnością nie zmieni mojego podejścia do filmu. Podejrzewam, że reżyser pozmieniał to i owo, uciął to i owo (częściami rozszerzonymi pewnie nadrabia), ale to nieważne.
Jest to jedyny film, który tak na mnie działa, ale uwielbiam mnóstwo innych. Na filmy Tarantino mogłabym chodzić po dwa razy do kina. Ale to całkiem coś innego. Niewytłumaczalnego:).
Mogłabym na tym skończyć, ale...
Czy można się uzależnić od herbaty? Bo ja z pewnością jestem uzależniona. A raczej My. Pijemy o każdej porze, z nudów, z ochoty, z przyjemności, u gości, do śniadania, obiadu, kolacji. Rano, popołudniu, wieczorem, w nocy. Nigdy za wiele. Pijemy ciągle!
Ale nie tylko herbaty z supermarketu. Jak tylko przyjeżdżamy do Ustki, zaraz lecimy do herbaciarni (we Wrocławiu nie znajdziecie tak klimatycznego miejsca...), za każdym razem wybierając inną. Czarną, zieloną, białą, czerwoną. Obojętnie. Mateusz wybiera po nazwach - wiadomo, czym śmieszniejsza nazwa, tym lepszy smak (śmiem wątpić). Ja wybieram po składzie. Owocowe, wędzone, ziołowe, czekoladowe, z alkoholem. Dla pewności, że nie wybierzemy takiej samej herbaty co wcześniej, prowadzę listę w telefonie! Czy to nie szalone?
"-Co chcesz pod choinkę?" - "Herbatę, no i puszkę na herbatę."
I tak zbieramy puszki, które w naszej mikroskopijnej kuchni się nie mieszczą. Herbaty, zaparzacze, dzbanki.
Puszki, bo to najlepszy sposób na przechowywanie herbaty. Można trzymać w słoikach, ale światło dzienne im szkodzi. Jest mnóstwo innych sposobów na przechowywanie, jednak najlepszym dla herbaty (i na tym nam zależy) są szczelne, metalowe puszki. Dłużej zachowują zapach, smak i właściwości.
Prawie koniec, gdyby nie...
Wspomniałam pewnego razu o nowej kwiaciarni zaraz obok mojego mieszkania. Piękny wystrój, piękne kwiaty. Kupiłam hiacynty, kupiłam piękną doniczkę. No i okazało się, że mi mało!
Dostałam wczoraj kolejnego kwiatka, a wieczorem kupiłam następnego. To dopiero młode szaleństwo, ale już zaczynam się bać... Mam storczyka, kaktusa, hiacynty, żonkile, kalanchoe i ciągle mi mało.
Mam tylko jedno okno w mieszkaniu. Jeden parapet. Kiedyś cały pusty, teraz w 1/3 zapełniony kwitnącymi kwiatami. To idzie w złym kierunku:). Dobrze, że kosztują niewiele, bo inaczej...
I na koniec...
Kto normalny lubi jesień? Zima - piękne krajobrazy pokryte śniegiem, góry, narty. Wiosna - kwiaty, słońce. Lato - ech, no nie wspomnę:). Ale jesień?
No dobra, ja lubię jesień. Od zawsze lubiłam. Nie dość, że to czas moich urodzin, to jeszcze... Jeśli ktoś nie mieszka nad morzem, albo nie odwiedził nadmorskiej miejscowości jesienią, może nie wiedzieć o czym mówię. Czy jest jakaś piękniejsza pogoda niż silny wiatr, deszcz i sztorm? No chyba nie, prawda? Czekałam po każdych wakacjach na ten okres, gdy zaczynały się sztormy. Odgłos wyjącego wiatru to naprawdę piękny odgłos!
Moje wymarzone miejsce do życia? Skalny klif, w dole szalejące morze, ciemne chmury na horyzoncie i silny wiatr. Poza tym cisza i spokój. Czyżby znowu szaleństwo?
Idealnie prawda?:)
Jeśli chodzi o posiadaniu bzika na punkcie miejsca do życia, to chyba każdemu przychodzi od razu do głowy Ewa:). Mogę tylko jej pozazdrościć możliwości!
Z szaleństw to chyba wszystko. Mam oczywiście wiele innych zainteresowań (oby się w szaleństwa nie zamieniły): gry komputerowe, za czym idzie kupowanie ich na potęgę, książki, muzyka, ostatnio buty (o nie, jestem prawdziwą kobietą:( ) itd. Czasem nie zauważam, gdy któreś z nich zmienia się w fioła. Po pewnym czasie sobie to uświadamiam i wiem, że już jest za późno:).
Jestem bardzo ciekawa Waszych niedziewiarskich szaleństw, napiszcie o nich choćby w kilku słowach:).
Pozdrawiam, Marzena.









































