czwartek, 15 września 2016

Podróż poślubna: Słowenia, część trzecia

Część pierwsza do poczytania o tu: klik!
Część druga do poczytania o tu: klik!

Zanim zacznę relację z wakacji, tak na wszelki wypadek, by nie zarzucano mi już w przykry sposób, że wykorzystuje swój ślub do promocji bloga (nie zauważyłam wzrostu oglądalności podczas przygotowań do niego:)) powiem, że jedyny powód, dla którego nie pokazałam jeszcze zdjęć ze ślubu jest taki, że tych zdjęć jeszcze zwyczajnie nie mam, a przecież sama nie robiłam zdjęć podczas własnego ślubu! Dostaliśmy maluteńką próbkę zdjęć od fotografa, co sprawiło, że czekamy na nie jeszcze bardziej i nie możemy się już doprawdy doczekać. Próbka była przepiękna... a fotograf specjalnie nie wybrała najlepszych ujęć :) Czekamy więc i my, jak widać. Przede wszystkim my.

Słowenia dzień trzeci i piąty
Trzeci i piąty będą razem, dlatego, że mają ze sobą dużo wspólnego. A łączy je coś niezwykłego - Jezioro Bohinjsko!
Trzeciego dnia nie mieliśmy najmniejszego zamiaru ruszać auta, ale z drugiej strony żal było kolejny dzień spędzić tak samo, czyli nad Bledem, do którego mieliśmy blisko. Wpadłam więc na pewien pomysł. W naszym hotelu można było wynająć rowery... i skutery! Marzyło nam się koniecznie odwiedzić drugie cudne jezioro Słowenii, które było oddalone od nas około 31 km. Nie było na co czekać :) Wynajęliśmy skuter, co pędził 25 km/h (w porywach do 40), spakowaliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy i hałasując ruszyliśmy na zachód! Było całkiem wcześnie, coś około 9:00, ale słońce już przyjemnie grzało, więc ubraliśmy się lekko. No cóż, nie przyszło nam do głowy, że w głębi parku Triglavskiego, między niesamowicie wysokimi górami, na krętej drodze, która leżała w kotlinach, przy turkusowej lodowatej górskiej rzece, słońca o tej godzinie nie spotkamy. Że w ogóle bywa tam rzadko. Jak żeśmy zmarzli jadąc z tą zawrotną prędkością to tylko my wiemy:) Ale jest co wspominać! A oto nasza mała ryba:


Jezioro Bohinjsko jest inne od tego w Bledzie. I jeśli kiedyś wybierzemy się znowu do Słowenii to zdecydowanie właśnie nad to jezioro! Zabudowań jest tam niewiele, jezioro jest większe, równie ciepłe, szlaki dzikie, a ludzi zdecydowanie mniej. Widoki zapierające dech w piersiach! Szkoda, że nie jesteśmy dobrzy w fotografowaniu krajobrazów. Naprawdę nie udało nam się w 100% oddać piękna tego miejsca...

Postanowiliśmy pojechać na zachodni brzeg jeziora, bo stamtąd niedaleko było do jeszcze jednej atrakcji - wodospadu Savica. Po drodze zatrzymaliśmy się na południowym brzegu, by kupić coś do picia, a przy okazji zeszliśmy nad brzeg jeziora, krótkim pasem lasu i zaniemówiliśmy... Przed nami była turkusowa, krystaliczna woda, a zaraz za nią, całkiem blisko, ściana góry, a w oddali widniały następne. Gdyby nie to, że słońca na plaży nie było wcale i nie zapowiadało się, by szybko miało wyjść zza drzew, spędzilibyśmy dzień właśnie tam. Zrobiliśmy panoramę, ale nie da się oddać dobrze efektu - obiektyw troszkę zmniejszył górę i lekko oddalił. Musicie mi wierzyć na słowo - cudo! Można kliknąć i powiększyć:

Samowyzwalacz to już w ogóle średnio potrafił to oddać, ale przynajmniej mamy wspólne zdjęcie :)
Wsiedliśmy na naszą maszynę i ruszyliśmy dalej bo już nie mogliśmy się doczekać pływania. Ale pomyliliśmy drogę. Wiecie, były całe dwa skrzyżowania i za drugim razem oczywiście wybraliśmy zły kierunek. Ale to zupełnie nic, bo ta zła droga prowadziła do wodospadu ukrytego w górach, spływającego wysokim strumieniem w dół. Trzeba było pokonać mnóstwo schodów, ale było warto! Urokliwy wodospad jest w zagłębieniu, na dole tworzy się małe turkusowe jeziorko. Niestety nie można podejść do wody, bo inaczej już bym brała tam prysznic :).
Słońce świeciło niesamowicie, a pół wodospadu było w cieniu - zdjęcie więc wychodziło albo ciemne z jednej strony, albo przepalone z drugiej. Kto ma ochotę może wygooglować ten wodospad i znajdzie na pewno piękniejszej ujęcia, ale mimo wszystko chwalę się naszymi. Wodospad Savica:
 

Teraz nie pozostało nic innego jak pójść wylegiwać się nad alpejskim jeziorkiem! Znaleźliśmy "plażę", która była tak naprawdę polanką zielonej trawy, z kilkoma drzewami rozsianymi to tu, to tam, które dawały przyjemny cień. Cykady wśród liści, ptaki nad głową, słońce na twarzy i ta woda! Czysta, przejrzysta, błękitnoturkusowa... Mimo że zaraz obok znajdowało się kilka domków do wynajęcia, a na polanie leżało już trochę turystów to było tam bardzo spokojnie i kameralnie. Jeśli mam wybierać, to wybieram Bohin!
Poniżej moje ulubione zdjęcie! Cała obróbka praktycznie skończyła się na dodaniu lekkiego kontrastu i delikatnej regulacji balansu kolorów. Słońce wisiało nisko nad górą, było już przyjemnie miękkie, ale na tyle mocne by wydobyć kolory z liści, wody i góry.
 
 
 

Tak spędziliśmy dwa długie popołudnia. Łapiąc promienie słońca, które przed 18:00 chowało się już za górę i pozostawał już tylko cień:).

Piątego dnia nad Bohinj dostaliśmy się autem, więc można wywnioskować, że nasze problemy z autem się skończyły :) Generalnie to nie mieliśmy tego dnia w planach jeziora - czasu było mało, tylko tydzień, a do zobaczenia mnóstwo! Ale niestety lekko się pochorowałam, brzuch nie dawał spokoju, bolał mnie okrutnie, więc zamiast planowanej wyprawy w góry, pojechaliśmy znowu nad jezioro. 
Przed południem natomiast odwiedziliśmy kolejną Słoweńską perełkę, czyli Wąwóz Vintgar. Rwącą górską rzekę Radovnę, która spływa kaskadami i małymi wodospadami, otaczają wysokie, porośnięte zielenią skały. Spaceruje się przez wytyczone ścieżki lub drewniane kładki przymocowane do skał. Naprawdę piękne miejsce!
 

 Tu dokładnie mogłabym mieszkać, tam nad brzegiem, wśród mchu:
Posty o Słowenii będą jeszcze dwa. Mogłabym napisać jeden, wspólny dla czwartego i szóstego dnia, ale jako ze działo się wtedy bardzo dużo to podejrzewam, to mógłby by lekko przydługi, a na koniec moglibyście zacząć mi źle życzyć :) 

PS Nowy sweter gotowy! Weekendzie, przygotuj się na sesję!

Do napisania!
Marzena

środa, 14 września 2016

Chmurkowe łakocie!


Krótka wełniana notka: jakieś trzy miesiące temu złożyłam zamówienie u Julie na naprawdę mnóstwo motków! Wszystko to dotarło już do mnie, zostało należycie obfotografowane i jest już dostępne w sklepiku (klik!) :)
A co to za łakocie? Konkretne uzupełnienie Milis, Piccolo i Fino, a dodatkowo 11 nowych kolorów, w tym kilka zupełnie nowych, których jeszcze nie było na żadnej bazie:)

Cztery nowe ciapkowane kolory, w tym trzy po raz pierwszy u Chmurki:
Od lewej: Elsa, Pinata, It's my party i Sunset. Gdyby nie to, że dziergam właśnie chustę z Pinaty to It's my party byłoby moje :D

Nowością, nie tylko w sklepiku, ale w ogóle u Julie jest La vie en rose, czyli mocna, jasna magenta, (pierwsza z lewej, chciałabym ukraśźć). Nowością chmurkową jest dodatkowo Cabana, czyli intensywny błękit królewski, oraz Riverbed - to ten od Cosy Wifey :)
(Od lewej, od góry: La vie en rose, It's my party, Satchel, Cabana, Pinata, Mouton Noir, Riverbed, Elsa, Jaipur, Shiitake, Sunset)

Ciekawa jestem, który kolor podoba Wam się najbardziej:) 
Jeśli macie ochotę to zapraszam do sklepiku: Milis, Piccolo, Fino.

Pozdrawiam ciepło,
Marzena

poniedziałek, 12 września 2016

Podróż poślubna: Słowenia, część druga

Część pierwsza do poczytania o tu: klik!

Z samego rana nie było wyjścia, trzeba było udać się do serwisu Forda i dowiedzieć się jak bardzo mamy przerąbane. Niesamowite było to, że salon był zaraz obok naszego miejsca zakwaterowania. Pan zajrzał do auta, popatrzył, poczarował i orzekł, że wie, że nie jest tak źle, ale potrzebuje 1-2 dni na sprowadzenie części. Wentylator od silnika postanowił przejść na emeryturę. Dostaliśmy zgodę na jeżdżenie autem na krótkie dystanse, ale pod żadnym pozorem nie wolno nam było stać w korku, bo wtedy silnik grzał się najbardziej. Jak już pisałam spaliśmy tylko 3 km od Bledu, gdzie znajduje się niejedna atrakcja Słowenii, a przede wszystkim piękne alpejskie jezioro. No to już mieliśmy plan na ten dzień. Zabrać kocyk, książki i leżaki i cały dzień odpoczywać. Spakowaliśmy się, ruszyliśmy i władowaliśmy się w korek. Nie tylko my postanowiliśmy spędzić dzień w taki sposób. O ludzie. No nic, jakoś przebrnęliśmy wyłączając silnik za każdym razem jak tylko się zatrzymywaliśmy, objechaliśmy jezioro z prawej strony i w końcu udaliśmy się nad brzeg robić to na co mieliśmy ochotę:). Nad jeziorem Bled jest kilka małych plaż, ale kąpać można się w każdym miejscu. Znaleźliśmy kawałek trawy z pięknym widokiem na jedną z najbardziej charakterystycznych budowli tego kraju: kościół umiejscowiony na malutkiej wyspie Blejski Otok.

Jest coś niezwykłego w zwyczajnych kąpielach z tak niezwyczajnym widokiem w tle:) Woda w jeziorze jest ciepła i czysta. Sama przyjemność! Samo jezioro jest niewielkie, można obejść całe za jednym razem. Z każdej strony widok jest równie piękny. Bo oprócz kościółka na wyspie, Bled posiada również zamek na niesamowicie stromej i wysokiej skale. No i te Alpy w tle!

Koniecznie kliknijcie w zdjęcie by je powiększyć - nie chciałam go zmniejszać, nie byłoby tego efektu!





Jeśli będziecie wybierać się do Bledu i zechcecie kupić bilet na wejście do zamku to zdecydowanie odradzamy - wejście na dziedziniec jest darmowe, a bilet w cenie 10 euro obejmuje tylko malutkie muzeum, które niestety nie robi wrażenia. Kasa jest tak ustawiona, że w sumie nie wiadomo czy można czy nie można wejść na placyk. Usytuowanie jej przy samym wejściu sugeruje, że nabyć bilet trzeba, a jak tylko przechodzimy przez bramę to widzimy restauracje, do których oczywiście nie musimy mieć biletu. Za to z dziedzińca naszym oczom ukazuje się taki widok! Znowu najlepiej kliknąć, bo panorama jest duża :) A zrobiliśmy ją z 3 fotografii, a w sklejeniu pomagał program Hugin. Można osiągnąć naprawdę niezwykłe efekty.
W centrum tego małego miasteczka byliśmy tylko chwilę. Nie ono jest tu główną atrakcją. Wszystkim zajmuje się przede wszystkim przyroda - niezwykle górzysty i zalesiony teren, turkusowe jeziora, urokliwe wysepki i plaże... Pod koniec sierpnia w Bledzie była umiarkowana liczba turystów, tak mi się wydaje. Nie przeszkadzały nam tłumy, aczkolwiek plaże były pełne. Ale tak jak pisałam rozłożyć z kocykiem można się wszędzie. Ludzie spacerują za plecami, pływają i uprawiają sporty wodne. Mimo to jest spokojnie, czuć, że jest się na wakacjach. A jedzenie jakie pyszne! Oczywiście szamiemy rybki. Piwo na południu smakuje mi o wiele bardziej!

Żeby mieć wspólne zdjęcie, trzeba się postarać: 
Tu widać jaki kolor ma woda...
Ależ bym chciała jeszcze raz wskoczyć do tej wody...

Cały dzień spędziliśmy w tym miejscu, więc na dziś to już koniec. Ale jutro pokażę Wam coś jeszcze piękniejszego!
Pozdrawiam,
Marzena

niedziela, 11 września 2016

Podróż poślubna: Słowenia, część pierwsza

Parę dni temu wróciliśmy z naszej podróży poślubnej. Jako że już prawie udało nam się wrócić do rzeczywistości zabieram się za relację tych dwóch zdecydowanie udanych tygodni! To naprawdę zabawne, że po tak długim urlopie trzeba parę dni odpocząć :) 

Jak zaczęliśmy planować ślub wiedzieliśmy, że tego lata wybierzemy się w długą podróż, ale nie zaplanowaliśmy zupełnie nic. Ilość rzeczy i spraw około ślubnych była tak duża, że na poszukiwanie miejsca wypoczynku zwyczajnie nie było czasu. Stwierdziliśmy, że na pewno uda się coś zorganizować na wrzesień, więc odłożyliśmy ten temat na drugą połowę lipca. Początkowo zamarzyliśmy sobie Włochy! Nie chcieliśmy spędzić dwóch tygodni w tym samym miejscu, braliśmy więc pod uwagę północ jak i południe tego kraju. Ale poszukiwania szły opornie, nie było miejsc, a jak były to w cenie znacząco przekraczającej nasz budżet. Oczywiście można było znaleźć tani, wolny pokój, ale jako że to była podróż poślubna chcieliśmy od wakacji czegoś więcej niż tylko łóżka do spania :). 
Nie mierzymy nigdy w luksusowe hotele, bo te zwyczajnie nam się nie podobają. Nie widzę przyjemności w spędzaniu wakacji w urokliwym miejscu zatrzymując się w typowym europejskim hotelu. Musi być klimat, musi to być coś idealnie współgrającego z otoczeniem.

Niemniej Włochy odpadły, znudziły nam się podczas tych poszukiwań. Ale zanim to nastąpiło mieliśmy w głowie plan, że po drodze na wakacje można przecież odwiedzić kraje, przez które zamierzamy przejeżdżać i zobaczyć choćby odrobinę. Przyszła nam do głowy Słowenia, która pewnego razu mocno nas zaintrygowała. Ale to był ten kraj, który chcieliśmy zobaczyć dokładnie, a nie tylko przejazdem, więc zostawiliśmy ją "na potem".
Jak tylko poczuliśmy niechęć do początkowego kierunku od razu nasunęła się myśl - może właśnie Słowenia? Po co czekać? Tydzień w Słowenii. A drugi tydzień gdzie? 

Jeśli chodzi o wakacjowanie to lubimy kilka rzeczy. Przede wszystkim przyrodę. Piękne, stare miasta odwiedzamy chętnie i czerpiemy z tego niemałą przyjemność, ale nic nie może równać się z potęgą przyrody! To robi na nas największe wrażenie. Samotnie spacerując wśród drzew czy brzegiem plaż naprawdę wypoczywamy. 
Postanowiliśmy, że Słowenia będzie tym miejscem, w którym odpoczniemy aktywnie, robiąc wszystko po trochu - leniuchując nad jeziorem, zwiedzając miasta jak i dzieła matki natury. Mieszkanie tyle lat nad morzem zaszczepiło w nas wielką miłość do morza i plaż. Mateusz jest znakomitym pływakiem, uwielbia "wymęczyć" się w wodzie. Ja co prawda w pływaniu nie jestem najlepsza, ale nie umiem sobie wyobrazić ciepłego dnia bez odrobiny wody. Więc na drugi tydzień wybraliśmy Chorwację, w której postanowiliśmy wyłącznie leżeć, czytać, dziergać i kąpać się w turkusowej wodzie. Z dala od turystów, bo inaczej żadna to dla nas przyjemność. Ale o tym będzie w innym poście.

Dziś opowiem Wam o Słowenii. Kraju, który jeszcze kilka lat temu kojarzył mi się (z nazwy) z krajem podobnym do naszego, gdzie jest pięknie, ale bez większych szaleństw i skrajności. Gdzie jest mnóstwo zieleni i spokoju. Kraju, który mimo swojej słowiańskiej nazwy leży nad Adriatykiem, który to z kolei kojarzy się przede wszystkim ze spalaną słońcem Chorwacją. O kraju, który nas zaskoczył i zachwycił. 

Pewnego razu, pchana swoją ciekawością poznawania państw, ich geografii, wyglądu, ustroju itp. wpisałam w wyszukiwarkę "Słowenia" i byłam trochę zbita z tropu. Moim oczom ukazał się przepiękny widok, odbiegający, niewiele ale jednak, od tych typowo polskich. Coś jakby wymieszanie środkowej europy z śródziemnomorskim klimatem, a na dokładkę mnóstwo urokliwych alpejskich widoków. Tak jakby ten jeden kraj miał trzy odrębne klimaty. A jak pogrzebałam głębiej to znalazłam niejeden cud, o którym mam zamiar Wam opowiedzieć. No to zaczynam!

Słowenia dzień pierwszy
I przeddzień, czyli dzień podróży. Dzięki uprzejmości mamy Danusi mogliśmy wybrać się w naszą podróż autem. Nie moglibyśmy zobaczyć i przeżyć tyle, gdybyśmy zdecydowali się na inny środek transportu. Wyjechaliśmy w niedzielę, wcześnie rano a pogoda była okropeczna! Jakbym napisała, że lało, to bym was brzydko okłamała. Z nieba leciały ogromne ilości wody, trzeba było jechać wolno bo widoczność była słaba. Natężenie wody się zmieniało, ale przez calutką dziewięciogodzinną trasę padał deszcz. Zapewniałam w aucie odpowiedni klimat puszczając kilkugodzinny soundtrack z Władcy Pierścieni :). 
Widoków podziwiać nie mogliśmy, wszędzie nisko wisiały chmury, mgła błąkała się między górami i dokładnie je przykrywała. Wiedzieliśmy, że gdzieś tam są, ale nie było szans nic dojrzeć. 

Zatrzymaliśmy się na północy kraju, blisko granicy z Austrią, w okolicy Triglavskiego Parku Narodowego, który swoją nazwę wziął od najwyższego szczytu Słowenii. Nasz hotelik "Hotel Pibernik" znajdował się pod Bledem, chyba najbardziej charakterystycznym miasteczkiem tego państwa. Sam hotelik był bardzo urokliwy. Położony w lasku, z dużym terenem, gdzie znajdowały się leżaki, hamaki, miejsca do zabawy dla dzieci, czy do uprawiania sportu. Do jeziora Bled mieliśmy stamtąd 3 km. Panowała tam cisza i spokój, miejsce idealne dla kogoś kto potrzebuje odpoczynku, oraz dla tych, którzy planują wakacje z dziećmi.
Pierwszego dnia poznaliśmy się z właścicielem oraz jego pomocnikami. Kotem, który otwierał drzwi:

Z misiem, który codziennie robił coś innego, a jednego dnia nawet grał na pianinie. Tu akurat wita gości:
Oraz papą smurfem, który pilnował porządku:

Cały hotel jest w świetnym starym stylu. Wszędzie znajduje się mnóstwo zdjęć i portretów, starych niepotrzebnych przedmiotów, które wspólnie tworzą niepowtarzalny klimat. Wąskie korytarzyki, ciemne drewno, ciepłe światło starych lamp. Cudnie!

Nie spędzaliśmy dużo czasu na podwórzu, wracaliśmy do pokoju wieczorem zbyt zmęczeni by robić coś innego niż kładzenie się do łóżka. No dobra, trochę zmyślam. Przed snem fundowaliśmy sobie chwilę grając w ostatnio ulubioną grę, ale ciii. Ogród nocą:


Pod wiatą było śniadanie (bardzo smaczne!), a jedliśmy na świeżym powietrzu, wśród drzew, porannej rosy, słuchając śpiewu ptaków. Wieczorem zaś zachwycaliśmy się nocnym niebem i ilością gwiazd. Czyli czymś czego mi bardzo brakuje w dużym mieście...

Na drugi dzień, czyli ten tytułowy "pierwszy dzień" wyszło słońce i nie było już śladu ulewy. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pogoda zrobiła się idealna i taka była przez cały tydzień. Wstaliśmy rano i podjęliśmy szybką decyzję. Jaskinie! Bo to było to na co czekaliśmy najbardziej. Jaskinie w Słowenii są nieprawdopodobne! No to w drogę:
Widoki z auta w końcu były takie jakie trzeba! Postrzępione chmury wisiały nisko, albo to my byliśmy tak wysoko. Pięknie to wyglądało.

Postanowiliśmy odwiedzić dwie największe jaskinie - Postojną i jaskinie Szkocjańskie. Te drugie wpisane są na listę światowego dziedzictwa UNESCO. 
Zaczęliśmy od Postojnej, gdzie jak wyczytaliśmy jest zdecydowanie więcej turystów. Na szczęście nie było to bardzo problematyczne, zwiedzający dzieleni byli na grupy, które poruszały się w pewnych odstępach, więc nie było wielkiego ścisku. Wejście do jaskini jest bardzo niepozorne.
Za tymi skalnymi ścianami kryje się coś czego się nie da opisać, trzeba iść i zobaczyć :). Długie korytarze pełne bardzo starych stalagmitów i stalaktytów, wysokie ściany, ogromne formy naciekowe, świetnie podana historia (której słuchaliśmy po polsku na audio przewodniku). Można było robić zdjęcia, ale nie było to łatwe - oczywiście sale (jak nazywano wysokie pomieszczenia jaskini pomiędzy niższymi korytarzami) były oświetlone, ale tylko tyle ile było konieczne by oddać klimat. Nie będę opowiadać ciekawostek na temat form naciekowych, ich wieku czy materiału bo nie zabrzmi to ciekawie, jeśli nie będziecie mieć przed oczami tego co widzieliśmy. Powiem tylko tyle - warto!




W jaskini panuje stała temperatura 8 stopni. Mimo że na zewnątrz było bardzo ciepło musieliśmy wyposażyć się w długie spodnie, bluzy i kurtki. Zwłaszcza, że pewien dystans pokonuje się kolejką i podmuch wiatru jest bardzo orzeźwiający.
Wycieczka zajęła około 1,5-2 godziny. Ceny biletów nie należą do tanich, niestety Słowenia jest całkiem droga, zwłaszcza wejściówki, ale na szczęście byliśmy na to przygotowani. Zdecydowanie warto sprawdzić takie rzeczy przed wyjazdem.

Niedaleko, jakieś 10 km na północny-zachód od jaskini mieści się zamek, ale również nie byle jaki. Zamek niewielki, ale zlokalizowany nietypowo bo zbudowany w wejściu do jaskini.

Zamek nazywa się Predjamski Grad i zdecydowanie lepiej wygląda z zewnątrz. Nie żeby w środku nas rozczarował. Po prostu jest mały i największą jego atrakcją jest połączenie murów ze ścianami jaskini. Zamek idealnie nadawał się do obrony - wydrążono rynny, które zbierały wodę pitną ze skał, a jaskinią można było wydostać się daleko od zamku i zdobyć coś do jedzenia jak akurat ktoś sobie nas oblegał :). Jak głosi historia wrogowie nie wiedzieli o tym połączeniu i pewien książę ponad rok siedział zamknięty w zamku i z głodu nie umarł, czego pewnie oczekiwali Ci na dole.

Poniżej zamku płynie rzeka, która wydrążyła sobie tunel w skałach. Widok z zamku również jest bardzo ładny. Można kupić jeden wspólny, tańszy bilet na jaskinie jak i wejście do zamku.

No i teraz przechodzimy do ciekawszej części naszego zwiedzania. Cały dzień chcieliśmy poświęcić na jaskinie, więc pojechaliśmy od razu do jaskiń Szkocjańskich. Na te czekałam najbardziej, a dlaczego to opowiem później.

Pół godziny później dotarliśmy na miejsce. Jako że zapowiadała się znowu długa piesza wycieczka postanowiliśmy coś zjeść. Było trochę przed 15:00. Obiad był średni, a jak skończyliśmy jeść, zegarek pokazywał kwadrans po. No i narobiliśmy. Bo wejścia do jaskini były o pełnych godzinach. Ostatnie wejście o 15:00. Zwiedzanie można było zrobić na trzy sposoby - jedna trasa z przewodnikiem, druga trasa bez przewodnika oraz trasa łączona. Oczywiście wybraliśmy trzeci wariant i nie chcieliśmy z niego rezygnować, więc mimo że jeszcze można było wejść na trasę z przewodnikiem, postanowiliśmy wrócić do Bledu i poleżeć nad jeziorem, a do jaskiń wrócić kiedy indziej. No trudno, zdarza się, nie ma tego złego.

I władowaliśmy się w korek. Ale nie był to jakiś zwykły korek spowodowany dużym ruchem. Chyba na całej długości tej autostrady stały auta. Nie znamy dokładnego powodu, ktoś nam powiedział, że podobno paliła się cysterna, czy to prawda, nie wiem. No nic, pomyśleliśmy, nie będzie dziś jeziora.

Nagle z tych smutków wyrwał mnie Mateusz pytając "co to za lampka?". Na tablicy rozdzielczej pojawił się czerwony symbol. Jakaś woda z termometrem. Po telefonie do taty okazało się, że taka lampka to rzecz okropna! Silnik się przegrzewał, chłodzenie nie działało... A my w korku, na autostradzie, pierwszy raz w takiej sytuacji. Musieliśmy zatrzymywać się co 10 metrów na poboczu i otwierając maskę, chłodzić silnik (w upale). Zanim doczłapaliśmy się do stacji takich postojów było kilka i stres niemały. Na szczęście dzień przed wyjazdem wykupiliśmy ubezpieczenie. Był poniedziałek, po godzinie 17, my w obcym kraju, bez internetu, który pomógłby nam zlokalizować jakiś serwis, cokolwiek. Ubezpieczyciel nie mógł znaleźć naszej polisy, potrzebował jej numeru. A my co? Zostawiliśmy dokumenty w pokoju! Naprawdę nie wiedzieliśmy co robić. Postanowiliśmy przestać wydzwaniać, bo i tak nie przynosiło to skutku, ale zjechać z autostrady i przebić się bocznymi drogami, bez korka (w korku lampka zapalała się co minutę) i dotrzeć jakoś do hotelu i tam dalej działać. Ale nie tylko my wpadliśmy na taki pomysł i wpadliśmy na kolejny korek, co gorsza na drodze bez pobocza. Nie było gdzie się zatrzymywać na "wietrzenie". Ostatecznie dojechaliśmy do jakiejś miejscowości i odpuściliśmy, udało się załatwić pomoc drogową, na którą czekaliśmy zdecydowanie zbyt długo biorąc pod uwagę ich odległość do nas. Na stacji, gdy już zapadł wieczór stres przerodził się w głupawkę:
Mam nadzieję, że sensu tego zdjęcia nie muszę tłumaczyć :D W końcu przyjechał do nas Pan, który słowa po angielsku nie rozumiał, co w sumie dziwne w Słowenii. Zabrał nas ze sobą, gdzie podano nam możliwe rozwiązania - śpimy w Lublanie i zostawiamy auto u nich do naprawy, albo odwożą nas do Bledu. Nie widziało mi się nocowanie w hotelu bez niczego, dodatkowo nie było gwarancji, że na drugi dzień naprawią auto. Na szczęście koszty odholowania pokryje ubezpieczyciel... naprawdę na szczęście.
Zanim nas odwieźli musieli wypełnić papiery i chyba im się nie spieszyło bo 10 minut przerodziło się w godzinę, już zasypiałam w poczekalni... Tak więc do pokoju dotarliśmy o północy. Szczęśliwi, że udało się chociaż tyle.

Tak się skończył nasz pierwszy dzień:). Tak naprawdę te problemy poszły już w zapomnienie - oczywiście wolelibyśmy żeby ten dzień skończył się inaczej, ale nie mieliśmy zamiaru rozpamiętywać straconego czasu i tracić kolejne chwile na narzekanie. Przede wszystkim pamiętamy pierwszą połowę dnia i wrażenia jakie pozostawiła po sobie jaskinia Postojna. 

Oczywiście to nie koniec relacji, a dopiero jej początek, ale na dzisiaj już kończę. Mam Wam do pokazania naprawdę przepiękne rzeczy!

Pozdrawiam,
Marzena

sobota, 6 sierpnia 2016

Podgląd

U mnie i dobrze i źle, jeśli chodzi o dziewiarskie życie. Źle bo muszę spruć cały sweter, ten szaroniebieski, w warkoczyki, Nightscape od Joji... Wybrałam zły rozmiar. Myślałam, że blokowanie mi te warkoczyki rozluźni. I owszem, rozluźniło, ale nie tak jakbym chciała. Okropnie się zmartwiłam, ale nie skończyłam rękawa, nie powiedziałam sobie "jakoś to będzie", bo wiem, że nie będzie i nie będę w nich chodzić. A poprawiać nie mam zamiaru, bo korpus dłużył mi się okrutnie. Nie teraz, może kiedyś. Wełna się nie zmarnuje, nie pozwoliłabym na to. Chce mieć sweter w tym kolorze i już nawet wybrałam wzór :) Ale póki co musi czekać w koszyku. Teraz wzięłam się za puchaty motek od Julie, ten o:

Połączyłam go z Fino i dziergam jak szalona nowy projekt! Zaczęłam kilka dni temu i już mam niezły kawałek, a w głowie dokładny obraz tego co ma powstać. Druty same chodzą:) Uwielbiam tak! Co chwilę mam ochotę przymierzać, cały dzień mogłabym siedzieć i dziergać. Liczę na pobicie rekordu. Za dwa tygodnie jedziemy w podróż, chcę mieć gotowy sweter by móc go obfotografować w jakimś magicznym miejscu. I móc w samochodzie dziergać nowy sweter.

Aparat w naprawie, zdjęcia z telefonu nie są moimi ulubionymi, ale jestem dzielna! A oprócz dziergania wzięłam się za uzupełnianie stanu magazynowego i tworzę miliony markerów. Żeby praca szła jeszcze lepiej usprawniam produkcję:) Wszystko zostało posegregowane, skatalogowane, wszystko ma swój numer, współrzędne, w jednym pudełku znajdują się koraliki w tym samym odcieniu. Oto ja, człowiek natręctwo, kobieta perfekcjonistka! Różne to rzeczy sprawiają ludziom przyjemność.
 

Obecnie moje ulubione markery - Flintstone. Uzupełniam te co już znacie, w większej ilości niż zazwyczaj, a i na pewno sklecę coś nowego. Póki co jest weekend i jeśli chodzi o "pracę" to planuję wyłącznie dziergać! :) A co tam u Was?

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

sobota, 30 lipca 2016

The cosiest life ever!

Czyli moja nowa, mini, ale za to bardzo przytulna kolekcja właśnie została opublikowana i jest dostępna w moim sklepiku na Ravelr: klik!
 Cosy Wifey i Cosy Hubby dostępne są oddzielnie, ale również wspólnie, w niższej cenie w formie mini e-booka.

 



W ramach testów powstało tyle cudnych wersji obu swetrów, nie mogę się na nie napatrzeć! Każda wersja jest piękna i mega przytulna! Dziękuję dziewczyny za pomoc! Jesteście wyjątkowe!!!
A cieszę się podwójnie kiedy mówicie mi, że Wasze swetry bardzo się podobają i z radością je nosicie (lub wasi mężowie:)). Niech się więc noszą jak najdłużej i sprawują jak trzeba :)

Pozdrawiam ciepło,
Marzena