niedziela, 11 września 2016

Podróż poślubna: Słowenia, część pierwsza

Parę dni temu wróciliśmy z naszej podróży poślubnej. Jako że już prawie udało nam się wrócić do rzeczywistości zabieram się za relację tych dwóch zdecydowanie udanych tygodni! To naprawdę zabawne, że po tak długim urlopie trzeba parę dni odpocząć :) 

Jak zaczęliśmy planować ślub wiedzieliśmy, że tego lata wybierzemy się w długą podróż, ale nie zaplanowaliśmy zupełnie nic. Ilość rzeczy i spraw około ślubnych była tak duża, że na poszukiwanie miejsca wypoczynku zwyczajnie nie było czasu. Stwierdziliśmy, że na pewno uda się coś zorganizować na wrzesień, więc odłożyliśmy ten temat na drugą połowę lipca. Początkowo zamarzyliśmy sobie Włochy! Nie chcieliśmy spędzić dwóch tygodni w tym samym miejscu, braliśmy więc pod uwagę północ jak i południe tego kraju. Ale poszukiwania szły opornie, nie było miejsc, a jak były to w cenie znacząco przekraczającej nasz budżet. Oczywiście można było znaleźć tani, wolny pokój, ale jako że to była podróż poślubna chcieliśmy od wakacji czegoś więcej niż tylko łóżka do spania :). 
Nie mierzymy nigdy w luksusowe hotele, bo te zwyczajnie nam się nie podobają. Nie widzę przyjemności w spędzaniu wakacji w urokliwym miejscu zatrzymując się w typowym europejskim hotelu. Musi być klimat, musi to być coś idealnie współgrającego z otoczeniem.

Niemniej Włochy odpadły, znudziły nam się podczas tych poszukiwań. Ale zanim to nastąpiło mieliśmy w głowie plan, że po drodze na wakacje można przecież odwiedzić kraje, przez które zamierzamy przejeżdżać i zobaczyć choćby odrobinę. Przyszła nam do głowy Słowenia, która pewnego razu mocno nas zaintrygowała. Ale to był ten kraj, który chcieliśmy zobaczyć dokładnie, a nie tylko przejazdem, więc zostawiliśmy ją "na potem".
Jak tylko poczuliśmy niechęć do początkowego kierunku od razu nasunęła się myśl - może właśnie Słowenia? Po co czekać? Tydzień w Słowenii. A drugi tydzień gdzie? 

Jeśli chodzi o wakacjowanie to lubimy kilka rzeczy. Przede wszystkim przyrodę. Piękne, stare miasta odwiedzamy chętnie i czerpiemy z tego niemałą przyjemność, ale nic nie może równać się z potęgą przyrody! To robi na nas największe wrażenie. Samotnie spacerując wśród drzew czy brzegiem plaż naprawdę wypoczywamy. 
Postanowiliśmy, że Słowenia będzie tym miejscem, w którym odpoczniemy aktywnie, robiąc wszystko po trochu - leniuchując nad jeziorem, zwiedzając miasta jak i dzieła matki natury. Mieszkanie tyle lat nad morzem zaszczepiło w nas wielką miłość do morza i plaż. Mateusz jest znakomitym pływakiem, uwielbia "wymęczyć" się w wodzie. Ja co prawda w pływaniu nie jestem najlepsza, ale nie umiem sobie wyobrazić ciepłego dnia bez odrobiny wody. Więc na drugi tydzień wybraliśmy Chorwację, w której postanowiliśmy wyłącznie leżeć, czytać, dziergać i kąpać się w turkusowej wodzie. Z dala od turystów, bo inaczej żadna to dla nas przyjemność. Ale o tym będzie w innym poście.

Dziś opowiem Wam o Słowenii. Kraju, który jeszcze kilka lat temu kojarzył mi się (z nazwy) z krajem podobnym do naszego, gdzie jest pięknie, ale bez większych szaleństw i skrajności. Gdzie jest mnóstwo zieleni i spokoju. Kraju, który mimo swojej słowiańskiej nazwy leży nad Adriatykiem, który to z kolei kojarzy się przede wszystkim ze spalaną słońcem Chorwacją. O kraju, który nas zaskoczył i zachwycił. 

Pewnego razu, pchana swoją ciekawością poznawania państw, ich geografii, wyglądu, ustroju itp. wpisałam w wyszukiwarkę "Słowenia" i byłam trochę zbita z tropu. Moim oczom ukazał się przepiękny widok, odbiegający, niewiele ale jednak, od tych typowo polskich. Coś jakby wymieszanie środkowej europy z śródziemnomorskim klimatem, a na dokładkę mnóstwo urokliwych alpejskich widoków. Tak jakby ten jeden kraj miał trzy odrębne klimaty. A jak pogrzebałam głębiej to znalazłam niejeden cud, o którym mam zamiar Wam opowiedzieć. No to zaczynam!

Słowenia dzień pierwszy
I przeddzień, czyli dzień podróży. Dzięki uprzejmości mamy Danusi mogliśmy wybrać się w naszą podróż autem. Nie moglibyśmy zobaczyć i przeżyć tyle, gdybyśmy zdecydowali się na inny środek transportu. Wyjechaliśmy w niedzielę, wcześnie rano a pogoda była okropeczna! Jakbym napisała, że lało, to bym was brzydko okłamała. Z nieba leciały ogromne ilości wody, trzeba było jechać wolno bo widoczność była słaba. Natężenie wody się zmieniało, ale przez calutką dziewięciogodzinną trasę padał deszcz. Zapewniałam w aucie odpowiedni klimat puszczając kilkugodzinny soundtrack z Władcy Pierścieni :). 
Widoków podziwiać nie mogliśmy, wszędzie nisko wisiały chmury, mgła błąkała się między górami i dokładnie je przykrywała. Wiedzieliśmy, że gdzieś tam są, ale nie było szans nic dojrzeć. 

Zatrzymaliśmy się na północy kraju, blisko granicy z Austrią, w okolicy Triglavskiego Parku Narodowego, który swoją nazwę wziął od najwyższego szczytu Słowenii. Nasz hotelik "Hotel Pibernik" znajdował się pod Bledem, chyba najbardziej charakterystycznym miasteczkiem tego państwa. Sam hotelik był bardzo urokliwy. Położony w lasku, z dużym terenem, gdzie znajdowały się leżaki, hamaki, miejsca do zabawy dla dzieci, czy do uprawiania sportu. Do jeziora Bled mieliśmy stamtąd 3 km. Panowała tam cisza i spokój, miejsce idealne dla kogoś kto potrzebuje odpoczynku, oraz dla tych, którzy planują wakacje z dziećmi.
Pierwszego dnia poznaliśmy się z właścicielem oraz jego pomocnikami. Kotem, który otwierał drzwi:

Z misiem, który codziennie robił coś innego, a jednego dnia nawet grał na pianinie. Tu akurat wita gości:
Oraz papą smurfem, który pilnował porządku:

Cały hotel jest w świetnym starym stylu. Wszędzie znajduje się mnóstwo zdjęć i portretów, starych niepotrzebnych przedmiotów, które wspólnie tworzą niepowtarzalny klimat. Wąskie korytarzyki, ciemne drewno, ciepłe światło starych lamp. Cudnie!

Nie spędzaliśmy dużo czasu na podwórzu, wracaliśmy do pokoju wieczorem zbyt zmęczeni by robić coś innego niż kładzenie się do łóżka. No dobra, trochę zmyślam. Przed snem fundowaliśmy sobie chwilę grając w ostatnio ulubioną grę, ale ciii. Ogród nocą:


Pod wiatą było śniadanie (bardzo smaczne!), a jedliśmy na świeżym powietrzu, wśród drzew, porannej rosy, słuchając śpiewu ptaków. Wieczorem zaś zachwycaliśmy się nocnym niebem i ilością gwiazd. Czyli czymś czego mi bardzo brakuje w dużym mieście...

Na drugi dzień, czyli ten tytułowy "pierwszy dzień" wyszło słońce i nie było już śladu ulewy. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pogoda zrobiła się idealna i taka była przez cały tydzień. Wstaliśmy rano i podjęliśmy szybką decyzję. Jaskinie! Bo to było to na co czekaliśmy najbardziej. Jaskinie w Słowenii są nieprawdopodobne! No to w drogę:
Widoki z auta w końcu były takie jakie trzeba! Postrzępione chmury wisiały nisko, albo to my byliśmy tak wysoko. Pięknie to wyglądało.

Postanowiliśmy odwiedzić dwie największe jaskinie - Postojną i jaskinie Szkocjańskie. Te drugie wpisane są na listę światowego dziedzictwa UNESCO. 
Zaczęliśmy od Postojnej, gdzie jak wyczytaliśmy jest zdecydowanie więcej turystów. Na szczęście nie było to bardzo problematyczne, zwiedzający dzieleni byli na grupy, które poruszały się w pewnych odstępach, więc nie było wielkiego ścisku. Wejście do jaskini jest bardzo niepozorne.
Za tymi skalnymi ścianami kryje się coś czego się nie da opisać, trzeba iść i zobaczyć :). Długie korytarze pełne bardzo starych stalagmitów i stalaktytów, wysokie ściany, ogromne formy naciekowe, świetnie podana historia (której słuchaliśmy po polsku na audio przewodniku). Można było robić zdjęcia, ale nie było to łatwe - oczywiście sale (jak nazywano wysokie pomieszczenia jaskini pomiędzy niższymi korytarzami) były oświetlone, ale tylko tyle ile było konieczne by oddać klimat. Nie będę opowiadać ciekawostek na temat form naciekowych, ich wieku czy materiału bo nie zabrzmi to ciekawie, jeśli nie będziecie mieć przed oczami tego co widzieliśmy. Powiem tylko tyle - warto!




W jaskini panuje stała temperatura 8 stopni. Mimo że na zewnątrz było bardzo ciepło musieliśmy wyposażyć się w długie spodnie, bluzy i kurtki. Zwłaszcza, że pewien dystans pokonuje się kolejką i podmuch wiatru jest bardzo orzeźwiający.
Wycieczka zajęła około 1,5-2 godziny. Ceny biletów nie należą do tanich, niestety Słowenia jest całkiem droga, zwłaszcza wejściówki, ale na szczęście byliśmy na to przygotowani. Zdecydowanie warto sprawdzić takie rzeczy przed wyjazdem.

Niedaleko, jakieś 10 km na północny-zachód od jaskini mieści się zamek, ale również nie byle jaki. Zamek niewielki, ale zlokalizowany nietypowo bo zbudowany w wejściu do jaskini.

Zamek nazywa się Predjamski Grad i zdecydowanie lepiej wygląda z zewnątrz. Nie żeby w środku nas rozczarował. Po prostu jest mały i największą jego atrakcją jest połączenie murów ze ścianami jaskini. Zamek idealnie nadawał się do obrony - wydrążono rynny, które zbierały wodę pitną ze skał, a jaskinią można było wydostać się daleko od zamku i zdobyć coś do jedzenia jak akurat ktoś sobie nas oblegał :). Jak głosi historia wrogowie nie wiedzieli o tym połączeniu i pewien książę ponad rok siedział zamknięty w zamku i z głodu nie umarł, czego pewnie oczekiwali Ci na dole.

Poniżej zamku płynie rzeka, która wydrążyła sobie tunel w skałach. Widok z zamku również jest bardzo ładny. Można kupić jeden wspólny, tańszy bilet na jaskinie jak i wejście do zamku.

No i teraz przechodzimy do ciekawszej części naszego zwiedzania. Cały dzień chcieliśmy poświęcić na jaskinie, więc pojechaliśmy od razu do jaskiń Szkocjańskich. Na te czekałam najbardziej, a dlaczego to opowiem później.

Pół godziny później dotarliśmy na miejsce. Jako że zapowiadała się znowu długa piesza wycieczka postanowiliśmy coś zjeść. Było trochę przed 15:00. Obiad był średni, a jak skończyliśmy jeść, zegarek pokazywał kwadrans po. No i narobiliśmy. Bo wejścia do jaskini były o pełnych godzinach. Ostatnie wejście o 15:00. Zwiedzanie można było zrobić na trzy sposoby - jedna trasa z przewodnikiem, druga trasa bez przewodnika oraz trasa łączona. Oczywiście wybraliśmy trzeci wariant i nie chcieliśmy z niego rezygnować, więc mimo że jeszcze można było wejść na trasę z przewodnikiem, postanowiliśmy wrócić do Bledu i poleżeć nad jeziorem, a do jaskiń wrócić kiedy indziej. No trudno, zdarza się, nie ma tego złego.

I władowaliśmy się w korek. Ale nie był to jakiś zwykły korek spowodowany dużym ruchem. Chyba na całej długości tej autostrady stały auta. Nie znamy dokładnego powodu, ktoś nam powiedział, że podobno paliła się cysterna, czy to prawda, nie wiem. No nic, pomyśleliśmy, nie będzie dziś jeziora.

Nagle z tych smutków wyrwał mnie Mateusz pytając "co to za lampka?". Na tablicy rozdzielczej pojawił się czerwony symbol. Jakaś woda z termometrem. Po telefonie do taty okazało się, że taka lampka to rzecz okropna! Silnik się przegrzewał, chłodzenie nie działało... A my w korku, na autostradzie, pierwszy raz w takiej sytuacji. Musieliśmy zatrzymywać się co 10 metrów na poboczu i otwierając maskę, chłodzić silnik (w upale). Zanim doczłapaliśmy się do stacji takich postojów było kilka i stres niemały. Na szczęście dzień przed wyjazdem wykupiliśmy ubezpieczenie. Był poniedziałek, po godzinie 17, my w obcym kraju, bez internetu, który pomógłby nam zlokalizować jakiś serwis, cokolwiek. Ubezpieczyciel nie mógł znaleźć naszej polisy, potrzebował jej numeru. A my co? Zostawiliśmy dokumenty w pokoju! Naprawdę nie wiedzieliśmy co robić. Postanowiliśmy przestać wydzwaniać, bo i tak nie przynosiło to skutku, ale zjechać z autostrady i przebić się bocznymi drogami, bez korka (w korku lampka zapalała się co minutę) i dotrzeć jakoś do hotelu i tam dalej działać. Ale nie tylko my wpadliśmy na taki pomysł i wpadliśmy na kolejny korek, co gorsza na drodze bez pobocza. Nie było gdzie się zatrzymywać na "wietrzenie". Ostatecznie dojechaliśmy do jakiejś miejscowości i odpuściliśmy, udało się załatwić pomoc drogową, na którą czekaliśmy zdecydowanie zbyt długo biorąc pod uwagę ich odległość do nas. Na stacji, gdy już zapadł wieczór stres przerodził się w głupawkę:
Mam nadzieję, że sensu tego zdjęcia nie muszę tłumaczyć :D W końcu przyjechał do nas Pan, który słowa po angielsku nie rozumiał, co w sumie dziwne w Słowenii. Zabrał nas ze sobą, gdzie podano nam możliwe rozwiązania - śpimy w Lublanie i zostawiamy auto u nich do naprawy, albo odwożą nas do Bledu. Nie widziało mi się nocowanie w hotelu bez niczego, dodatkowo nie było gwarancji, że na drugi dzień naprawią auto. Na szczęście koszty odholowania pokryje ubezpieczyciel... naprawdę na szczęście.
Zanim nas odwieźli musieli wypełnić papiery i chyba im się nie spieszyło bo 10 minut przerodziło się w godzinę, już zasypiałam w poczekalni... Tak więc do pokoju dotarliśmy o północy. Szczęśliwi, że udało się chociaż tyle.

Tak się skończył nasz pierwszy dzień:). Tak naprawdę te problemy poszły już w zapomnienie - oczywiście wolelibyśmy żeby ten dzień skończył się inaczej, ale nie mieliśmy zamiaru rozpamiętywać straconego czasu i tracić kolejne chwile na narzekanie. Przede wszystkim pamiętamy pierwszą połowę dnia i wrażenia jakie pozostawiła po sobie jaskinia Postojna. 

Oczywiście to nie koniec relacji, a dopiero jej początek, ale na dzisiaj już kończę. Mam Wam do pokazania naprawdę przepiękne rzeczy!

Pozdrawiam,
Marzena

12 komentarzy:

  1. Znaczną część tej opowieści już znam. Telefon między Słowenią, Warszawą i Ustką grzał się aż miło. Ale dzięki temu później było już tylko miło:)

    OdpowiedzUsuń
  2. My dzięki naszej Lagunie spędziliśmy kilka dni w pięć osób w urokliwym miasteczku w Toskanii,oczywiście na koszt ubezpieczyciela.Nasz mechanik doskonale znał tylko włoski,ale właśnie z tego powodu, już pierwszego dnia mieliśmy mnóstwo znajomych,każdy bowiem znający choć kilka słów w jęz.angielskim był nam przedstawiony.Ale wspomnienia z tego wyjazdu są żywe do dziś.A w Słowenii nie byłam,czekam zatem na relacje;)ED

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po wszystkim kompletnie nie pamięta się tych problemów prawda? Zostają tylko te pozytywne wspomnienia. No i jest co opowiadać :)

      Usuń
  3. Gratuluję i wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia. Ciekawa podróż poślubna. Czekam na ciąg dalszy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Myślę, że większość blogowiczek jest zawiedziona brakiem obiecanej ''relacji i zasypu zdjęciami'' z najważniejszego dnia w życiu. Wykorzystałaś raczej to wydarzenie do własnej promocji... Tak długo czytam Twój blog, że niestety... Mimo wszystko pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matko! Sama czekam tak bardzo niecierpliwie na zdjęcia a tu taki przykry komentarz... Pani fotograf ma czas do 10 października. I z tego co wiem jeszcze nie skończyła, bo inaczej mogłabym w końcu obejrzeć zdjęcia, o których śnię i marzę :)
      Przykre czytać takie słowa... promocja to ostatnia rzecz jaką chciałabym zrobić ze swojego ślubu...

      Usuń
  5. Zawsze na zdjęcia ślubne od profesjonalistów trzeba czekać. Na pewno będą piękne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda Kasiu. Nasza fotograf jest niezwykła! Poza tym sama wykonywałam kiedyś zdjęcia ślubne, wiem ile to pracy. I jeśli obróbka zajmuje 3 miesiące to wiem, że to będzie staranna praca.
      Pozdrawiam! :)

      Usuń