Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wełna ręcznie farbowana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wełna ręcznie farbowana. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 stycznia 2020

Emilia & Philomene

I na dokładkę jeszcze jedno piękne imię. Josephine.

Ostatnio, równie mocno jak do różu, ciągnie mnie do ciepłych, rustykalnych, nietypowych odcieni - złotych brązów, sjeny, miedzi, brunatnych czy herbacianych kolorów... Te barwy ostatnio dominują nawet moje szyciowe plany (jako że w róż już się nieźle wyposażyłam). Więc zapytana, który kolor z palety Emilie & Philomene chciałabym zamienić w sweter, moje oczy powracały ciągle do "Brooklyn", czyli mocno spranego i stonowanego koloru herbacianego. Kojarzy mi się on z ciepłem i przytulnością, a właśnie taki projekt pragnę stworzyć. Dlatego też moją wybranką została Josephine, której sprężystość i okrągły przekrój bardzo pasował do tego zamysłu. Tym razem nie alpaka, nie kaszmir czy singiel, ale klasyczny merynos, który swoim skrętem i kształtem uwypukli każde oczko, będzie plastyczny i mięsisty. Pięknie zagra w ściągaczach, podkreśli wyraźne tekstury czy plecionki...

Jeszcze przed świąteczną przerwą listonosz dostarczył mi paczkę z czterema preclami, prosto z Londynu. Urlop, święta i potrzeba odpoczynku, zmusiły mnie do poczekania ze zdjęciami czy z zaczęciem pracy nad nowym projektem, ale jak widać nie powstrzymałam się i jeden motek przewinęłam by móc wykonać choćby małą próbkę (stąd tylko trzy Josephiny na zdjęciach:)) 

Kolor Brooklyn na tej bazie jest nieznacznie cieniowany, co objawia się tylko delikatną zmianą koloru w gotowej dzianinie - nie powstają paski czy plamy, których bardzo nie lubię. Z drugiej strony nie przepadam wybitnie za stuprocentowymi fabrycznymi solidami, które dają płaski efekt bez wyrazu. Ręcznie farbowane solidy mają to do siebie, że nieznacznie mienią się, przejaśniają lub przyciemniają o ton lub dwa w sposób równomierny, dzięki czemu otrzymujemy ten piękny, trójwymiarowy efekt. Jestem pewna, że wiecie o co mi chodzi! :)

Ciężko oddać ten kolor na zdjęciach! Jest mocno stonowany, ale nie bez wyrazu. Baza ta nie posiada połysku ani widocznego włoska, jest mięsista i miękka - naprawdę przytulny z niej motek! Jest idealna dla każdej skóry i sprawdzi się w większości wzorów (stary, dobry merynos!).

Amelie (klik!), czyli farbiarka i właścicielka Emilie & Philomene, dała mi wolną rękę, podobnie jak pozostałe dziewczyny, z którymi współpracowałam i będę współpracować (taki mały spojler:P), ale poprosiła bym poszerzyła rozmiarówkę o bardzo duże rozmiary. Jest to dla niej bardzo ważna kwestia i myślę, że to naprawdę słuszna sprawa! Ciekawa jestem co Wy o tym sądzicie! :)

Oprócz motków w paczuszce znalazłam mały upominek, który jest absolutnie przeuroczy! Przypinka ta od razu znalazła się na moim ulubionym woreczku na robótkę (a musicie wiedzieć, że nie ciągnęło mnie do nich nigdy). Kształt, wielkość, wzór i kolor ogromnie mi się podobają! Różowy motek i wszystko jasne: 
 Przypinka od Twill and Print.

Jaki mam plan na te motki? Oczywiście sweter! Przytulny i oversizowy. Więcej nie chcę póki co zdradzać - tak naprawdę projekt jeszcze nie wykiełkował w pełni, chociaż mam w głowie ogólny zarys. Dopiero próbki pozwolą mi zdecydować i obiecuję podsyłać zajawki :)

Wykonywanie zdjęć motków jest czymś, co naprawdę bardzo lubię... przygotowuję się do tego odpowiednio - najpierw odwiedzam moją ukochaną kwiaciarnię, która nie ma sobie równych jeśli chodzi o wybór kwiatów. 
Mają mnóstwo rodzajów i kolorów, w tym rzadkie gatunki, o których nigdy nie słyszałam! Zabieram ze sobą motki, by móc dobrze dobrać kolory :) Potem oczywiście należy przygotować tło i aranżację. Myślę, że mogłabym być florystką bo taka praca sprawia mi mnóstwo przyjemności, chociaż lubuję się raczej w braku ładu, nie lubię gdy wszystko jest równo, symetrycznie ułożone, lubię łączyć nieoczywiste rzeczy czy kolory, dlatego klasyczne bukiety nie są dla mnie. Często po zakupie kwiatów do wazonu, robię w nich przemeblowanie - odwiązuję sznurek czy wstążkę i robię po swojemu. Jestem fanką niestylizowanych bukietów, gdzie panuje chaos i obfitość! Polne kwiaty łączę z różami, trawą, suchymi gałązkami... Dlatego bardzo się cieszę, że Panie w mojej ulubionej kwiaciarni po prostu pozwalają mi pokazywać palcem co chcę i pakują mi wszystko w papier bez zbędnego układania. Wszak do sesji i tak muszę wszystko rozsupłać :) I (o zgrozo) popsuć od czasu do czasu.
Po takiej sesji panuje w pokoju niezły bałagan! Suszone kwiaty się sypią, a niekiedy specjalnie je kruszę :) Zimą zdjęcia w domu mogę robić tylko do południa. I to pod warunkiem, że za oknem nie ma chmur. Wtedy światło jest najlepsze i nie śmiem tego ignorować. Gdy pogoda nie sprzyja... ubieram kurtkę i czapkę i idę robić to samo na balkon :) Chociaż wolę jednak tego unikać, z wiadomych powodów!
 

Czas na pobudzenie wyobraźni i złapanie za druty! Idę parzyć herbatę, siadam na kanapie i oddaję się swojej ulubionej pracy! 

A Was, jeśli lubicie klasyczne, dobre i miękkie włóczki oraz stonowane, dojrzałe kolory, zachęcam do zajrzenia do Amelii i jej wełnianego świata :) 

Pozdrawiam,
Marzena

wtorek, 19 marca 2019

Garnbúð Eddu

Mam nadzieję, że zaintrygowałam Was tym tytułem! 

Podczas mojej już prawie pięcioletniej przygody z owcą (kto czytał?), miałam okazję współpracować z kilkoma niezwykłymi i utalentowanymi ludźmi. Bardzo zależy mi na tym by nie ograniczać tych kontaktów tylko do spraw biznesowych, wszak za firmowym logo stoją prawdziwi ludzie! Ludzie pełni pasji i talentu, sympatyczni i inspirujący! Nie można oddzielić produktów czy miejsc od ich autorów, zwłaszcza gdy to co robią i tworzą, jest efektem ogromnej miłości i zaangażowania.

I taką właśnie osobę miałam przyjemność ostatnio poznać. Dzielą nas kilometry, ale łączy naprawdę wiele! Chciałabym Wam dziś przedstawić Eddę, która żyje w niezwykłej, magicznej krainie, jaką jest Islandia. Która kocha wełnę i dzierganie. I która podobnie jak ja ma swój mały wełniany sklepik... do którego właśnie zaprosiła Chmurkowe włóczki!

Proszę Państwa, już za chwilkę będzie można kupić kózkę w wietrznej i tajemniczej Islandii! Nie macie pojęcia jak się cieszę :) 

Edda z wielką chęcią odpowiedziała na moje pytania i opowiedziała mi swoją wełnianą historię. Jeśli chcecie przeczytać ją w oryginale (po angielsku), zapraszam Was na Instagram - klik! 

Jak już wspomniałam, Edda mieszka w jednym z najpiękniejszych miejsc na ziemi - w Islandii! Jest projektantką wzorów dziewiarskich i udało jej się opublikować już ponad 40 wzorów w języku islandzkim i angielskim, część z nich możecie znaleźć tu: klik!
Jej miłość do kolorów jest ogromna i ma naprawdę niezłe oko do łączenia odcieni. Jak sama mówi, jest to jedna z jej ulubionych rzeczy do robienia :) W pełni to rozumiem!

Edda ma dyplom z włókiennictwa i pracuje jako nauczyciel tekstylny w swoim rodzinnym mieście Hafnarfjörður.
Nauczyła się dziergać w szkole, kiedy była dzieckiem, ale dopiero gdy skończyła 20 lat zaczęła traktować to jak poważne hobby. Spotkała wtedy swojego przyszłego męża i poznała jego matkę i babcię, które szydełkowały. Zachwyciło ją to, że mając jedno szydełko i jedno oczko można dosłownie wydziergać cały świat! :) Nauczyły ją i przepadła! Obecnie nie jest w stanie zliczyć ile rzeczy udało jej się zrobić od tamtego czasu...

Jej główną pasją jest wszystko to co wiąże się z dzierganiem i wełną, ale jest jeszcze jedna rzecz, którą uwielbia - rysowanie! Jej prace przez długi czas nie opuszczały zeszytów, które wypełniały jej dom, ale teraz przeniosła je na robótkowe torby, które sprzedaje w swoim sklepiku. Stworzyła postać zwaną The Knitpolice. Jest to szalona dziewiarka, która nie potrafi znieść byle jakich wykończeń i niepoprawionych błędów. Oprócz toreb jej własnego pomysłu, w sklepiku można również znaleźć przypinki, markery i miarki z tym motywem. 



Co więcej Eddu wykonuje spersonalizowane torby z różnymi dziewiarskimi lub szydełkowymi postaciami - zamawiający podaje jej swój ulubiony kolor czy element ubrania, który lubi dziergać najczęściej, Edda robi małe rozeznanie na facebooku i upodabnia postaci do ich przyszłych właścicieli :)

Jakie to urocze!!!


A teraz moja ulubiona cześć historii - dlaczego i jak Edda otworzyła sklepik z wełną?
Pod koniec roku szkolnego, gdy po trzech latach Edda zakończyła edukację jednej klasy, zastanawiała się co powinna robić dalej. W supermarkecie spotkała starego przyjaciela, który zapytał się jej prosto z mostu - czemu nie otworzyłaś jeszcze sklepu z wełną?! Był to piątek, w styczniu 2018 roku. W niedzielę zamówiła swoje pierwsze włóczki u ulubionej islandzkiej farbiarki Vatnsnes Yarn, zawarła umowę z właścicielem uroczego sklepiku Litla Hönnunar Búðin i wynajęła tam miejsce dla swoich produktów :)
Zaczęła w lutym zeszłego roku, z małą półeczką wełny, która zdążyła już nieźle urosnąć i nie planuje przestać! 

 Pierwszy dzień.


Koniecznie zajrzyjcie na jej Instagram - klik!

Edda nadal naucza przez dwa i pół dnia w tygodniu, a pozostałe godziny poświęca na pracę w sklepiku. Nikogo zapewne nie zdziwi, że zwyczajnie w świecie to kocha!
W co drugą sobotę organizuje spotkanie robótkowe - sklepik wypełnia się wtedy aromatem kawy, pięknymi dzianinami i mnóstwem utalentowanych ludzi. 


O rany, chcę tam pojechać i podziergać razem z nimi! A Wy? Przyznać się - kto wybiera się na Islandię? Może będzie Wam po drodze do Garnbúð Eddu! I będziecie miały przyjemność poznać ją osobiście i napić się razem kawy... 

Nadal nie mogę uwierzyć, że już niedługo moje włóczki zamieszkają w tak pięknym miejscu! Mam nadzieje, że przypadną do gustu islandzkim dziewiarkom, umilając im życie i towarzysząc podczas spacerów wśród mchu i lodowców!

Liczę na to, że to początek wspaniałej współpracy i znajomości :) 

Pozdrawiam Was serdecznie,
Marzena

wtorek, 26 lutego 2019

Chmurkowa pracownia

Pierwszy raz w życiu, albo pierwszy raz od bardzo dawna, jeśli liczyłabym dorywcze prace w okresie wakacyjnym, wychodzę do pracy! :) Chmurka ma już prawie pięć lat. Do stycznia bieżącego roku pracowałam w domu. Miało to swoje uroki, ale nic nie przebije posiadania przestronnej i funkcjonalnej pracowni! 

Pokażę Wam dziś moją farbiarnię! I opowiem trochę o tym jak udało się ją doprowadzić do obecnego stanu. Mimo że dotyczy to mnie, to różowo nie będzie :) Rzadko kiedy takie sprawy idą bezproblemowo, prawda?

Ciągle coś mi przeszkadzało w ostatecznym urządzeniu mojego nowego miejsca pracy. Najpierw okropnie przedłużający się remont, który przysporzył (a jakże) wiele nerwów i stresu. Potem musieliśmy zakasać rękawy i wziąć sprawę w swoje ręce - nie obyło się bez kucia, montowania, uszczelniania... Przydało się doświadczenie zdobyte podczas remontowania mieszkania.
Na tym etapie naprawdę przestałam lubić moje nowe miejsce, bo jak to podczas remontu, ciągle coś było nie tak, pojawiały się nowe problemy i kwestie do rozwiązania. Po pracy lądowaliśmy w lokalu i do późnej nocy robiliśmy co w naszej mocy bym mogła jak najszybciej się wprowadzić. Początek roku był więc dość męczący i pracowity, częściej byliśmy tam, niż w domu. Ale udało się, wszystko działało jak trzeba, stało gdzie stać miało - mogłam się wprowadzać.

Dokładnie 15 stycznia ufarbowałam pierwsze motki w nowej farbiarni! 

Porównanie pracy przed i po będzie poniżej. Teraz czas na kolejne dramaty :)

Po bardzo krótkim czasie pojawiły się problemy z rurami. Na szczęście obowiązek naprawy nie spadał na nas, ale to właśnie ja, jako jedyna z wynajmujących, doświadczyć musiałam skutków tej awarii. Nie mogłam pracować. Każda próba kończyła się zalaniem (nie tylko łzami:)). Pozostało czekać na ekipę ratunkową.

Po dwudniowej, bardzo brudzącej walce udało się sytuację opanować. Przy okazji miałam okazję poznać swoich sąsiadów! Zaraz obok mnie swoje twórcze pracownie mają bardzo zdolni ludzie, którzy na przykład tworzą industrialne meble, albo... przepiękne stalowe rzeźby i zdobienia w moim ulubionym dziewiętnastowiecznym stylu! Brakuje mi odpowiedniego słownictwa, ale rzeźby te, czy też zdobienia, można montować na dachach, gzymsach, czy okalać nimi okna/wejścia, nadając starym domostwom czy pałacykom niepowtarzalny charakter. Praca nad jedną z takich rzeźb, którą miałam okazję zobaczyć, zajęła ponad rok i jeszcze nie jest gotowa!
To akurat u tego Pana w pracowni toczyła się część walki z moimi rurami. Bez słowa skargi znosił przemeblowania i ten cały harmider. A ja bezczelnie stałam w progu i cieszyłam oczy :) Chociaż... 
Ludzie są tak różni! Ja, gdy tworzę, uwielbiam mieć ład i porządek. Nawet gdy podczas pracy nabrudzi się i nabałagani, powylewa i zachlapie, to zawsze potem sprzątam na wysoki połysk. A w tamtej pracowni panował absolutny chaos i nieład. Wszędzie były śrubki, narzędzia, deski, regały uginały się od nie wiadomo czego, było ciemno, każde okno było szczelnie zasłonięte. To co jednemu pomaga się twórczo wyszaleć, innemu podnosi ciśnienie. Grunt to czuć się dobrze w swoim świecie! :).

Wracając do tematu - rury wymienione, lokal na nowo uprzątnięty, w końcu nadszedł czas bezproblemowej pracy! Czy jest lepiej niż w domu? Niewyobrażalnie! Ciężko nawet mi sobie wyobrazić, że miałabym wrócić do poprzednich warunków. Tu po prostu mogę robić swoje nie martwiąc się (już:)) absolutnie niczym. 

Czas na prezentację! Pracownia składa się z trzech pokoi. Ze wspólnego korytarza wchodzi się do tego środkowego pomieszczenia, który docelowo będzie zapewne przedpokojem/pokojem socjalnym połączonym z magazynem. 

Po prawej znajduje się pokój, który już widzieliście na sesji zdjęciowej mojej własnoręcznie uszytej bluzki: klik! 

W przyszłości chcę przenieść cały biznes do pracowni, bo póki co wszystkie biurowe sprawy czy pakowanie paczek załatwiam nadal z domu, bo mam tu potrzebny sprzęt i warunki. Liczę na to, że już wiosną albo latem uda mi się urządzić w tym pokoju biuro, z pięknym, wielkim stołem na samym środku, gdzie pakować będę Wasze paczuchy, robić zdjęcia, i patrzeć na ścianę obwieszoną motkami :). 

Ale na razie najważniejsze.... czyli pokój, który mieści się po lewej od wejścia. Ten pokój jest największy, ma też najlepsze światło! I dlatego właśnie tam urządziłam sobie farbiarnię! No to zapraszam:

Widok z drzwi wejściowych na mój stół roboczy, centrum dowodzenia, panel sterowania! Mam dużą powierzchnię do przygotowywania barwników czy pracy nad próbkami nowych kolorów (wcześniej ten jeden stół służył mi do wszystkiego). Nawet gdy coś się wyleje to łatwo to uprzątnąć, bo na blacie nie stoi za wiele - wszystkie narzędzia znajdują się w pojemniczkach zawieszonych nad stołem. Łatwo utrzymać to miejsce w czystości i a podczas pracy wygodnie sięgać po potrzebne mi rzeczy. Barwniki i roztwory są dobrze widoczne i każdy z nich ma swoje stałe miejsce, przez co nie szukam ich wzrokiem, albo nie muszę się do żadnego z nich dokopywać. Jest wystarczająco miejsca na wszystko to co mam, i na to co jeszcze zapewne się pojawi.

Coś czuję, że powstanie tu wiele nowych kolorów! Pewna baza czeka już dłuższy czas na swoją kolej... wkrótce trafi na stół!

Stoły i narzędzia miały być przede wszystkim funkcjonalne. Stoły czy zlew ze stali są idealne do farbowania, bo łatwo je uprzątnąć i nie pozostaje na nich ślad. Może wygląda to surowo, mało przytulnie, ale nie to jest najważniejsze w produkcji - praca ma iść łatwo i szybko. I tak właśnie jest :)

Bezpieczeństwo przede wszystkim!


Po prawej mam bardzo duże okno, które po umyciu przepuściło jeszcze więcej światła! Byłam pewna, że okna ze starości stały się mleczne, mało przejrzyste. Podczas sprzątania okazało się, że nic z tych rzeczy! Wszystko zniknęło po kilkugodzinnym, całkiem skomplikowanym myciu. W trakcie pracy naszym oczom ukazał się całkiem wyraźny widok na sąsiedni budynek :)

Ta iście depresyjna aura w niczym nie pomagała. Zwłaszcza w myciu okien, ale na szczęście zaraz drzewa puszczą liście, a ptaki już urządzają mi koncert pod oknami! Będzie zielono! Czekam niecierpliwie na te promienie słońca przechodzące przez korony drzew i tworzące migotliwe plamy na ścianach.

Oprócz stołu roboczego mam oczywiście również stoły do farbowania! A na sąsiednich ścianach jest jeszcze sporo miejsca do rozwoju. Zmieści się tam drugie tyle blatu.


I na koniec bardzo ważne miejsce w mojej pracowni! Tego ogromnie brakowało mi w domu. Gigantyczny zlew! Tuż obok, wystarczy się odwrócić i można wrzucać brudne narzędzia, wylewać, nalewać, płukać i prać. I nie martwić się chlapaniem.


Chciałam poczekać ze zdjęciami, aż kupię to i owo, powieszę paletę kolorów (już naprawdę pokaźną!) postawię kwiatka lub dwa i tak dalej, ale pomyślałam, że zawsze coś będzie do zrobienia i poprawienia. Na start mogłam pozwolić sobie na urządzenie głównego pomieszczenia, czyli farbiarni. Cała reszta nie jest aż tak istotna, wyposażyłam się więc w wymagane minimum by móc działać, a całą resztą zajmę się gdy będę miała czas i możliwości. Dodatkowo jestem przekonana, że za miesiąc lub dwa, głównym kolorem wcale nie będzie biel, bo barwniki mają to do siebie, że się wylewają. Na stół, ścianę, podłogę. Na mnie. Tak że nie ma co czekać na idealny moment! Zrobiłam sobie krótką przerwę w pracy, zaraz po wymyciu, wypraniu i wysprzątaniu, i pstryknęłam dla Was kilka kadrów jeszcze świeżej pracowni. Zdjęcia wyszły średnio, ale kolejnych w najbliższym czasie nie wcisnę w grafik - dużo jest do zrobienia! :) Obiecuję jednak, że jak tylko wprowadzę jakieś większe zmiany, urządzę któryś z pokoi, lub stworzę ścianę kolorów, to pokażę Wam kilka zdjęć. O palecie próbek i tak mam plan zrobić osobnego posta. Póki co nie wymyśliłam jeszcze dokładnie gdzie chcę ją powiesić i jak chcę to zrobić. To ważna kwestia w mojej pracy. Te próbki bardzo mnie inspirują i pomagają w wymyślaniu palety kolorystycznej. W domu wyglądała tak:

A mam tego teraz jeszcze więcej! I ciągle powstają kolejne. Zastanawiam się nad korkową ścianą, gdzie łatwo będę mogła je przypinać, przemieszczać i dodawać nowe. Przed paletą musi znaleźć się też fotel! Myślenie nad kolorami zajmuje czasem dużo czasu, szkoda stać :).

W sumie mam 43 metry kwadratowe do zagospodarowania. Początkowo chciałam połączyć te trzy pokoje w jeden duży, ale nie było takiej możliwości i moim zdaniem dobrze się ostatecznie złożyło. Będę mogła stworzyć pokój dedykowany każdej części mojej pracy.

Uff. Nawet nie wiecie jak mi ulżyło gdy wyprowadziłam się z garami z domu i jak wiele w moim dniu pracy zmieniły te metry kwadratowe. Mam nadzieje, że teraz już będzie z górki i żadne niespodzianki (te nieprzyjemne oczywiście) nie zapukają do mojej farbiarni. Bardzo lubię swoje nowe miejsce.


Ruszyłam z produkcją, ruszyłam z nowymi kolorami, spodziewajcie się morza wełny! :)

Pozdrawiam Was,
Marzena

PS  Jeśli chcecie zobaczyć jak lokal wyglądał przed remontem zapraszam Was o tu: klik! 
Pytaliście mnie o możliwość odwiedzin. Nie będzie to niestety możliwe... To lokal typowo produkcyjny, tak jak i cały budynek, cały teren. Pracownia służy mi do farbowania wełny i pracy, nie przewiduję tu sklepu ani warsztatów. Przykro mi!
Ale kto wie co wydarzy się za rok lub dwa.

wtorek, 10 lipca 2018

Lea w różu

Ponad tydzień temu nasze wakacje dobiegły końca. Wypoczęta i ogromnie usatysfakcjonowana wróciłam z przyjemnością do mojej ulubionej, domowej i Chmurkowej, "rutyny". Korzystając z dobrodziejstw i piękna drugiej strony świata, poświęciłam drutom bardzo mało czasu, w zasadzie... nic nie dziergałam! :) I wbrew temu co się może wydawać, wcale nie było to dla mnie przykre. Po prostu cała reszta pochłaniała mnie tak bardzo, że z przyjemnością zrobiłam sobie urlop od machania drutami!  

Nie przywiozłam więc nic nowego do pokazania, ale na szczęście w domu czekała druga wersja Lei, którą skończyłam w maju, ale nie miałam jeszcze okazji Wam jej przedstawić w pełnej krasie. Wczoraj podreptaliśmy nad Bystrzycę i w towarzystwie komarów wykonaliśmy krótką sesję...


Tym razem dziergałam z Goat on the Boat w kolorze Petal (oryginał wykonałam z Alpacino: klik!), obie nitki podkreślają dobrze ażur, układają się dobrze przy ciele i są dla niego delikatne. Nie wskażę faworyta, bo oba swetry bardzo lubię :)
 

Podobnie jak poprzednia wersja, i ta jest dość krótka, by pasowała do spódnicy i sukienki. Jak widać z lnianymi szortami też się dogaduje. Jako że koza i Alpacino mają te same parametry, nic a nic nie zmieniłam we wzorze czy próbce i dziergałam rozmiar S. 
Wiecie, że to mój pierwszy raz, gdy w szafie będę miała dwa takie same projekty? Zawsze musiałam dziergać coś innego, nowego. Poczułam, że potrzeba mi jeszcze jednego romantycznego (różowego oczywiście) niewielkiego sweterka, i cóż mogłam począć. Wzór już miałam :)

Pewnie ktoś pomyśli, że zwariowałam, przecież mam już tyle różowych swetrów! Ha, no niech będzie, mogę być szalona! Nic nie poradzę, że po prostu uwielbiam takie kolory! A jakby było mało w planach mam już kolejny... głowa po wakacjach pełna pomysłów i inspiracji. Dość precyzyjnie jawi mi się przed oczami mój kolejny projekt swetra i cóż mogę poradzić, że najlepiej mu będzie w słodkościach?

Idę więc kończyć kolejny kwadracik do kocyka, o którym Wam wspominałam jakiś czas temu, i szykować odpowiednią włóczkę na ta co nieuniknione. Przy okazji wpsomnę, że ruszyłam z produkcją kózki :) Także wypatrujcie za jakiś czas dostawy.

Miłego dnia!
Marzena

środa, 16 maja 2018

Lea

Z przyjemnością donoszę, że opublikowałam właśnie wzór na mój najnowszy projekt Lea! Jupi!

Lea dzierga się sama i podczas testów zostało to udowodnione :) Niektóre testerki pobiły mój rekord i wydziergały swoją wersję w tempie przyprawiającym o zazdrość! A wydziergały je pięknie, o czym możecie się przekonać same klikają o tu, tu: klik!

Tak podpasywał mi ten krój i wzór, że już prawie kończę drugą wersję i mam nadzieję, że za kilka dni się nią pochwalę :) Zdjęcie nieaktualne, obecnie robię już drugi rękaw.

Jeśli tylko macie ochotę na niewielki, romantyczny i kobiecy sweterek, zapraszam Was do mojego sklepiku na Ravelry (klik!) lub na stronę Chmurki (klik!). Wzór jest dostępny w języku polskim i angielskim.

Więcej o Lea przeczytacie w tym poście - klik! 

Pozdrawiam Was serdecznie,
Marzena

wtorek, 15 maja 2018

Koza przybyła!

Początkowo nie planowałam przed urlopem kolorystycznych nowości do sklepiku. Ciężko jednak trzymać się takiego postanowienia gdy w głowie aż się kręci do pomysłów i barw! Z lekką obawą, czy aby na pewno zdążę przed 25 maja, zamknęłam się w swoim farbiarskim pokoju (a jest to dość trudne, bo nie ma tam drzwi :D) i pozwoliłam wyobraźni i dłoniom robić swoje. Niekiedy od samego początku aż do końca trzymam się ustalonego przeze mnie planu na nowe kolory i zestawy, a czasem, tak jak to miało miejsce teraz, pomysł ewoluuje i w trakcie zmieniam koncepcję. Powody mogą być różne - podczas eksperymentów trafię na kolor, który nie daje mi spać, i koniecznie muszę teraz go dla Was ufarbować, albo na przykład kolory, które do tej pory stworzyłam z planowanego zestawu tworzą już odpowiednią całość i nie chcę im już przeszkadzać. Wszystko zależy od tego co ja sama myślę patrząc na moje małe "dzieci". Jeśli coś mi nie pasuje, coś przeszkadza, nie gra, to po prostu tego nie będzie i analogicznie w drugą stronę. Motki muszą mnie satysfakcjonować, cieszyć oko, muszę poczuć to coś, co każe mi co pół godziny zaglądać do pokoju by im się przyglądać :) Znacie to uczucie, prawda?

Tym razem stworzyłam siedem nowych kolorów Goat on the Boat, z czego cztery tworzą wiosenny, słodki zestaw kolorystyczny inspirowany pasieką, kwiatami i sadem. Czas na przedstawienie! Sunny Honey - bardzo ciepły i głęboki kolor miodu. Nectar, czyli połączenie miodu, pyłku kwiatowego i ciepłego różu indyjskiego. Kolejny kolor to Petal, pudrowy, jasny i ciepły odcień różu, lekko brzoskwiniowy, trudny do nazwania i sfotografowania, bo jest to bardzo elegancki odcień, lekko przykurzony. I ostatni z mini zestawu - Sweet Cherry! Delikatnie cieniowany czereśniowy odcień.
 

Kolejne dziecko, nazwane Seaside Garden, to połączenie morskich, turkusowych odcieni, brzoskwiniowego różu, odrobiny śliwkowego i fuksji. I mimo że stworzone by cieszyło oko w pojedynkę, bardzo dobrze dogaduje się z kolorem Petal:
 
 

A teraz Cyclamen! Nazwa prosta, bo to właśnie jest dokładnie ten kolor! Intensywny, błyszczący i jaskrawy cyklamen dla fanów wyrazistych kolorów:

I na koniec kolor, nad którym pracowałam wyjątkowo długo... Powstało mnóstwo mini próbek, tworzyłam bardzo nietypowe mieszanki barwników by osiągnąć wymarzony, nieoczywisty efekt. To jeden z tych kolorów, który w każdym świetle pokaże nam odrobinę inne oblicze, kolor mieniący się w środku i jednocześnie bardzo ciemny na zewnątrz. Gdybym miała go do czegoś porównać to byłby to chyba pokryty mchem głaz na dnie rzeki :) Mszysty, ciemny i chłodny brąz. Oto Leshy:

Planuję połączyć go z razem z Anatolią Kelp w chuście "Birds of a Feather" autorstwa Andrei Mowry i dziergać w 38 stopniowym wilgotnym upale.

Oczywiście uzupełniłam również mnóstwo innych kolorów ze znanej Wam już palety! A na koniec chciałabym Wam ogłosić, że że już niedługo, bo 25 maja, Chmurka kończy 4 lata!!! Niesamowite, jak szybko zleciał nam razem ten czas, prawda? Z tej okazji wszystkie włóczki w sklepiku, aż do odwołania, są w promocyjnej cenie! Wszystkiego wełnistego!

Nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was do sklepiku www.uchmurki.pl i życzyć miłego dziergania!

Jestem ogromnie ciekawa Waszej opinii! Czy któryś kolor Wam się spodobał? :)
Pozdrawiam Was serdecznie!
Marzena