Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tkanina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tkanina. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 października 2019

Kelly Anorak

Proszę się nie śmiać, ale... marzyłam o żółtej kurtce! Takie małe marzenie siedziało we mnie od roku czy dwóch, zerkałam od czasu do czasu na te sklepowe, ale jako że to jest raczej zachcianka niż potrzeba, to mój wewnętrzny wróg wszelakich zakupów zwyczajnie się buntował. I wiecie co? Dobrze na tym wyszłam! Bo marzenie spełniło się w jeszcze lepszy sposób. Mam w końcu swoją żółtą kurtkę. I na dodatek zrobiłam ją w 100% sama!!!

Dobra, zacznijmy to szaleństwo - wybaczcie, ale duma nie pozwala mi być skromną! Będzie tu trochę ekscytacji graniczącej z obsesją. Trochę wariuję na myśl, że po niecałym roku szycia, siadłam i uszyłam kurtkę z podszewką. Wybaczycie? :)

Nie ma czasu na długi wstęp, muszę ją Wam pokazać! Oto moja Kelly Anorak w wymarzonym żółtym kolorze:

Ta kurtka ma wszystko. Kaptur, kieszenie, sznureczek, zamek, zakrycie zamka, napy, podszewkę... Uważam, że dobre projekty można poznać po ilości i jakości szczegółów. Ilość elementów w tym wzorze i sposób ich wykończenia robią na mnie wielkie wrażenie. Gdyby tego było mało, to wszystko jest świetnie skrojone i nie musiałam nic zmieniać (pewnie i tak nie wiedziałabym jak, więc całe szczęście:)).


Od początku wiedziałam jaki kolor będzie miała tkanina wierzchnia. Wybrałam "praną" bawełnę twill (washed cotton) o dość wysokiej gramaturze. Materiał jest miękki i świetnie się układa! Kupiłam ją w sklepie MeterMeter - klik! Wybór podszewki za to był bardzo ciężki. Na początku chciałam coś słodkiego, różowego i kwiecistego. Ale czym dłużej patrzyłam na takie połączenie, tym mniej mi się podobało. Wybrałam coś zupełnie innego i myślę, że to nadało tej kurtce charakteru! Nie jest różowo, wręcz przeciwnie, ale te owoce, warzywa i małe robaczki mnie kupiły :)
 

Ten uroczy materiał to naprawdę świetna bawełna od Liberty London (klik!), a kupiłam ją w polskim sklepiku Popcouture. Jest to sklep internetowy, ale jakiś czas temu otworzyli stacjonarny sklep (uwaga, uwaga!) we Wrocławiu!!! Jestem tym faktem absolutnie zachwycona. Poznałam już uroczą właścicielkę, oraz równie uroczą sprzedawczynię. Dziewczyny są niezastąpione! Konstancja sprowadza świetne tkaniny, ma niezłe oko do kolorów i wzorów. Szczerze polecam - nie znalazłam jeszcze lepiej i piękniej wyposażonego sklepu w Polsce.

Oczywiście podszewkę widać głównie na kapturze. Ale jest coś satysfakcjonującego w szalonej podszewce, nawet gdy widzimy ją tylko my.



Każdy etap szycia był bardzo ciekawy, choć wcale niełatwy. Chyba najwięcej natrudziłam się nad kieszeniami. Opis we wzorze był dla mnie niekiedy bardzo niejasny dlatego sporo czasu mi na nich zeszło. Dopiero później odkryłam, że autor wstawił obszerne posty do sieci z opisanym każdym krokiem. Na szczęście miałam w domu inną Kelly Anorak (Ania użyczyła mi jednej swojej - dziękuję!), więc mogłam przyjrzeć się jaki efekt ostatecznie mam osiągnąć. 
Pierwszy raz robiłam takie kieszenie - są tak jakby "trójwymiarowe". Ma to swoją nazwę? :) Jest tu też klapa imitująca zamknięcie.

Kaptur jest niezwykle wygodny. Ładnie układa się na głowie i chroni przed wiatrem. Jest zapinany na dwie napy, które to własnoręcznie montował Mateusz :)
 
 

Wybrałam czarne dodatki (sznurek i zamek) oraz złote, błyszczące wykończenie. Ciężko znaleźć idealnie pasujący zamek, więc zdecydowałam się na klasykę. Widać go niewiele tak naprawdę, ale i tak sądzę, że czarny świetnie się tu spisuje. Sznureczki mają złote końcówki, a przy otworach (oczywiście wykończonych złotymi oczkami!) są metalowe złote stopery do ściągania sznurka w pasie.
 

W sumie szycie zajęło mi około trzy tygodnie. Siadałam do maszyny na krótki czas, ucząc się przy okazji nowych rzeczy. Dodatkowo źle zrozumiałam instrukcje początkowe i wycięłam o trzy elementy za mało... i nie miałam już odpowiednich kawałków tkaniny! Musiałam domówić 40 centymetrów, ale na szczęście przesyłka doszła ekspresowo. Pojawił się jeszcze jeden problem - nigdzie we Wrocławiu nie mogłam dostać dobrej flizeliny. Nie chciałam używać tej, która w dotyku przypomina papier i rwie się przy każdym najmniejszym pociągnięciu. Są flizeliny "tkane", przypominające siateczkę. Są sztywne i wytrzymałe, a dodatkowo lepiej przyklejają się do materiału. Nie chciałam wkładać w warstwy kurtki czegoś, co może się odkleić po piątym praniu. Na ratunek przybyła Ania, oddając mi swoje zapasy i ratując moje weekendowe szycie... 

Udało mi się popełnić tylko jedną gafę! :D Zapomniałam wszyć krawędzi tunelu na pasek w zamek i otaczające go elementy. Zorientowałam się dopiero gdy już chciałam tworzyć tunel (ostatni etap!). Postanowiłam delikatnie podwinąć krawędź i przyszyć ją jak najbliżej istniejącego już szwu. Musiałam szyć ręcznie by nie było widać nici, ale miałam już małą wprawę, bo kilka elementów wcześniej musiałam wykonać trochę takich niewdzięcznych łączeń. Na przykład tu:

Żeby móc wywinąć kurtkę na prawą stronę, w okolicach "wieszaczka" był pozostawiony otwór. Potem oczywiście należało wypatrzeć oczy i trochę powariować z igłą w ręku. 

Uwielbiam tę kurtkę, nie będę kłamać. Żal tylko, że jest już tak zimno. Moja Kelly nie jest ocieplana i martwię się, że już jej nie założę w tym roku! Kilka dni temu byliśmy w górach i pogoda była przepiękna, wiec z rozkoszą chodziłam i pokazywałam światu swoje żółte, własnoręcznie spełnione marzenie :) Jestem przekonana, że uszyję następną. Tym razem w neutralnym kolorze i ocieplaną, może nawet wodoodporną. Krój jest warty powtórzenia!

Na koniec jeszcze kilka informacji, ku pamięci: używałam nici Gutermann 488 i wybrałam rozmiar 6. Potrzebowałam w sumie 2.6 metra tkaniny wierzchniej i o ile dobrze pamiętam 1.5 metra tkaniny na podszewkę. 
Edit: Dodam jeszcze, że tę kurtkę mogę bez problemu prać w pralce!

Cóż teraz? Na pewno będzie kiedyś wełniany płaszcz, a w najbliższej przyszłości będę szyła Mateuszowi szorty (plus oczywiście trochę sukienek dla siebie).

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

piątek, 15 marca 2019

Wiosenno-letnia garderoba - plan

Dostanie w prezencie maszyny do szycia wszystko mi pozmieniało w głowie! Już nie oglądam się za pięknymi sukienkami w sklepie, nie przeszukuje internetu w celu poznania nowych odzieżowych marek, nie planuję wielkich wypraw do sklepu. W zasadzie nigdy jakoś szczególnie intensywnie tego nie robiłam, ale gdy po corocznych porządkach w szafach (które miały akurat całkiem niedawno miejsce), okazywało się, że brakuje kilku ubrań na zbliżający się sezon czy też wyjazd, robiłam dokładną listę i zaczynałam ten cały zakupowy cyrk. Gdy udało się coś wyszukać w sieci lub nabyć w sklepie to było całkiem przyjemnie i miło, ale równie często zdarzało się zupełne niepowodzenie, które oznaczało tylko jedno - kolejne wyprawy do sklepu, mierzenie, szukanie, zastanawianie... grrr.

Maszyna namieszała mi w głowie, bo już nie chcę kupować sobie ładnych topów czy sukienek na wiosnę i lato. Ja chcę je sobie wszystkie zrobić samemu. I zamiast siedzieć na stronach odzieżowych, przeglądam sklepy z tkaninami. Rzecz w tym, że to drugie jest nieporównywalnie przyjemniejsze! I jak nie kusiło mnie nigdy zamawianie ubrań z zagranicy, tak oporów przed kupnem materiałów z innych państw nie mam wcale - przy zamawianiu sukienki, nawet z wysokiej jakości materiału, zawsze istnieje ryzyko, że nie trafimy z rozmiarem lub krojem. Gdy przesyłka idzie kilkanaście dni, albo czasem nawet miesiąc, to odechciewa mi się kombinować i nie chcę ryzykować zwrotów. Ale z tkaninami jest inaczej - bo przecież jak już mam próbkę to wiem doskonale co dostanę. I będę mogła uszyć sobie idealnie pasującą na mnie rzecz! 

Postanowiłam więc zaplanować i wykonać wiosenno-letnią garderobę, która w 100% będzie spełniała moje oczekiwania pod względem materiałów, kolorów i krojów. Zależy mi na tym by wszystko to, co stworzę tworzyło spójną, pasującą do siebie całość, by każde ubranie było noszone często i z wielką chęcią, oraz sprawdzało się w letnich temperaturach. 

Wiecie, że odkąd zrobiłam Maya Top, moją pierwszą bluzkę, nie uszyłam nic więcej? I to z pełną premedytacją? :) Pośpiech i robienie "byle robić" to dla mnie idealny przepis na ubrania wiszące w szafie i nigdy nie oglądające światła dziennego. Oprócz dziergania czy szycia robię mnóstwo innych przyjemnych rzeczy, szkoda mi czasu na zapychacze. Szkoda pieniędzy na kupowane pod wpływem chwili.
Od kupienia ładnego materiału i szybkiego uszycia pięknej sukienki przyjemniejsze jest spokojne, przemyślane kupienie ładnego materiału, zorganizowanie sobie wolnego czasu i rozkoszowanie się długimi, niczym niezmąconymi, chwilami tworzenia! Gdy nasza głowa nie jest zajęta innymi rzeczami, mamy odpowiednie narzędzia, miejsce, porządek i czas, a na stoliczku obok stoi pyszna kawa to jest po prostu o niebo lepiej! Nie potrafię zrezygnować z tej przyjemności, więc nigdy nie działam na gorąco.

Zanim więc zabrałam się za szycie kolejnej rzeczy, zaczęłam planować. Najpierw zebrałam inspiracje. Póki co nie będę szaleć z własnymi pomysłami, więc przeszukiwałam sieć (głównie instagram) i wybrałam mnóstwo odpowiadających mi gotowych, sprawdzonych wzorów. Jako że było tego sporo, skupiłam się najpierw na sukienkach. Potem przyjdzie czas na topy i szorty :) Wszystko po kolei. 
W tym samym czasie kompletowałam próbki! Zamówiłam ich mnóstwo, z kilku sklepów, z różnych zakątków świata. Czekam jeszcze na przesyłkę ze świetnego polskiego sklepu i zaczną się "hurtowe zakupy"! :)

Brak doświadczenia i bardzo mała wiedza na temat rodzajów materiałów, ich gramatur czy splotów, nie pozwala mi dobrze (albo nawet wcale) ocenić tego jak dana tkanina będzie wyglądać na żywo - czy będzie miękka, prześwitująca, lejąca, śliska, chłodna? Wiem niewiele na ten temat i opisy też za dużo mi nie pomagają. Jako początkująca muszę po prostu pomacać i zobaczyć, póki co "double gaze" lub "kreszowana" nic mi nie mówią. 
I otrzymując próbki byłam kilka razy totalnie zaskoczona tym jak wygląda tkanina! Ale czym więcej ich oglądam i macam, tym większa jest moja wiedza i już co nieco się w głowie kształtuje.

Kolory na letnią szafę zostały wstępnie wytypowane. Albo raczej paleta. Nikogo nie zdziwi, że będzie to róż (i różopodobne), głównie te nieoczywiste, jasne i przygaszone, wszelkie jasne kremy i beże, biel, zieleń i słoneczne odcienie. W przypadku szortów i topów wybór odpowiednich kolorów jest kluczowy, ponieważ będę je przecież nosić w zestawach (szorty+top) i chciałabym móc tworzyć jak najwięcej zestawów. Byłoby dobrze gdyby jedne szorty pasowały przynajmniej to 3-4 topów i tak samo top do kilku par szortów.

Możliwe, że skuszę się też na inne odcienie, zwłaszcza w przypadku szortów. Zastanawiam się nad ceglanymi odcieniami, spranym jeansem czy szarością. Jeśli tylko jakaś próbka mnie oczaruje i kolor ten będzie dobrze pasował do całości, to czemu nie?


Latem najczęściej chodzę w sukienkach, szortach i lekkich topach, więc to na nich się głownie planuję skupić. Mam oczywiście kilka jeszcze dobrych ubrań z poprzednich lat. Zapewne zdziwicie się, że wcale nie są to róże, zielenie czy miody. W zasadzie mam aż cztery niebieskopodobne sukienki, jedną w kolorze lila i dwie białe (w tym jedną w botaniczne wzory). Latem przyswajam zdecydowanie więcej odcieni:) Lekkie tkaniny akceptuję w wielu kolorach, o ile oczywiście krój i odcień/nasycenie/wzór mi się podoba. Czemu nie mam więcej w swoich ulubionych różach? Szczerze tego nie wiem. Zapewne nie mogłam nigdy znaleźć nic ładnego i niezbyt dziecięcego. Plus jest taki, że mogę teraz popaść w różowe szaleństwo i uszyć kilka słodkości!

Jako że latem ubrania zmieniam dość często to mam ich po prostu więcej niż na przykład tych jesiennych, ale zajmują też o wiele mniej miejsca w szafie.
W planach mam więc przynajmniej cztery sukienki (lato bez sukienek nie ma sensu!), dwie pary szortów i całkiem sporo topów. Niestety te kupuje mi się najciężej. Zużywają się dość szybko, część z nich noszę nie tylko latem, ale również w ciągu roku, pod sweter. Lubię konkretne kroje, więc nie łatwo dorwać mi je w sklepie, a jak już są to często w kolorze czy wzorze nieakceptowalnym:). 

Żeby nie oszaleć skupiłam się najpierw na sukienkach i po zebraniu morza inspiracji wytypowałam te najbardziej mi odpowiadające. Nie ma lepszego sposobu na podjęcie decyzji, niż zrobienie kolażu i spojrzenie na nie wszystkie w tym samym czasie! Łatwo wybrać wtedy pomiędzy dwoma podobnymi krojami, a przy okazji, korzystając ze schematów dostępnych na stronach wzorów, sprawdzić jak będą wyglądać w wybranym kolorze:

Linki do zdjęć (zaczynając od lewej strony): 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10.

Można w ten sposób zmniejszyć prawdopodobieństwo niepowodzenia, czyli uszycia czegoś, co ostatecznie nie będzie nam się podobało. Wybranie wzorów i stosowne odczekanie pozwala wyeliminować te, które podobały się wyłącznie pod wpływem chwili. Jeśli po 2-3 tygodniach nadal chcę coś uszyć, to znaczy, że to jest dobry wybór. Reszta, która przestała już robić wrażenie, po prostu odpada i nie tracę na nie czasu i środków. Bardzo nie lubię mieć niepotrzebnych czy nieużywanych rzeczy :)


Pierwsza sukienka z listy już powstała! Zaczęłam w weekend i wczoraj zrobiłam ostatni szew. No dobra, pozostał jeszcze paseczek do przeszycia i wywrócenia na prawą stronę. Jestem bardzo zadowolonego z tego co mi wyszło i czego przy okazji się nauczyłam! Wybór padł na pierwszą sukienkę z lewej, w drugim rzędzie - Montavilla Muumuu. Będzie oczywiście o niej osobny post, ale na razie ciężko w tym zimnie zrobić zdjęcia letniej sukienki. Pokażę więc tylko odrobinę:


Teraz czas wybrać kolejny wzór i wziąć się do pracy! Muszę zdążyć do lata :) Będę na bieżąco informować Was o efektach i mam nadzieję, że w czerwcu pochwalę się już całością.

Na koniec zostawiam Wam trochę inspiracji - taka spójna garderoba ogromnie mi się podoba! Klik! Klik!

Pozdrawiam,
Marzena

czwartek, 24 stycznia 2019

Zrobię sobie wszystko!

Dziś będzie o czymś zupełnie u mnie nowym! Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu, bo już wiem, że wpadłam w to po uszy... 
Ten poprzedni post, o zaczynaniu nowego hobby, nie był tak zupełnie przez przypadek. Do puli "chcę, potrzebuję, znajdę czas" dorzuciłam (a raczej dorzucił Mateusz, pod postacią świętego Mikołaja) narzędzia i nie pozostało nic innego jak zacząć kolejną, ekscytującą przygodę:)

Jasne określenie swojego stylu i upodobań w kwestii ubioru przyniosło za sobą chęć wypełnienia szafy tylko i wyłącznie tym, co się u mnie sprawdzi i zachwyci. Sprawa swetrów jest całkiem prosta - siadam i dziergam. Jeśli zaś chodzi o całą, dość dużą, resztę, skazana byłam na to co udało mi się (lub nie) znaleźć. Jak wiecie mam kilka sklepowych faworytów, ale pomyślałam... gdyby tak... czemu by nie... No pewnie już wiecie co nowego u mnie. Będę szyć!

Uwielbiam kolory, faktury, materiały i włókna. Każdy detal na moich obecnych sukienkach jest przeze mnie oglądany za każdym razem gdy wyjmuję je z szafy... To zdecydowanie znak, że mnie to kręci, prawda? :) Samo przeglądanie sklepów z materiałami jest dla mnie wyjątkowo ekscytujące. Jako dziewiarka żyjąca w hałdach wełny całkiem dobrze radzę sobie wśród, kuszących moje oczy i ręce, motków. Jednak zaglądanie do nowych sklepów z pięknym lnem czy bawełną sprawia, że serce mocniej mi bije... Uff, jak dobrze, że jedną z moich cech jest spokojne i przemyślane kupowanie! Staram się zawsze znaleźć dłuższą, wolną chwilę, spokojnie zrobić rozeznanie, policzyć, poszukać opinii i dopiero wybrać to co pragnę kupić (taki mam plan na najbliższy weekend, jej!). Znam póki co kilka sklepów i już kręci mi się w głowie... A na pewno w sieci kryje się ich o wiele więcej! Ratujcie:)

Zakupy w sobotę, teraz o tym co udało mi się uszyć. Postanowiłam niemalże od razu uszyć coś konkretnego. Nie lubię bawić się w tworzenie zbędnych, mało interesujących rzeczy. To mnie nie motywuje do nauki i przykładnej pracy. Pierwsza próba wyszła słabo, wybrałam zły materiał na start, przez co przysporzyłam sobie trochę problemów. Nauczyłam się jednak przy okazji kilku rzeczy i opanowałam obsługę maszyny. Dodatkowo przed kolejną próbą obejrzałam parę świetnych tutoriali w sieci (jakoś automatycznie wyszukiwałam te angielskojęzyczne, ucząc się jednocześnie terminologii) i pomarudziłam odrobinę koleżance Ani, która dzielnie odpowiadała na moje zapewne dziwaczne pytania, a nawet zaprosiła mnie na kawę i poświęciła swój czas (dziękuję!!!) by łopatologicznie wyjaśnić kluczowe dla mnie sprawy.
Wyposażona w nową wiedzę i jeszcze więcej motywacji, zajrzałam do wyszukanego jeszcze w grudniu sklepiku (klik!) i zakupiłam piękne materiały na dwie poszewki i bluzkę. O poszewkach będzie może innym razem - zrobiłam dwie, z zamkiem (mam świetny tutorial, jakby co!) wyszły, nawet leżą na kanapie i pasują do wystroju. 

Dziś pokażę Wam mój pierwszy top, z którego jestem tak dumna, że o matko! Śmiejcie się, mówcie, że to nic takiego, że prościzna -  ja nie słucham! Jestem tak szczęśliwa, że się udało, że to wszystko takie piękne, równe, że zrobiłam sama! 

Dzierganie nauczyło mnie, że kluczem do sukcesu jest spokój, skrupulatność i dokładne przygotowanie. Istotna jest próbka, blokowanie, mierzenie, planowanie, poprawianie błędów. Przynajmniej w mojej definicji dziewiarstwa :). 
Do mojego pierwszego topu podeszłam arcypoważnie: wydrukowałam wzór na Maya Top w rozmiarze A0, jak poradziła Ania (ach, gdyby nie ta Ania...), zdekatyzowałam tkaninę, wyprasowałam, dobrałam nici, sprawdziłam czy mam dobrą igłę, przeczytałam wzór i wygładzając materiał z uporem maniaka, zaczęłam ciąć tę piękną tkaninę...

Krok po kroku uczyłam się na niej nowych rzeczy, tworząc szwy, o których nie miałam dotąd pojęcia, prując, gdy zaszła taka potrzeba, lub modyfikując wzór by lepiej układał się przy tej gramaturze. A oto co mi wyszło!
 

Widzicie ten kolor i kwiatki? Czy to nie wygląda jak ja? :) Najcudowniejsze w szyciu jest to, że mogę stworzyć wymarzony krój w wymarzonym kolorze czy wzorze. Czad!
 

Zmieniłam trzy rzeczy. Po zszyciu boków (według instrukcji) pod pachą materiał zaczął się brzydko układać. Tu trochę się podłamałam, bo martwiłam się, że zrobiłam źle wykrój lub krzywo zszyłam. Niezawodna Ania podpowiedziała co można zrobić, użyczyła mi swojego overlocka i stworzyłam bardziej płaski szew, który rozwiązał problem. Podglądałam na instagramie i zauważyłam, że nie byłam jedyną osobą, która coś tam przy rękawach zmieniała. Najczęściej dziewczyny tworzyły dłuższe mankiety. I ja tak zrobię następnym razem. Tak mi się podobało jak zrobiłam swój... facing (?), że nie chciałam już tego pruć. 
 


Po drugie zrobiłam węższe wykończenie dekoltu:

I trzecia sprawa - długość. Nie pomyślałam, że top będzie za krótki. Gdybym nie zmodyfikowała długość, bluzka sięgałaby przed biodra. Nie lubię takich, więc musiałam trochę pogłówkować. Nie było łatwo, jako że doświadczenie mam, no cóż, zerowe. Coś już jednak miałam opanowane, trochę wyczytałam w sieci i dorobiłam mankiet o długości 5 cm. Oczywiście nie zostawiając żadnej surowej krawędzi na wierzchu :) No co ja Wam mogę powiedzieć... dumna jestem ze swojej bluzki okropnie. 

Wszystkie szwy na lewej stronie wyglądają tak profesjonalnie, że aż trudno mi uwierzyć, że ja sama je zrobiłam! Takie detale cieszę najbardziej.  

A gdzie tam! Bluzka cieszy najbardziej!

Teraz tylko trzeba podzielić równo czas na dzierganie i szycie, żeby nie musiały ze sobą walczyć! W szyciu fajne jest to, że stworzenie czegoś nie trwa długo, chociaż z drugiej strony nie można siąść tylko na 20 minut, jak to jest w przypadku drutów. Myślę jednak, że da się całkiem bezproblemowo pogodzić te dwie sprawy, zapewne niejedna z Was to robi, prawda?

A przy okazji. Jak wam się podoba moja nowa, umyta i wymalowana miejscówka do sesji? :) Jak tylko skończę wszystkie prace w lokalu i umyję każdy kawałek podłogi, to pokażę Wam moją nową pracownię! 

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena