wtorek, 12 listopada 2019

Tak się składa, że mam wzory po polsku :)

Moi mili! Przyznam, że czuję się niejako zmuszona napisać ten post - czas rozwiać wszystkie wątpliwości, odpowiedzieć na pewne pytanie raz a dobrze, mając nadzieję, że każdemu zainteresowanemu uda się przeczytać ten post. Bo z odpowiedziami w komentarzach jest różnie. Ciągle powraca do mnie jedno pytanie, jeden apel: "Pani Marzeno, bardzo proszę o wzory w języku polskim!", "Pani Marzeno, czy wzór jest po polsku?". I chociaż piszę o tym od kilku lat, to przekonanie, że wzorów w naszym pięknym języku nie piszę, wciąż ma się dobrze :)

Ogłaszam więc, że od trzech lat wszystkie wzory, które piszę, są od razu dostępne w języku polskim.
To tak w ramach wstępu, ale chciałabym ten temat zgłębić bardziej.

Zacznę od odpowiedzenia Wam pewnej sytuacji, która miała miejsca w popularnej grupie facebookowej "Dziana Banda". Jest to grupa licząca 5000 osób, których łączy oczywiście dzierganie. Należą tam dziewiarki, które mają różne gusta, potrzeby i odmienne podejście do tematu. Są tam fani minimalizmu, szalonych kolorów i wzorów, projektanci, dziewiarki dziergające ze wzorów, oraz te, które tworzą tylko to co im ich własna wyobraźnia podpowie. Dzięki takiej różnorodności można podyskutować, otworzyć się na nowe, inspirować. Panuje tam nieopisana różnorodność pod każdym względem.
Niestety znalazła się tam jeszcze jedna grupa, która mi do serca akurat w ogóle nie przypadła... Zwłaszcza, że sytuacja, którą wywołały dotknęła również mnie. Chodzi oczywiście o pisanie wzorów w języku polskim.
W grupie tej znalazły się osoby, które po pierwsze nie czytają informacji, które im się udostępnia, oraz niespecjalnie pałają miłością do projektantek :) Ja to przynajmniej tak odebrałam i już Wam tłumaczę dlaczego. 

Pewnego dnia padło pytanie, dlaczego polskie projektantki nie piszą wzorów po polsku. Pytanie to było moim zdaniem źle sformułowane, ponieważ znam wiele projektantek, które to robią, a konstruując zdanie w ten sposób, sugerujemy czytającym, że to nie ma miejsca. I to niestety wywołało falę, której przez absurdalnie długi czas nie dało się powstrzymać. Część komentujących się zagotowała, że jak to tak, jak można nie promować swojego języka, przecież tu jest nas tyle - każda tylko czeka żeby pojawił się wzór po polsku, ale najwyraźniej my cenimy tylko zagranicznych klientów! Żadna z tych osób nie zadała sobie trudu sprawdzenia jak faktycznie się sprawy mają, tylko od razu wylała swoje żale. Było też oczywiście wiele rozsądnych głosów, słów wsparcia, poparcia, tłumaczeń, spokojnych pytań i próśb wyjaśnień, mam niestety wrażenie, że większość przeszłą bez echa.

Pojawiło się kilka odrębnych dyskusji - o tym, czy wzory faktycznie łatwiej pisze się po angielsku, czy rynek polski jest tak duży jak się co niektórym wydaje, ile pieniędzy tracą te niedobre projektantki nie pisząc w ojczystym języku, ile pracy należy włożyć w napisanie dwóch wersji, i tak dalej, i tak dalej. Kluczowe jednak było zadanie jednego, bardzo ważnego pytani (padło pod koniec dyskusji i niestety mało kto na to odpowiedział...). Czy faktycznie nie ma na wzorów po polsku, czy po prostu ja nie sprawdziłam, czy są? :) 
Jedna dobra duszyczka wzięła sprawę w swoje ręce i dodała w komentarzach niemalże wszystkie konta polskich projektantek, które wzory po polsku posiadają, zastanawiając się głośno, czy faktycznie tym dziewczynom nagle skoczą słupki sprzedaży (to już oczywiście temat na inne post). 
I wiecie co? Dyskusja umarła, skończyła się niebawem, zostawiając mnie poirytowaną z kilku powodów, ale głównie czułam bezsilność. Nie chodzi o te słupki sprzedaży, serio! 

Chodzi o dwie sprawy. Po pierwsze tę niepowstrzymaną chęć obrzucenia kogoś epitetami, wyrażenia frustracji i ukazania siebie jako poszkodowaną ("kupiłabym wszystkie wzory, gdyby tylko były po polsku, ale oczywiście nikt o mnie i o nas polkach nie myśli..."). Nie ma znaczenia jakiego tematu dotyczyłaby taka dyskusja, dzieje się tak przecież ciągle na każdym forum w sieci - nie znam się, ale na wszelki wypadek się oburzę. 

Druga sprawa to nieczytanie i brak umiejętności szukania informacji. Piszę do Was długaśne posty na temat każdego swetra. Dodaję kilka wpisów o jednym projekcie - dzierganie w trakcie, prezentacja gotowego udziergu, test oraz publikacja wzoru. I jeśli się przypadkiem nie pomylę, albo coś nie wyleci mi z głowy, to zawieram w nich WSZYSTKIE kluczowe informacje na temat każdego projektu. Wszystkie - wystarczy tylko przeczytać, albo chociaż wcisnąć CTRL + F na klawiaturze i poszukać w tym morzu literek interesującego nas hasła :) 
Choćbym się bardzo starała i naprawdę nie miała złych intencji, to ciężko napisać o tym tak, by brzmiało w stu procentach uprzejmie. Wierzcie mi, że nie jestem na nikogo zła za żadne pytanie na temat dostępności wzoru w języku polskim. Po prostu gdy czytam taki komentarz czuję bezsilność i czasem żal i smutek. Zwłaszcza, gdy pytanie to pojawia się pod postem, w którym ta informacja się znajduje. Nic więcej zrobić nie mogę - piszę, oznaczam wzory na Ravelry, mówię o tym, znowu piszę, ale i tak ciągle powraca to pytanie. Ale już pal licho pytanie! Gorzej się czuję gdy czytam  "szkoda, że nie po polsku". Bo gdy ktoś pyta, to wiem, że przynajmniej próbuje się dowiedzieć, interesuje go ten temat. 

Zanim napiszę maila do sklepu w sprawie metody wysyłki (preferuję paczkomaty) to pierwsze co robię to zerkam czy ta informacja nie widnieje w formularzu zamówienia albo w regulaminie sklepu. Mogę zapytać, jasne, niektórym jest tak łatwiej, chociaż moim zdaniem to w ogóle nie jest wygodniejsza czy szybsza opcja, ale z pewnością nie napisałabym wiadomości pełnej żalu, że brakuje im tej jednej jedynej opcji, zanim nie sprawdziłabym, że to prawda...

Zdaję sobie sprawę z faktu, że wychowywałam się z komputerem w domu, internet znam dobrze i poruszam się po nim intuicyjnie, więc jest mi łatwiej wyszukać potrzebne mi informacje. Jeśli nie wiecie jak dowiedzieć się w jakim języku dostępny jest wzór, to poniżej pokażę Wam gdzie tego szukać :)
Ja sprzedaję wzory na Ravelry i póki co innej opcji sprzedaży nie mam, więc zostawiam tu jeszcze link do wpisu o kupowaniu wzoru: klik!

Wzory możecie wyszukiwać sami na Ravelry lub trafić do nich z linków, które umieszczam w każdym poście o projekcie. Po otworzeniu strony ze wzorem pojawi się Wam taki widok:

Wystarczy zerknąć w sekcję Languages by dowiedzieć się jakie języki są dostępne:

Lub, oczywiście, przeczytać mój post na temat danego projektu :)


Jeśli chodzi o test swetra, to zawsze prowadzony jest na angielskiej wersji wzoru. Testerki pochodzą z różnych części świata, więc oczywiście wybieram język, który każda z nich zrozumie. Dodatkowo sprawdzają one poprawność mojego angielskiego, bo przecież popełniam błędy - w języku polskim czuję się o wiele pewniej, więc wyszukiwanie źle brzmiących sformułowań czy literówek zostawiam sobie :)

A dlaczego moje starsze wzory są tylko w języku angielskim? 
Temat ten chyba już kiedyś poruszałam, więc będzie w skrócie. Język angielski, chyba dla większości projektantek, jest językiem naturalnym w dziewiarstwie i pisząc wzór najpierw piszą go po angielsku właśnie. Takie czasy :) Niemalże wszystkie wzory na Ravelry są dostępne w tym języku, skróty czy nazwy technik mają swoje charakterystyczne angielskie nazwy, które są znane i lubiane przez większość dziewiarek na świecie. Gdy piszę wzór, to piszę go w języku angielskim, nie polskim! I dopiero potem muszę wykonać tłumaczenie, co jest dodatkową pracą. Nie zawsze był na to czas, zwłaszcza gdy miałam sklepik, a teraz mam inne obowiązki i zobowiązania i nie poświęcę póki co tego czasu na tłumaczenie. Ale obiecuję mieć to w pamięci i postaram się by w przyszłości się to zmieniło.
Poza tym nie jest to przyjemna praca - niekiedy trudno ująć coś we wzorze w języku polskim, opisać technikę czy ścieg, a do tego polskie skróty nie są dla mnie intuicyjne (dlatego zostawiam je w wersji angielskiej). To wymaga skupienia i czasem kilku dodatkowych dni pracy nad wzorem. I ja doskonale rozumiem, że komuś może się po prostu nie chcieć tego robić. Każda projektantka ma prawo do publikowania wzorów, w takim języki jaki jej się podoba. I dla mnie to koniec dyskusji. To ona projektuje, pisze i sprzedaje. I to jest jej czas i chęci. 

Ja postanowiłam pisać w dwóch językach i tego nie zmienię. Proszę, zapamiętajcie to i dziergajcie bez stresu w takim języku, jaki Wam odpowiada! :)

Pozdrawiam serdecznie!
Marzena

czwartek, 31 października 2019

Kelly Anorak

Proszę się nie śmiać, ale... marzyłam o żółtej kurtce! Takie małe marzenie siedziało we mnie od roku czy dwóch, zerkałam od czasu do czasu na te sklepowe, ale jako że to jest raczej zachcianka niż potrzeba, to mój wewnętrzny wróg wszelakich zakupów zwyczajnie się buntował. I wiecie co? Dobrze na tym wyszłam! Bo marzenie spełniło się w jeszcze lepszy sposób. Mam w końcu swoją żółtą kurtkę. I na dodatek zrobiłam ją w 100% sama!!!

Dobra, zacznijmy to szaleństwo - wybaczcie, ale duma nie pozwala mi być skromną! Będzie tu trochę ekscytacji graniczącej z obsesją. Trochę wariuję na myśl, że po niecałym roku szycia, siadłam i uszyłam kurtkę z podszewką. Wybaczycie? :)

Nie ma czasu na długi wstęp, muszę ją Wam pokazać! Oto moja Kelly Anorak w wymarzonym żółtym kolorze:

Ta kurtka ma wszystko. Kaptur, kieszenie, sznureczek, zamek, zakrycie zamka, napy, podszewkę... Uważam, że dobre projekty można poznać po ilości i jakości szczegółów. Ilość elementów w tym wzorze i sposób ich wykończenia robią na mnie wielkie wrażenie. Gdyby tego było mało, to wszystko jest świetnie skrojone i nie musiałam nic zmieniać (pewnie i tak nie wiedziałabym jak, więc całe szczęście:)).


Od początku wiedziałam jaki kolor będzie miała tkanina wierzchnia. Wybrałam "praną" bawełnę twill (washed cotton) o dość wysokiej gramaturze. Materiał jest miękki i świetnie się układa! Kupiłam ją w sklepie MeterMeter - klik! Wybór podszewki za to był bardzo ciężki. Na początku chciałam coś słodkiego, różowego i kwiecistego. Ale czym dłużej patrzyłam na takie połączenie, tym mniej mi się podobało. Wybrałam coś zupełnie innego i myślę, że to nadało tej kurtce charakteru! Nie jest różowo, wręcz przeciwnie, ale te owoce, warzywa i małe robaczki mnie kupiły :)
 

Ten uroczy materiał to naprawdę świetna bawełna od Liberty London (klik!), a kupiłam ją w polskim sklepiku Popcouture. Jest to sklep internetowy, ale jakiś czas temu otworzyli stacjonarny sklep (uwaga, uwaga!) we Wrocławiu!!! Jestem tym faktem absolutnie zachwycona. Poznałam już uroczą właścicielkę, oraz równie uroczą sprzedawczynię. Dziewczyny są niezastąpione! Konstancja sprowadza świetne tkaniny, ma niezłe oko do kolorów i wzorów. Szczerze polecam - nie znalazłam jeszcze lepiej i piękniej wyposażonego sklepu w Polsce.

Oczywiście podszewkę widać głównie na kapturze. Ale jest coś satysfakcjonującego w szalonej podszewce, nawet gdy widzimy ją tylko my.



Każdy etap szycia był bardzo ciekawy, choć wcale niełatwy. Chyba najwięcej natrudziłam się nad kieszeniami. Opis we wzorze był dla mnie niekiedy bardzo niejasny dlatego sporo czasu mi na nich zeszło. Dopiero później odkryłam, że autor wstawił obszerne posty do sieci z opisanym każdym krokiem. Na szczęście miałam w domu inną Kelly Anorak (Ania użyczyła mi jednej swojej - dziękuję!), więc mogłam przyjrzeć się jaki efekt ostatecznie mam osiągnąć. 
Pierwszy raz robiłam takie kieszenie - są tak jakby "trójwymiarowe". Ma to swoją nazwę? :) Jest tu też klapa imitująca zamknięcie.

Kaptur jest niezwykle wygodny. Ładnie układa się na głowie i chroni przed wiatrem. Jest zapinany na dwie napy, które to własnoręcznie montował Mateusz :)
 
 

Wybrałam czarne dodatki (sznurek i zamek) oraz złote, błyszczące wykończenie. Ciężko znaleźć idealnie pasujący zamek, więc zdecydowałam się na klasykę. Widać go niewiele tak naprawdę, ale i tak sądzę, że czarny świetnie się tu spisuje. Sznureczki mają złote końcówki, a przy otworach (oczywiście wykończonych złotymi oczkami!) są metalowe złote stopery do ściągania sznurka w pasie.
 

W sumie szycie zajęło mi około trzy tygodnie. Siadałam do maszyny na krótki czas, ucząc się przy okazji nowych rzeczy. Dodatkowo źle zrozumiałam instrukcje początkowe i wycięłam o trzy elementy za mało... i nie miałam już odpowiednich kawałków tkaniny! Musiałam domówić 40 centymetrów, ale na szczęście przesyłka doszła ekspresowo. Pojawił się jeszcze jeden problem - nigdzie we Wrocławiu nie mogłam dostać dobrej flizeliny. Nie chciałam używać tej, która w dotyku przypomina papier i rwie się przy każdym najmniejszym pociągnięciu. Są flizeliny "tkane", przypominające siateczkę. Są sztywne i wytrzymałe, a dodatkowo lepiej przyklejają się do materiału. Nie chciałam wkładać w warstwy kurtki czegoś, co może się odkleić po piątym praniu. Na ratunek przybyła Ania, oddając mi swoje zapasy i ratując moje weekendowe szycie... 

Udało mi się popełnić tylko jedną gafę! :D Zapomniałam wszyć krawędzi tunelu na pasek w zamek i otaczające go elementy. Zorientowałam się dopiero gdy już chciałam tworzyć tunel (ostatni etap!). Postanowiłam delikatnie podwinąć krawędź i przyszyć ją jak najbliżej istniejącego już szwu. Musiałam szyć ręcznie by nie było widać nici, ale miałam już małą wprawę, bo kilka elementów wcześniej musiałam wykonać trochę takich niewdzięcznych łączeń. Na przykład tu:

Żeby móc wywinąć kurtkę na prawą stronę, w okolicach "wieszaczka" był pozostawiony otwór. Potem oczywiście należało wypatrzeć oczy i trochę powariować z igłą w ręku. 

Uwielbiam tę kurtkę, nie będę kłamać. Żal tylko, że jest już tak zimno. Moja Kelly nie jest ocieplana i martwię się, że już jej nie założę w tym roku! Kilka dni temu byliśmy w górach i pogoda była przepiękna, wiec z rozkoszą chodziłam i pokazywałam światu swoje żółte, własnoręcznie spełnione marzenie :) Jestem przekonana, że uszyję następną. Tym razem w neutralnym kolorze i ocieplaną, może nawet wodoodporną. Krój jest warty powtórzenia!

Na koniec jeszcze kilka informacji, ku pamięci: używałam nici Gutermann 488 i wybrałam rozmiar 6. Potrzebowałam w sumie 2.6 metra tkaniny wierzchniej i o ile dobrze pamiętam 1.5 metra tkaniny na podszewkę. 
Edit: Dodam jeszcze, że tę kurtkę mogę bez problemu prać w pralce!

Cóż teraz? Na pewno będzie kiedyś wełniany płaszcz, a w najbliższej przyszłości będę szyła Mateuszowi szorty (plus oczywiście trochę sukienek dla siebie).

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

wtorek, 29 października 2019

Catkins

Tytułowe Catkins to nic innego jak puchate bazie czy też kotki. Gdy pokazałam na Instagramie próbkę do mojego nowego projektu, ktoś porównał ścieg właśnie do nich i tak już zostało. Catkins od dziś oznacza więc jeszcze jedno - mój nowy sweter!

Projektowanie tego wzoru było dla mnie bardzo ważne. Powstał on bowiem we współpracy z utalentowaną farbiarką z RPA, właścicielką sklepiku "Baah Yarns" (od niedawna pod inną nazwą - "Indie Belle"), która obdarzyła mnie zaufaniem i zaproponowała wspólną pracę! Możecie o tym przeczytać o tu: klik!
Zawsze arcypoważnie podchodzę do pracy, którą mam wykonać dla kogoś (lub z kimś). Zobowiązania mają u mnie wysoki priorytet! Dlatego też zrobiłam co mogłam by podczas projektowania tego swetra wszystko szło jak najlepiej.

Mimo że nie miałam ustalonego żadnego konkretnego deadlinu, to trochę wpadłam w panikę gdy sweter od dwóch tygodni wisiał gotowy w szafie, a ja nadal nie miałam zdjęć i gotowego wzoru do testu! I żeby już tak dosadnie pokazać Wam moje szaleństwo, powiem, że opóźnienie to brało się zwyczajnie z mojej niedyspozycji, nie z lenistwa czy braku organizacji. Przygotowuję się do założenia aparatu ortodontycznego i musiałam usunąć dwie ósemki. Swoje odleżałam i pocierpiałam i chociaż powód do niepracowania był bardziej niż słuszny, to ja byłam wyjątkowo z siebie niezadowolona! Szczerze nie znoszę opóźnień! Rozstrajają mnie okrutnie :) Ale dość o moich dziwactwach. Pora opowiedzieć o swetrze!

Włóczka, którą otrzymałam od Natashy to stuprocentowy merynos - bardzo miękki i delikatnie błyszczący singiel grubości fingering. Wybrałam kolor Rooibos, bo akurat miałam fazę na ten nieoczywisty odcień i chciałam mieć sweter w tym kolorze. Gdy zobaczyłam motki na żywo, wiedziałam, że w ruch pójdzie tekstura. Dużo tekstury! Kolor jest delikatnie melanżowy, nie tworzy pasków, ale co jakiś czas ma złociste przebłyski lub wręcz przeciwnie - mocniejsze przydymienie, wpadające w brąz. Taki kolor potrzebuje moim zdaniem tekstury, która wyciągnie z niego to, co najlepsze. Rooibos potrzebował czegoś w rustykalnym klimacie i mam nadzieję, że jakoś udało mi się mu to zapewnić :) Akurat spędziliśmy ostatni weekend na wsi, więc łatwo przyszło nam znalezienie idealnej scenerii do zdjęć! I pogoda pięknie się spisała!

Poznajcie Catkins!

Chciałam by działo się na nim wiele rzeczy na raz! I jednocześnie żeby był to sweter codzienny, bez szaleństw. Taki, który założę do spodni i pójdę na zakupy, na spacer, do znajomych. 
Dlatego zdecydowałam się na prosty i wygodny krój. Delikatny oversize, długie rękawy, niezbyt głęboki dekolt, długość delikatnie za biodra...

Ale miało dziać się dużo, dlatego połączyłam tu aż trzy ściegi! Główny z nich to klasyczny ryż, w którym kolor ten odnajduje się idealnie. Przez te delikatne zmiany koloru, ścieg jest jeszcze bardziej trójwymiarowy!

Na przodzie swetra pojawiły się tytułowe bazie... to ten sam ścieg, który użyłam w mojej czapce Trivia Hat. Jak pisałam, skojarzenia są przeróżne! W zależności od koloru i włóczki, z której wykonuję ten ścieg, wyobraźnia podsuwa mi inne obrazy.
I na dokładkę z boku umieściłam niewielkie panele ażuru, który układają się w warkoczowy kształt.

Projektowanie tego swetra zajęło mi sporo czasu - mimo prostego kształtu, jest tu wiele kwestii, które musiały ze sobą zagrać. Podczas dziergania powstało mnóstwo notatek, w których opisywałam szczegółowo każdy rząd. Są takie wzory, przy których można naskrobać kilka słów dotyczących całej sekcji i po prostu dziergać, ale tym razem, by niczego nie pogubić, nosiłam zawsze przy sobie notes i skrupulatnie zapisywałam wszystkie kroki. Prawdziwe szaleństwo przyszło dopiero gdy zaczęłam przeliczać rozmiary :) Na szczęście poziom trudności podczas projektowania swetra nijak się ma do poziomu trudności jego dziergania. Dlatego tak kluczowe są odpowiednio skonstruowane instrukcje. Postanowiłam, że na przykładzie tego swetra powstanie post opisujący jak wygląda proces tworzenia wzoru i ogólnie praca projektantki.
Mimo że ten odcień wcale nie jest różowy, to czuję się w nim wyjątkowo dobrze i zdecydowanie trafia na listę kolorów dozwolonych :) Podoba mi się jak gra ze złocistym blondem... Z czym Wam się on kojarzy? Jakbyście go nazwały? 

Edit: mam już komplet testerek, dziękuję Wam! I na koniec oczywiście ogłoszenie!
Wzór jest już gotowy i tylko czeka na przetestowanie! Jeśli macie ochotę wziąć udział w testach (za co z góry ogromnie Wam dziękuję!), poniżej wstawiam kilka najważniejszych informacji:
  • Początek testu: 4.11.2019
  • Koniec testu: 20.12. 2019
  • Rozmiary: XS (S, M, L) [XL, XXL], obwód swetra w klatce piersiowej: 98 (104, 111, 118) [125, 132] cm, sugerowany luz: 15-20 cm 
  • Zużycie wełny (grubość fingering): 1080 (1185, 1290, 1440) [1550, 1650] metrów
  • Próbka: 24 oczka x 34 rzędy na drutach 3.75 mm, ściegiem ryżowym (1x1), po blokowaniu
  • Test prowadzony jest w języku angielskim.
  • Proszę zgłaszajcie chęć udziału wysyłając mi wiadomość mailową z wybranym przez Was rozmiarem, wyłącznie na adres: contact@marzenakolaczek.com
  • Jeśli rozmiar będzie jeszcze dostępny, wyślę Wam maila ze wszystkimi szczegółami byście mogły się z nimi zapoznać :) 
Pozdrawiam Was serdecznie!
Marzena

niedziela, 20 października 2019

Fellow Traveller

Jesień zadomowiła się na dobre, czasem serwując nam deszcz i zimny wiatr, a czasem mieniąc się w ciepłym słońcu złotem i czerwienią. Obie te opcje mają wiele uroku! Gdy za oknem szaruga uwielbiam zająć się swoimi sprawami - wziąć do ręki książkę albo druty, zasiąść na kanapie i wypić ulubioną herbatę albo kakao. Gdy tylko wyjdzie słońce z przyjemnością idziemy odkrywać feerie barw, zbierać kasztany i szeleścić liśćmi na leśnej ścieżce :) Jednym z głównych elementów, które zawsze towarzyszą mi jesienią czy zimą jest sweter. Ciepły, miękki i wygodny! Bez niego ani rusz! Czasem chowam go pod kurtką gdy jest już wyjątkowo zimno lub mokro, a niekiedy pogoda pozwala pokazać go światu i zdobywać okoliczne łąki otulonym tylko w ukochaną wełnę. 

Mam kilka swetrów, które są moimi typowo jesiennymi ubraniami. Czekają przez całe lato cierpliwie w szafie, kusząc teksturą, plecionką, puszystością... I mimo że ostatnio mi się pozmieniało i moje uwielbienie to jesieni zaczęło powoli znikać na rzecz uwielbienia do lata i późnej wiosny, to jest coś niezwykle przyjemnego w myśli, że w końcu (och nie, jest zimno, co za szkoda!:)) mogę te ukochane swetry na siebie założyć.

Fellow Traveller powstał właśnie po to, by dawać mi tę przyjemność :) Razem z Melanią i Secret of Life będzie mi poprawiał nastrój przez najbliższe miesiące. Pojedzie ze mną w góry, zabiorę go na jarmark bożonarodzeniowy, na spacer, zakupy, założę do dresików w domu i na wyjście do kawiarni ze znajomymi. To jest właśnie jeden z tych mega uniwersalnych jesiennych projektów. Chcesz się schować? Robi się! Chcesz się ogrzać? Nie ma sprawy! Chcesz wyglądać uroczo? Żaden problem. Potrzebujesz wygody? I tak dalej :)
 

Jeśli więc i Wy macie ochotę wsadzić taki sweter do swojej szafy i wyjmować przy każdej możliwej okazji, to donoszę, że wzór właśnie ujrzał światło dzienne! Możecie go znaleźć w moim sklepiku na Ravelry w dwóch wersjach językowych - w języku polskim i angielskim. Klik!
Obiecuję konkretną dawkę mięsistych oczek, prostego ściegu, który idealnie nadaje się do przerabiania podczas wieczornego filmu, mnóstwo ciepła i uroku. 
 

Jeśli macie ochotę poczytać o nim więcej to zapraszam was do pierwszego posta - klik!

Wzór nie powstałby oczywiście gdyby nie cudowna praca testerek! Dziękuję Wam dziewczyny ogromnie za każdą cenną radę i piękne wersje swetrów :)
Na koniec zostawiam Wam kilka kadrów naszej pięknej polskiej jesieni. Wystarczyło wyjść przed dom, skierować się w stronę pola kukurydzy i za momencik takie widoki stanęły nam przed oczami:
 
 

 Żaden, nawet najbardziej wymyślny ogród, nie przebije tego co potrafi matka natura. Mam nadzieję, że kiedyś będzie nam dane posiadać taki dziki ogródek przed własnym domem.
 

Pozdrawiam Was serdecznie!
Marzena

czwartek, 17 października 2019

Fringe Dress

Na sam koniec sierpnia uszyłam ostatnią (tak wtedy sądziłam:)) letnią sukienkę w tym roku. Co prawda nie miałam przez to zbyt wielu okazji by ją założyć, chociaż naprawdę przydała się kilka razy podczas ostatnich letnich upałów. Jej krój i materiał wyjątkowo sprzyja wysokim temperaturom!

Mając już trzy sukienki w różowym odcieniu, postanowiłam dać szanse innym ulubionym letnim kolorom i tym razem poszłam w bardzo jasny beż. 
Mam chyba tylko pięć czy sześć kolorów, które faktycznie chcę nosić i nie widzę powodu by to zmieniać (o moich wyborach w tej kwestii możecie poczytać w poście o garderobie: klik!). Są to wszystkie jasne odcienie różu - od chłodnych, lekko wrzosowych, po ciepłe brzoskwiniowe barwy. Neutralne biele, kremy i beże. Zieleń, która jest jeszcze nie do końca określona, ponieważ naprawdę ciężko mnie zadowolić w tej kwestii :). Chłodne, złociste odcienie, a ostatnio do tej grupy dołączył kolor nietypowy, który ciężko mi nazwać - jest to coś między przydymionym kasztanowym i ceglanym. Kupiłam sukienkę w takim kolorze (klik!) i ku mojemu zdziwieniu bardzo dobrze się czuję w tym odcieniu! W tym samym klimacie są również motki od Baah Yarns, które otrzymałam w lipcu: klik!
I jak już jestem przy tym temacie to wspomnę, że włóczka ta zamieniła się już w sweter... niedługo Wam go pokażę

Ale wróćmy do sukienki. Fringe Dress to kolejny punkt na mojej liście wzorów, które planowałam uszyć w tym sezonie. Ma wyjątkowo wdzięczny, dziewczęcy krój oraz jeden z moich ulubionych dekoltów! Odrobinę mogliście zobaczyć w poprzednim poście, gdzie całkiem nieźle komponowała się z nową czapą: klik!
Ten lekko oversizowy krój jest cudowny na upały - sukienka nie klei się do ciała, pozwala skórze oddychać, nie krępuje ruchów. Jest niezwykle wygodna!

Ja wybrałam opcję z wiązaniem w pasie, by podkreślić talię. Paseczki można przyszyć albo w miejscu pionowych zakładek z przodu, albo z boku sukienki. Pierwsza opcja mnie nie przekonuje, a dodatkowo wszycie ich z boku daje możliwość wiązania na dwa sposoby - z tyłu oraz z przodu.
 

Naprawdę bardzo lubię ten kształt dekoltu! Moim zdaniem jest przeuroczy :) By usztywnić panel z guzikami, należy użyć flizeliny. Jako że szyłam z naprawdę lekkiego lnu (gramatura 130, kupiłam go w jednym z ulubionych sklepów - w duńskim MeterMeter) panele nadal są dość miękkie. Myślę jednak, że gdybym użyła grubszej i sztywniejszej flizeliny to różnica miękkości miedzy panelami a resztą sukienki byłaby zbyt duża. 

Jeszcze kilka słów o tym lnie - jest naprawdę miękki i cieniutki. Przy niemarszczonej sukience może delikatnie prześwitywać, wiec lepiej dodać podszewkę. Jak każdy len robi wszystko by pomóc nam w upalny dzień :) I bardzo lubię ten neutralny, subtelny kolor!


 Skróciłam rękawy i zrezygnowałam z patek, które je marszczyły.

Zmieniłam również kształt dołu - w oryginale przód i tył jest przedłużony i ma kształt "fali". U mnie wszystko jest na prosto. 
W tym momencie wypada powiedzieć, że naprawdę nie lubię przyszywania zmarszczonych elementów! Nitki, których używamy do marszczenia plączą się szaleńczo, wszystko jest takie nieestetyczne w trakcie, ciągle sprawdzam czy aby na pewno równomiernie rozłożyłam materiał... Na końcu się okazuje, że jest super i nie ma powodów do narzekań, ale jednak. To mój najmniej ulubiony moment w szyciu :)

No i są kieszenie! Sukienka musi mieć kieszenie!

I trochę detali:
 

Kupiłam dwa zestawy guzików i dość długo myślałam, których użyć:

Mimo że te perłowe są naprawdę piękne i kolorystycznie pasują idealnie, to wybrałam kokosa. Sukienka i materiał mają raczej rustykalny charakter, wiec błyszczące guziki trochę "psuły" ten efekt. Surowość tych drugich bardziej do mnie przemawiała. Co sądzicie?

Wybrałam rozmiar numer 4, miałam 2.2 metra tkaniny i użyłam nici Gutermann numer 198.

I myślałam, ze to będzie mój ostatni letni projekt w tym roku, i że przyjdzie teraz czas na coś cieplejszego... i tak się zaczęło, bo uszyłam niedawno coś jesiennego (niedługo Wam pokażę!!! Nie mogę się doczekać, bo to mój najbardziej "szalony" projekt!), ale potem zmieniłam zdanie :) Z dwóch powodów - raz, że nie miałam pomysłu na jesienne ubrania, nic jakoś szczególnie mnie nie kusiło, a dwa, że plany na przyszłe wakacje nabrały kształtu i wiem, że do końca kwietnia muszę naszyć trochę letnich ubrań. Sobie i Mateuszowi! Nie trzeba było mnie nawet namawiać. Uwielbiam szyć sukienki i lekką odzież. Więc jesień i zima będzie pełna lnu, bawełny i wiskozy! I bardzo mi dobrze z tą myślą.

W odróżnieniu od drutów, bo te nadal okupowane są przez ciepłe wełny. Myślę, że te dwie pasje dobrze się uzupełniają - szyję na lato i wiosnę, dziergam na jesień i zimę. I mogę obie rzeczy robić cały rok :)

Coś czuję, że następny post będzie wełniany!
Pozdrawiam,
Marzena