Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowenia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 września 2016

Podróż poślubna: Słowenia, część czwarta

 Część pierwsza do poczytania o tu: klik!
Część druga do poczytania o tu: klik!
Część trzecia do poczytania o tu: klik!

Dziś będzie o dwóch ostatnich dniach, które spędziliśmy w Słowenii, a były naprawdę aktywne! Zdążyliśmy zobaczyć naprawdę wiele i wiele z tych rzeczy jest godne polecenia, więc piszę szybciutko!

Dzień czwarty i szósty
Pierwszy, z tych tytułowych dni to dzień, kiedy zwiedziliśmy trzy odrębne miejsca i w żadnym się nie spieszyliśmy. Można w takim razie łatwo wywnioskować jaka Słowenia jest niewielka i jak wiele atrakcji dostarcza. Na początku wróciliśmy do wyczekanych Jaskiń Szkocjańskich, o których wspomniałam w pierwszym poście. Zjawiliśmy się tam rano, oczywiście ubrani w ciepłe rzeczy i ruszyliśmy za przewodnikiem. Grupki znowu były niezbyt duże, oddzielone pewnym odstępem czasu, więc nie szło się w tłumie, ale nie było tym razem audioprzewodników, które są bardzo wygodne (słuchasz kiedy chcesz i ile chcesz:)). Przewodniczka oczywiście mówiła w języku angielskim i nawet ciekawie opowiadała. Ale powiem Wam tak - mogłaby się w sumie w ogóle nie odzywać! Bo to co ujrzeliśmy... tego się nie da opisać, trzeba stanąć i samemu ogarnąć to umysłem. Dla mnie spacer po tym miejscu najlepszy byłby w pojedynkę, w ciszy, tak bym mogła jedynie chłonąć ogrom ten jaskini. Jak słyszymy jaskinia to widzimy takie tunele i komnaty, wysokie jak na nasze mieszkaniowe standardy, ale mimo wszystko w rozsądnej wielkości. Jaskinie Szkocjańskie najłatwiej określić jednym słowem - Moria! Fani Władcy Pierścieni będą oczywiście od razu wiedzieć o co chodzi, a tym pozostałym spieszę z pomocą. Jaskinia nie jest tak bogata w formy naciekowe jak Postojna, po części przez trzęsienia ziemi, które je zniszczyły... Jaskinia ta jest jak gigantyczny, głęboki kanion, tyle że w środku góry! Szlak prowadzi mniej więcej w połowie wysokości, nad głowami, bardzo wysoko, mamy skalny sufit, a w dole, w głębi, w ciemności wije się rzeka Reka (dosłownie rzeka Rzeka). Nie mam żadnego zdjęcia, ponieważ fotografowanie jest zabronione. Ale to nic, i tak bym nie fotografowała, za bardzo byłam pochłonięta tym co widziałam. To było coś niesamowitego! W ciemnościach można było dostrzec starą ścieżkę, sprzed ponad 100 lat, wyrzeźbioną w skałach - tysiące stromych schodków biegnących raz w dół, raz w górę (mówiłam, że Moria?:)) Nie będę więcej nic pisać, bo słów szczerze brak, ale pokażę Wam kilka kadrów, które znalazłam w sieci:

Ta ścieżka światła to jest właśnie szlak. Człowiek, jeśli pojawiłby się w kadrze, byłby malusieńki, a zdjęcie nawet nie obejmuje dna i sklepienia :). A po lewej można dojrzeć stary szlak.
Źródło: http://travel.nationalgeographic.com/travel/365-photos/skocjan-caves-slovenia/

Źródło: http://whc.unesco.org/en/list/390

Jaskienie Szkocjańskie to mój Słoweński faworyt! 

Po przejściu trasy z przewodnikiem można było, po wykupieniu odpowiedniego biletu, przejść się dalej, po wąwozie oraz wejść do kolejnej, bardziej otwartej jaskini. Nie wiem czy warto było dopłacać aż tyle, ale widoki były miłe dla oka. Poniżej pionowa panorama, lepiej kliknąć i powiększyć:

 
Głodni i trochę zmęczeni wędrówką ruszyliśmy dalej - chcieliśmy zwiedzić dwa miasta podczas pobytu w Słowenii, ale problem z autem zabrał nam czas, który chcieliśmy poświęcić na zwiedzanie urokliwych starówek, więc zdecydowaliśmy się na jedno - Lublanę. Ruszyliśmy, ale Mateusz wspomniał coś o małym miasteczku, bardzo starym, gdzieś mniej więcej na naszej trasie, więc odbiliśmy w lewo i pokonawszy 19 km byliśmy już na miejscu. Miasteczko Štanjel jest bardzo małe, położone na wniesieniu, z którego rozpościera się widok na pasma gór i winnice. Stare średniowieczne mury, ogród z innej epoki, urokliwe wąskie uliczki i.... praktycznie żadnych ludzi! Nie, nie żartuję. To miasto jest niemalże wymarłe, spotkaliśmy jednego Włocha, który chciał nam wcisnąć drewniany obrazek ręcznie robiony, dwóch-trzech mieszkańców, jak sądzę, oraz kilku ludzi siedzących w kawiarni lub leniwie zwiedzających miasteczko. Lekko nas to niepokoiło, bo miasteczko wygląda niezwykle uroczo, pisano o nim w przewodniku, wychwalano, więc spodziewaliśmy się choćby umiarkowanego zatłoczenia. Ale daleko nam do narzekania! Gdyby tak było w innych miastach, które chwielibyśmy zwiedzić... Tłum wyprowadza mnie z równowagi, nie umiem cieszyć się widokami jeśli muszę "płynąć z falą". Štanjel jest więc idealny dla tych, którzy podobnie do mnie, lubią klimatyczne, ciche miejsca.

Jako że było tak pusto, nie znaleźliśmy żadnej restauracji i głodni pojechaliśmy dalej, do Lublany. Nie jestem fanką (co wcale nie znaczy, że nie lubię) zwiedzania starówek, chodzenia i oglądania ratuszy, czy kamienic. Lubię to, zwłaszcza gdy są odmienne architektonicznie od tych polskich, ale nie jest to moja ulubiona forma zwiedzania świata (wolę przyrodę!), ale Lublana jest cudna! Piszą o niej, że starówkę ma małą. No to jakiś żart, bo starówkę ma większą niż Wrocław! Dłuższą, położoną wzdłuż rzeki, z górującą nad nią niewielką górą z zamkiem na szczycie. Robiło się już ciemno gdy dotarliśmy do stolicy, więc nie weszliśmy na zamek, ale starówkę obeszliśmy całą i mimo tłumów odpoczęłam niesamowicie, taka ta Lublana magiczna :) To miasto pełne sztuki, muzyki i pysznego jedzenia! Wszędzie gra muzyka na żywo, a na trawie, w parku puszczają nieme kino, z pianistą grającym na żywo! Byliśmy pod wielkim urokiem tego miasta i polecamy każdemu, kto choćby tylko postanowił przejeżdżać przez ten kraj, by wpaść na chwilę do Lublany. Nie ma tam wielkich, niezwykłych zabytków. Jest klimat! Absolutnie nie zajęliśmy się uwiecznieniem uroku tego miasta, mamy tylko kilka kadrów, z czego połowa nie nadaje do niczego, więc pokażę tylko odrobinę.

Dopiero po 19 zjedliśmy nasz drugi posiłek, ale nawet nie czuliśmy wielkiego głodu. A jedzenie było wyśmienite! Pani kelnerka pożegnała nas słowem "spasiba" :) Nie wyprowadziliśmy jej z błędu. To był naprawdę cudny dzień!
 
 

Dzień szósty, czyli ostatni dzień pobytu w Słowenii był zarezerwowany na coś konkretnego. Nie mogliśmy się go doczekać! Ruszyliśmy rano, kierując się na zachód, na drugą stronę parku Triglavskiego. Niełatwo to zrobić - mapy proponują dwie trasy - od południa albo od północy, przez Włochy. Obie trasy są na około. Mateusz gdzieś wyszperał informację, że jest trasa przez "przez środek", więc skierowaliśmy się mniej więcej jak nam się wydawało i patrzyliśmy na znaki. W razie czego ta trasa zawsze mogła nas zaprowadzić do Włoch, a stamtąd GPS już dawał radę. Udało się, znaleźliśmy drogowskaz i ruszyliśmy. Pod górę. Niezłą górę. Na każdym zakręcie serpentyny pokazywali nam ile już jesteśmy metrów nad poziomem morza. Gdzie my właściwie jesteśmy?! Dotarliśmy do jakiegoś zajazdu, Mateusz poszedł się upewnić czy aby na pewno dotrzemy do Bovec, ale wszystko grało, z tym że... wybraliśmy drogą przez sam środek góry :D

Wjechaliśmy pozawijaną drogą na niezłą wysokość, obejrzeliśmy widoki i owce, i pojechaliśmy dalej. I trafiliśmy na korek - czemu? Mądry pan kierowca autokaru, zignorował znak zakazu i wjechał taką kobyłą na te wąskie drogi i ostre zakręty. I tak, utknął, zawalił caluteńką drogę, ruchem kierowała policja, a przejeżdżać trzeba było po kawałku trawy między drogą a górą. A nam się naprawdę spieszyło bo byliśmy umówieni... :) No nic, jakoś zniosłam tę ludzką głupotę, udało nam się wydostać i ruszyliśmy by przeżyć górską przygodę!

Jak tylko zaczęliśmy interesować się Słowenią na poważnie, i przeczytaliśmy o możliwych sportach do uprawiania, wiedzieliśmy, że absolutnie musimy iść na rafting na rzece Socza! Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Ubrani w pianki, kamizelki, kaski i klapiące butki, dobrani w sześcioosobowe grupy, weszliśmy do lodowatej górskiej rzeki i wskoczyliśmy do pontonu. 

Nie, nie wypadłam, jestem zaraz za Mateuszem, który postanowił schować mnie przed wścibskim fotografem:)



Na początku myślałam - "co za szczęście, że poziom wody jest niski", ale po fakcie było mi trochę żal. Było świetnie, ale MAŁO! :) Ja chcę więcej, szybciej, więcej wody, więcej spadów, więcej skał! Woda to mój żywioł, zdecydowanie. Szkoda, że nie usiadłam z przodu, instruktor nakazał paniom usiąść z tyłu, co mnie lekko zirytowało!


Trasa była podzielona na dwie części - spokojniejszą i tą bardziej rwącą. Po drodze skakaliśmy ze skał do rzeki - nie mieliśmy pianki na ramionach, i jak tylko zanurzałam się w wodzie calutka od razu czułam jakby mi ktoś wbijał igły w ciało. Wychodziłam więc i skakałam dalej :)
Najzimniejszy moment był na samym końcu, kiedy nakazano nam wyjść z pontonu, położyć się nogami do przodu i spłynąć do punktu końcowego z prądem rzeki. A to i tak nie była najzimniejsza rzeka jaką spotkaliśmy. Socza jest tak czysta, że mogliśmy pić ją podczas raftingu, w tym wypadku temperatura była idealna!

Po tej przygodzie poszliśmy zjeść średni obiad, a potem poodpoczywać jeszcze nad rzeką. Zbliżał się wieczór i zaraz nad wzburzoną powierzchnią unosiła się mgiełka, a wszystko to skąpane było w świetle zachodzącego słońca. Było pięknie!



Ruszyliśmy do domu, ale nie tą samą trasą, tylko proponowaną nam przez nawigację, czyli skierowaliśmy się na Włochy. O ludzie, co to był za koszmar! Było już całkiem szaro, góry się zmieniały, robiły się co raz wyższe, bardziej strome i szare, bo cała roślinność zniknęła. Jechaliśmy pomiędzy szczytami, dziwnie bliskimi. Byłam zmęczona, a że jak wiecie jestem okropnym tchórzem, zaczęłam się niepokoić. Nie chciałam jechać nocą po wijących się wąskich drogach, a tych jakby przybywało. Góry przestały mi się podobać, lekko nawet przerażały. Wjechaliśmy do Włoch, przejechaliśmy przez przerażający, wykuty chyba w gołym kamieniu tunel, wąski i ciemny, i trafiliśmy na naprawdę okropne miasteczko, niemalże jak z horroru. Nie, nie żartuję :). Przynajmniej tak wyglądało w prawie już zapadniętym zmierzchu. Poziom mojej czujności i stresu osiągnął górną granicę, więc jak w końcu dojechaliśmy do hotelu ledwo doczłapałam do łóżka, taką miałam migrenę. Ale to nic w porównaniu z tym co przydarzyło się w nocy. Śnię codziennie, śnię bardzo niezwykle, abstrakcyjnie, a do tego zapamiętuję niemalże każdy sen. A tej nocy śniła mi się jaskinia, czy też tunel, pełna wody, gdzie było ciemno, nie mogliśmy wyjść, trzeba było tam spać. Jak się przebudziłam zauważyłam od razu bardzo ciemny sufit naszego pokoju i sen tak jakby się nie skończył, w panice obudziłam Mateusza, który zaspany powiedział bym szła spać. Nieźle musiałam go zdziwić jak przerażona wykrzyknęłam - "JA NIE CHCĘ TU SPAĆ!" :D Teraz to nas okropnie śmieszy, ale wtedy byłam przerażona. Widzicie więc jakich atrakcji dostarcza mi mój mózg nocą :)
Ale to nie był koniec, bo owy sen, ciągle taki sam powracał przez ponad tydzień. Pod koniec był jakby bardziej spokojny, ja w nim opanowana, nawet już się tak nie bałam, ale jakoś nie widziało mi się do końca życia śnić ciągle jeden sen. Wgrałam go nawet Mateuszowi, który w Chorwacji, obudzony znowu przeze mnie w nocy, uwierzył w tę jaskinię :D. Było wesoło!

Taką miłą wyprawą zakończył się nasz pobyt w niesamowitej Słowenii! W niedzielę ruszyliśmy na Chorwację, ale o niej w następnym poście :)

Miłego dnia!
Marzena

czwartek, 15 września 2016

Podróż poślubna: Słowenia, część trzecia

Część pierwsza do poczytania o tu: klik!
Część druga do poczytania o tu: klik!

Zanim zacznę relację z wakacji, tak na wszelki wypadek, by nie zarzucano mi już w przykry sposób, że wykorzystuje swój ślub do promocji bloga (nie zauważyłam wzrostu oglądalności podczas przygotowań do niego:)) powiem, że jedyny powód, dla którego nie pokazałam jeszcze zdjęć ze ślubu jest taki, że tych zdjęć jeszcze zwyczajnie nie mam, a przecież sama nie robiłam zdjęć podczas własnego ślubu! Dostaliśmy maluteńką próbkę zdjęć od fotografa, co sprawiło, że czekamy na nie jeszcze bardziej i nie możemy się już doprawdy doczekać. Próbka była przepiękna... a fotograf specjalnie nie wybrała najlepszych ujęć :) Czekamy więc i my, jak widać. Przede wszystkim my.

Słowenia dzień trzeci i piąty
Trzeci i piąty będą razem, dlatego, że mają ze sobą dużo wspólnego. A łączy je coś niezwykłego - Jezioro Bohinjsko!
Trzeciego dnia nie mieliśmy najmniejszego zamiaru ruszać auta, ale z drugiej strony żal było kolejny dzień spędzić tak samo, czyli nad Bledem, do którego mieliśmy blisko. Wpadłam więc na pewien pomysł. W naszym hotelu można było wynająć rowery... i skutery! Marzyło nam się koniecznie odwiedzić drugie cudne jezioro Słowenii, które było oddalone od nas około 31 km. Nie było na co czekać :) Wynajęliśmy skuter, co pędził 25 km/h (w porywach do 40), spakowaliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy i hałasując ruszyliśmy na zachód! Było całkiem wcześnie, coś około 9:00, ale słońce już przyjemnie grzało, więc ubraliśmy się lekko. No cóż, nie przyszło nam do głowy, że w głębi parku Triglavskiego, między niesamowicie wysokimi górami, na krętej drodze, która leżała w kotlinach, przy turkusowej lodowatej górskiej rzece, słońca o tej godzinie nie spotkamy. Że w ogóle bywa tam rzadko. Jak żeśmy zmarzli jadąc z tą zawrotną prędkością to tylko my wiemy:) Ale jest co wspominać! A oto nasza mała ryba:


Jezioro Bohinjsko jest inne od tego w Bledzie. I jeśli kiedyś wybierzemy się znowu do Słowenii to zdecydowanie właśnie nad to jezioro! Zabudowań jest tam niewiele, jezioro jest większe, równie ciepłe, szlaki dzikie, a ludzi zdecydowanie mniej. Widoki zapierające dech w piersiach! Szkoda, że nie jesteśmy dobrzy w fotografowaniu krajobrazów. Naprawdę nie udało nam się w 100% oddać piękna tego miejsca...

Postanowiliśmy pojechać na zachodni brzeg jeziora, bo stamtąd niedaleko było do jeszcze jednej atrakcji - wodospadu Savica. Po drodze zatrzymaliśmy się na południowym brzegu, by kupić coś do picia, a przy okazji zeszliśmy nad brzeg jeziora, krótkim pasem lasu i zaniemówiliśmy... Przed nami była turkusowa, krystaliczna woda, a zaraz za nią, całkiem blisko, ściana góry, a w oddali widniały następne. Gdyby nie to, że słońca na plaży nie było wcale i nie zapowiadało się, by szybko miało wyjść zza drzew, spędzilibyśmy dzień właśnie tam. Zrobiliśmy panoramę, ale nie da się oddać dobrze efektu - obiektyw troszkę zmniejszył górę i lekko oddalił. Musicie mi wierzyć na słowo - cudo! Można kliknąć i powiększyć:

Samowyzwalacz to już w ogóle średnio potrafił to oddać, ale przynajmniej mamy wspólne zdjęcie :)
Wsiedliśmy na naszą maszynę i ruszyliśmy dalej bo już nie mogliśmy się doczekać pływania. Ale pomyliliśmy drogę. Wiecie, były całe dwa skrzyżowania i za drugim razem oczywiście wybraliśmy zły kierunek. Ale to zupełnie nic, bo ta zła droga prowadziła do wodospadu ukrytego w górach, spływającego wysokim strumieniem w dół. Trzeba było pokonać mnóstwo schodów, ale było warto! Urokliwy wodospad jest w zagłębieniu, na dole tworzy się małe turkusowe jeziorko. Niestety nie można podejść do wody, bo inaczej już bym brała tam prysznic :).
Słońce świeciło niesamowicie, a pół wodospadu było w cieniu - zdjęcie więc wychodziło albo ciemne z jednej strony, albo przepalone z drugiej. Kto ma ochotę może wygooglować ten wodospad i znajdzie na pewno piękniejszej ujęcia, ale mimo wszystko chwalę się naszymi. Wodospad Savica:
 

Teraz nie pozostało nic innego jak pójść wylegiwać się nad alpejskim jeziorkiem! Znaleźliśmy "plażę", która była tak naprawdę polanką zielonej trawy, z kilkoma drzewami rozsianymi to tu, to tam, które dawały przyjemny cień. Cykady wśród liści, ptaki nad głową, słońce na twarzy i ta woda! Czysta, przejrzysta, błękitnoturkusowa... Mimo że zaraz obok znajdowało się kilka domków do wynajęcia, a na polanie leżało już trochę turystów to było tam bardzo spokojnie i kameralnie. Jeśli mam wybierać, to wybieram Bohin!
Poniżej moje ulubione zdjęcie! Cała obróbka praktycznie skończyła się na dodaniu lekkiego kontrastu i delikatnej regulacji balansu kolorów. Słońce wisiało nisko nad górą, było już przyjemnie miękkie, ale na tyle mocne by wydobyć kolory z liści, wody i góry.
 
 
 

Tak spędziliśmy dwa długie popołudnia. Łapiąc promienie słońca, które przed 18:00 chowało się już za górę i pozostawał już tylko cień:).

Piątego dnia nad Bohinj dostaliśmy się autem, więc można wywnioskować, że nasze problemy z autem się skończyły :) Generalnie to nie mieliśmy tego dnia w planach jeziora - czasu było mało, tylko tydzień, a do zobaczenia mnóstwo! Ale niestety lekko się pochorowałam, brzuch nie dawał spokoju, bolał mnie okrutnie, więc zamiast planowanej wyprawy w góry, pojechaliśmy znowu nad jezioro. 
Przed południem natomiast odwiedziliśmy kolejną Słoweńską perełkę, czyli Wąwóz Vintgar. Rwącą górską rzekę Radovnę, która spływa kaskadami i małymi wodospadami, otaczają wysokie, porośnięte zielenią skały. Spaceruje się przez wytyczone ścieżki lub drewniane kładki przymocowane do skał. Naprawdę piękne miejsce!
 

 Tu dokładnie mogłabym mieszkać, tam nad brzegiem, wśród mchu:
Posty o Słowenii będą jeszcze dwa. Mogłabym napisać jeden, wspólny dla czwartego i szóstego dnia, ale jako ze działo się wtedy bardzo dużo to podejrzewam, to mógłby by lekko przydługi, a na koniec moglibyście zacząć mi źle życzyć :) 

PS Nowy sweter gotowy! Weekendzie, przygotuj się na sesję!

Do napisania!
Marzena

poniedziałek, 12 września 2016

Podróż poślubna: Słowenia, część druga

Część pierwsza do poczytania o tu: klik!

Z samego rana nie było wyjścia, trzeba było udać się do serwisu Forda i dowiedzieć się jak bardzo mamy przerąbane. Niesamowite było to, że salon był zaraz obok naszego miejsca zakwaterowania. Pan zajrzał do auta, popatrzył, poczarował i orzekł, że wie, że nie jest tak źle, ale potrzebuje 1-2 dni na sprowadzenie części. Wentylator od silnika postanowił przejść na emeryturę. Dostaliśmy zgodę na jeżdżenie autem na krótkie dystanse, ale pod żadnym pozorem nie wolno nam było stać w korku, bo wtedy silnik grzał się najbardziej. Jak już pisałam spaliśmy tylko 3 km od Bledu, gdzie znajduje się niejedna atrakcja Słowenii, a przede wszystkim piękne alpejskie jezioro. No to już mieliśmy plan na ten dzień. Zabrać kocyk, książki i leżaki i cały dzień odpoczywać. Spakowaliśmy się, ruszyliśmy i władowaliśmy się w korek. Nie tylko my postanowiliśmy spędzić dzień w taki sposób. O ludzie. No nic, jakoś przebrnęliśmy wyłączając silnik za każdym razem jak tylko się zatrzymywaliśmy, objechaliśmy jezioro z prawej strony i w końcu udaliśmy się nad brzeg robić to na co mieliśmy ochotę:). Nad jeziorem Bled jest kilka małych plaż, ale kąpać można się w każdym miejscu. Znaleźliśmy kawałek trawy z pięknym widokiem na jedną z najbardziej charakterystycznych budowli tego kraju: kościół umiejscowiony na malutkiej wyspie Blejski Otok.

Jest coś niezwykłego w zwyczajnych kąpielach z tak niezwyczajnym widokiem w tle:) Woda w jeziorze jest ciepła i czysta. Sama przyjemność! Samo jezioro jest niewielkie, można obejść całe za jednym razem. Z każdej strony widok jest równie piękny. Bo oprócz kościółka na wyspie, Bled posiada również zamek na niesamowicie stromej i wysokiej skale. No i te Alpy w tle!

Koniecznie kliknijcie w zdjęcie by je powiększyć - nie chciałam go zmniejszać, nie byłoby tego efektu!





Jeśli będziecie wybierać się do Bledu i zechcecie kupić bilet na wejście do zamku to zdecydowanie odradzamy - wejście na dziedziniec jest darmowe, a bilet w cenie 10 euro obejmuje tylko malutkie muzeum, które niestety nie robi wrażenia. Kasa jest tak ustawiona, że w sumie nie wiadomo czy można czy nie można wejść na placyk. Usytuowanie jej przy samym wejściu sugeruje, że nabyć bilet trzeba, a jak tylko przechodzimy przez bramę to widzimy restauracje, do których oczywiście nie musimy mieć biletu. Za to z dziedzińca naszym oczom ukazuje się taki widok! Znowu najlepiej kliknąć, bo panorama jest duża :) A zrobiliśmy ją z 3 fotografii, a w sklejeniu pomagał program Hugin. Można osiągnąć naprawdę niezwykłe efekty.
W centrum tego małego miasteczka byliśmy tylko chwilę. Nie ono jest tu główną atrakcją. Wszystkim zajmuje się przede wszystkim przyroda - niezwykle górzysty i zalesiony teren, turkusowe jeziora, urokliwe wysepki i plaże... Pod koniec sierpnia w Bledzie była umiarkowana liczba turystów, tak mi się wydaje. Nie przeszkadzały nam tłumy, aczkolwiek plaże były pełne. Ale tak jak pisałam rozłożyć z kocykiem można się wszędzie. Ludzie spacerują za plecami, pływają i uprawiają sporty wodne. Mimo to jest spokojnie, czuć, że jest się na wakacjach. A jedzenie jakie pyszne! Oczywiście szamiemy rybki. Piwo na południu smakuje mi o wiele bardziej!

Żeby mieć wspólne zdjęcie, trzeba się postarać: 
Tu widać jaki kolor ma woda...
Ależ bym chciała jeszcze raz wskoczyć do tej wody...

Cały dzień spędziliśmy w tym miejscu, więc na dziś to już koniec. Ale jutro pokażę Wam coś jeszcze piękniejszego!
Pozdrawiam,
Marzena