Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róż. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Kielo Wrap Dress

Sukienka Kielo Wrap jest po prostu genialna. Wiedziałam, że będzie mi się podobać, ale gdy przymierzyłam granatową wersję Ani (tej samej Ani, o której wspominam Wam od początku mojej szyciowej przygody:)) nie mogłam przestać o niej myśleć! Planowałam uszyć ją z cienkiej dzianiny, ale to lejący i śliski modal podkreślił wszystkie jej zalety i zwyczajnie zwariowałam. Dopiłam kawę, pożegnałam się z Anią i w drodze powrotnej pojechałam do sklepu (klik!) kupić dokładnie ten sam materiał, ale oczywiście w moim kolorze! Wybór nie był zbyt duży, planowałam początkowo jasny krem bądź beż, ale znalazłam coś, co bardzo przypomina mój włóczkowy kolor Flea Market - kawa z mlekiem z nutą różu. Cudownie! Nikt, po prostu nikt, nie przekona mnie bym zrezygnowała z szycia czy dziergania z takich odcieni :) 

Bez długich wstępów pokazuję Wam moją ukochaną sukienkę Kielo Wrap! Wszystko mi się w niej podoba (kłamać nie będę:)) - nietypowy, wyjątkowo kobiecy krój, lekkość i zwiewność materiału, kolor oraz niesamowita wygoda. Kielo opływa delikatnie ciało, dopasowuje się do ruchów, nie uwiera, nie krępuje. Dla mnie cudownie! 

Sukienka ma bardzo oryginalny kształt, bez wiązania wygląda o tak:
 
Tu dobrze widać jak perfekcyjnie zaprojektowany jest wzór - góra leży idealnie, nic nie musiałam modyfikować. Na mnie robi to ogromne wrażenie! W sklepach bardzo często coś się marszczy czy odstaje...

A wiązać można ją na kilka sposobów. Standardowo krzyżuje się boki z przodu, robi pełne okrążenie i wiąże paski na przodzie. O czym zapomniałam, więc kokarda dynda z tyłu :)
 
 Ale ja lubię też wiązanie w drugą stronę, czyli marszczenie na plecach, z kokardą z przodu:
 

Mimo swojej finezyjnej konstrukcji jest niewyobrażalnie wygodna! To jest właśnie to, czego głównie mi potrzeba w ubraniach. Najpierw komfort, potem wygląd.

Wybaczcie powtarzalność kadru, ale pergola we Wrocławiu to bardzo popularne miejsce. Musieliśmy więc ograniczyć się do jednej kolumny i czekać na przejście spacerujących :) 

Pierwszy raz używałam fizeliny, w tym przypadku do ustabilizowania pasków. Nie wiem co jest w tym materiale, ale uwielbiam macać te paseczki - są przemiłe w dotyku! Z resztą jak cała sukienka!

Podczas szycia Kielo nauczyłam się klasycznych zaszewek na biuście, pionowych na plecach, łączenia kawałków na overlocku oraz zrobiłam pierwszy raz takie o lamówki:

Nie wiem jak nazywa się ta technika, we wzorze użyto innej metody, a ja zrobiłam tak jak polecała Ania - musiałam trochę poćwiczyć na niepotrzebnych kawałkach. Raz, że metoda była nowa i musiałam nauczyć się trafiania igłą idealnie w łączenie sukienki i lamówki (w ten rowek:)), dwa, że pierwszy raz szyłam z dzianiny i do tego niezwykle lejącej i elastycznej! Musiałam dobrze wymierzyć napięcie materiału, pilnować dwóch warstw żeby się nie przesuwały, a krawędzie nie zawijały. Co oczywiście działo się nagminnie i spędziłam nad maszyną mnóstwo czasu używając mało różowych słów :) Raz prułam całą lamówkę (uff, nie polecam na dzianinie), ale jak widać udało się! I jestem bardzo nimi usatysfakcjonowana! Jest elastyczna, ale ładnie przylega do ciała, nic się nie marszczy, nic nie odstaje.


Jeszcze kilka słów o materiale. Ten modal jest po prostu genialny! Moja szalona jazda do sklepu, zaraz po przymierzeniu sukienki u Ani, o czymś świadczy. A musicie wiedzieć, że jestem zdecydowaną fanką tkanin.
To cienki, lejący i gładki materiał, idealny na lato. Posiada taką delikatnie brzoskwiniową fakturę, jest bardzo miękki i miły w dotyku. Trudny w okiełznaniu podczas szycia, ale jak widać nawet  początkujący da sobie radę. Tylko wiecie, kawa, ciacho i trochę cierpliwości :) 
Jeden minus - łatwo się zaciąga.

Szkoda, że wybór kolorów jest tak niewielki! I z tego co widzę to ten kolor jest niedostępny, ale może jeszcze się pojawi?

Do zszycia na overlocku użyłam szarych nici, a do wykończenia krawędzi nici Gutermann, numer 991. Wybrałam rozmiar trzeci - we wzorze oznaczony jako 36 lub 4. Potrzeba na niego niecałe dwa metry materiału.

Przy okazji sfotografowaliśmy nową chustę, ale o niej w następnym poście! 

Pozdrawiam,
Marzena

środa, 24 kwietnia 2019

Ogden Cami

Wybaczcie mi tę blogową ciszę, ale odkąd wróciliśmy z niezwykle inspirujących wakacji w Szkocji, wpadłam w szał tworzenia! Robię wiele rzeczy na raz, jedno kończę, zaczynam drugie i ciągle robię nowe, coraz to ambitniejsze, plany :)
Korzystając z okazji, że po treningu nie mam ochoty na nic innego niż siedzenie, piszę do Was posta (oby udało się go skończyć!)
Szał, w który wpadłam dotyczy głównie dwóch spraw - szycia i farbowania. O tym drugim opowiem już niedługo, wspomnę tylko, że widoki, które chłonęłam w górach i na rozległych wrzosowiskach, przelały się na nową bazę, i już w piątek Wam je pokażę!

Dzierganie chwilowo mocno zwolniło i chociaż dziergam obecnie bardzo ładną chustę, to nie spieszy mi się zbytnio i zdecydowanie częściej siadam do maszyny. Powody są dwa - po pierwsze ekscytacja "nowym" jest zbyt duża, nie umiem się oprzeć i ciągle albo coś wycinam, albo zszywam:)
Po drugie, uznałam, że naprawdę mam sporo swetrów, niczego mi nie brak, zajmują połowę szafy! Pomysły kiełkujące w mojej głowie głównie krążą wokół ciepłych, jesiennych swetrów, więc nie ma pośpiechu. Inaczej jest z własnoręcznie uszytymi ubraniami - te dopiero zaczynam kolekcjonować, a jeszcze sporo pięknych sukienek przede mną, a lato już niedługo! Pragnę mieć większość ubrań w szafie wykonanych własnoręcznie i nie musieć już nigdy biegać po sklepach w poszukiwaniu idealnej sukienki czy topu na lato! Te dwie pasje muszę więc jakoś żyć ze sobą w zgodzie. Skupiam się więc teraz na priorytetach, czyli letniej garderobie i odkąd uszyłam Maya Top, moją pierwszą bluzkę, w szafie zamieszkały już dwie nowe sukienki i jeden bardzo letni top. Kolejna sukienka wycięta, druga czeka w kolejce (o rany, ta nie daje mi spać, śnię o niej, marzę... nie powiem Wam na razie co to za wzór, ale wierzcie mi - cudo!), a zaraz po niej wezmę się za kolejną bluzkę z pięknego botanicznego materiału. Nie próżnuję, prawda?:) Totalnie mnie to owładnęło i nie wiem co począć, bo po prostu brakuje mi czasu na te wszystkie cudowne rzeczy. Wiem, że znajdę u Was zrozumienie!


(Rozpisałam się, więc chyba jednak uda mi się napisać!)
Postanowiłam stworzyć na blogu coś na kształt szyciowego pamiętnika, ze wszystkimi szczegółami. Raz, by mieć to wszystko zapisane na przyszłość (gdybym chciała zrobić powtórkę), dwa, że może przydadzą się Wam takie informacje. Opiszę nie tylko skąd, ile i z czego, ale również czego taki początkujący człowiek jak ja nauczył się na danym wzorze. Mam plan zmotywować Was do szycia - w poprzednim szyciowym poście pojawiły się głosy "chciałabym", "próbowałam, ale nie wyszło" itp, więc liczę na to, że na coś się mogę przydać :)

Mój trzeci projekt to top Ogden Cami. Trzeci, bo zaraz po Maya Top rzuciłam się na głęboką wodę i uszyłam długą, lnianą sukienkę, z takimi bajerami, że głowa mała. Wybaczcie tę "skromność", ale zrobiłam tam takie rzeczy, że już teraz nie boję się żadnego wzoru. Sukienka, czyli projekt numer 2, musi poczekać na lepszą pogodę i... sandały! Bo po zeszłorocznej wyprawie do Azji wychodziłam poprzednie tak bardzo, że nadawały się tylko do śmieci. Trzeba kupić nowe i wtedy nie powstrzymacie mnie przed pochwaleniem się moją Montavilla Muumuu - prawda, że urocza nazwa?

Po powrocie ze Szkocji planowałam zrobić zakupy szyciowe, ale jestem tak bardzo słaba w kupowaniu, że dwa tygodnie zastanawiałam się co wybrać! Po wycięciu sukienki zostało mi sporo lnu, tak akurat na jakiś nieduży top, więc zabrałam się do pracy. Po dwóch dniach bluzka była gotowa! Najczęściej jeden dzień poświęcam na wycinanie i obszywanie krawędzi, szyję innego dnia - raz, że nie zawsze mam kilka wolnych godzin, a dwa, że głowa i plecy się buntują. Chociaż często je ignoruję i potem wstaję połamana od stołu:)

Skoczyliśmy wczoraj na króciutką sesję w krzaki i w końcu mogę się nim pochwalić.


Top jest typowo letni, z cienkimi ramiączkami i dużym dekoltem zarówno z przodu jak i z tyłu. Idealny na gorące dni. Zwłaszcza, że zrobiłam go z lekkiego lnu. Swoją drogą bardzo lubię len i w ogóle nie przeszkadza mi jego gniecenie. To, jaki jest oddychający i przewiewny, rekompensuje wszystko. Plus ma miłą dla oka fakturę. Len to mój numer jeden na lato.

Ogden Cami jest moim zdaniem całkiem prosta, o ile umiemy czytać wzór i używać czasem googla. Wszystko jest jasno opisane! Wybaczcie mi od razu używanie angielskich słów na dane techniki czy elementy, ale od razu wpadłam w angielskie wzory i tutoriale, więc po prostu nie znam polskiego odpowiednika, pomóżcie w razie czego. Zrobiłam tu pierwszy raz cienkie ramiączka, które trzeba zszyć na lewej stronie i przeciągnąć przy pomocy agrafki. Da się, chociaż ten otwór wydaje się taki malutki! Bluzka ma na wysokości biustu lining (podszewkę?), który montuje się podobnie jak facing (podszycie), więc to już miałam opanowane. Każdy krok/ścieg ze wzoru można z łatwością znaleźć na youtube.

Pewnie to norma, ale uwielbiam te wszystkie oznaczenia, kropeczki i nacięcia, które każą we wzorze nanieść na wycięte kawałki! Dobre oznaczenie wiele ułatwia i nie musimy martwić się krzywo zszytymi bokami czy, jak w tym przypadku, ramiączkami.
I prasowanie! To jest nawet ważniejsze niż blokowanie w przypadku swetrów! Bez dobrego prasowania nie ma ładnego, równego szycia. Cierpliwość (i ból pleców) popłaca.

Len zakupiłam w angielskim sklepie Merchant & Mills, to Petrova 185. Sklep prostu powala pięknymi tkaninami, głównie lnem! Obsługa jest bardzo pomocna, wysyłają próbki, nawet dwa razy, gdy poczta postanawia je gdzieś zapodziać. Próbki są dla mnie niezwykle ważne, bo póki co nadal nie umiem na oko ocenić faktury czy gramatury.

Kilka słów o niciach. Raz, że chcę zapisać tu markę i numer, tak na przyszłość, dwa, że mam pewne przemyślenia. Użyłam nici Gutermann, numer 372. Popularne i tańsze nici Ariadny są naprawdę super, ale niestety mają bardzo ograniczony wybór kolorów. Jak dla mnie :) Moich szwów ma nie być widać, wybieram taki kolor, który dosłownie wtapia się w materiał. Potem prucie jest wyjątkowo czasochłonne, bo nie umiem rozróżnić, która nić jest od szwu, a która od tkaniny. Ale warto! Paleta jest bardzo obszerna, ale są droższe i mają tylko 100 metrów. Nie sprawdziłam za pierwszym razem i podczas szycia sukienki poszła cała szpulka. I to był koniec szycia tego dnia, sklep zamknięty!
Kupuję nici w galerii Magnolia we Wrocławiu, jest tam taka malutka pasmanteria i Pani sprzedawczyni cierpliwie dobiera razem ze mną kolor idealny. I tu uwaga - kolor na szpulce wcale nie musi być taki sam jak kolor Waszego materiału! Niesamowite jak nić się zmienia gdy spojrzymy na pojedynczą nitkę. Dlatego zawsze odwińcie kawałeczek i dopiero dobierajcie kolor. Czasami różnica jest ogromna! Zrobię kiedyś zdjęcie dla zobrazowania.


Z mojego krótkiego doświadczenia wiem, że zawsze idzie mniej materiału niż podają we wzorze. Mimo to nie ryzykuję, bo gdy paczka idzie z zagranicy, to wolę mieć pewność, że go nie zabraknie. Jak widać zrobiłam z materiału na sukienkę jeszcze top, więc nieźle przeszacowali :)

Na szczęście znowu czuwała nade mną Ania, która  poleciła użyć overlocka do lnu. Mogłam zrobić zygzak na maszynie, ale wkupiłam się bezczelnie w jej łaski i gdy tylko sama nic nie obszywa pukam nieśmiało do jej drzwi :) Przy tym topie opanowałam jednak obszywanie krawędzi na maszynie, bo było tu kilka trudno dostępnych miejsc, i nie chciałam ryzykować uciachaniem materiału. Niemniej obszywanie na overlocku jest o milion razy przyjemniejsze. A len obszyć trzeba. Pruje się i sypie na ściętych krawędziach okropnie.

Za każdym razem drukuję wykrój w drukarni wielkoformatowej i jeśli nigdy tego nie robiłyście, to naprawdę warto. Wycięcie wykroju trwa wtedy dosłownie kilkanaście minut, koszt takiego druku, w zależności od wielkości wykroju, to średnio kilkanaście złotych. Dziś Mateusz wydrukował mi dwa duże wzory i wyszło najwięcej, bo ponad 40 zł. Ale zaoszczędzony czas można sobie miło spędzić na szyciu kolejnej bluzki.


Myślałam, że zmęczenie mnie w połowie pokona, a tu proszę, milion słów! Nieźle:)

W kolejce na sesję czekają dwie gotowe sukienki. Muszę kupić sandały. Niedługo opiszę Wam też naszą Szkocką przygodę, zdjęcia już prawie gotowe. Nie jest łatwo jak się chce mieć z każdej podróży starannie przygotowane fotoksiążki. A zdjęć przywozi się kilka tysięcy.
Miłego wieczoru!
Marzena

wtorek, 10 lipca 2018

Lea w różu

Ponad tydzień temu nasze wakacje dobiegły końca. Wypoczęta i ogromnie usatysfakcjonowana wróciłam z przyjemnością do mojej ulubionej, domowej i Chmurkowej, "rutyny". Korzystając z dobrodziejstw i piękna drugiej strony świata, poświęciłam drutom bardzo mało czasu, w zasadzie... nic nie dziergałam! :) I wbrew temu co się może wydawać, wcale nie było to dla mnie przykre. Po prostu cała reszta pochłaniała mnie tak bardzo, że z przyjemnością zrobiłam sobie urlop od machania drutami!  

Nie przywiozłam więc nic nowego do pokazania, ale na szczęście w domu czekała druga wersja Lei, którą skończyłam w maju, ale nie miałam jeszcze okazji Wam jej przedstawić w pełnej krasie. Wczoraj podreptaliśmy nad Bystrzycę i w towarzystwie komarów wykonaliśmy krótką sesję...


Tym razem dziergałam z Goat on the Boat w kolorze Petal (oryginał wykonałam z Alpacino: klik!), obie nitki podkreślają dobrze ażur, układają się dobrze przy ciele i są dla niego delikatne. Nie wskażę faworyta, bo oba swetry bardzo lubię :)
 

Podobnie jak poprzednia wersja, i ta jest dość krótka, by pasowała do spódnicy i sukienki. Jak widać z lnianymi szortami też się dogaduje. Jako że koza i Alpacino mają te same parametry, nic a nic nie zmieniłam we wzorze czy próbce i dziergałam rozmiar S. 
Wiecie, że to mój pierwszy raz, gdy w szafie będę miała dwa takie same projekty? Zawsze musiałam dziergać coś innego, nowego. Poczułam, że potrzeba mi jeszcze jednego romantycznego (różowego oczywiście) niewielkiego sweterka, i cóż mogłam począć. Wzór już miałam :)

Pewnie ktoś pomyśli, że zwariowałam, przecież mam już tyle różowych swetrów! Ha, no niech będzie, mogę być szalona! Nic nie poradzę, że po prostu uwielbiam takie kolory! A jakby było mało w planach mam już kolejny... głowa po wakacjach pełna pomysłów i inspiracji. Dość precyzyjnie jawi mi się przed oczami mój kolejny projekt swetra i cóż mogę poradzić, że najlepiej mu będzie w słodkościach?

Idę więc kończyć kolejny kwadracik do kocyka, o którym Wam wspominałam jakiś czas temu, i szykować odpowiednią włóczkę na ta co nieuniknione. Przy okazji wpsomnę, że ruszyłam z produkcją kózki :) Także wypatrujcie za jakiś czas dostawy.

Miłego dnia!
Marzena

czwartek, 12 kwietnia 2018

Niedobry sweter, pracowita wiosna i spotkanie robótkowe

Ależ ostatnio jestem zabiegana! Nie chodzi mi tylko o pracę czy obowiązki - mój napięty grafik zawiera również wiele przyjemnych spraw. Niemniej czas mam zajęty od rana do wieczora, na szczęście w "obowiązki" wliczam zawsze zasłużony odpoczynek z książką, filmem czy Mateuszem na kanapie :).
Dzieje się u mnie wiele - od pracy na pełnych obrotach, przez domowe, remontowe sprawy, planowanie podróży życia, po szukanie nowego miejsca do farbowania, basen, ćwiczenia czy spotkania towarzyskie. I to nawet nie jest połowa. Uff!

Zaniedbałam odrobinę druty i bloga, dziergam niewiele i chyba dość wolno. Pamiętacie różowy sweterek z początku roku? 
 
Dłubałam i dłubałam, zmieniałam, prułam, poprawiałam, aż postanowiłam dać sobie spokój. Odłożyłam by spruć, ale postanowiłam najpierw ochłonąć. Sweterek był prawie gotowy, brakowało mu tylko rękawków i dekoltu, więc po kilku tygodniach leżakowania zamiast go spruć postanowiłam zrobić z niego klasycznego zwyklaka. Już prawie skończyłam, nie jest on niczym więcej niż kwadratem z rękawami, ale i takie mają swoje zastosowanie - są wygodne, klasyczne, codzienne. Jestem pewna, że będę w nim chodzić, bo po prostu takie lubię. A że nie ma w nim nic szałowego (choć taki był plan)? Cóż z tego! Jest mięciutki i różowy, to musi wystarczyć. 

Dziś pewnie zamknę oczka i będę musiała się zmierzyć z problemem "co dalej?". Jest plan na męski sweter, całkiem nowy projekt, ale póki co brak mi potrzebnego do kreatywnego myślenia czasu i lenistwa :) Nie lubię projektować na siłę, więc poczekam na odpowiedni moment, odpowiednią myśl i chęci. Wybiorę coś z listy ulubieńców na Ravelry i oddam się bezmyślnemu dzierganiu. Brzmi jak dobry plan, prawda? 

Całe to szaleństwo, które obecnie uprawiam wynika po części z faktu, że... uciekamy na koniec świata na ponad miesiąc! :) Do pracy (uzależnionej teraz bardzo mocno od daty wyjazdu), chęci rozwoju i codzienności doszło więc planowanie, załatwianie i organizacja wycieczek, noclegów, szykowanie, zakupy, szczepienia... W skrócie wszystko to co należy zrobić gdy jedzie się w tropiki na 35 dni i chce zwiedzić w tym czasie ze cztery kraje. Absolutnie nie mogę się już doczekać!
A gdzie lecimy? Chyba większość z Was wie z pewnego bloga (klik!), że rodzice mojego męża wyprowadzili się do Malezji (taka tam normalna sprawa:)). Jedziemy więc do nich, do Kuala Lumpur, które będzie stanowić naszą bazę wypadową. A w planach mamy podróż na Borneo, do Tajlandii, Singapuru i Indonezji (Jawa i Bali). O ludzie, ależ jestem podekscytowana. Nawet ten kilkunastogodzinny lot mnie nie przeraża tak bardzo jak sądziłam!

Zanim jednak ruszymy w daleki świat, w majówkę odwiedzimy rodzinną Ustkę, a w drodze powrotnej pojawimy się w Gdańsku, gdzie razem z dziewczynami z bloga Powłóczmy się organizujemy spotkanie robótkowe! Co Wy na to? Widzimy się? No powiedzcie, że tak! :) 

Spotkanie odbędzie się 6 maja w niedzielę, a wszystkie szczegóły - czas i miejsce - zostaną wkrótce ustalone i ogłoszone na facebooku, na stronie wydarzenia - klik! Śledźcie wydarzenie i dajcie znać czy będziecie. Liczymy na Was! Jak to jest zawsze na Chmurkowych spotkaniach, obecność jest obowiązkowa i każdy mile widziany. Jeśli nie macie facebooka, dajcie znać proszę tu, pod postem czy planujecie się z nami zobaczyć (tak, tak, planujecie). Mam nadzieję, że będę mogła się z Wami zobaczyć i wspólnie podziergać przy kawie!

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

środa, 1 lutego 2017

Angular

Na samym początku pojawiła się w mojej głowie myśl, że bardzo chciałabym chustę. Chustę dużą, idealną do otulenia. Nie gustuję w ażurowych szalach i otulaczach, od razu wiedziałam, że będzie to coś nowoczesnego, minimalistycznego. Potem powstał projekt, a jako że stworzyłam go w programie graficznym, mogłam z łatwością podmieniać kolory i znaleźć zestaw idealny!

Zależało mi na dokładnym, na tyle ile się da, odwzorowaniu grafiki. Kolory też musiały zostać na ustalonym miejscu, bo cały pic polegał na tym, by stworzyć efekt 3D :). By kolory tworzyły cienie udawanych trójwymiarowych zagięć. 

Niby to ja studiowałam matmę, ale to Mateusz jest w tej rodzinie mózgiem doskonałym, więc wspólnie z nim, polegając na jego umiejętnościach, wyliczyliśmy kąty, nachylenia i długości. Jakby ktoś nas z boku posłuchał nie uwierzyłby, że liczyliśmy oczka na chustę:). Padały słowa w stylu: "policz to z tangensa", "coś mi się nie zgadza z długością przeciwprostokątnej" itp. Matematyka naprawdę przydaje się w życiu! Ułatwia tyle spraw! Niby można inaczej, ale jeśli użyjemy do tego matmy... to działa się o wiele szybciej i dokładniej!

Angular ma wiele wspólnego z matematyką. Trójwymiarowość, geometryczne kształty, kąty... No ale zobaczcie sami!


Chusta jest bardzo duża! Zabrakło mi ręki by naciągnąć ją maksymalnie :) Oprócz tego jest też szeroka, przez co naprawdę można się nią owinąć. Chustę dziergałam z myślą o wiosennych leśnych spacerach, bądź letnich wieczorach, gdy będę cieszyć się świeżym powietrzem na balkonie.

Połączyłam cztery odcienie różu - każdy inny, od mocnego, neonowego, przez słodki, chłodny i bardzo jasny, aż po morelowy. Każdy z tych odcieni uwielbiam, a razem tworzą cudnie radosny zestaw. Chusta już noszona, aż miło owinąć się nią podczas zimowego spaceru :)

Umiejscowienie kolorów jest tu kluczowe - dwa środkowe kolory tworzą trójwymiarowy efekt (mam nadzieję, że i Wy to widzicie:)), dlatego wybrałam na to miejsce dwa najjaśniejsze kolory, tak by jeden był "cieniem" drugiego. Nie mogły być ani mocno kontrastowe, ani zbyt podobne. Jaskrawe i ciemniejsze odcienie ułożyłam na końcach chusty. Myślę, że ten mocny róż (La vie en Rose) nadaje jej charakteru - to kolor stworzony do chust!
Połączyłam Fino i Piccolo, są one zbliżone grubością i strukturą. Od lewej - Piccolo La vie en Rose, Fino My Austin Rose (miałam w zapasach mały kłębek po Lovely Huggers), Piccolo Jardins Des Tuileries i na koniec Fino I'm Blushing. Na największy trójkąt zużyłam ponad motek, a reszta nie przekroczyła 50 gramów. Myślę, że to dobry projekt na zużycie pozostałości po innych projektach.
 

Można ją nosić na każdy możliwy sposób!

Dziergało mi się ją szybko i bardzo przyjemnie! Łącznie z liczeniem, stworzenie chusty zajęło mi 14 dni. Myślę, że to całkiem przyzwoity czas prawda? :) 

Zdjęcia wyjątkowo wykonaliśmy w domu, ale nie ma takiej scenerii, w której Mateusz nie pokazałby co potrafi! Zawsze pomysłowy, zawsze cierpliwy, zawsze pięknie wszystko skadruje! Na szczęście to ja obrabiam zdjęcia w Photoshopie. Na szczęście, bo naprawdę bardzo to lubię :). 

Na koniec kilka kadrów z bliska:
 

Chętnie stworzę sobie jeszcze jedną... w miodowych odcieniach!!!

Pozdrawiam serdecznie,
Marzena

wtorek, 24 stycznia 2017

Róż, róż, róż i róż

Jakiś czas temu pokazałam to zdjęcie na facebooku i na instagramie. Zadałam pytanie tam, zadaję więc i tu - jak sądzicie, którą piękność wybrałam na swoją nową chustę? :) Wiecie jak ja uwielbiam kolory! Jak uwielbiam różowy! Każdy kolor z tego zdjęcia jest cudowny!

Z kolorami mam tak, że naprawdę mnóstwo odcieni mi się podoba. Nie przejmuję się zbytnio tym co mi pasuje, co gra z włosami, cerą, w czym mi dobrze. Czemu? Bo już taka jestem, jak będę chciała mieć sweter w danym kolorze, to go zrobię i będę nosić z przyjemnością, na przekór. 

Oczywiście jest kilka kolorów, których nie lubię, albo nie lubię siebie w nich. Ale za każdym razem liczy się moje zdanie, nie otoczenia. I wcale nie chodzi tu o to, że nie interesuje mnie czyjaś opinia. Kwestia gustu jest dla mnie bardzo ważna. Bo to przecież ja w tym chodzę, to ja tu mieszkam, to moje ciało, moja dusza:). Dlatego zgodnie ze swoimi przekonaniami i potrzebami na przykład nie maluję się ani trochę, nie robię sobie brwi czy paznokci, wróciłam z blondu do rudości, noszę słodkie róże, a omijam szmaragdy (jesteś ruda, musisz nosić zielenie!). Jeśli ja czuję się komfortowo to więcej mi nie potrzeba, naprawdę! I w drugą stronę jest tak samo - jeśli coś sprawiałoby że czułabym się nieswojo, to szybko bym z tego zrezygnowała, bez względu na to czy ogół twierdzi, że mi w tym dobrze, że powinnam, że tak należy. A guzik! :)
Taka postawa sprawia, że naprawdę łatwo przychodzi mi łączenie nieoczywistych rzeczy, wychodzenie przed szereg czy poza "bezpieczną strefę", lub łamanie tradycji. Są po prostu kwestie, które dotyczą wyłącznie nas. I jeśli dotyczą nas, to nasz zdanie jest najważniejsze!

Taka myśl przyszła mi przy okazji tego różowego zdjęcia. Bo odpowiedź na pytanie "którą piękność wybrałam na swoją nową chustę?" brzmi: KAŻDĄ! :)
Róż się łączy z bielą, szarością, czernią, a ostatnio modnie i pięknie łączyć go z żółtymi odcieniami. A ja sobie połączyłam róż z różem, różem i różem.

Chusta już prawie gotowa! Pomysł własny, będzie test :) 

Pozdrawiam,
Marzena

niedziela, 1 stycznia 2017

Baila

Mam taką zasadą, że zawsze fotografuje udzierg od razu po blokowaniu. Lubię jak jest taki świeży, nienoszony. To jest moje dziwactwo, nie sądzę by rzeczywiście miało cokolwiek wyjść gorzej, jeśli kilka razy przespaceruję się w nowym swetrze zanim zrobimy mu kilka zdjęć :) Ale lubię i już. Tym razem jednak było inaczej. Czasu na sesję zdjęciową nie było, a ja czapkę tak polubiłam, że nie śniło mi się nawet trzymać jej w ukryciu zanim doczeka się sesji! Czapka absolutnie jest moim faworytem, noszę ją cały czas, wzór jest piękny, prosty, wygodny, a wełna taka ciepła! Moja Baila, autorstwa Pauli Wiśniewskiej:

Nie mogę napatrzeć się na kolor i na tą trójwymiarowość wzoru - grubość wełny jeszcze to podkreśla. Świetnie wyglądają te "szczeliny", ten roztańczony wzór, a czubek leży idealnie, tworząc ciekawy kształt. Naprawdę bardzo podoba mi się Baila! Dziergajcie swoje!!!
 

Oryginalna Baila jest z Ankary od Julie Asselin. Niestety, tak jak już Wam wspomniałam Ankara została wycofana, co jest naprawdę smutne, bo włóczka jest świetna, mięsista i delikatna. Bardzo chciałam zrobić Bailę z tej samej włóczki. Okazało się, że w magazynie u Julie znalazło się jeszcze kilka motków, poprosiłam więc o motek w kolorze I'm blushing (wielbię ten odcień różu, złamię nawet dla niego zasadę i wydziergam drugi sweter w tym kolorze:)) i jeden motek na czapkę Mateusza, o której będzie innym razem. Pracowało się z tą nitką cudownie. Aż żal się z nią pożegnać...

A wiecie, że w tej włóczce jest moher? Nawet go nie widać, prawda? Włóczka ma bardzo mały włosek, nawet nie pomyślałabym, że taki właśnie ma skład (85% merino, 15% moher).


Czapkę robiłam przez dwa wieczory, wzór jest prosty, dzierga się bardzo przyjemnie, i przybywa bardzo szybko. Same plusy :). 


Wracam do kończenia rustykalnego, a Wam życzę miłego dnia i równie miłego Nowego Roku!

Pozdrawiam,
Marzena

poniedziałek, 19 września 2016

Mélanie

"Nie ma złej pogody na zdjęcia. Są tylko zbyt małe chęci" :)
Marzena

Dziś będzie o swetrze, który robiłam dwa razy. Począwszy od nabrania oczek aż po zblokowanie. Tyle, że ten pierwszy wyszedł w rozmiarze L, a ja póki co nadal noszę eskę. Sweterek wyszedł w każdym calu taki jak lubię, wszystko mi się podobało, ale nie podobała mi się myśl o dzierganiu go jeszcze raz. To było przed wyjazdem w podróż. Miałam już zaczętą nową robótkę, szal pełen szalonych kolorów, byłoby mi z nim ładnie podczas dziergania na plaży. Ale nie, tak nie można, przynajmniej u mnie. Musiałam przeprosić szal i poprosić go o cierpliwość, spruć calutki sweter, a następnie każdy spruty motek przemienić w precla i uprać, by włóczkę wyprostować. Schła zadziwiająco krótko, nie wyglądała już tak dołująco jak zaraz po spruciu. I zabrałam się za dzierganie swojego rozmiaru. Jest plus tej sytuacji - mam już jeden test elki :)

A czemu sweter mi się tak spodobał? Bo jest bardzo prosty, minimalistyczny wręcz, lekko nowoczesny i niesamowicie przytulaśny! Wiecie, że ja lubuję się w prostocie. Włóczkę na niego otrzymałam od Julie, która poprosiła mnie o zaprojektowanie "czegoś" z jej nowej włóczki, która będzie mieć premierę już niedługo. Włóczkę Wam już pokazywałam - to te malutkie, niesamowicie puchate moteczki moheru z jedwabiem w pudroworóżowym kolorze. Jako że sama włóczka jest cieniutka, to idealnie nadaje się na połączenie ją z dowolną ulubioną nitką i stworzenie misiowatego sweterka. Ja wybrałam Fino (kaaaaaaszmir!) więc miękkością i puchatością załamuje wręcz! Dałabym pomacać, gdybym tylko mogła, ale musicie mi wierzyć na słowo - puszek! 

Teraz już chyba wypada pokazać to co wymodziłam. Przedstawiam mój nowy projekt, który kojarzy mi się trochę z francuskim stylem, musiał więc otrzymać odpowiednie imię - Mélanie.
Weekend nadaje się na sesję idealnie, a że akurat było mokro i padał deszcz? Kto by się przejmował! Jest więc kukurydza, deszcz, błoto i my w tym błocie. Parasol, brudne buty i co najważniejsze, dobra zabawa.


 Nie będę kłamać - bardzo, ale to bardzo go lubię!

Sweterek jest delikatnie luźny, nie za długi by nie wisiał zbytnio - nie pasuje to do niego. Rękawy uroczo wywinięte, a kołnierz i dół przytulnie pulchne. Planowałam zrobić rękawy i kołnierz ozdobnym ściegiem, ale jak doszłam do tego momentu to nie mogłam się powstrzymać i wykończyłam całość minimalistycznie, nowocześnie.




Puchata włóczka nosi nazwę Anatolia i już zamówiłam ją do sklepiku. Zawsze myślałam, że moher to taka lekko podgryzająca wełna. Anatolia nie ma w sobie nic a nic z podgryzania, jest tak bardzo mięciutka i delikatna, że nie gryzie nawet mnie, człowieka przewrażliwionego. Połączona z kaszmirowym Fino jest jak obłoczek, ciągle kiziam go i miziam. Fino otrzymałam w kolorze Jardins des Tulieries, a Anatolię w nowym kolorze Balllerine - ten pierwszy był chłodny, lekko liliowy, a Anatolia pudroworóżowa. Po połączeniu dały coś idealnie pośrodku - jednocześnie chłodny i ciepły odcień różu. Myślę, że można ciekawie "modyfikowac" kolor i nadawać lekkiego trójwymiaru łącząc dwa różne farbowania.

Troszkę pojaśniałam na tych wakacjach. Miejscami mam niemalże platynowe kosmyki. Zaczęłam całkiem poważnie zastanawiać się nad jasnym blondem, takim niemalże białym...


Na koniec pozwoliłam sobie na chwilę szaleństwa (jakby sesja w deszczu i błocie nie była już wystarczająco szalona). Miałam już przemoczone spodnie, buty lepiły się do drogi, a w środku chlupotało, więc zwyczajnie je zdjęłam. A jak już je zdjęłam... Któż by mnie powstrzymał? :)
 

Ciepła kałuża, to jest to!

Mélanie oczywiście pragnie być przetestowana, jeśli tylko macie ochotę czekam na zgłoszenia. Wzór jeszcze nie jest gotowy, ale planuję uporać się z nim w ciągu tygodnia, góra dwóch. Pięknie proszę o maila na blogowy e-mail: welnianemysli@gmail.com

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena