niedziela, 4 grudnia 2016

Co za tydzień!

Bardzo dużo się ostatnio u mnie dzieje! Za dużo w zasadzie. A dodatkowo dopadł mnie akurat nastrój "nic mi się nie chce" :) Nie jest łatwo, ale prę do przodu. Prawko, angielski, praca, wzory, nowa strona (o tym już niebawem!) i wiele, wiele innych. Ciągle coś, ciągle dużo, ciągle w biegu.

Mimo to naprawdę szybko i z ogromnym zapałem dziergam nowy projekt. A ten projekt... to taka moja osobista perełka. Jeśli uda mi się to co sobie wymyśliłam, to będzie mój najbardziej oryginalny projekt. Oby! Proszę trzymać kciuki. Niestety pokażę tylko odrobinkę, nie powiem nic - planuję pochwalić się nim jak już będzie gotowy wzór. Prezentuje się o tak:

Kolor lekko przekłamany, trudno jest oddać ten raczej chłodny brąz przełamany kolorem oliwkowym i bordowym. Dziergam z połączonych dwóch nitek - jedna, ta brązowa to Milis Poivre, a ta malutka puchata to Anatolia Sommet. Jestem oczarowana tym moherem.

Czytam też, choć nie tak często jakbym pragnęła, naprawdę świetnie zapowiadającą się książkę "Zero" Marca Elsberga, jeden ze ślubnych prezentów. 

Trochę przerażająca wizja tego, w jakim kierunku idzie internet, podglądanie w sieci i wykorzystywanie danych osobowych. Jestem na tym punkcie wrażliwa, wiem, że nie da się w dzisiejszych czasach ograniczyć do zera kontaktu z tym światem, ale robię co mogę by ukryć ile się da. Chociażby takie szczegóły jak podawanie kodu pocztowego przy płatnościach kartą. Naprawdę jestem poirytowana gdy przez przypadek nie wyłączę lokalizacji w telefonie i dostaję powiadomienie o treści "wstaw zdjęcie miejsca w którym jesteś". Mnie to przeraża. To śledzenie, to dopasowywanie reklam i treści... Polecam książkę, mimo że jeszcze nie skończyłam. Bo czyta się naprawdę dobrze!

Jakby było mało to wzięliśmy się za układanie 6000 puzzli :). Mamy już za sobą kilka obrazów z zakresu 1500-3000 elementów. Następne w kolejce są 13200. Pokoju nam zabraknie! Zdjęcie wieczorem, z telefonu, ale przynajmniej widać ile miejsca zajęły prawie wszystkie elementy:


Jeśli nie widać na pierwszy rzut oka, to informuję, że to "Stworzenie Adama" Michała Anioła.
 
I na zakończenie pytanie: Czy ktokolwiek widzi sensowny powód by dorosnąć? :)

PS Witajcie ponownie rudości!
 
Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

niedziela, 27 listopada 2016

Dunaway

Któregoś dnia, już całkiem chłodnego dnia, Mateusz powiedział: "zimno jest, zrób mi szalik". Cóż więcej trzeba było dodawać? Nie mogę pozwolić przecież by mi marzł. Rzecz w tym, że ja naprawdę nie lubię dziergać szalików. Chust też nie, ale szaliki mają to do siebie, że są długie i nudne :). Nie można zrobić za krótkiego szalika, bo będzie po prostu niewygodny, a komin to nie jest ulubiony dodatek Mateusza. Gdy ja potrzebuję ogrzać szyje to dziergam właśnie kominy, taka forma bardzo mi odpowiada, bo noszę wszystko na kurtce, a nie pod nią. Z Mateuszem jest inaczej, szalik zawsze przy samej szyi, a kurtkę jakoś trzeba zapiąć. Ale niechęć do tej formy to nic, kiedy mąż w potrzebie! 

Chciałam by szalik był z cienkiej wełny (fingering) by nie zajmował pod kurtką dużo miejsca, by był długi, tak na 2-3 owinięcia, i żeby był ciepły. Wełna merino i kaszmir brzmią idealnie prawda? To jest właśnie cudowne w ręcznie dzierganych rzeczach z dobrej jakości materiału - nie grzeją nas grubością, a jakością! Akrylowy sweter, choćby nie wiem jak był gruby, to nie to samo co wełniany, nawet ten dziergany na trójeczkach. 

Miałam w swoim niewielkim koszyku z własnościową wełną Fino. Fino w pięknym kolorze Cailloux, które początkowo było swetrem. A że było za małym swetrem, to zostało sprute i posłużyło idealnie na nowy szalik. Nie prałam tym razem i nie prostowałam nitki, dziergałam z takiej pokarbowanej, co jest przykre dla oczu, ale po praniu znika absolutnie. Wszystko się perfekcyjnie wyrównało i wygładziło, a że dziergam ciasno to oczka wcale nie różnią się wielkością. No nieskromnie powiem, że wygląda jakbym dziergała ze świeżutkiej! To samo z jakością nitki - zniosła dzierganie, pranie, blokowanie, prucie, dzierganie, pranie i blokowanie idealnie :) Naprawdę ją uwielbiam!

I tak Mateusz doczekał się szalika o wyjątkowym składzie (merino, kaszmir, jedwab), o słusznej długości, zrobiony naprawdę ciekawym wzorem, który wybrałam bardzo szybko, bo jak tylko go zobaczyłam, to podjęłam decyzję. Zapraszam do obejrzenia naszego Dunaway autorstwa Julie Hoover:

Wzór jest dwustronny, z jednej mamy taki udawany "ściągacz", a z drugiej ścieg francuski. Lekko go zmodyfikowaliśmy - we wzorze są dwie wersje, wąska i szeroka, wybraliśmy tą pierwszą. Miałam inną próbkę, więc żeby szalik nie był za wąski dodaliśmy trochę oczek na szerokość. Dziergałam tak długo aż nie stwierdziłam, że już będzie okej. Moja długość to 185 cm.
 

Mateusz szalik przygarnął z wdzięcznością i zadowoleniem i wystawił notkę 10/10 :). Bardzo pasuje mu ten kolor. Nazwałabym to marengo, czyli mocno zszarzały niebieski, leciutko wpadający w fiolet.
Szalik jest lekki, ale właśnie rozładowały mi się baterie w wadze, więc mogę zgadywać tylko ile wełny na niego poszło... obstawiam, że na pewno mniej niż dwa motki Fino. Jak tylko kupię baterie, to podam na Ravelry dokładną wagę i metraż:).


 Zbliżenie na detale:
 
 

Bardzo prosty i naprawdę ładny ścieg, prawda? 

Wydzierganie tego szalika bardzo mnie cieszy, wiem, że posłuży przez dobrych kilka lat (proszę, nie zgub go, proszę, proszę, proszę!:)) i będzie grzał jak należy.

W dniu gdy skończyłam szalik, nabrałam oczka na grubaśną czapkę dla mnie. I skończyłam jeszcze tego samego dnia. Zdjęcia wkrótce!

Pozdrawiam,
Marzena

niedziela, 20 listopada 2016

Mélanie

Właśnie do mojego sklepiku na Ravelry trafiła Mélanie (klik!). Sweterek leciutki, mięciutki jak chmurka, niezwykle minimalistyczny, idealny dla każdego.

Nieważne czy dziergałaś kiedyś sweter! Ten uda Ci się na pewno :). Wiem to! Wśród moich wyjątkowych testerek były dziewczyny o różnych doświadczeniu w dzierganiu swetrów. Nikomu nie sprawił żadnych problemów, każda wersja wyszła równie piękna. Przekonajcie się sami i zajrzyjcie do galerii wzorów jak tylko dziewczyny podepną swoje projekty :). Klik!
Z każdym kolejnym zdjęciem, jakie mi podsyłały, co raz bardziej im zazdrościłam! Przeważają pudrowe kolory, ale jest też trochę ciemnych klasycznych odcieni. Dziewczyny! Bardzo, bardzo Wam dziękuję!
Wzór jest dostępny w 11 rozmiarach i łatwo go dopasować do swoich potrzeb. Póki co dostępna jest jedynie wersja w języku angielskim.

Jeśli zapragniecie wydziergać Mélanie z włóczek od Julie Asselin (na moją wersję użyłam 2 motki Anatolii i niecałe 3 motki Fino), po zakupie wzoru wystarczy w opisie do zamówienia podać swój nick z Ravelry, a ja naliczę 8% rabat i odezwę się do Was. Zniżka będzie obejmować tylko motki na ten projekt.

Miłego dziergania!
Marzena

poniedziałek, 14 listopada 2016

Trevor

Kolejny mój sweter od Joji! Znacie moje zdanie na temat jej twórczości! Miałam dylemat... dziergać z jej najnowszej mini kolekcji Trevora czy Granito? Wygrał ten pierwszy, nie mam w swojej szafie takiego kroju, nie mam też za dużo pasków. 

A dziergałam go równiutko miesiąc. Zaczęłam 7 października i 7 listopada kliknęłam na Ravelry "finished". Postanowiłam absolutnie nie kombinować z kolorami. Widziałam kilka projektów... i nie, to nie to samo co oryginał. Musiało być w szarości, minimalistycznie. Czyli normalnie wzięłam i zgapiłam :)


Zimno było okrutnie! W sumie mogło być gorzej, no jasne... ale chyba granica tolerancji na zimno mi się przesunęła:) Sesja więc tak krótka, jak tylko się dało. Jedno miejsce, jedno tło, ale Mateusz zawsze da radę.



To ostatnia sesja z blond włosami, nie wytrzymam, jutro farbuje się na jasny rudy! Rudość mi już w żyłach płynie, już chyba nie potrafię i nie chcę inaczej:)



Sweter od pewnego miejsca zaczyna się rozszerzać, w każdą stronę, ładnie faluje i układa się na dole. Rękawy u mnie, jak i w oryginale są długie, ciepło jest wtedy w łapki. Dziergałam z Fino i Piccolo - jasny szary to Fino Echo (Agata jeszcze raz dziękuję za uratowanie swetra i pożyczenie mi motka!), a ciemne paseczki to Piccolo w kolorze Fusain. Skróciłam dół i zamiast pięciu mam tylko cztery paski. I tak wyszedł długi.


Jak zwykle wzór świetnie napisany, jak zwykle Fino robi swoje. Miękko i wygodnie. Nadal nie przeszło mi uwielbienie do luzu! A obecnie na drutach szalik dla Mateusza, bo coś tam pod nosem mówi, że mu zimno, czy coś:). W głowie mam kolejny projekt, wełna czeka w koszyku. No weź szaliku, rób się szybciej!

Pozdrawiam,
Marzena

niedziela, 13 listopada 2016

Anatolia, czyli wełna miękka i leciutka niczym Chmurka!

Pierwsza taka włóczka u Chmurki... taka, to znaczy mocno puchata, mocno moherowa! Moherowo-jedwabna! Leciutka, mięciutka! Doprawdy ostrzegam, jedno dotknięcie i przypadamy. Ja przepadłam... Julie coś narobiła?! Już mam w moim koszyczku z wełną 5 motków tego małego cudu świata. Już mam w głowie projekt, już mam ochotę na kolejne. Póki co zostawiam je dla Was, macie szczęście, że ja z tych co nie chomikują wełnę :)

Jeśli kiedykolwiek baliście się moheru, baliście się szorstkości czy podgryzania, to polecam dać szansę tej włóczce, zmiana zdania murowana! No i ta ilość jedwabiu... włóczka puchata, milutka, miękka, a do tego śliska w dotyku i delikatnie mieniąca się. Znacie mnie, ja jestem wybredna, wrażliwa jak mało kto. A moją Melanie miziać i nosić mogę cały dzień, aż żal ją zdejmować.

Zapraszam więc do sklepiku: klik! Znajdziecie tam również więcej szczegółów dotyczących tej nitki. Kilka kolorów jest całkiem nowych, nieznanych Wam do tej pory :)

Jako że uważam, że Anatolia jest absolutnie mistrzem gdy połączy się ją z inną bazą stworzyłam kilka inspiracji kolorystycznych. Jak Wam się podobają? Ten pierwszy to mój własny, najmojszy!!!


Milis Poivre i Anatolia Sommet



Leizu Fingering Bielefeld i Anatolia Frisson.

Leizu Fingering Clair de lune i Anatolia Echo

Piccolo La vie en rose i Anatolia Confiture

Piccolo Aux Cayes i Anatolia Victoria

Dodatkowo wspomnę o tym, że kilka dni temu uzupełniłam Leizu Fingering, DK i Worsted. A i dodałam dziś dwa odcienie Fino - klik! Jeden tak bajkowo szmaragdowy, że przez kilka dni nie wiedziałam czy czasem to nie jego powinnam wybrać na najbliższy projekt :) Boréale!
Idę dziergać Mateuszowy szalik... muszę szybko skończyć. Muszę dziergać nowy sweter! :O

Pozdrawiam,
Marzena

niedziela, 30 października 2016

The best day ever!

Myślałam, że gdy już otrzymamy zdjęcia będzie mi łatwiej opisać ten dzień na blogu, że minie troszkę czasu i będę mogła zebrać myśli, ubrać w słowa to co czuliśmy i przeżyliśmy. Nic się nie zmieniło - nadal nie mogę ogarnąć swoim rozumkiem tego co się wydarzyło! :) Nie da się, nie potrafię po prostu słowami oddać tej radości, wzruszenia i uczuć, które nam towarzyszyły. Można mówić godzinami a i tak nie powie się nawet połowy, nawet odrobinę nie odda się tego co w sercu gra. Nie będę więc próbować, bo post nigdy by się nie skończył. Historię opowiedzą Wam zdjęcia, które z wielkim trudem wybrałam, ponieważ moim zdaniem dopiero obejrzenie całego reportażu może jakkolwiek przybliżyć atmosferę najważniejszego dnia w naszym życiu!

Jak wiecie ślub wzięliśmy na początku lipca, a przygotowywaliśmy się do niego kilka miesięcy. Wzięcie ślubu nie było dla nas tylko sformalizowaniem trwającego już długo i poważnie związku, ale pragnęliśmy stworzyć sobie najcudowniejsze wspomnienie na wspólne lata, i zdecydowanie nam się udało. Od początku do końca, w dokładnym tego słowa znaczeniu, chcieliśmy zorganizować ceremonię i przyjecie w naszym stylu, który zdecydowanie różni się od klasycznych ślubów i wesel. Wszystko na odwrót! W duszy gra nam zupełnie inaczej, nie moglibyśmy podjąć innej decyzji :). Pragnęliśmy również zrobić wszystko samemu... w tajemnicy przed wszystkimi! Zrobiliśmy i mimo ogromu pracy ani trochę nie żałujemy. Włożyliśmy w to mnóstwo serca i energii i stworzyliśmy ślub naszych marzeń. Ślub bardzo romantyczny i bardzo rustykalny!

A teraz, jeśli macie ochotę, cofnijmy się odrobinę w czasie...
Moje ślubne buty to lordsy, w pięknym delikatnym różowym kolorze z delikatnym połyskiem. Nie noszę obcasów, nie potrzebowałam więc ubierać ich w tak wyjątkowy dzień. Było mi w nich bardzo wygodnie. Uważam, że są bardzo dziewczęce i romantyczne.
Ślubny makijaż wykonałam sama. Na co dzień się nie maluję, nie chciałam zmieniać tego drastycznie w dniu ślubu, pomalowałam się więc bardzo delikatnie, tak by podkreślić to co trzeba i jednocześnie nie czuć się niekomfortowo. Chciałam wyglądać świeżo, dziewczęco i romantycznie, by wpasować się w scenerię ślubu...

Elegancja do nas nie pasuje, więc Mateusza ślubny strój to wcale nie garnitur, a starannie dobrany zestaw, w stylu casualowym. Najpiękniej mu w błękicie, który połączyliśmy z granatem i szarością. Pasek i buty były w ciepłym karmelowym kolorze. Wybór stroju Mateusza zajął nam więcej czasu niż zaprojektowanie mojej sukni. Chcieliśmy by pasował idealnie do klimatu ceremonii i przyjęcia (co zobaczycie niżej!). Nie było łatwo znaleźć i kupić pasujących do siebie pojedynczych elementów, ale udało się i Pan Młody wyglądał perfekcyjnie!

Moja fryzjerka ślubna przeszła samą siebie... marzyłam o upiętej fryzurze, w której będzie mi wygodnie podczas zabawy, o fryzurze romantycznej, plecionej, dziewczęcej i rustykalnej. Brakło mi słów jak zobaczyłam to co stworzyła. Na początku planowałyśmy dużo kwiatów we włosach, ale podczas przygotowań okazało się, że delikatne gałązki z drobnymi kwiatami to wszystko czego potrzeba. 
Od dawna wiedziałam w jakim stylu będzie moja suknia ślubna. Lekka, zwiewna i romantyczna (te słowa będą się przewijać przez cały wpis, bo taki był właśnie motyw przewodni). Projektowanie jej zajęło trochę czasu, w czym pomagała mi koleżanka z mężem i oczywiście Mateusz. Tylko trzy osoby wiedziały więc o sukni, i wcale nie żałuję, że Mateusz był właśnie jedną z nich. Pomógł mi wybrać taką, w której w jego oczach wyglądałam najpiękniej.

 Nie mogliśmy wymarzyć sobie piękniejszego miejsca! Kochamy przyrodę, zieleń, kwiaty i tak właśnie u nas było.


Ceremonia i przyjęcie odbyła się na świeżym powietrzu, w pięknym ogrodzie domu weselnego "Pod Brzozą" pod Słupskiem, wśród dziko rosnących drzew i krzewów. Podczas poszukiwań szukaliśmy miejsca, które będzie idealne jednocześnie na przyjęcie pod chmurką jak i ceremonię, tak by wszystko odbyło się blisko siebie. Gdy odwiedziliśmy to miejsce, zresztą odwiedziliśmy je jako ostatnie, to od razy wiedzieliśmy, że to tu właśnie spędzimy ten dzień.

Piękną pergolę, według naszego pomysłu, pomógł nam stworzyć tata Zbyszek. Nie chcieliśmy namiotów, dywanów, krzeseł i wazonów z kwiatami... chcieliśmy naturę! Ona jest przecież najpiękniejsza.
 Nasi cudowni goście!

Przyjęcie zorganizowaliśmy również sami, nie chcieliśmy wodzireja, nie chcieliśmy zespołu, chcieliśmy rodzinną atmosferę, luz i swobodę. Nasze pojęcie imprezy różniło się od tego na ogół przyjmowanego za normę. My kochamy rozmowy i śmiechy, niekoniecznie tańce, lubimy niewymuszoną zabawę i wygłupy. Chcieliśmy przyjęcia gdzie nikt nie czuje się nieswojo, robi tylko to na co ma ochotę, gdzie wypada wszystko. Nieważne czy to leżenie na hamaku, spacerowanie w pojedynkę wśród drzew, czy granie w gry. Początkowo obawialiśmy się odrobinkę czy takie odstępstwo od normy przypadnie gościom do gustu, chcieliśmy ich zaskoczyć, sprawić prawdziwą przyjemność, a przy okazji ani odrobinę nie zmuszać siebie samych do rzeczy, za którymi po prostu nie przepadamy. Nasi gości byli naprawdę cudowni, poczuli ducha tego naszego rustykalnego przyjęcia, w pełni korzystali z tego co dla nich przygotowaliśmy, bawiliśmy się cudownie. Jak pewnie zauważyliście nie obowiązywał u nas oficjalny strój, w zasadzie nic nie obowiązywało, oprócz dobrej zabawy i uśmiechu:)

Planowanie przyjęcia było bardzo czasochłonne, wszystkie, naprawdę wszystkie ozdoby wykonaliśmy samodzielnie. W przeddzień gdy wszystko przygotowywaliśmy, byliśmy zmuszeni wezwać pomocników (czego nigdy im nie zapomnimy!), ponieważ czas uciekał a pracy było o wiele więcej niż nam się zdawało. Każdy pomagał jak mógł, robił bez słowa skargi wszystko o co go prosiliśmy, naprawdę cudowni to pomocnicy. A efekt końcowy prezentował się tak:

Pogoda była niesamowita! I mówię tu naprawdę poważnie... Cały tydzień przed ślubem lało tak jakby nastała pora deszczowa. Mało tego, wiało okrutnie i było zimno. Praca nad dekoracjami zajmowała nasze głowy, ale gdzieś tam z tyłu kołatała myśl o tym, że taka pogoda może się utrzymać. A było to niemalże pewne, żadna prognoza nie wspominała o końcu deszczu. Wstaliśmy w piątek rano i nie mogliśmy uwierzyć... Widok z hotelu mieliśmy na morze i nadmorski las. Żadne drzewo się nie poruszało, na niebie była lekka warstwa strzępiących się już chmur, zza których zerkało na nas słonce. Cud! Temperatura była idealna, nie było upału, nie było chłodu. Nie umiem tego wytłumaczyć, było jak w bajce!

Zamiast wazonów na kwiaty mieliśmy przeróżne słoiczki i butelki, niektóre z nich udekorowaliśmy sznurkiem bądź koronką. Plastry drewna to również dzieło taty Mateusza. Menu oraz wszystkie papierowe dodatki, które znajdziecie na zdjęciach to praca naszych rąk. Wspólnie wymyśliliśmy styl, a następnie zaprojektowałam wszystko w programie graficznym. Trójkąciki z papieru tworzył Mateusz.

Na stołach oprócz ozdób, dzbanków i truskawek do przekąszenia nie było nic, stworzyliśmy bufety z dębowych stołów i drewnianych skrzynek po owocach.
Coca-cola w szklanych butelkach i papierowe słomki!
Mini bar z prossecco!
 
Zrezygnowaliśmy z wódki, zdecydowanie nie przepadamy za tym alkoholem, a w zamian zaproponowaliśmy gościom drink bar, do samodzielnego wykonania drinków, wino, whisky, cydr i piwo! Każdy znalazł coś dla siebie. Nie przyjmowaliśmy absolutnie do siebie zdania "wesele bez wódki, to nie wesele". Oczywiście, że można:) Goście bez problemu samemu tworzyli ulubiony napój korzystając z przygotowanych przepisów.

Jeden bufet szczególnie przypadł nam do gustu... oczywiście ten ze słodkościami! Chcieliśmy by ciasta były nie tylko smaczne, ale i tworzyły niepowtarzalny wystrój! Takie cudowności przygotowała dla nas Słodka Pestka z Trójmiasta. Pełno owoców, kwiatów i nietuzinkowych połączeń smaków... Piękniejszych ciast nie moglibyśmy mieć. Mimo że firma nie wiedziała dokładnie jak będzie wyglądać przyjecie, z naszych opisów idealnie wywnioskowała w jakim stylu i kolorystyce stworzyć wypieki. A jakie one były smaczne!


 
 
Zrezygnowaliśmy z klasycznego tortu, nie czuliśmy potrzeby. Odeszliśmy kompletnie od typowej formy przyjęcia weselnego, nie było oczepin, standardowych zabaw i harmonogramu. Wymyśliliśmy sobie wszystko na nowo:)

Muzyka była, ale w innej formie! Kupiliśmy w skupie płyt winylowych mnóstwo rock'n'rolla i jazzu. 

Zabawy i konkursy zorganizowaliśmy i prowadziliśmy samemu, absolutnie nie czułam się przez to zestresowana (byłam wyłącznie wśród najbliższych!) czy zmęczona natłokiem obowiązków. Wręcz byłam bardzo szczęśliwa, że mogłam mówić do rodziny i znajomych osobiście! 

Generalnie założenie było takie, by każdy robił to na co ma ochotę - była muzyka dla lubiących tańczyć (ostatecznie to my tańczyliśmy najwięcej), były miejsca do odpoczynku wśród drzew, gdzie można było w miłym gronie rozmawiać, ale były też gry plenerowe! Żałujemy, że nie zorganizowaliśmy ich więcej! Były bule:
Oraz mega bierki!
 Były też gry angażujące większą liczbę gości - na pierwszy ogień poszedł twister!

Był też mały turniej:
By zapoznać ze sobą gości zorganizowaliśmy gościobingo :) W rubryczkach znajdowały się pytania odnośnie gości, należało wpisać imię, które pasowało tam najlepiej. Każda grupa - moja rodzina, rodzina Mateusza i znajomi, otrzymali inną kartę, by wiedzieli jak najmniej. Nie mieli wyjścia, musieli podchodzić i pytać.
Ostatnią z uwiecznionych zabaw były kalambury. Późnym wieczorem przypomniało nam się, że mamy jeszcze limbo!

I jeszcze kilka kadrów z przyjęcia...



Ceremonia zaczęła się o 14:00 a przyjęcie trwało do północy. Idealny czas na przyjecie w ogrodzie! 

W sobotę i niedzielę odbyła się nasza sesja plenerowa. Nie czesałam się już i nie malowałam tak jak do ślubu. Było bardzo naturalnie. Naprawdę ciężko nam było wybrać zdjęcia do wpisu, ale z racji wielkości wydarzenia ten post i tak już jest bardzo długi, więc pokazuję tylko kilka kadrów:

 


 

Zdjęcie niczym z innej bajki!

Tak piękne zdjęcia wykonała Klaudia Rataj (klik!), która, gdy w wieku nastoletnim zaczynałam fotografować, była dla mnie wzorem do naśladowania! Śledziłam jej portfolio, podziwiałam styl i umiejętności. A w tym roku spełniła nasze marzenie i stworzyła nam piękną pamiątkę z tak ważnego dla nas dnia. Nie mogliśmy wybrać nikogo innego! Otrzymaliśmy również pięknie skomponowaną fotoksiążkę, będę ją oglądać codziennie:)

Post wyszedł długi, mimo że naprawdę starałam się więcej pokazać, niż powiedzieć. Jeśli macie jakieś pytania, lub jeśli chcielibyście dowiedzieć się czegokolwiek o organizacji lub o tym, jak nam się udało zrobić tyle samemu (w sumie nie mam pojęcia!) koniecznie napiszcie. 
Mam nadzieję, że podobał się Wam nasz post, i mimo że pokazałam tylko odrobinkę z tego wymarzonego dnia, miło Wam się czytało i oglądało.

Pozdrawiam ciepło!
Marzena

PS Na początku przyjęcia spaliłam sobie sukienkę! :)