sobota, 14 stycznia 2017

Moje narzędzia pracy

Ostatnio zrobiłam porządek z moimi narzędziami. Nie żebym wcześniej miała bałagan, ale postanowiłam posegregować, przejrzeć, dokupić i zaplanować przechowywanie. Już kilka dobrych lat należę do dziewiarskiego grona, więc mam za sobą pewne doświadczenia. Wiem na pewno jak nie lubię przechowywać moich narzędzi, które używam najczęściej, i czego na prawdę mi potrzeba. 
Jestem szaloną minimalistką, nie mam zapasów wełny, nie kupuję nic pod wpływem emocji, nie zbieram niepotrzebnych rzeczy. W kwestii narzędzi jest tak samo. A mowa oczywiście o drutach. 

Wypróbowałam już kilka sposób na przechowywanie drutów, nie sprawdził się u mnie wiklinowy koszyczek, nie sprawdziło się etui po płytach. To pierwsze jest zbyt sztywne, przez co druty blokowały się przy próbie wyciągnięcia splątanej pary. Nie mam problemu z plątaniem żyłek, nie osiąga to przecież poziomu splątanej wełny, ale to blokowanie między ściankami okropnie mnie irytowało. Rozsądnym sposobem jest przechowywanie w etui na płyty, wszystko jest posegregowane i bezpieczne, ale jakoś nie przypadło mi to do gustu - druty wysuwały się z koszulek, nie chciało mi się wertować stron, nie pamiętałam o wkładaniu na miejsce. To nie był mój sposób i tyle :). Potrzebowałam czegoś pomiędzy, czegoś w co łatwo zajrzę i szybko ustalę lokalizację potrzebnego rozmiaru, w co wygodnie wrzucę druty po skończonej pracy i co będzie po prostu ładne. Bo ja uwielbiam ładne rzeczy. 

Natrafiłam na świetny internetowy sklepik Rzeczownik z ładnymi biurowymi artykułami - klik! Zakupiłam dwie saszetki/piórniki w cudny figowo-roślinny wzór. Jedna większa na druty z żyłką i same żyłki, oraz mniejsza, taka akurat na druty wymienne. I teraz jest w końcu jak trzeba!
 
 

Ten sposób przechowywanie sprawdza się u mnie świetnie, bo jako że jestem człowiekiem lubiącym umiar, mam naprawdę, jak sądzę, mało narzędzi. A czym dokładnie pracuję? I jaka jest moja opinia? Już Wam mówię!

Przede wszystkim lubię druty wymienne. Jest to niesamowita oszczędność miejsca i pieniędzy. Łatwo również, podczas pracy, zmienić druty na większy rozmiar bez konieczności przekładania oczek na inny komplet drutów. Ja używam drutów wymiennych KnitPro. Marka ta przemawia do mnie najbardziej i ograniczam już swoje zakupy tylko do niej. Są solidne, czuć je w dłoni, co po prostu uwielbiam! A jakby tego było mało jakiś czas temu pojawiła się seria Zing, na punkcie której oszalałam :) Milej się przecież dzierga na kolorowych drutach prawda?



Mój zestaw wymiennych drutów składa się z drutów 3.5mm, 3.75mm (zing), 4mm, 4.5mm, 5mm, 5.5mm, 6 i 6.5 mm (zing). Druty 4 mm nie są pokazane, bo akurat dziergam nimi nowy szal.


Jeden drut już jest uroczo wygięty, oznacza to, że najprawdopodobniej niedługo wymienię ten komplet na nowy (oczywiście na Zing!). Jak widzicie mam tylko jeden komplet każdego rozmiaru, bo więcej po prostu nie potrzebuję. Dziergam jedną rzecz na raz, więc to w zupełności mi wystarcza. 

Dziergam wyłącznie metalowymi drutami, starsze komplety są już zmatowione, ale poza tym nie mam do nich żadnych uwag. 

Razem z drutami przechowuję w mniejszej saszetce miarkę do drutów, szydełko i drut warkoczowy. 

Do drutów wymiennych mam 4 żyłki, w dwóch kolorach, każda innej długości - 120, 100, 80 i 60 cm. 

Tutaj jest ta sama sytuacja co z drutami. Nie potrzebuję nic więcej, bo mając te 4 żyłki i 7 par drutów mam w sumie 28 par drutów :).

Docelowo planuję mieć tylko druty wymienne i żyłki, ale mam jeszcze oczywiście druty na żyłce z wcześniejszych lat, oraz te, które są zbyt cienkie by mogły być wymienne. 

Druty KnitPro Zing 3.5 mm, bardzo je lubię, końcówki są już bardziej żółte niż zielone, tak często ich używam. Po prawej również KnitPro, grubość 2.5 mm. Żyłki w KnitPro są w porządku - miękkie i elastyczne, ale po jakimś czasie (dłuższym) zdarza im się odczepić od drutów...
Zingi w cudnych kolorach - różowe 5 mm i miętowe 3.25mm. Uwielbiam! Chociaż w tych pierwszych coś się dzieje z łączeniem żyłki, jakby leciutko się wysuwa...

Druty po lewej to Addi Lace (3mm), w złotym kolorze, z czerwoną żyłką. Bardzo ładne, często ich używam, ciągle są w dobrej formie, ale Addi są leciutkie. Niektórzy mówią, ze to zaleta. Moje odczucia są inne. Chętnie bym Wam powiedziała co to za druty z prawej... ale nie mam pojęcia :) Addi albo Hiyahiya (3mm), też leciutkie, żyłka się trochę "łamie" i zagina.
Znowu druty Addi (2.5mm), tym razem srebrno-złote. Bardzo fajna żyłka, znowu zbyt lekkie, ale naprawdę lubię ich używać. Długo już są ze mną, podobnie jak te powyżej. No i ostatni komplet (nie mam pojęcia czemu mam dwa egzemplarze) HiyaHiya, rozmiar 5mm. Błękitna żyłka jest bardzo cieniutka i miękka. Podobnie jak Addi, są puste w środku, więc są leciutkie. Wolę ciężar i dźwięk stukania KnitPro.

Nie wiem czy w porównaniu z innymi dziewiarkami mam tych narzędzi dużo czy też mało, mi na dzień dzisiejszy nie potrzeba nic więcej, a nawet mam, jak zauważyłam, kilka par zbędnych (za dużo 3mm i 2.5mm :)). Na pewno w przyszłości dokupię kilka par grubszych drutów, od 7 do 10 mm. 

Oprócz tego mam też słoiczek z niewielką ilością markerów, w kilku kolorach bym mogła sobie odpowiednio przystrajać robótkę:
No i oczywiście metr krawiecki i igły dziewiarskie do zszywania. Z dodatkowych rzeczy nabyłam też jakiś czas temu "maszynkę" do pomponów. A ostatnio dodatkowo zakupiłam szkicownik, by nie uciekały mi pomysły! Wszystko co przyjdzie mi do głowy maluję i notuję jak należy:

Ciekawa jestem Waszych sposobów na przechowywanie i opnii na temat poszczególnych drutów. Przyznajcie się, ile macie narzędzi pracy?:)

Pozdrawiam,
Marzena

czwartek, 12 stycznia 2017

Tajemnicza zawartość i coś jeszcze

Jeśli macie ochotę zerknąć na zawartość tajemniczego pudełka, jeśli ciekawi Was co w sobie kryło, to zapraszam poniżej :) Jola prezent już otrzymała, mogę więc bezpiecznie pokazać moje podarunki. 

Czerwone pudełko kryło w sobie kilka rzeczy, a każda, mam nadzieję, bardzo dziewiarce potrzebna!
Nie mogło więc przede wszystkim zabraknąć mięciutkich precli... Misy, chmurkowej misy, która by te precle, przewinięte w motki, pięknie przechowywała. A podczas dziergania, by jeszcze bardziej umilić ten proces (da się w ogóle?:)), morze oczek ozdabiać będą koraliki, z sową na czele. I wszystko to osłodzone zostało małym co nie co.

Wełna to Leizu Fingering Nuances w kolorze Surprise Gradient, czyli piękne miodowe odcienie, zielenie, przełamane szarobłękitnym. Markery dostępne są u chmurki i nazywają się Pani Sowa, a misa nosi słodką nazwę Lukrowane kłosy. Nie widać kłosów na zdjęciu, ale ozdabiają one całą misę - możecie zobaczyć tu: klik!

Joli, jak już wiem, bardzo przypadła do gustu ta tajemnicza zawartość. Bardzo mnie to cieszy! Niech się pięknie dzierga i cieszy oko jak najdłużej :)

Wspomnę jeszcze, że... skończyłam dwa dni temu mój tajemniczy sweter!!! Ależ mnie to cieszy! Dziś go odszpiliłam i ubrałam - jest taki jak być powinien! Planuję pokazać go dopiero po testach, nie mam najmniejszego pojęcia jak ja to wytrzymam, ale chcę spróbować. Będę też potrzebować testerek... :)

A już w głowie mam plan na następny sweter, ale zanim go zrobię... (proszę się nie bać, to może zabrzmieć groźnie) projektuję swoją własną chustę! Wiecie, że nie jestem (nie byłam?) fanką chust, ale coś mnie zaczyna do nich ciągnąć. Mam też pomysł, który bardzo mi się podoba, muszę się tylko w końcu zdecydować na kolory. Proszę wysłać mi trochę zdecydowania.

Pozdrawiam,
Marzena

niedziela, 1 stycznia 2017

Baila

Mam taką zasadą, że zawsze fotografuje udzierg od razu po blokowaniu. Lubię jak jest taki świeży, nienoszony. To jest moje dziwactwo, nie sądzę by rzeczywiście miało cokolwiek wyjść gorzej, jeśli kilka razy przespaceruję się w nowym swetrze zanim zrobimy mu kilka zdjęć :) Ale lubię i już. Tym razem jednak było inaczej. Czasu na sesję zdjęciową nie było, a ja czapkę tak polubiłam, że nie śniło mi się nawet trzymać jej w ukryciu zanim doczeka się sesji! Czapka absolutnie jest moim faworytem, noszę ją cały czas, wzór jest piękny, prosty, wygodny, a wełna taka ciepła! Moja Baila, autorstwa Pauli Wiśniewskiej:

Nie mogę napatrzeć się na kolor i na tą trójwymiarowość wzoru - grubość wełny jeszcze to podkreśla. Świetnie wyglądają te "szczeliny", ten roztańczony wzór, a czubek leży idealnie, tworząc ciekawy kształt. Naprawdę bardzo podoba mi się Baila! Dziergajcie swoje!!!
 

Oryginalna Baila jest z Ankary od Julie Asselin. Niestety, tak jak już Wam wspomniałam Ankara została wycofana, co jest naprawdę smutne, bo włóczka jest świetna, mięsista i delikatna. Bardzo chciałam zrobić Bailę z tej samej włóczki. Okazało się, że w magazynie u Julie znalazło się jeszcze kilka motków, poprosiłam więc o motek w kolorze I'm blushing (wielbię ten odcień różu, złamię nawet dla niego zasadę i wydziergam drugi sweter w tym kolorze:)) i jeden motek na czapkę Mateusza, o której będzie innym razem. Pracowało się z tą nitką cudownie. Aż żal się z nią pożegnać...

A wiecie, że w tej włóczce jest moher? Nawet go nie widać, prawda? Włóczka ma bardzo mały włosek, nawet nie pomyślałabym, że taki właśnie ma skład (85% merino, 15% moher).


Czapkę robiłam przez dwa wieczory, wzór jest prosty, dzierga się bardzo przyjemnie, i przybywa bardzo szybko. Same plusy :). 


Wracam do kończenia rustykalnego, a Wam życzę miłego dnia i równie miłego Nowego Roku!

Pozdrawiam,
Marzena

piątek, 30 grudnia 2016

Co jest w pudełku? / What's in the box? Podsumowanie!

Najbardziej niesamowite w tej zabawie było to, że tak wspaniale poczuliście klimat, tą tajemniczą atmosferę! Każdy komentarz czytałam z uśmiechem na twarzy :). Postanowiłam oprócz głównej nagrody, czyli tajemniczego pudełka, wręczyć jeszcze trzy małe upominki. Nie potrafię się opanować! 

[Eng] *The most unbelievable thing about this game was how amazingly you felt the mood, the mysterious atmosphere! I read every comment with a smile on my face. I decided to give, besides the main prize, the secret box, a three other small gifts. I just can't resist!*

A teraz, żeby nie przedłużać i wyjawić jedną z tajemnic, ogłaszam wyniki! Tajemnicze pudełko, z całą swoją zawartością trafia do autorki tego tekstu:

*And now, not to prolong and toreveal one of the secrets, I will announce the winners. The mysterious box with its mysterious content goes to the author of this description:*


Exupery w "Małym księciu" powiedział, że "zawsze ulega się urokowi tajemnicy." To prawda, tajemnica kusi, wabi, czaruje... Powoduje, że chcemy zajrzeć do pudełka, jakby było szkatułką lub bombonierką. "Niby nic, a jednak zerkasz jak się dostać do pudełka, odkryć tajemnicę słodką, delikatnie zdjąć złotko"... Więc zerkam do Twojego, Chmurko, pudełka i - podobnie jak Mały Książę - szukam w nim swojego baranka: marzeń, ciepłych myśli, magii dni świątecznych. I znajduję... "To jest skrzynka. Baranek, którego chciałeś mieć, jest w środku." Więc dziękuję Ci za tę wspólną tajemnicę i życzę Świąt Najpiękniejszych.


 Jolu, gratuluję! 
A poniżej trzy teksty, które zostały wyróżnione. Pierwszy należy do autorki bloga Nordstjerna. Za niesamowity talent!

*Congratulations, Jola! And below are the three small gift winners. First to the author of Nordstjerna blog for the talent!*


Pudełko. Puszka Pandory.
Czerwone wieczko kusi, by je podnieść.
Uchylić leciutko, zajrzeć w ciemne wnętrze.
Tylko na chwilkę, tylko na chwileczkę...
I zaraz opuścić. Może nie uciekną.

Kot mruczy, ociera burym noskiem o twardy kant pokrywy. Mruczy. Kusi. On też?
Otworzyć?

Nie.
Nie rób tego.
Podniesiesz - wyfruną.
Nawet się nie obejrzysz,
nawet nie zdążysz pomyśleć.
- "Co ja zrobiłam najlepszego?!"

...


Wyfrunęły.
Krążą w powietrzu, furkoczą pod sufitem, zderzają się w locie, wirują wokół głowy.
Powietrze wibruje.
Szumi w głowie. Świszcze. Szeleści. Grzmi. Huczy. Nie da się tego wytrzymać, niech coś się stanie!...

Błysk. I cisza.
Coś spadło. To deszcz?
To... Pomysł.

Patrzysz na niego. Dotykasz. Głaszczesz.
Mruczy jak zadowolony kot.
Oswojony.
A kot też już mości się na kolanach. Wie, że Pomysł jest jego sprzymierzeńcem.
I Czas.
  

Kolejny upominek trafia do Pauliny, która odpowiedziała z niesamowitą wręcz dokładnością na pytanie "co jest w pudełku?", nie pisząc co jest w pudełku:)

* The next gift goes to Paulina, who answered with astonishing precision to the question "What's in the box" without saying what's in the box:)*


Pudełko skrywa w sobie to co jest najpiękniejszego w obdarowywaniu: szczęście osoby otwierającej prezent, błysk wzruszenia w jej oczach, to ciepło, które czuje się w okolicach serca, widząc, że prezent jest trafiony. Och, jak ja lubię dawać prezenty! :D
A skoro pudełko jest prezentem od Chmurki to wiadomo co w nim jeszcze jest! Jest tam szczęście Dziewiarki liczone w metrach i gramach (choć obdarowana Dziewiarka poczuje się tak wspaniale jakby to były KILOmetry i KILOgramy). Puszyste jak śnieg, mięciutkie jak futerko wielkanocnego króliczka (no, bo kto wie czym nas pogoda na święta uraczy ;)), kolorem idealnie wpasowujące się w dekorację choinki Dziewiarki (bo przecież do choinki pasują wszystkie kolory i każdy będzie w sam raz :))
Jest tam też coś błyszczącego... czyżby to był blask kominka odbijający się w oczach Dziewiarki? A może lampki rozświetlające choinkę? Albo skrzący się w piękny, świąteczny dzień śnieg? Nie, to są małe błyskotki, biżuteria Dziewiarki, która ubogaci wcale nie świąteczną kreację, ale projekt, nad którym Dziewiarka właśnie pracuje. Takie maleństwa, a taką wielką radość przynoszą.
Jest tam coś jeszcze... coś chmurkowego, choć wcale nie miziastego i puszystego ;) To aromat zimowego wieczoru, ciepło relaksujące Dziewiarkę na sam koniec dnia, chwila wytchnienia i troska, o to, aby się Dziewiarka nie odwodniła w razie zapamiętania się w dzierganiu :)
Na dnie pudełka znajduje się jeszcze magiczny list. To słowa, które pozwolą zamienić wszystkie pozostałe przedmioty najpierw w umilacze wieczorów, a następnie w dzieło sztuki użytkowej, pozwalające przetrwać zimę w cieple i radości.
Czy ktoś się jeszcze dziwi, że Dziewiarka już od kilku chwil siedzi z pudełkiem na kolanach i nie może wyjść z zachwytu? Mizia, wzdycha, wczytuje się w zaklęcia, snuje plany i czuje, jak wielkie puchate szczęście opatula jej serce. Pudełko, które do niej trafiło wywołało wzruszenie, tak jak to często się zdarza, kiedy Dziewiarka ma do czynienia z pięknem w czystej postaci. To jest właśnie magia świat!
 


Trzeci upominek leci do Moniki, która zdecydowanie mnie rozbawiła!

*The third gift goes to Monika, who honestly amused me!*


The box is hiding a wonderland just like the one Alice entered! Endless world of possibilities! Magic! Ultimate beauty! When you touch the box your endorphins are going crazy! The feeling of happiness is so strong that yo can't stop sqeeek and tap dancing. Looking at box makes you smile and the smiles is like glued to your face! I'm going to dream about the box! It's better than chocolate! 


Wszystkim Wam bardzo dziękuję za ten magiczny, tajemniczy czas, pełen pięknych słów! Jolę, Ewę, Paulinę i Monikę proszę o kontakt w sprawie wysyłki tajemniczych skarbów na maila welnianemysli@gmail.com.
A to jest w pudełku pokażę Wam dopiero wtedy gdy Jola otrzyma już swoją paczuszkę. Pozwólmy jej do końca, do ostatniego momentu cieszyć się tajemniczym pudełkiem :).
 
*Thank you all for that magical, mysterious time, full of beautiful words! Jola, Paulina and Monika please contact me to receive the secret treasures on welnianemysli@gmail.com. I will show you what's in the box only after Jola receives her package. We should let her enjoy the mysterious box until the last moment :)*

Pozdrawiam Was ciepło / Warm greetings
Marzena 

czwartek, 29 grudnia 2016

Opowieści z lasu

Myślę o lasach, drzewach i ziemi gdy dziergam ten sweter. Jeszcze go nie skończyłam, a już bardzo go lubię. Już wiem nawet jak wyglądać będzie sesja zdjęciowa. Połączenie tych dwóch nitek było przypadkowe, nie planowałam tego, ale bardzo się cieszę, że taki pomysł zrodził się w mojej głowie. Rustykalny kolor, rustykalny splot, rustykalny sweter. Nietypowo dziergany, nietypowym sposobem. 

Dziergam z przyjemnością, bez większego pośpiechu, ale każdy dzień bez drutów trochę mnie smuci. W Ustce nie podziergałam za wiele, w zasadzie wydziergałam może kilka rzędów. A ja przecież nie mogę się już go doczekać! 

Zbliżam się powoli do końca. Jeden rękaw już dynda wesoło, tak przytulaśny i cieplutki... idealny na wieczorny spacer po lesie. Póki go nie skończę, nie wypiorę, nie zblokuję nie mogę stwierdzić czy pomysł udał się w stu procentach, ale wszystko wskazuje na to, że to będzie właśnie to!

Nadmorski, piękny Ustecki las, uwieczniony przez naszego ślubnego fotografa, ozdabia naszą ślubną fotoksiążkę. Cudna pamiątka, z duszą, klimatem i niesamowitym wyczuciem estetyki. O wiele lepsza niż klasyczny album. Chętnie do niej wracam... :)

Czas na kawę, czas na druty. Może uda się skończyć sweter w przeciągu kilku dni? Byłoby cudownie! 

Pozdrawiam,
Marzena

środa, 28 grudnia 2016

Pozytywnie

Jestem jedną z tych, którzy nie gustują w postanowieniach noworocznych. Każdy moment w roku jest dobry by chcieć coś zmienić, coś zrobić dla siebie czy innych. Nigdy nie przywiązywałam znaczenia do daty z dwoma jedynkami z przodu. Bo jeśli chcemy coś zrobić to czemu nie teraz? Po co czekać? Jeśli naprawdę mamy siłę, ochotę i potrzebę, to teraz, zaraz! Ten post jest po to by pokazać Wam, że chcieć znaczy móc, czy jakoś tak! Być może brakuje komuś pewności siebie lub zwyczajnie kopniaka na rozbieg. Służę pomocą!

Moje wewnętrzne wołanie o zmianę nastąpiło we wrześniu. Miałam dwa silne postanowienia, wielką chęć zrobić coś dla siebie dobrego! Po pierwsze - wziąć się na poważnie za naukę angielskiego. To jest moja wielka słabość, niby coś umiałam, ale nie czułam się w tym ani odrobinę. Więc co? Zapisałam się na indywidualny kurs i 8 lub 12 razy w miesiącu uczę się pilnie. Postępy cieszą niesamowicie, ale wiem, że jeszcze dużo przede mną.

Drugą ważną dla mnie sprawą było zrobienie prawa jazdy. Było kilka powodów, dla których nie zrobiłam tego w "standardowym" momencie, czyli na osiemnaste urodziny. Potem były studia, inne wydatki, a do tego o aucie co najwyżej mogliśmy pomarzyć, nie miałam po prostu potrzeby robić kursu w tamtym czasie - szkoda byłoby zdać prawko tylko po to, by nie jeździć i po roku "zapomnieć" co, jak i gdzie, stracić pewność siebie.

Po otworzeniu sklepu najbardziej odczułam brak prawa jazdy, mimo to nie od razu poszłam na kurs, bo rozsądek podpowiadał by zaczekać mimo wszystko na to ustrojstwo, co ma 4 kółka i kierownicę. Tak, uważam, że robienie prawka w momencie gdy na horyzoncie nie widać auta, nie ma większego sensu. Bo czym ja będę jeździć? Na czym nabiorę wprawy i pewności? Nawet nie mamy, tu we Wrocławiu najbliższej rodziny, która od czasu do czasu użyczyłaby swojej własności, choćby na chwilę. Miałam już wtedy postanowienie, że jak tylko kupimy auto, albo będziemy je na poważnie planować, od razu zapisuję się na kurs.

Niedługo po podróży poślubnej zaplanowaliśmy zakup samochodu, więc po prostu zrobiłam to co zamierzałam zrobić. Jak szukałam szkoły? Zapytałam kilku znajomych i w zasadzie otrzymałam tylko kilka rad, nic konkretnego, ale przynajmniej wiedziałam, żeby omijać z daleka duże szkoły. Powód jest bardzo rozsądny - w dużej szkole najczęściej nie ma przypisanego instruktora do kursanta. Co każdą jazdę zmienia się nauczyciel, a to wydawało mi się trochę niedorzeczne. Przez 30 godzin instruktor poznaje słabości i umiejętności kursanta, wie na czym skupić się najbardziej, jak tłumaczyć by dotarło, czego nie robić, by nie stresować i nie zrażać.

Wybrałam szkołę, która znajduje się stosunkowo blisko mojego miejsca zamieszkania. Zajęcia z teorii są najczęściej wieczorem, musiałam mieć więc przyzwoity dojazd, by nie tracić niepotrzebnie czasu i energii. Teoria była bardzo przyjemna! Poruszam się już długo po mieście rowerem, znałam większość przepisów, a przynajmniej tyle ile by wypadało. Jako że naprawdę uwielbiam uczyć się rzeczy na pamięć (kraje świata mam już w małym palcu:)) to nauka znaków czy zasad nie sprawiała większego problemu. Co nie znaczy, że problemów nie było. Musicie wiedzieć, że obecnie egzamin teoretyczny jest po prostu niedorzeczny. Nie sprawdza logicznego myślenia, tylko czeka aż potkniecie się na zawiłości pytania. Dodatkowo baza pytań została wzbogacona o tak absurdalne rzeczy jak na przykład wszelkiej maści długości, szerokości i inne wymiary rzeczy, o których nie wie najprawdopodobniej nikt oprócz mechaników. I mnie. Tak jak pisałam, dobrze mieć łeb przystosowany do pamięciówek. Inaczej wszelkie lampy ksenonowe, odległości rzeczy x od rzeczy y, kolory spalin, czy cholera wie co tam jeszcze, mogłoby pójść w niepamięć. A tak siedzą w mojej głowie i czasem droczą się z Mateuszem lub innymi kierowcami ze stażem:).

Zaraz po skończeniu zajęć teoretycznych miałam jazdy, a że kurs wybrałam przyspieszony (co się będę lenić) dwugodzinne przejażdżki miałam niemalże codziennie.
Pierwsze pytanie jakie otrzymałam po przywitaniu było: "siadasz z lewej czy prawej?". Jazdy zaczynałyśmy w bardzo ruchliwym miejscu, na Nowym Dworze, z mnóstwem pasów, skrzyżowań itp. Instruktorka chciała wiedzieć czy wolę przejechać się z nią chwilę, wjechać na nieuczęszczane uliczki i tam dopiero przygotować się do jazd i dowiedzieć się co powinnam robić by móc poruszać się po drodze. Oczywiście, że wybrałam pierwszą opcję i od razu siadłam za kierownicą! :) Uprzedzam pytanie - nie, nigdy nie jeździłam. Nie, nie ćwiczyłam w domu. Po prostu nie ma sensu się bać i nastawiać negatywnie. Nie umiem, jasne, ale mam instruktora, mam L na dachu, mam chęć i motywację. Przede wszystkim liczy się nastawienie! Nie umiem? To się muszę nauczyć. Ot cała filozofia. Poszłam na kurs właśnie z taką myślą. Idę. Uczę się. Zdaję. Koniec kropka.
A miałam po prostu cudowną Panią Instruktor! Na Pani byłyśmy tylko przez chwilę, bo instruktorka okazała się tylko odrobinkę starsza ode mnie. O ludzie! Co może się stać gdy wsadzi się do jednego auta dwie niesamowite gaduły z tendencją do robienia żartów? No właśnie :) Bardzo mi było żal, gdy kończyłam kurs.

Pierwsze jazdy były bardzo chaotyczne, dopiero oswajałam się z toyotką, dopiero uczyłam się co powinnam robić i w którym momencie. Standard. Zanim coś wejdzie w nawyk błędy się zdarzają, nie ma co się załamywać. Miałam i ja chwilę słabości bo bardzo mnie irytowało, że nie umiem jeszcze wyczuć jak mocno skręcać kierownicą, czy jak szybko odpuszczać sprzęgło. Zawsze najważniejsze jest nastawienie. Ja jestem wielką optymistką i zamiast szukać problemów, po prostu staram się ich unikać. A jak są - rozwiązać. Cała filozofia!

Po kilku godzinach wiedziałam, że to jest to co lubię! No normalnie uwielbiam siedzieć za kółkiem. Nie szło mi czasem, jasne, ale i tak lubiłam. Może ma to jakiś związek z tym, że lubię techniczne rzeczy, że się ich nie boję, że coś tam rozumiem i zamiast uczyć się jeździć na pamięć, staram się pojąć jak to działa.
Pod koniec jazd Agata zabrała mnie nawet na autostradę, taki bonusik dla nieusatysfakcjonowanej korkami, skrzyżowaniami i ruchem ulicznym Marzeny. 

Cały przyspieszony kurs trwał około 6 tygodni. Przyszedł czas na egzamin. Bardzo zależało mi na zdaniu prawka przed świętami i przede wszystkim na jak najkrótszym odstępie między ostatnimi jazdami a egzaminem. Wspomnę jeszcze, że obecnie w szkołach jest coś takiego jak egzamin wewnętrzny. Bez zdania tego egzaminu nie można podejść do oficjalnego. Początkowo bardzo mnie to zirytowało. Myślałam, że to tylko chwyt szkół, by kursanci dokupowali kolejne godziny i by nie psuli im statystyk zaliczania. Pod koniec jazd zmieniłam zdanie. Cieszę się, że mogłam się sprawdzić przed oficjalnym, płatnym egzaminem i poczuć trochę tego stresu. Po zaliczeniu wewnętrznych przyszedł czas na spotkanie z wordem!

I tu pojawia się kolejna irytująca zmiana w całym tym systemie. By UŁATWIĆ kursantowi sprawę stworzono profil kandydata na kierowcę. Co to jest? A taki numerek, który należy załatwić w starostwie. Jakie jest to ułatwienie? A takie, że musisz pojechać jeden raz więcej do starostwa niż wcześniej. Później by móc zapisać się na kurs teoretyczny (a można przez internet) musisz pojechać osobiście do swojej szkoły jazdy, by podpisać zamknięcie profilu kandydata. Dopiero wtedy szkoła może wysłać do starostwa informację o zakończonym kursie. Czyli jaki jest bilans? Bo mi się wydaje, że kandydat jest na minusie, jeśli chodzi o czas i energię. Terminy znikały a ja czekałam aż w szkole skończą się kontrole i będę mogła na spokojnie przyjechać zamknąć ten cudowny profil. Na praktykę zapisać się można dopiero po zdaniu teorii, tak więc mając w perspektywie egzamin za tydzień, wiedziałam, że po prostu nie dam rady przed świętami z praktyką. Już w tamtym momencie wolne terminy były dopiero na 22 grudnia.

Jako że nie dało się nic z tym robić, postanowiłam po prostu odpuścić, mimo że bardzo irytuje mnie polska biurokracja. Bardzo niepokoiła mnie ta część egzaminu. Pytania są podchwytliwe, a większość z nich nieznana. Praktyki się nie bałam, ale teoria mnie naprawdę przerażała. Wygląda to teraz tak, że mamy ekran dotykowy, mamy 20 sekund na zapoznanie się z pytaniem, potem 15 na udzielenie jednej odpowiedzi. Jeśli nie odpowiemy, mamy zero punktów, do pytania nie można już wrócić.
Ostatecznie w dniu egzaminu wyparowało zdenerwowanie, ze świeżą głową, bez żadnych negatywnych myśli, ze spokojem i bez pośpiechu udało się mi się za pierwszym razem! Kilka pytań było mi znanych, na pozostałe użyłam całego danego mi czasu (całe 35 sekund) by dokładnie zrozumieć ich sens. Nie klikałam dalej, dałam sobie max czasu jaki mi ofiarowano :).

Pozostała więc praktyka! Mimo że planowałam zapisać się na spokojnie w domu, podeszłam do okienka zaraz po egzaminie, co wyszło mi na dobre! Pani zaczęła od: "mamy kilka terminów na czternastego...". Pomyślałam, że to żart, że najbliższe wolne dopiero w styczniu! Okazało się, że dodali klika terminów na grudzień i że egzamin mam ostatecznie za 2 dni!

Nie będę kłamać. Byłam zdenerwowana. Nie panikowałam, ale serce biło mocniej, nogi trochę jak z waty... Mimo że czułam, że po prostu umiem jeździć, bałam się, że stres zrobi swoje. Nigdy nie wiadomo co wydarzy się na drodze, jakie zadanie dostaniemy, czy zdenerwowanie nie okaże się silniejsze. Pomimo tego postanowiłam podejść do tego na luzie, nie tracić pewności siebie, no wiecie, na tyle na ile się da. Więc jak ostatecznie 14 grudnia wywołano mnie po nazwisku, wstałam z uśmiechem i przywitałam się radośnie z Panem Egzaminatorem :). Bałam się, że trafię na takiego, co z obrażoną miną wyraża swoje niezadowolenie z każdego powodu. Ja wiem, że taka ich praca, że muszą milczeć, wydawać jedynie polecenia, ale jeśli ktoś jest nieżyczliwy, niedelikatny to ja czuję się źle. Nie umiem tego zignorować.

Poprosiłam tylko Pana o to by się nie pogniewał jak pomylę prawą stronę z lewą (tak, mam z tym problem. Ciągle słyszę - Marzena, w lewo. Nie. To drugie lewo), a gdy odpowiedział, że spokojnie, zdarza się, że mogę pytać jak nie będę pewna, to trochę się rozluźniłam. Był wyrozumiały i spokojny, gadałam do niego dużo, on to tolerował ze spokojem i wyrozumiałością. Po prostu to był mój sposób na stres. On to wiedział, głośno i wyraźnie mówił, w którą stronę skręcamy, a ja podnosiłam czasem odpowiednią rączkę, by mieć pewność, że mózg zajarzył. Egzaminator okazał się człowiekiem! :)

Łuku nie bałam się wcale, cofać mogę z zamkniętymi oczami. Górka trochę gorzej. Czemu? Bo znam swoje słabości, a największa z nich to ruszanie. Oduczyłam się gasnąć na każdych światłach, ale jak noga z waty to różnie może się wydarzyć prawda? I tak na górce popełniłam pierwszy błąd. Zgasłam sobie:) Ale to nic! Obecne zasady mówią, że można popełnić jeden błąd każdego rodzaju, miałam więc drugie podejście. Grunt to nie poddać się tym myślom i drżącym rękom i po prostu skupić się raz jeszcze. Plac się udał, ruszyłam na miasto, a raczej na strefę egzaminacyjną, którą każdy kursant zna. Myślałam, że egzamin nigdy się nie skończy! Jeździłam i jeździłam, kątem oka widziałam word, a egzaminator kazał jechać dalej. Ostatecznie wiem, że to akurat wyszło na dobre, bo jeśli jeździsz godzinę, to znaczy, że najprawdopodobniej zdasz:).
Gdy zajeżdżałam do wordu byłam już tak zmęczona, tak zjedzona stresem, że bałam się, że na sam koniec jeszcze wywinę jakiś numer. Zaparkowałam i usłyszałam magiczne słowo...
Poprosiłam jeszcze o powtórzenie. Pan popatrzył, dał kartkę, powiedział, że w razie czego mam to napisane, więc mogę przeczytać, poleciałam do budynku i zapinałam tam kurtkę przez 5 minut, tak mi się ręce trzęsły!

Mateusz od razu wiedział, że zdałam, bo jeździłam prawie całą godzinę.

Oficjalnie stwierdzam, że egzamin na prawo jazdy jest najbardziej stresującym egzaminem jaki miałam w swoim życiu. Nie najtrudniejszym! Wcale nie. Ale zdecydowanie serwującym najwięcej stresu.

Kilka rad dla tych, którzy się jeszcze nie wybrali na kurs? Tak jak pisałam - nastawienie! Przekonaj siebie samego, że to zrobisz. To już połowa sukcesu. Nie bój się, staraj się zrozumieć, a nie wyuczyć na pamięć. Ja po kilku godzinach zapomniałam regułkę "jak cofać na łuku". Przydała się tylko na pierwszy raz, potem trzeba to po prostu wyczuć i załapać. I łuk niestraszny! Nie przejmuj się kierowcami na drodze - ile razy na kursie słyszałam od takich mistrzów obelgi (tak, dokładnie) tylko dlatego, że jechałam elką i przestrzegałam przepisów? Ludzie są głupi, na to nic nie poradzimy:). I przede wszystkim nie załamuj się jak się nie uda. Moje nastawienie było jasne - idę, zaliczam. Ale to nie była sprawa życia i śmierci. Jeśli bym oblała, to poszłabym drugi raz i tyle. To naprawdę jest loteria, tam naprawdę może nie wyjść, i nie zawsze to świadczy o Twoim braku umiejętności. Po prostu trzeba się uprzeć i zrobić coś dla siebie! Myśleć pozytywnie!

Ja już mam na siebie kolejny plan. O tym pewnie napiszę niedługo:)

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

piątek, 16 grudnia 2016

Odrobina świeżości

Jestem pełna skrajności i przeciwieństw. Z jednej strony nie znoszę sprzątać i jestem okropnie leniwa, a z drugiej bardzo cenię ład i porządek, perfekcjonizm i piękne otoczenie. Na szczęście to drugie wygrywa w większości przypadków. Nie potrafię odpoczywać, pracować, tworzyć, żyć w nieuporządkowanym miejscu. Czegoś mi brakowało ostatnio i nie był to porządek. Brakowało mi nowego, ładnego otoczenia. Błysku, pięknych przedmiotów, uroku jaki daje zmiana wystroju. Dłuższy czas cieszyliśmy się zielenią i turkusem, ale przestałam już zauważać jakie to ładne. To był znak by coś zrobić! Tak więc wczoraj całe przedpołudnie spędziłam najpierw na rutynowym porządkowaniu, nierutynowym wysprzątaniu najgorszej szuflady w naszej kuchni, co mnie ogromnie ucieszyło (czy każdy ma takie miejsce w domu, gdzie wrzuca wszystko bezmyślnie tworząc stertę nie do opanowania?!), oraz na zmianie wystroju. 

Nie lubię typowo świątecznych ozdób - nie pasuje mi czerwień w pomieszczeniu, przynajmniej w naszym, jasnym i pastelowym. Chciałam by było lekko i przytulnie, z małym, naprawdę mały zimowo-świątecznym akcentem. Od razu się lepiej oddycha, wstaje w łóżka i działa! 
 

 Drewno połączone ze złotem, bielą, różem i zielenią. Lubię takie lekkie kolory.
Jest też odrobina zimy! Dużo ciepła, zwłaszcza wieczorem, nadają lampki ukryte w lampionie...
Tylko tyle wystarczyło by dodać sobie energii i ochoty do działania! Działam oczywiście dziergając sweter, a przy okazji, w tak krótki czasie, że nawet nie zauważyłam, że dziergam (o zgrozo) dwie rzeczy na raz, zrobiłam czapkę. Zdjęcia wkrótce! Staram się podchodzić do tego mojego dziergania tylko jednej rzeczy z głową. W tym wypadku czapka dla mnie, a zwłaszcza dla Mateusza ma priorytet, bo zima już przyszła, a i tak muszę czekać na paczkę z dodatkowymi motkami na sweter. Nie ma więc pośpiechu, a czapka na drutach 6 mm powstaje w jeden wieczór:).

Przy okazji (nie)świątecznego klimatu, ciepła i światła pokażę Wam moje własne Cotton Ball Lights! Zrobiłam je już jakiś czas temu, dopiero niedawno kupiłam w końcu dobry sznur światełek (24 żarówki na 12 kuli nie brzmi dobrze prawda?). 

Wybrałam trzy kolory - jasną szarość, miód i biel. Planowałam zrobić tutorial, ale w internecie jest już tego naprawdę dużo, więc jedynie podzielę się moimi przemyśleniami. Wybrałam cieniutki kordonek - uważam, że tak wygląda lepiej. Użyłam zwykłych balonów, które w odpowiedni sposób, próbując milion razy napompowałam do odpowiedniego kształtu. Nie wiem czy chcecie znać moją pokrętną metodę...:) Nawijałam kordonek bardzo gęsto i hojnie. Nie podobają mi się kule, które są skromnie owinięte i mają dziury. Wymagało to sporo pracy, 12 kul robiłam cały wieczór, plecy pod koniec wcale nie były zadowolone. Starałam się robić je starannie i równo, niekiedy oczywiście musiałam "pruć". 

Wiadomo, nie wyszły idealne, ale i tak mi się podobają. Nie przepuszczają dużo światła, dają taki przyjemny, przytłumiony blask, na zdjęciu nie widać tego dobrze, bo fotografowałam je w dzień, co prawda przy zasuniętych roletach, ale nadal nie była to wieczorna ciemność.

Wiem jedno - ładna ozdoba, ale już nie zrobię następnych, nie chce mi się:)

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena