piątek, 26 października 2018

Marzenia są po to... Część czwarta. Czyli kolejny, wielki krok!

Nie macie pojęcia jak bardzo chciałam w końcu móc napisać tego posta! Codziennie spełniają się malutkie, średnie lub większe marzenia, ale spełnienie TEGO doprawdy wiele zmienia w moim Chmurkowym życiu! Droga była wyboista i bardzo zniechęcająca, ale dziś (dokładnie dziś!) się udało! Przede mną jeszcze sporo pracy, ale ten najtrudniejszy etap za mną. No zgadujcie - co się narobiło?! :) Dobra, powiem Wam szybko, bo się doczekać nie mogę!

Od dziś Chmurka posiada lokal produkcyjny! Moje własne, idealne, jasne i wygodne 43 metry kwadratowe, gdzie w komfortowych warunkach będę mogła tworzyć, działać, pracować i się rozwijać! A do tego w bardzo inspirującym mnie miejscu, w cudownym loftowym klimacie, z wielkimi starymi oknami! Być może zdjęcia poniżej nie wydadzą Wam się jeszcze aż tak klimatyczne, ale w mojej wyobraźni pojawia się już obraz tego, jak te pomieszczenia pięknie wyglądać będą po remoncie, z białymi ścianami, jasną podłogą, wysprzątane i urządzone. 

Klucze odebrane!
 

Aaa! Będę mieć swoje studio farbiarskie! 

Nie macie pojęcia jak się cieszę i jak bardzo mi ulżyło :) To naprawdę wiele zmienia! Czym praca w studio będzie różniła się od pracy w domu? Pominę póki co względy estetyczne i skupię się na czysto praktycznych aspektach.

W domu posiadamy pokój, który na chwilę obecną do niczego nie jest nam potrzebny, więc wpakowałam tam swoją różową owcę, a następnie przemieniłam go w małą farbiarnię. Zaczynałam bardzo skromnie, ot mały stoliczek, brak mebli, kilka garnków i jedna kuchenka. Na start było w porządku, ale po niedługim czasie musiałam trochę je podrasować, by produkcja była w ogóle możliwa i wykonalna w sensownym czasie. I tak dziś wygląda moje domowe mini studio:

 Względnie ogarnięte, choć podczas pracy wcale tak czysto nie jest:)

To tu, niemalże każdego dnia pracuję. Nie cały pokój jest widoczny - po prawej ustawiam garnki z gotową już włóczką, by na spokojnie wystygły. Ale miejsce nie ma zbyt dużo. W zasadzie po wykonaniu danego dnia maksymalnej, na chwilę obecną, liczby pofarbowanych motków, w pokoju jest po prostu ciasno. Metraż więc był jednym z problemów. 

Pokój ten znajduje się na poddaszu, oznaczało to dla mnie codzienne wnoszenie i znoszenie kilkunastu garnków pełnych wody po schodach. Potem oczywiście następowało mycie (wełny jak i garnków). Jako że pracuję w domu, musiałam ciągle być bardzo ostrożna, by nie ufarbować sobie niczego po drodze z pokoiku na dół, oraz starać się niczego nie rozchlapać, nie uszkodzić podczas farbowania, mycia czy prania. Do małego metrażu należy doliczyć więc brak wody w pracowni, noszenie ciężkich przedmiotów po schodach oraz wyjątkowe skupianie uwagi na nieufarbowaniu sobie mieszkania :). 

Kolejnym dużym ograniczeniem rozwoju była nieodpowiednia do produkcji instalacja elektryczna. Ta domowa/mieszkalna jest w zupełności wystarczająca do życia, nawet tego intensywnego. Ale gdy chce się podłączyć więcej kuchenek w celu przyspieszenia pracy... no cóż :) Nie ma takiej opcji! 

Sporo rzeczy wpływa na to ile motków i w jakim czasie jestem w stanie wyprodukować. Żadnego z nich nie jestem już w stanie "przeskoczyć". Niestety każda próba farbowania ponad normę kończyła się wyjątkowym bólem pleców i koniecznością leżenia plackiem na kanapie. Ale co sobie zrobiłam bicka, to moje :)

Rzecz w tym, że nawet pracując sama jestem w stanie, przy dobrych warunkach, tworzyć więcej! Od dłuższego czasu szukałam więc lokalu, gdzie mogłabym urządzić sobie odpowiednie stanowisko pracy - takie z wodą, dużą mocą przyłączeniową, podłogą do zabrudzenia, światłem do tworzenia. I wiecie co? To wcale nie jest takie łatwe... zaczęłam szukać wiosną, a mamy już jesień! Po drodze był urlop, a potem przygotowania do Drutozlotu. Musiałam skupić się na innych sprawach, choć i tak regularnie przeglądałam ogłoszenia. Większość lokali, które oglądałam spełniały tylko część wymagań, a niestety w moim przypadku wszystko było kluczowe. Brak wody - brak farbowania. Brak miejsca czy odpowiedniej instalacji elektrycznej - brak rozwoju. Brak możliwości "bałaganienia" - brak komfortu. Brak światła - brak dobrej oceny kolorów, które przecież są najistotniejsze! A do tego wszystkiego doszedł budżet, który mogłam na to wszystko przeznaczyć. 

Znalezienie tego pomieszczenia, które w zasadzie jest trzema przejściowymi pokojami, było przełomowym momentem. Trzeba było oczywiście sprawdzić wiele rzeczy, znaleźć rozwiązanie dla kilku ważnych kwestii, ale udało się! Na pewno dużo zmienił fakt, że lokal jest umiejscowiony w starej fabryce (aaach jakie to romantyczne!), gdzie nikt nie mieszka, a wszędzie wokół prowadzą swoje mniejsze lub większe działalności inni rękodzielnicy. Prąd jest! Woda jest! Możliwość modyfikacji, chlapania i twórczego bałaganienia jest! Na dodatek całkiem mi do niego blisko z domu :)

I te okna! To miejsce! Na szarym końcu listy, (no wiecie, z przymusu), umiejscowiłam względy estetyczne. Jak się nie ma co się lubi... Więc to czy miejsce byłoby inspirujące nie grało większej roli, miało być przede wszystkim praktyczne. W końcu w mieszkaniu mam zwykły pokoik, bez większych szaleństw. 

A tu, proszę państwa, mam lokal moich marzeń. Kiedyś Wam wspominałam, że lubię XIX wieczne klimaty, stare fabryki, maszyny, czerwone mury, ogromne okna. I spójrzcie tylko:


To są dwa osobne pokoje, które łączy jeden, ciemniejszy pokój:


Zdjęcia wykonałam dziś na szybko, a jeszcze trwają tam małe prace remontowe. Ale to nawet dobrze! Będzie lepsze porównanie przed i po moich modyfikacjach :) A planuję głównie pomalowanie ścian na biało, zmianę podłogi, odświeżenie i oczywiście posprzątanie. Potem zacznę urządzanie. Pokój na środkowym zdjęciu będzie głównym punktem pracowni. Jest tam najwięcej miejsca i najpiękniejsze światło.

Co posiadanie lokalu oznacza dla mnie? Przede wszystkim, tak jak wspomniałam, naprawdę o wiele ułatwi mi pracę. Nie będzie dźwigania, nie będzie "chodzenia na palcach". Będę mogła całą energię i uwagę skupić wyłącznie na farbowaniu! Będę mogła robić więcej i szybciej, jednocześnie nie znęcając się na swoich biednych plecach :). Już samo posiadanie tego pomieszczenia napełnia mnie chęciami do działania, a co będzie gdy już tam wejdę? Aż chce się tworzyć!

Co posiadanie lokalu oznacza dla Chmurkowych klientów? O wiele więcej włóczek czy kolorów, oraz o zdecydowanie częstsze dostawy. Jednym słowem - same plusy!


A tak wygląda budynek, w którym już niedługo zamieszka Chmurka:
 Strasznie mnie kręcą takie klimaty :)

Na tym upływały mi ostatnie tygodnie. Oprócz standardowej pracy farbiarsko-sklepikowej miałam do zjechania i obejrzenia kilka lokali, należało wykonać miliony telefonów, wyszukać ekipę remontową, zaprojektować pracownię, a następnie zakupić wszystko to, co jest potrzebne. Dowiedzieć się kilku nowych rzeczy (nadal nie do końca czaję jak to jest z tym prądem), przeliczyć, zaplanować, trochę się postresować. Teraz już wiecie czemu ostatnio miałam taki kiepski dziewiarski czas. Ale donoszę, że nowy sweter rośnie jak szalony!

Wiele pracy przede mną, ale czuję, że biegnę już z górki. Jak tylko się urządzę pokażę Wam moją nową pracownię :)

Pozdrawiam Was serdecznie,
Marzena

czwartek, 18 października 2018

Wychodzę na plus!

Gdybyście zapytali mnie jak teraz stoję z robótkami, musiałabym odpowiedzieć, że mam obecnie jakieś minus dwa projekty. I nie ma w tym odrobiny przesady! Można z tym walczyć, złościć się i smucić, ale jedyne dobre co można uczynić to zwyczajnie odpuścić. Przestać myśleć, tupać nogami, szukać na siłę. Stało się i już. Jak tylko odpuścimy to bardzo możliwe, że w końcu pomysł odważy się do nas zapukać :)

Jak to się stało, że mam ujemny bilans?:) To tak w przenośni oczywiście! Zaczęło się w czerwcu, podczas naszych azjatyckich wakacji. Zabrałam ze sobą druty, ale tamten świat pochłonął mnie tak bardzo, że o oczkach i wełnie zapomniałam na cały miesiąc. 
Po powrocie potrzebowałam trochę czasu by dojść do siebie, ogarnąć milion zdjęć, zobaczyć się z dawno niewidzianymi znajomymi, a poza tym było lato! Tyle rzeczy do robienia! Tych w ramach relaksu jak i tych związanych z pracą, bo lato było u mnie wyjątkowo pracowite ze względu na Drutozlot. Gdy uświadomiłam sobie, że chyba chciałabym już potrzymać w rękach druty, nie miałam zupełnie głowy do projektowania czy wybierania wzoru... podjęłam szybką, praktyczną decyzję i powstała chusta "I smell snow" oraz czapa "Lullaby". I to wszystko w okresie "czerwiec- wrzesień". Nie sam brak dziergania był dla mnie męczący, raczej ta świadomość, że coś mi nie idzie. 
No bo przecież nie nudziłam się w tym czasie. Pochłaniały mnie moje inne pasje, mimo to widok pustych drutów męczył i zjadał od środka.

Ciężko było mi zdecydować na co mam ochotę, co powinnam dziergać - to o czym marzę jest chwilowo nieosiągalne (czekam na Anatolię! Planuję sweter Magnolia w ciasteczkowym kolorze!), a cała reszta do mnie jakoś nie przemawiała... Czyli znowu smuty nie z tej ziemi!

Punkt kulminacyjny nastąpił kilka dni temu. Pod koniec września w końcu udało mi się przełamać zastój i wybrać coś, co po ukończeniu naprawdę sprawiłoby mi radość - miała powstać druga Melanie! W ziołowym odcieniu zieleni! Motki moheru w kolorze Kelp akurat były pod ręką, cudnie im było w połączeniu z Herbarium na Alpacino. No nareszcie!

Ha! Ale to wcale nie jest ten punkt kulminacyjny... Wydziergałam połowę korpusu i postanowiłam go wyprać by upewnić się, że wymiary są okej. Inna włóczka (oryginał z Fino), brak próbki (no bo przecież robię ze swojego wzoru, co nie?), oraz ostatni spadek wagi (a to akurat fajne) zrobiły swoje i okazało się, że mogłam jednak wybrać mniejszy rozmiar, a dodatkowo otwór na rękaw wyszedł mi jakiś przydługi. Trzeba było pruć. I zrobiłabym ją od nowa, co to za problem, gdyby nie okazało się, że planowane modyfikacje w postaci długich rękawów i ciut innego dołu, zmuszają mnie do zwiększenia moherowego metrażu. Ale choć motków miałam trzy, ten jeden postanowił, że nie będzie taki jak reszta. Dobra, głęboki oddech i do dzieła - pomieszam je co dwa rzędy! I wychodzi okej, ale to już nie jest mój kolor. Zrobiło się mniej chłodno, doszedł cynamonowy kolor na puszku i przestało mi się podobać! 
Nie, już od dłuższego czasu nie robię niczego "aby było", "jakoś to będzie", "nie jest źle". Nie, ma być super, a jak nie jest to ja w to nie wchodzę. I to proszę Państwa jest ten moment kulminacyjny!
Przyszła złość i zniechęcenie - znowu nic, kolejny miesiąc! Wełna leży zmarnowana (nie cierpię czegoś takiego!), druty puste, głowa też. Anatolii na Magnolię nadal nie ma! Agrrrr!

I mimo że zawsze jest tak samo, za każdym razem daję się złapać w te smuty nieszczęsne. Bo już nie raz okazało się, że najlepszym sposobem na przełamanie patowej sytuacji jest po prostu to wszystko olać, nie myśleć, nie szukać, nie robić na siłę. Siąść (w moim przypadku) do ulubionej gry (obecnie nałogowo "tracę" godziny na Divinity: Original Sin II), nie martwić się brakiem progresu, bo przecież dzierganie ma być przyjemnością! Choćbym nawet rok nie miała ochoty na przekładanie oczek - to nic! Przecież pasja ma być czymś przyjemnym, nie udręką. Nie mam żadnej listy do odhaczenia, nikt nie liczy mi skończonych robótek, mam w czym chodzić, więc co za problem? 

No, ale mimo to daję się w to czasem złapać, aż w końcu zapala się żarówka w głowie i problem się kończy. A nawet lepiej! Bo jak tylko dałam sobie kilka dni świętego spokoju, nagle spadły na mnie dwa pomysły na nowe swetry! Tak mi się spodobały, że aż nie wiem, który powinnam robić pierwszy :) Próbki dadzą odpowiedź! Który ścieg mnie bardziej porwie w tym kolorze, ten wskakuje na druty jako pierwszy.

Na szczęście kurier kilka dni temu przytachał wielką paczkę pełną baz do Alpacino oraz... na pulchniejszą jej wersję (DK)! Bo to co było w głowie potrzebowało czegoś ciepłego i mięsistego. Szybka decyzja o kolorze, dwa motki na próbę do gara i już dziś są gotowe do testów.


Kolor delikatny jak króliczek, muśnięty kremowym beżem i odrobiną różu. Tak, znowu różu i tak już pozostanie. Napisanie poprzedniego posta o garderobie pomogło mi jeszcze lepiej zdefiniować swój styl oraz określić swoje preferencje i nie zamierzam póki co próbować niczego innego. Nie potrzebuję w szafie wszystkich kolorów tęczy oraz każdego możliwego kroju swetra. Liczy się tylko to, by gotowy projekt pasował do mnie idealnie! Takie jasno określone zasady bardzo mocno pomagają w planowaniu nowych udziergów - nie chcę zaskakiwać, robić wrażenia, szukać co raz to wymyślniejszych konstrukcji czy wzorów. Jeśli przy okazji projektowania swetra marzeń uda się wpleść coś niezwykłego to super! Ale to nie to liczy się najbardziej.

I tak o to w mojej głowie urosły dwa milutkie swetry, a teraz czas skończyć te żale i przewinąć włóczkę, prawda? :) Jak tylko przyjedzie Anatolia wrócę do mojego ziołowego, a teraz czas najwyższy odpocząć z drutami w rękach.


Pozdrawiam,
Marzena

wtorek, 2 października 2018

Swetry i nie tylko, czyli o mojej garderobie.

Na wstępie chcę Wam ogromnie podziękować za komentarze pod poprzednim postem! Aż chce się pisać! Uściski dla Was!

Od pewnego czasu po mojej głowie chodził pomysł by zrobić na blogu zestawienie swetrów, które faktycznie sprawdzają się w moim życiu. Swetrów, które lubię i regularnie noszę z przyjemnością. Myślę, że śmiało można stwierdzić, że każdemu udało się w życiu popełnić dziewiarską gafę i wcale nie chodzi mi o złe wykonanie! Gafy to naturalny i prosty sposób (czasem dość kosztowny i czasochłonny) by dowiedzieć się dokładnie w co faktycznie chcemy się ubierać. Tyczy się to również ubrań, które kupujemy w sklepie.

Post miał być tylko o swetrach, ale postanowiłam opisać i pokazać Wam całą zawartość mojej szafy. Przedstawienie samych swetrów czy kolorów, tak bez kontekstu, mijałoby się z celem - przecież ja te swetry do czegoś noszę! Wybieram dany krój czy odcień by pasował do mojego stylu, potrzeb, preferencji. 

Od dłuższego czasu jestem świadoma tego co naprawdę chcę i lubię na siebie zakładać. Tyczy się to kolorów, fasonów, materiałów. Droga do tego nie była łatwa - chyba każdy zanim osiągnie ten cudowny stan, musi nakupować i nadziergać trochę osobistych "potworków". Będąc nastolatką miałam swój hardrockowy epizod (trampki, porwane spodnie, ćwieki), przez moment obwieszałam się koralami, chodziłam w szerokich spódnicach i nakładałam na siebie mnóstwo szalonych wzorów, oraz udało mi się uciec na pewien czas w słodką Anię z Zielonego Wzgórza. No niezły rozstrzał prawda? :) Na studiach trochę zluzowałam i ubierałam się... przeciętnie. Nie była to jednak ta bezpieczna forma przeciętności (neutralności). Kupowałam spodnie, jakąś bluzkę, sukienkę czy sweter i zakładałam to dość losowo wyglądając byle jak. A przynajmniej tak to teraz widzę, bo zapewne nie wyróżniałam się w jakiś szczególnie negatywny sposób wśród tłumu, ale jednak ciągle czułam się nieładnie ubrana. Coś zawsze zgrzytało, uwierało, zawstydzało. 

Ciężko dokładnie stwierdzić kiedy nastąpił przełom w mojej garderobie. Myślę, że to przychodziło powoli i po kolei uświadamiałam sobie niektóre sprawy. Przykładowo rezygnowałam z noszenia geometrycznych wzorów, których nie cierpię, a jednocześnie, nadal nie będąc przekonana jaki krój spodni do mnie pasuje, kupowałam co popadnie. I tak krok po kroku doszłam do obecnego stanu! 

W kompletowaniu garderoby, jakkolwiek to brzmi, z pewnością pomaga mi moje malutkie natręctwo... Absolutnie nie znoszę magazynowania! Jeśli czegoś nie noszę, nie używam, nie potrzebuję, to nie ma opcji by zalegało to w moim mieszkaniu. Nie, nie istnieje nic takiego jak "może kiedyś się przyda", "żal się tego pozbyć", "nigdy nie wiadomo". Wiadomo! Jeśli wkładasz to do czarnego wora i chowasz na strychu to znaczy, że tego nie chcesz. Sprawa jest dla mnie prosta.
Jeśli więc popełniam gafę, czy to dziewiarską czy zakupową, nie skazuję się na życie z nią, tylko eksmituję z domu. 

Druga sprawa, która mi w tym pomaga to niechęć do zakupów. Nie lubię spędzać czasu w sklepach. Robię to tylko wtedy gdy nie mam już wyjścia. Tak już absolutnie nie mam wyjścia :). Kupuję tylko to co naprawdę mi się podoba. Jeśli przymierzę bluzkę i jest "ok", ale w sumie to nie wiem, to nie ma opcji bym wydała na nią pieniądze. Wolę nie kupić nic i wrócić po kilku godzinach do domu z pustymi rękoma. 
Nie oznacza to, że nie czerpię żadnej przyjemności z nabywania nowych rzeczy. Jeśli jakiś produkt mnie zachwyci (czyli będzie dokładnie taki jak trzeba!) to, z tą znaną Wam zapewne przyjemnością, klikam "do koszyka" bądź lecę do kasy. 

Chociaż obecnie jest to częściej klikanie niż chodzenie po sklepie. Dlaczego? Bo sieciówki mi po prostu nie odpowiadają. Skłamię jeśli powiem, że wszystkie ubrania mam tylko z super ekstra niszowych sklepów, z produkcją w Polsce, ale staram się wybierać już tylko i wyłącznie dobre jakościowo produkty. Jako minimalistka cieszę się z posiadania kilku porządnych, dobrze skrojonych i wytrzymałych rzeczy. Nie pragnę mieć szafy pełnej ubrań. Życie nauczyło mnie jeszcze, że kupowanie tanich ubrań się po prostu nie opłaca... takie produkty nie wytrzymują (w dobrym stanie) dłużej niż sezon, góra dwa. Czasem ten duży, jednorazowy wydatek jest większą oszczędnością. Nie dość, ze produkt zostanie z nami kilka lat, bo zdarza się i tak, to dodatkowo jest najczęściej lepiej wykonany, z użyciem wyższej jakości tkanin. Komfort noszenia jest więc zupełnie inny!
Tę samą zasadę stosuję w dziewiarstwie. Dziergam już tylko z dobrych włóczek, bo taki sweter jest po prostu o niebo lepszy! Milszy, delikatniejszy, trwalszy, piękniejszy. Wolę mieć jeden dobry sweter niż kilka gorszej jakości, gryzących. Bo tu oczywiście pojawia się też kwestia wrażliwości - moja skóra nie toleruje żadnego podgryzania, naturalnie więc przerzuciłam się tylko na te najmilsze w dotyku. Dziergam teraz mniej, wolniej. Tym bardziej pragnę po tym miesiącu czy dwóch mieć coś wyjątkowego.

Jaki jest mój styl? Myślę, że jest to połączenie prostoty, minimalizmu i romantyczności. Uwielbiam urocze rzeczy, ale nie popadam w skrajność - nie dla mnie koronkowe kołnierzyki czy fikuśne falbanki, bo mimo że bardzo mi się podobają, czuję się w nich śmiesznie. Lubię tę kobiecą, a nie dziewczęcą romantyczność. Romantyczność codzienną, nienachalną. Bez tiuli czy koralików.
Kluczowa jest dla mnie wygoda. Nie założę nic w czym nie czuję się swobodnie. Bez względu na to jak dobrze to na mnie leży. Nie zależy mi na tym. Dawno minęły czasu gdzie chciałam wyglądać wystrzałowo, robić wrażenie. Moim zdaniem najpiękniej wygląda się w tym w czym jednocześnie czujemy się dobrze i jest nam w tym do twarzy. Nie noszę więc szpilek, eleganckich ubrań, obcisłych sukienek... To nie jestem ja. Nie ma więc co się oszukiwać. 

Ostatnio Ola napisała świetny post, który jest początkiem dłuższego cyklu - klik! Mówi on o tym jak komponować swoją garderobę i idealnie przedstawia różnice między tym (uwaga, cytuję!) 'jak chciałabym móc wyglądać', a 'jak chciałabym wyglądać'. Prosto, ale w samo sedno. 
Podoba mi się wiele rzeczy, czasem niesamowicie od siebie odległych! Rzecz w tym, że nie wszystko do mnie pasuje, i nie chodzi tylko o figurę czy urodę, ale o charakter i styl. Niektóre rzeczy więc tylko podziwiam na kimś, a sama twardo trzymam się swojej ścieżki. I nie żałuję!


Teraz czas bym Wam tę ścieżkę zobrazowała. W mojej szafie najwięcej jest swetrów. Co wydziergałam od czasu jak nauczyłam się trzymać druty, możecie zobaczyć tu: klik! Mimo że większość z nich była według mnie obiektywnie ładna, tylko cześć została za mną do dziś. Pokażę Wam poniżej co faktycznie noszę z przyjemnością, co pasuje do mnie i przydaje się w mi w życiu. Część projektów była zwyczajnie nieudana, niektóre "odpadły" ze względu na kolor czy wybór włóczki. A były też takie, które podobają mi się tylko na kimś i ostatecznie nie czułam się w nich dobrze.

Najczęściej możecie zobaczyć mnie ubraną w ulubione, bardzo dopasowane jeansy i sweter. Na początek pokażę te, które noszę wyjątkowo często. Wszystko w nich jest dokładnie takie jak lubię - od kroju, po kolor i materiał.

Twill and Plain

Delikatnie oversizowy krój, długie, ciepłe rękawy i ten neutralny, ale uroczy kolor. Ulubieniec! Nawet dziś w nim biegam :)

Majula

Idealna do spodni! Czuję się w niej cudownie. Cieszę się, że wybrałam złoty, jasny odcień żółci.

Lea razy dwa.

Noszę je do spódnicy i do spodni. Choć do spodni muszę założyć coś pod spód, bo długość jest "na styk". Prosto i romantycznie jednocześnie. Dopiero od jakiegoś czasu lubię dopasowane swetry - pewnie ma to coś wspólnego ze spadkiem wagi :)

Sibella

Podobnie jak sweterek Lea.

Melanie

Uwielbiam ten klasyczny wzór! Połączenie z moherem sprawia, że jest wyjątkowo mięciutki i po lecie tylko czekam, aż będę mogła go na siebie założyć. Pasuje absolutnie wszędzie. Robię właśnie drugą wersję w zieleni :)

Sunset Highway

Najbardziej szałowy sweter w mojej szafie. Ale pastelowe kolory sprawiają, ze pasuje tam idealnie. Moim zdaniem jest niezwykle uroczy i bardzo się lubimy:)

To te swetry noszę najczęściej, bo dobrze się w nich czuję w domu, na spacerze, w restauracji czy u znajomych na imprezie. Są proste, wygodne, romantyczne oraz mają to coś!
Teraz swetry, które lubię równie mocno, ale zakładam je zazwyczaj na spacer, na zakupy lub po domu. Są bardzo wygodne i ciepłe. 

Puntilla

Czuję się w niej miło i wygodnie. Niekoniecznie jednak zakładam gdy chcę ładnie wyglądać "do ludzi".

Trevor z prawej i Cosy Wifey z lewej (edit: na odwrót! co ja mam z tymi stronami:))

Moje cieplutkie i mięciutkie skarby! Takie swetry są dla mnie bardzo ważne. Zakładam je i jest mi niezwykle wygodnie. Pełnią u mnie rolę wełnianej "bluzy". Oba mają kształt litery "A" i są ciut dłuższe. Ich neutralny kolor sprawia, że pasują zawsze i wszędzie. Jak coś trzeba wyprać, to najczęściej są to te dwa swetry. Bezlitośnie je zużywam.

Merigold

Jest ze mną już tak długo, a wygląda jak nowa! Tak samo jak Puntilla jest to mój codzienny, domowy sweter. Niestety mimo swojego uroku, kolor już trochę mniej mnie przekonuje. Tak jak Wam pisałam odeszłam od jaskrawych, intensywnych kolorów. Ale nadal bardzo ją lubię i na pewno zostaje ze mną.

Mam też kilka swetrów, z którymi jeszcze nie do końca wiem co począć. Podobają mi się, ale jednak z jakiegoś powodu nie sięgam po nie zbyt często.

Understory

Naprawdę bardzo go lubię i w życiu nikomu nie oddam... ale niestety pogoda ciągle robi mi psikusa! Understory jest ciepły i duży. Nadaje się jako odzież wierzchnia, w chłodny jesienny czy wiosenny dzień. Niestety od roku we Wrocławiu albo jest bardzo ciepło, albo bardzo zimno. A pod kurtkę zimą wolę zakładać coś bliżej ciała. Czeka więc na swoją kolej. Taki mięciutki i puchaty...

Sealky

Może nie jest to sweter codzienny, bo jednak trzeba założyć coś ładnego pod spód, ale bardzo chętnie bym go nosiła gdybym... nie wydziergała niebieskiego! :( Tak się kończy eksperymentowanie. Błękity i granaty noszę tylko na spodniach czy na letnich sukienkach. Sweter w tym kolorze nie jest tym czego pragnę. Jak ja zazdroszczę jednej testerce jej cukierkowej wersji!

I na koniec Endearment i Old Romance

Ich największą wadą jest bycie kardiganem. Nie lubię nosić otwartych swetrów! (to odpowiedź na pytanie czemu nie zaprojektowałam dotąd żadnego kardigana:)) Ten z lewej pewnie niedługo mnie opuści, bo pasuje tylko do jednej sukienki, poza tym jest... niebieski :). Ale z Old Romance mam większy problem, bo kolorystycznie bardzo mi odpowiada, plus jest bardzo w moim stylu. Nie wiem... myślę.

I tak. To wszystko jeśli chodzi o swetry! Co stało się z pozostałymi? Kilka najstarszych wyrzuciłam, nowsze, z dobrej jakości włóczki oddałam bądź sprzedałam. Mój styl się zmieniał, albo raczej kształtował. To co podobało mi się 3 lata temu dziś już w ogóle mi nie leży.
Odkryłam, że nie lubię nosić swetrów z grubych, gładkich włóczek. Dlatego mój Blue Sand czy Flaum znalazł już nową właścicielkę. Dodatkowo kolory w tych swetrach były zupełnie nie moje. Inky, mimo że krojem nadal mi jako tako odpowiada, po prostu się zużyła, a kolor... tak jak pisałam. Jaskrawe odpadają! Compass Pullover okazał się niepraktyczny, a Saoirse po prostu do mnie nie pasuje. Nie noszę odkrytych pleców. I tak dalej...

Teraz to wszystko wiem. Po latach upierania się, że nie wydziergam nigdy dwa razy tego samego projektu, z przyjemnością powracam do sprawdzonych, ukochanych projektów. Wybierając wzór na Ravelry nie daję się owładnąć fascynacją! Podchodzę z głową do każdej robótki, bo najważniejsze jest dla mnie to, czy ostatecznie mi się to do czegoś przyda. Tak samo z kolorem. Jak widzicie królują u mnie róże, zielenie i żółcie. Mam też kilka neutralnych odcieni jak beż czy szarość, ale nie nazwałabym ich ulubionymi kolorami. Są mi obojętne.

Tak jak pisałam wyżej, najczęściej chodzę ubrana w jeansy i sweter. Kupowanie spodni zawsze było dla mnie dramatem. Jestem średniego wzrostu (169cm), mam całkiem szerokie biodra i absolutną nienawiść do biodrówek. Nigdy nie byłam zadowolona ze spodni. Kupowałam je zazwyczaj w sieciówkach, przecierały się w ciągu pierwszego roku, najczęściej były za długie (one size), a mi się później nie chciało lecieć do krawcowej i tak chodziłam jaka ta oferma. Próbowałam różnych materiałów i kolorów. Na szczęście te czasy minęły bezpowrotnie. Wiem, że lubię tylko jeansy. Wszelkie materiałowe, a już w ogóle eleganckie spodnie, odpadają. Krój od kilku lat ten sam - dopasowane od dołu do góry, zapinane powyżej bioder. I w końcu lubię na siebie patrzeć :).

Kupuję tylko jeansy dobrych marek. Leżą perfekcyjnie i są bardzo wytrzymałe. Kosztują o wiele więcej, owszem, ale chodzę na okrągło w dwóch parach i kolejne zakupy muszę zrobić dopiero po 2 latach (a te stare nadal są w niezłej formie!). Oznacza to, że w jednej parze spodni, dajmy na to Levisów, śmigać mogę kilka lat, co wcześniej było niemożliwe. I można wybierać wśród wielu rozmiarów i długości nogawek.

Obecnie mam dwie pary "staroci", które użytkuję intensywnie każdego dnia, a wczoraj skoczyliśmy z Mateuszem do sklepu po nowe, bo akurat przyszedł na to czas (idzie jesień!). Jeansy kupujemy zawsze w Factory Outlet we Wrocławiu. Spodnie takich marek jak Levis, Lee czy Wrangler są tam w niższych cenach. Pewnie kosztem nie bycia trendy, ale jaka to różnica, jeśli właśnie te klasyczne podobają nam się najbardziej!

Cztery pary spodni to już nawet nadmiar jak na mnie, ale coś czuję, że jasne z pierwszej fotki zaraz się rozlecą :) Nie czuję potrzeby posiadania wielu par i wyglądania każdego dnia inaczej. Trzymam się też tych samych kolorów - średnich i ciemnych odcieni jeansu. 

Oprócz swetrów zdarza mi się założyć do spodni coś innego. Ale jest to raczej rzadkość. Mam w szafie tylko jedną koszulę i jedną bluzkę z długim rękawem:


Koszula mnie zauroczyła, a bluzka to zakup czysto praktyczny. Przyda się do spódnicy na jesień.

I teraz coś do czego mam okropną słabość... sukienki! Ale mimo tej słabości nie mam ich wiele. Noszę je rzadziej niż spodnie, więc nie czuję potrzeby wypełniania nimi mojej garderoby. Dodatkowo staram się wybierać tylko takie, które są absolutnie w moim stylu! Jedna czy dwie takie sukienki cieszą o wiele bardziej niż cała szafa tych "po prostu ładnych".
Oczywiście opisuję tu ubrania, które są na okres jesień-zima-wiosna. Latem nie noszę jeansów, swetrów czy sukienek z długim rękawem, więc naturalnie oprócz topów czy t-shirtów te dwa sezony nie mają zbyt dużej części wspólnej.

Sukienki na bardzo chłodne dni mam tylko dwie. Są idealne na jesień/wiosnę, ale i wyposażona w odpowiednie rajstopy z przyjemnością noszę je również zimą.


 Moja najukochańsza Aglaia!

Gdybym mogła być sukienką to wyglądałabym właśnie tak! To jest właśnie dokładnie to co uwielbiam... od koloru, po krój i detale. Nie sądziłam, że istnieją ubrania stworzone dla mnie, aż nagle odkryłam tę markę (Marie Zelie). Jakość jest obłędna, materiały piękne i solidne. Wszystko leży i układa się perfekcyjnie. Nawet nie szukam już za bardzo innych sklepów. Zostałam kupiona.


Mimo że różni się klimatem od tej pierwszej, to bardzo odpowiada moim wymaganiom. To luźna, koszulowa sukienka z miękkiej bawełny. Jest bardzo wygodna i ładnie leży. To też polska marka (Rabarbar).

Obie sukienki mają kieszenie co jest dla mnie dużym plusem.

Napisałam, że mam dwie, ale właśnie dotarła do mnie kolejna, która zostanie jeszcze parę razy przymierzona i ostateczną decyzję podejmę zapewne jutro. To znowu Marie Zelie, ale tym razem bardziej prosty, codzienny krój. (edit: model ze mną nie zostaje, bo xs okazało się za duże! A xxs za małe :) za to pozostając w zielonych klimatach skusiłam się na ten model: klik! Rozmiar xxs! Coś tu nie gra, ale za to leży pięknie. Uwielbiam!)

Poszukuję sukienki, w której chciałabym siedzieć nawet w domu, przed komputerem. U mnie to nie takie oczywiste! Ta koszulowa sprawdza się idealnie w takich sytuacjach, poszukuję więc kolejnej. I w zasadzie więcej sukienek nie planuję.

Na cieplejsze jesienne i wiosenne dnia mam jeszcze jedną sukienkę i tylko jedną spódnicę (też Marie Zelie). Wykonane są z wyjątkowo cudnej wiskozy (nie sądziłam, że ten materiał może być "gruby" i tak gęsto pleciony). Ubrane do sweterka czy bluzki z długim rękawem będą idealne na słoneczną pogodę. Powiedziałabym, że nawet prędzej im do przejściowych niż letnich. Może dlatego, że latem wolę bardzo cienkie, zwiewne ubrania.

I kolejny raz... gdybym mogła być sukienką! Tak dokładnie mi w duszy gra! Uwielbiam! Nie mogę się na nią napatrzeć :)

Spódnicę chyba już znacie?:) Lubię kwieciste wzory, ale tylko i wyłącznie te duże. Wszelkie drobne kwiatki u mnie odpadają.

Proszę mnie tylko nie podejrzewać o sponsorowany post! Raz, że absolutnie brzydzę się taką formą reklamy, to dwa, że nigdy nie trzeba było mnie namawiać, bym z własnej woli chwaliła to co podziwiam! Trafienie na ten sklep było momentem przełomowym w mojej szafie. Mam jedną spódnicę, ale za to jaką! Więcej nie potrzebuję :) Lubię mieć mało i konkretnie.

Myślę, że kiedyś wybierałabym bardziej kwieciste sukienki. Teraz jednak stawiam na solidy. Łatwiej się je nosi, łatwiej dobrać do nich dodatki. Pasują na wiele okazji!

Mimo, że moja szafa nie jest neutralna kolorystycznie, to mam poczucie, że wiele rzeczy tu do siebie pasuje i stanowi bazę do różnych stylizacji (chyba nie lubię takich słów:)). Moim podstawowym kolorem jest przydymiony róż, ale co raz chętniej sięgam po różne odcienie zieleni, a złoto lubię równie długo co słodkości. Nie gardzę beżem, brązem i szarością. Nie widzę się zupełnie w turkusach, fioletach czy czerwieniach. Czarny dopuszczam, zwłaszcza w dużych formach jak płaszcz. Jeszcze nie wiem co sądzę o rudościach czy bordo. Póki co bardzo podoba mi się moja całkiem zrównoważona kolorystycznie szafa:

Z zielenią, mimo że ją lubię, zawsze miałam problem. Moim zdaniem łatwo stworzyć odcień kiczowaty. Butelkowa, mszysta, czy ta pastelowa, ale przydymiona podoba mi się ogromnie, ale wszelkie trawy i pistacje są u mnie nie do zaakceptowania. 

Jak widzicie nie mam nawet białej koszuli! Oczywiście nie pokazałam Wam wszystkiego, bo pominęłam stroje letnie czy topy, które jakby nie patrzeć noszę przez cały rok. Na jesień czy zimę wybieram jednak bardziej proste, basicowe t-shirty. Wygodniej ubrać je pod sweterek. I one dość szybko się u mnie zmieniają, bo noszone blisko ciała i w zasadzie każdego dnia zużywają się o wiele szybciej.

Mam też ubrania i buty sportowe czy trekkingowe na każdy sezon, oraz zestawik "domowy", czyli bluza i stare portki. Ja z tych co przebierają się po wejściu do domu:).

Jeszcze kwestia butów. Przez 90% czasu tuptam sobie w adidasach. Moje stopy nie lubią zbyt dużego wydziwiania, poza tym priorytetem jest dla mnie wygoda. Do sukienek oczywiście nie zakładam sportowego obuwia (chociaż ta nowa polówka czy kraciasta mogłyby nieźle z nimi wyglądać). Nie lubię kupować butów, a moje nogi nie znoszą nowości, zwłaszcza tych twardych. Niemniej mam kilka wyjściowych par, które uzbierałam w ciągu kilku lat. Ciężko znaleźć mi półbuty, które przy dłuższym chodzeniu nie masakrowałyby mi stóp. Myślę, że to lata przechodzone w twardych, byle jakich butach odbiły się na zdrowiu i teraz do końca życia będą cierpieć. Albo po prostu nie umiem chodzić :)

Dobre buty to płaskie buty.

Bardzo je lubię choć oczywiście pod koniec dnia dają mi czasem w kość. Jak wszystkie. No, może ciut później. Dlatego je lubię :)

Te uwielbiam za klimat i kolor! Ale... no tak, dobrze myślicie. Ale jestem przypadkiem szczególnym. Nawet kapcie potrafią mnie obetrzeć. 

Nie jest tak, że gardzę wszelkimi obcasami:

Świetne są do sukienki i czarnych rajstop. Delikatnie ocieplane, więc śmigam w nich nawet późną jesienią. Obcas jest gruby i niewysoki, są naprawdę wygodne.

I na koniec o butach zimowych. Bo mam parę słów do przekazania. Drodzy producenci butów. O co wam chodzi z tymi kozakami? Dlaczego zimowe buty nie są ocieplane?! W zeszłym roku przeszliśmy wzdłuż i wszerz wszystkie sklepy w poszukiwaniu klasycznych, czarnych kozaków, które mogłabym nosić zimą... i co? I znalazłam tylko jedne (oczywiście je kupiłam)! Może ja czegoś nie wiem, oświećcie mnie, ale zakładanie cieniutkiej skóry na stopy, gdy na zewnątrz śnieg czy mróz wydaje mi się nierealne. Dodatkowa skarpeta? Serio? Gdy kupiłam butki za kilka stów? Może gazety?:)

Na szczęście znalazłam i będę o nie dbać należycie, bo niestety sklep ten (Aldo) wycofuje się z Polski i szanse na przyszłe futerko w kozaku drastycznie spadły. 

Nie dość, ze są ciepłe to jeszcze bardzo ładnie wykonane. Pasują idealnie i do spodni i do sukienki. I mają bieżnik! I to są moje jedyne buty zimowe.

Nie mam pojęcia czy w ogólnym pojęciu mam dużo czy mało rzeczy. Dla mnie jest to akurat. Nie tworzyłam nigdy żadnych list, nie czytałam poradników czy książek o tworzeniu garderoby. Nie podążałam za modą. Obserwowałam siebie i sukcesywnie pozbywałam się nienoszonych ubrań, oraz uzupełniałam szafę o elementy przeze mnie pożądane i sprawdzone. Na szczęście nie mam jakiejś szczególnej potrzeby posiadania czy kupowania ubrań (no może te sukienki!). Zdarzało się, że chodziłam przez jakiś czas w jednych spodniach bo nie miałam ochoty iść do sklepu, albo nie mogłam znaleźć niczego godnego uwagi.

Jak już uda się ustalić swoje zasady w tej kwestii to o wiele łatwiej jest robić zakupy czy wybierać wzory do dziergania. Łatwiej i oszczędniej. A już zdecydowanie przyjemniej!

Ciekawa jestem Waszych przemyśleń i opinii! 
Pozdrawiam Was serdecznie,
Marzena

poniedziałek, 24 września 2018

Bardzo poważny post w poniedziałkowy poranek :)

Dziś chciałabym poruszyć z Wami pewien ciężki temat. Myślę o nim od tak dawna, że nie pamiętam kiedy pierwszy raz wpadł mi do głowy. Póki co obserwowałam to zjawisko, dzieląc się swoimi odczuciami z bliskimi mi osobami, ale tak naprawdę chciałabym podzielić się nim z Wami, bo... tak naprawdę o blog i o Was, tych którzy mnie czytają, mi chodzi. Ale nie bójcie się! :)

Gdy zaczynałam pisać, w sieci istniało już wiele genialnych blogów, które były dla mnie wzorem i inspiracją! Po jakimś czasie nawiązała się między nami znajomość i stałam się "jedną z Was"! Pod postami, moimi czy Waszymi, roiło się od komentarzy - zabawnych, pochwalnych, pomocnych, rozpoczynających ciekawe dyskusję, niekiedy kontrowersyjnych, z którymi można było się zgodzić lub nie. Czasem inna blogerka odpowiadała postem na posta, przedstawiając ten sam temat z innej perspektywy. Bardzo lubiłam ten czas :) To sprawiało, że chciałam pisać i pisać!

Dziś jest troszkę inaczej... 

Dziś o wiele łatwiej nam kliknąć dwa razy w zdjęcie na Instagramie, dodać króciutki komentarz "pięknie" pod zdjęciem na facebooku, lub zareagować jedną z kilku możliwych "emocji" na przedstawiony post. Na obu portalach jestem, z obu korzystam. Nie potrafię jednak zaakceptować ich formy w pełni, nie umiem pogodzić się z tym sprowadzeniem wszystkiego do jednego, dwóch kliknięć. Moje posty w mediach społecznościowych często posiadają opis, niekiedy całkiem długi. Nie wiem czy ktoś go czyta, ale ja piszę. Zawzięcie. Piszę również tu, na blogu, choć często brakuje mi motywacji i chęci. Postów z każdym rokiem coraz mniej. Bo widzicie... serduszka i lajki, choć bardzo miłe, to nie są dla mnie najważniejsze. Po napisaniu posta, wrzucam zdjęcia na Instagrama i dzianą bandę na Facebooku i zapraszam Was na bloga, po parę słów ode mnie. Często poruszam jakiś temat, chcąc nawiązać z Wami rozmowę, zacząć jakąś dyskusję. Ale wydaje mi się, że bardzo mało osób tu zagląda. Skąd takie przekonanie? I tu już odpowiedzi udzieliła ostatnio Kasia (klik) i Gosia (klik)
Bo blog żywi się komentarzami! Nie statystykami czy liczbą wyświetleń. Brak komentarzy pod postem jest często dla mnie taką małą porażką, bo czuję, że "pewnie piszę jakieś nudne głupoty, komu chciałoby się mnie czytać?".

Komentarze nie są ważne dlatego, że znajdujemy w nich komplementy. Nie! Są dowodem na Waszą obecność. Takim namacalnym, motywującym. Takim Waszym podziękowaniem za to, że nadal tu jestem i piszę. Wiem wtedy, że te godziny nad klawiaturą są po coś.
Oczywiście mój blog może się przecież nie podobać - może po prostu każdy już stąd uciekł? :) Ale nadzieję dał mi Drutozlot, bo kilka osób podeszło do mnie mówiąc, że czyta i że lubi. Ale ja tego nie wiem (a raczej nie wiedziałam) i od dłuższego czasu myślę o tym, by rzucić blogowanie! I nie jestem w tym osamotniona, bo rozmawiałam już z kilkoma blogerkami i ona niestety z tego samego powodu "siedzą cicho" od dłuższego czasu. 
 
Możecie się śmiać i myśleć, żem niewdzięczna. Ale czasem jest mi po prostu strasznie przykro, że post, nad którym spędziłam mnóstwo czasu doczekał się dwóch czy trzech miłych komentarzy (za każdy ogromne uściski dziewczyny!), a króciutki wpis na fejsie czy insta obsypany został licznymi serduszkami. Oznacza to, że jesteście, lubicie, coś mi tam jednak wychodzi, ale czytać mnie już nikt nie chce, nie ma czasu, nie czuje potrzeby.
Piszę więc rzadziej, mniej chętnie, ale piszę, bo pisać i czytać lubię. Bo brakuje tego w obecnym świecie gdzie liczy się tylko obraz, piękny kadr, a słowa są w zasadzie zbędne. 
Widać to idealnie wtedy, gdy pod wpisem (najczęściej na insta czy fb), w którym szczegółowo opisuję dane techniczne projektu, pojawiają się pytania o metraż, wzór, link, nazwę włóczki itp. Nie da się chyba bardziej pokazać autorowi, że absolutnie nie przeczytało się tego co ma do powiedzenia. Co więcej, pytający liczy na to, że autor mimo to pomoże nam i udzieli odpowiedzi. A wszystko przecież jest podane na tacy, trzeba tylko chcieć, przeczytać zdanie lub dwa.

To zjawisko niestety sprawiło, że i ja przestałam mieć ochotę na komentarze... Od pewnego czasu tylko czytam, rzadko komentuję. I ja postanawiam to zmienić! Przeczytałam post? Podobał mi się? Zgadzam się z autorką, albo mam zupełnie inne zdanie? Dam jej o tym znać! Ona przecież po to pisze, nie dla siebie, z nudów, z obowiązku. Ona pisze do nas i tak samo jak ja, liczy na odzew. 
Jeśli nie chcemy by jakiś blog umarł, musimy zacząć dawać coś z siebie. Jeśli go lubimy, jest on dla nas źródłem inspiracji czy relaksu i chętnie czytamy każdy nowy post, to dajmy autorowi o tym znać, w podziękowaniu za te godziny nad klawiaturą, za chęć podzielenia się z nami swoimi myślami czy wiedzą.

Podsumowując - moi mili! Ja naprawdę nie wiem ilu Was tu jest... Nie wiem kto mnie jeszcze tu lubi czytać, kto czeka na nowy post, nowy projekt. Naprawdę tego nie wiem. Otrzymuję regularnie komentarze od kilku osób, którym jestem za to ogromnie wdzięczna, bo to dzięki Wam jeszcze piszę! Bo wiem, że po drugiej stronie ktoś rzeczywiście istnieje! Jeszcze raz dziękuję!

Pozdrawiam Was,
Marzena

niedziela, 23 września 2018

I smell snow

W połowie dziergania tego projektu człowiek zdaje sobie sprawę, że właśnie wydziergał całkiem dużą chustę, a mimo to jest się dopiero w połowie! 

"I smell snow" to prosty, ale uroczy projekt Melody Hoffmann, którą bardzo cenię za cudowny styl i klimat. Trzyma się go skrupulatnie i nie zmienia wraz z modą. Patrząc na jej fotografie człowiek niemalże zna jej charakter! I tak samo jest z projektami, które tworzy.

Pisałam Wam kiedyś, że gdy nie mam pomysłu co dziergać, zamiast na siłę kombinować i tworzyć milion próbek, sięgam po prostu po coś ładnego i praktycznego (potrzebnego!). Chust nie mam wiele, ale niemalże każda jest... różowa :). A że nawet jesienna kurtka jest w tym kolorze, potrzebowałam czegoś dla kontrastu. To był dobry moment by stworzyć dla siebie ten przytulny i uroczy projekt! Co prawda mój wybór kolorów czy sesja zdjęciowa wcale urocze nie są... ale przytulności wcale nie brakuje. Podwójna warstwa, ścieg francuski i te chwościki...
Trafiła nam się na sesję moja ulubiona pogoda - wiatr, chmury, wilgoć w powietrzu. Nie jest to może idealny zestaw do sesji w plenerze, ale dzięki temu powstały nietypowe jak na nas kadry, które wcale nie są dalekie od mojego gustu. Wszelkie mroczne, tajemnicze klimaty są mi bliskie, zwłaszcza pod murami starego, strawionego ogniem pałacyku... dla mnie to wielce romantyczne!
 


Chusta powstała z połączenia Fino od Julie Asselin w kolorze Biscotti i Goat on the Boat w nowym odcieniu Valadilene. Nowa mini paleta inspirowana była cudowną grą Syberia, a Valadilene to fikcyjne miasteczko - ciche, zamglone, pełne automatów i tajemnic. Grałam w tę grę jako nastolatka, ale uwielbienie do tych klimatów zostało mi do dziś!
 

Zużyłam około 1.5 motka każdego koloru. Postanowiłam zmniejszyć chustę, ale i tak wyszła sporych rozmiarów. Brzegi zdobi szesnaście małych chwostów:
 

Te dwie warstwy naprawdę są cudowne! Nie dość, że daje nam to ciekawy efekt i sporo możliwości kolorystycznych (dwie chusty w cenie jednej! ), to jeszcze szyja i ramiona są odpowiednio ocieplone. Tylko dzierga się dwa razy dłużej :)

Co do pałacyku. Znajduje się niedaleko naszego domu, w Gałowie. Stoi opuszczony, zniszczony, w środku doszczętnie strawiony przez pożar. Mi to jednak nie przeszkadza by z dreszczykiem emocji zaglądać przez zniszczone drzwi i marzyć, że mógłby należeć do mnie. Uwielbiam pałace, to z jakimi czasami się wiążą, kto w nich mieszkał, jak wyglądał, jak żył. Marzy mi się mój własny, stary, leżący wśród wysokich drzew. Szkoda tylko, że tak wiele z nich niszczeje na naszych oczach. W okolicy wypatrzyliśmy już ich całkiem sporo. Każdy zdewastowany, okradziony, w gruzach niemalże. Póki nikt ich nie kupi, żaden konserwator zabytków się nimi nie zainteresuje, co oczywiście zmienia się drastycznie w momencie próby ich renowacji przez nowych właścicieli.

Rok temu spędziliśmy kilka dni w uroczym pałacyku w Kamieńcu. W jednym z pomieszczeń przedstawiono historię budynku oraz opisano szczegółowo cały proces renowacji (i jego koszt). Chyba tylko wielka miłość do historii i konto bez dna uratowały ten projekt! Ale za to jest tam teraz pięknie! Gdyby tylko było więcej takich ludzi!

Pozdrawiam Was serdecznie,
Marzena

niedziela, 16 września 2018

Ipoh i Cameron Higlands. Malezja.

Z czym, oprócz dżungli i pięknych plaż, kojarzą Wam się azjatyckie, okołorównikowe państwa? Dzisiejszy odcinek z naszej czerwcowej podróży będzie o czymś zupełnie innym niż dotychczas. Nie będzie wulkanów, krystalicznej wody pełnej ryb, złotych piasków czy dżungli. Ale będzie to coś zdecydowanie orientalnego, coś co oboje kochamy! Wycieczka tam była jednym z najważniejszych punktów naszej Azjatyckiej podróży. Nigdy nie mieliśmy okazji ujrzeć takiego widoku, a robił on ogromne wrażenie, mimo że nie podnosił adrenaliny :) 

Na wycieczkę do tytułowego Ipoh wybraliśmy się wraz z rodzicami, którzy jak wiecie, mieszkają w Malezji od dłuższego czasu. Mieliśmy kilka dni "wolnego" od zaplanowanych dłuższych wycieczek, był to więc idealny moment by wsiąść w samochód i zwiedzić skarby Półwyspu Malajskiego.

Popołudniem dotarliśmy do miasteczka Ipoh i po zameldowaniu się w hotelu ruszyliśmy na sławny Chicken Rice oraz na krótkie zwiedzanie. Ipoh różni się od innych azjatyckich miast jakie mieliśmy okazję widzieć. Jest po prostu urokliwe, co niestety rzadko się w Azji zdarza :). Nie ma tu starówek (Europa nas w tej kwestii bardzo rozpieściła, prawda?), miasta rzadko są przyjazne pieszym - najczęściej brakuje chodników, przejścia przez ulicę, nawet na pasach, czy zielonym świetle, to walka o życie, wiszące kable są normą, tak samo jak wszelkie stoiska, budy i bary na każdym wolnym kawałku przestrzeni, której nie zajęły liczne samochody. Azja taka właśnie jest.

Ale Ipoh było po prostu urocze! Miło było zapuścić się w jego uliczki z kolonialną architekturą, alejki oświetlone lampionami czy pięknymi muralami!


Mimo swojego uroku nie widzieliśmy tu zbyt dużo turystów.

Spacerowaliśmy do późnego wieczora, z przerwą na coś słodkiego w uroczej kawiarence.

Typowa azjatycka restauracja - otwarty lokal z prowizoryczną kuchnią, plastikowe duże stoły i krzesła, szybka obsługa i proste dania.

Tak naprawdę to nie Ipoh był naszym celem, choć nie można mu odmówić atrakcyjności! Na drugi dzień, z samego rana, wybraliśmy się do Cameron Highlands, które posiada coś wyjątkowego... ogromne, zielone pola herbaty! 

Trasa była dość uciążliwa... Chcieliśmy zobaczyć nowy punkt plantacji, z herbaciarnią i fabryką, którą można zwiedzić. Okazało się, że mnóstwo osób pomyślało dokładnie to samo i niestety dość długo staliśmy w korkach. W większości przypadków wynikało to z faktu, że Malajowie są naprawdę średnimi kierowcami. Boją się absolutnie każdego manewru! A już na górce, na wąskiej drodze to najbezpieczniej dla nich jest stać i się nie ruszać :)

Pogoda była idealna do zwiedzania takiego miejsca (a może ciągle taka tam jest?). Niskie chmury, mgiełka i wilgoć... wymarzony krajobraz dla kogoś takiego jak ja! I dla takich wielbicieli herbacianych naparów jakimi jesteśmy!
Co prawda pierwszy punkt trochę rozczarował - nie było klimatycznej herbaciarni, ani zapierających dech w piersi widoków, za to można było obejrzeć każdy etap powstawania herbaty. Od selekcjonowania, po suszenie i pakowanie. 

Na szczęście rodzice znali jeszcze kilka miejsc w okolicy i po herbacianych zakupach ruszyliśmy dalej - na drugi, starszy punkt plantacji oraz na wzgórze, z którego widok po prostu olśniewał! Gotowi? :)


 Przepięknie! Te chmury, te kolory, te urocze herbaciane "poduszeczki"!

Mogliśmy spacerować między krzewami, które z bliska przypominały trochę żywopłot. Kontrola jakości:


Ta mgiełka nad polami i siąpiący od czasu do czasu deszcz sprawiał, że czułam się jak w bajce! To że uwielbiam deszcz zapewne wiecie:) Oglądanie takich krajobrazów w pogodny, słoneczny dzień byłoby absolutnie mniej atrakcyjne!



Przepięknie! Było naprawdę przepięknie!
 Mieliśmy też okazję zobaczyć zbiory herbaty, a Pan zgodził się mi nawet zapozować :)

W samym Cameron Higlands nie kupiliśmy bardzo dużo herbaty, ale oczywiście coś ze sobą przywieźliśmy. Większość herbat tej plantacji to herbaty torebkowe, a my wolimy zdecydowanie te liściaste. Ale najsmaczniejszą czarną liściastą przywieźliśmy właśnie z tego miejsca! Aż żal bo niedawno nam się skończyła!

Będąc już przy tym temacie wspomnę na koniec tego liściastego posta, że w zasadzie głównymi naszymi pamiątkami z Azji były właśnie herbaty! W Kuala Lumpur, w China Town, prawdziwych chińskich herbaciarni (nie mają za dużo wspólnego z tym co widujemy w Polsce!) było mnóstwo! Wracaliśmy tam często, kupując co raz to inne czarne, zielone, oolong... Nie mogliśmy się powstrzymać. W każdym punkcie sprzedawca parzył w pięknych zestawach herbaty dla klientów, można było próbować, zasiąść za malutkim stolikiem i obserwować cały rytuał... Przywieźliśmy również piękny malowany zestaw do tradycyjnego parzenia chińskich herbat!

Pozdrawiam Was serdecznie!
Marzena