niedziela, 25 września 2016

Crescendo

Myślę, że już leciutko nieaktualne są moje poglądy. Już nie tylko podziwiam chusty, ale nawet czasem je dziergam! Co prawda mam dopiero dwie, obie podobne stylem, bo to zdecydowanie mój styl, praktyczne i sporych rozmiarów by idealnie otulały w chłodne wieczory. Mimo że nadal największą radość daje mi dzierganie i noszenie swetrów, to jestem przeszczęśliwa, że w końcu mam drugą chustę! Popsułam się :)
W moje ręce wpadła cudna ciapkowana wełna, a że pasowało jej idealnie zostać czymś do otulania to nie miałam wyjścia.

Wybrałam wzór Crescendo autorstwa Janiny Kallio, która swoją wersję również wykonała z nakrapianej włóczki, co ostatecznie przesądziło o moim wyborze. Zapraszam do tajemniczego lasu:

Miałam motek Pinaty Leizu Fingering i od razu dobrałam do niej partnerkę - Nakabeni! Głęboki i mocny, wręcz do granic możliwości, chłodny odcień różu. W Pinacie ten kolor najpierw rzuca się w oczy, ale ma ona też dziesiątki innych kolorowych kropek. Myślę, że z ciemną zielenią też by jej było cudnie.
 

Chusta jest prosta, z odrobiną ażuru, i o dziwo, mimo wielkości wcale mi się nie dłużyło. Bardzo się lubimy!

 Jak już miałam dziergać chustę to musiała być konkretna! Szalenie podobają mi się te szalone kolory!

Byliśmy w lesie o wielu twarzach. Zdjęcia powyżej wykonaliśmy w zielonym zakątku, z miękkim światłem i te podobają mi się najbardziej. A że potrzebowałam jeszcze kilku ujęć, które pokazałyby to i owo musiałam dobrać zdjęcia, które wyszły w całkiem innym klimacie! Na ścieżce było mnóstwo światła, które przebijało się przez morze liści, więc na dokładkę trochę kolorowych, słodkich ujęć:

 Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

poniedziałek, 19 września 2016

Mélanie

"Nie ma złej pogody na zdjęcia. Są tylko zbyt małe chęci" :)
Marzena

Dziś będzie o swetrze, który robiłam dwa razy. Począwszy od nabrania oczek aż po zblokowanie. Tyle, że ten pierwszy wyszedł w rozmiarze L, a ja póki co nadal noszę eskę. Sweterek wyszedł w każdym calu taki jak lubię, wszystko mi się podobało, ale nie podobała mi się myśl o dzierganiu go jeszcze raz. To było przed wyjazdem w podróż. Miałam już zaczętą nową robótkę, szal pełen szalonych kolorów, byłoby mi z nim ładnie podczas dziergania na plaży. Ale nie, tak nie można, przynajmniej u mnie. Musiałam przeprosić szal i poprosić go o cierpliwość, spruć calutki sweter, a następnie każdy spruty motek przemienić w precla i uprać, by włóczkę wyprostować. Schła zadziwiająco krótko, nie wyglądała już tak dołująco jak zaraz po spruciu. I zabrałam się za dzierganie swojego rozmiaru. Jest plus tej sytuacji - mam już jeden test elki :)

A czemu sweter mi się tak spodobał? Bo jest bardzo prosty, minimalistyczny wręcz, lekko nowoczesny i niesamowicie przytulaśny! Wiecie, że ja lubuję się w prostocie. Włóczkę na niego otrzymałam od Julie, która poprosiła mnie o zaprojektowanie "czegoś" z jej nowej włóczki, która będzie mieć premierę już niedługo. Włóczkę Wam już pokazywałam - to te malutkie, niesamowicie puchate moteczki moheru z jedwabiem w pudroworóżowym kolorze. Jako że sama włóczka jest cieniutka, to idealnie nadaje się na połączenie ją z dowolną ulubioną nitką i stworzenie misiowatego sweterka. Ja wybrałam Fino (kaaaaaaszmir!) więc miękkością i puchatością załamuje wręcz! Dałabym pomacać, gdybym tylko mogła, ale musicie mi wierzyć na słowo - puszek! 

Teraz już chyba wypada pokazać to co wymodziłam. Przedstawiam mój nowy projekt, który kojarzy mi się trochę z francuskim stylem, musiał więc otrzymać odpowiednie imię - Mélanie.
Weekend nadaje się na sesję idealnie, a że akurat było mokro i padał deszcz? Kto by się przejmował! Jest więc kukurydza, deszcz, błoto i my w tym błocie. Parasol, brudne buty i co najważniejsze, dobra zabawa.


 Nie będę kłamać - bardzo, ale to bardzo go lubię!

Sweterek jest delikatnie luźny, nie za długi by nie wisiał zbytnio - nie pasuje to do niego. Rękawy uroczo wywinięte, a kołnierz i dół przytulnie pulchne. Planowałam zrobić rękawy i kołnierz ozdobnym ściegiem, ale jak doszłam do tego momentu to nie mogłam się powstrzymać i wykończyłam całość minimalistycznie, nowocześnie.




Puchata włóczka nosi nazwę Anatolia i już zamówiłam ją do sklepiku. Zawsze myślałam, że moher to taka lekko podgryzająca wełna. Anatolia nie ma w sobie nic a nic z podgryzania, jest tak bardzo mięciutka i delikatna, że nie gryzie nawet mnie, człowieka przewrażliwionego. Połączona z kaszmirowym Fino jest jak obłoczek, ciągle kiziam go i miziam. Fino otrzymałam w kolorze Jardins des Tulieries, a Anatolię w nowym kolorze Balllerine - ten pierwszy był chłodny, lekko liliowy, a Anatolia pudroworóżowa. Po połączeniu dały coś idealnie pośrodku - jednocześnie chłodny i ciepły odcień różu. Myślę, że można ciekawie "modyfikowac" kolor i nadawać lekkiego trójwymiaru łącząc dwa różne farbowania.

Troszkę pojaśniałam na tych wakacjach. Miejscami mam niemalże platynowe kosmyki. Zaczęłam całkiem poważnie zastanawiać się nad jasnym blondem, takim niemalże białym...


Na koniec pozwoliłam sobie na chwilę szaleństwa (jakby sesja w deszczu i błocie nie była już wystarczająco szalona). Miałam już przemoczone spodnie, buty lepiły się do drogi, a w środku chlupotało, więc zwyczajnie je zdjęłam. A jak już je zdjęłam... Któż by mnie powstrzymał? :)
 

Ciepła kałuża, to jest to!

Mélanie oczywiście pragnie być przetestowana, jeśli tylko macie ochotę czekam na zgłoszenia. Wzór jeszcze nie jest gotowy, ale planuję uporać się z nim w ciągu tygodnia, góra dwóch. Pięknie proszę o maila na blogowy e-mail: welnianemysli@gmail.com

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

czwartek, 15 września 2016

Podróż poślubna: Słowenia, część trzecia

Część pierwsza do poczytania o tu: klik!
Część druga do poczytania o tu: klik!

Zanim zacznę relację z wakacji, tak na wszelki wypadek, by nie zarzucano mi już w przykry sposób, że wykorzystuje swój ślub do promocji bloga (nie zauważyłam wzrostu oglądalności podczas przygotowań do niego:)) powiem, że jedyny powód, dla którego nie pokazałam jeszcze zdjęć ze ślubu jest taki, że tych zdjęć jeszcze zwyczajnie nie mam, a przecież sama nie robiłam zdjęć podczas własnego ślubu! Dostaliśmy maluteńką próbkę zdjęć od fotografa, co sprawiło, że czekamy na nie jeszcze bardziej i nie możemy się już doprawdy doczekać. Próbka była przepiękna... a fotograf specjalnie nie wybrała najlepszych ujęć :) Czekamy więc i my, jak widać. Przede wszystkim my.

Słowenia dzień trzeci i piąty
Trzeci i piąty będą razem, dlatego, że mają ze sobą dużo wspólnego. A łączy je coś niezwykłego - Jezioro Bohinjsko!
Trzeciego dnia nie mieliśmy najmniejszego zamiaru ruszać auta, ale z drugiej strony żal było kolejny dzień spędzić tak samo, czyli nad Bledem, do którego mieliśmy blisko. Wpadłam więc na pewien pomysł. W naszym hotelu można było wynająć rowery... i skutery! Marzyło nam się koniecznie odwiedzić drugie cudne jezioro Słowenii, które było oddalone od nas około 31 km. Nie było na co czekać :) Wynajęliśmy skuter, co pędził 25 km/h (w porywach do 40), spakowaliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy i hałasując ruszyliśmy na zachód! Było całkiem wcześnie, coś około 9:00, ale słońce już przyjemnie grzało, więc ubraliśmy się lekko. No cóż, nie przyszło nam do głowy, że w głębi parku Triglavskiego, między niesamowicie wysokimi górami, na krętej drodze, która leżała w kotlinach, przy turkusowej lodowatej górskiej rzece, słońca o tej godzinie nie spotkamy. Że w ogóle bywa tam rzadko. Jak żeśmy zmarzli jadąc z tą zawrotną prędkością to tylko my wiemy:) Ale jest co wspominać! A oto nasza mała ryba:


Jezioro Bohinjsko jest inne od tego w Bledzie. I jeśli kiedyś wybierzemy się znowu do Słowenii to zdecydowanie właśnie nad to jezioro! Zabudowań jest tam niewiele, jezioro jest większe, równie ciepłe, szlaki dzikie, a ludzi zdecydowanie mniej. Widoki zapierające dech w piersiach! Szkoda, że nie jesteśmy dobrzy w fotografowaniu krajobrazów. Naprawdę nie udało nam się w 100% oddać piękna tego miejsca...

Postanowiliśmy pojechać na zachodni brzeg jeziora, bo stamtąd niedaleko było do jeszcze jednej atrakcji - wodospadu Savica. Po drodze zatrzymaliśmy się na południowym brzegu, by kupić coś do picia, a przy okazji zeszliśmy nad brzeg jeziora, krótkim pasem lasu i zaniemówiliśmy... Przed nami była turkusowa, krystaliczna woda, a zaraz za nią, całkiem blisko, ściana góry, a w oddali widniały następne. Gdyby nie to, że słońca na plaży nie było wcale i nie zapowiadało się, by szybko miało wyjść zza drzew, spędzilibyśmy dzień właśnie tam. Zrobiliśmy panoramę, ale nie da się oddać dobrze efektu - obiektyw troszkę zmniejszył górę i lekko oddalił. Musicie mi wierzyć na słowo - cudo! Można kliknąć i powiększyć:

Samowyzwalacz to już w ogóle średnio potrafił to oddać, ale przynajmniej mamy wspólne zdjęcie :)
Wsiedliśmy na naszą maszynę i ruszyliśmy dalej bo już nie mogliśmy się doczekać pływania. Ale pomyliliśmy drogę. Wiecie, były całe dwa skrzyżowania i za drugim razem oczywiście wybraliśmy zły kierunek. Ale to zupełnie nic, bo ta zła droga prowadziła do wodospadu ukrytego w górach, spływającego wysokim strumieniem w dół. Trzeba było pokonać mnóstwo schodów, ale było warto! Urokliwy wodospad jest w zagłębieniu, na dole tworzy się małe turkusowe jeziorko. Niestety nie można podejść do wody, bo inaczej już bym brała tam prysznic :).
Słońce świeciło niesamowicie, a pół wodospadu było w cieniu - zdjęcie więc wychodziło albo ciemne z jednej strony, albo przepalone z drugiej. Kto ma ochotę może wygooglować ten wodospad i znajdzie na pewno piękniejszej ujęcia, ale mimo wszystko chwalę się naszymi. Wodospad Savica:
 

Teraz nie pozostało nic innego jak pójść wylegiwać się nad alpejskim jeziorkiem! Znaleźliśmy "plażę", która była tak naprawdę polanką zielonej trawy, z kilkoma drzewami rozsianymi to tu, to tam, które dawały przyjemny cień. Cykady wśród liści, ptaki nad głową, słońce na twarzy i ta woda! Czysta, przejrzysta, błękitnoturkusowa... Mimo że zaraz obok znajdowało się kilka domków do wynajęcia, a na polanie leżało już trochę turystów to było tam bardzo spokojnie i kameralnie. Jeśli mam wybierać, to wybieram Bohin!
Poniżej moje ulubione zdjęcie! Cała obróbka praktycznie skończyła się na dodaniu lekkiego kontrastu i delikatnej regulacji balansu kolorów. Słońce wisiało nisko nad górą, było już przyjemnie miękkie, ale na tyle mocne by wydobyć kolory z liści, wody i góry.
 
 
 

Tak spędziliśmy dwa długie popołudnia. Łapiąc promienie słońca, które przed 18:00 chowało się już za górę i pozostawał już tylko cień:).

Piątego dnia nad Bohinj dostaliśmy się autem, więc można wywnioskować, że nasze problemy z autem się skończyły :) Generalnie to nie mieliśmy tego dnia w planach jeziora - czasu było mało, tylko tydzień, a do zobaczenia mnóstwo! Ale niestety lekko się pochorowałam, brzuch nie dawał spokoju, bolał mnie okrutnie, więc zamiast planowanej wyprawy w góry, pojechaliśmy znowu nad jezioro. 
Przed południem natomiast odwiedziliśmy kolejną Słoweńską perełkę, czyli Wąwóz Vintgar. Rwącą górską rzekę Radovnę, która spływa kaskadami i małymi wodospadami, otaczają wysokie, porośnięte zielenią skały. Spaceruje się przez wytyczone ścieżki lub drewniane kładki przymocowane do skał. Naprawdę piękne miejsce!
 

 Tu dokładnie mogłabym mieszkać, tam nad brzegiem, wśród mchu:
Posty o Słowenii będą jeszcze dwa. Mogłabym napisać jeden, wspólny dla czwartego i szóstego dnia, ale jako ze działo się wtedy bardzo dużo to podejrzewam, to mógłby by lekko przydługi, a na koniec moglibyście zacząć mi źle życzyć :) 

PS Nowy sweter gotowy! Weekendzie, przygotuj się na sesję!

Do napisania!
Marzena

środa, 14 września 2016

Chmurkowe łakocie!


Krótka wełniana notka: jakieś trzy miesiące temu złożyłam zamówienie u Julie na naprawdę mnóstwo motków! Wszystko to dotarło już do mnie, zostało należycie obfotografowane i jest już dostępne w sklepiku (klik!) :)
A co to za łakocie? Konkretne uzupełnienie Milis, Piccolo i Fino, a dodatkowo 11 nowych kolorów, w tym kilka zupełnie nowych, których jeszcze nie było na żadnej bazie:)

Cztery nowe ciapkowane kolory, w tym trzy po raz pierwszy u Chmurki:
Od lewej: Elsa, Pinata, It's my party i Sunset. Gdyby nie to, że dziergam właśnie chustę z Pinaty to It's my party byłoby moje :D

Nowością, nie tylko w sklepiku, ale w ogóle u Julie jest La vie en rose, czyli mocna, jasna magenta, (pierwsza z lewej, chciałabym ukraśźć). Nowością chmurkową jest dodatkowo Cabana, czyli intensywny błękit królewski, oraz Riverbed - to ten od Cosy Wifey :)
(Od lewej, od góry: La vie en rose, It's my party, Satchel, Cabana, Pinata, Mouton Noir, Riverbed, Elsa, Jaipur, Shiitake, Sunset)

Ciekawa jestem, który kolor podoba Wam się najbardziej:) 
Jeśli macie ochotę to zapraszam do sklepiku: Milis, Piccolo, Fino.

Pozdrawiam ciepło,
Marzena

poniedziałek, 12 września 2016

Podróż poślubna: Słowenia, część druga

Część pierwsza do poczytania o tu: klik!

Z samego rana nie było wyjścia, trzeba było udać się do serwisu Forda i dowiedzieć się jak bardzo mamy przerąbane. Niesamowite było to, że salon był zaraz obok naszego miejsca zakwaterowania. Pan zajrzał do auta, popatrzył, poczarował i orzekł, że wie, że nie jest tak źle, ale potrzebuje 1-2 dni na sprowadzenie części. Wentylator od silnika postanowił przejść na emeryturę. Dostaliśmy zgodę na jeżdżenie autem na krótkie dystanse, ale pod żadnym pozorem nie wolno nam było stać w korku, bo wtedy silnik grzał się najbardziej. Jak już pisałam spaliśmy tylko 3 km od Bledu, gdzie znajduje się niejedna atrakcja Słowenii, a przede wszystkim piękne alpejskie jezioro. No to już mieliśmy plan na ten dzień. Zabrać kocyk, książki i leżaki i cały dzień odpoczywać. Spakowaliśmy się, ruszyliśmy i władowaliśmy się w korek. Nie tylko my postanowiliśmy spędzić dzień w taki sposób. O ludzie. No nic, jakoś przebrnęliśmy wyłączając silnik za każdym razem jak tylko się zatrzymywaliśmy, objechaliśmy jezioro z prawej strony i w końcu udaliśmy się nad brzeg robić to na co mieliśmy ochotę:). Nad jeziorem Bled jest kilka małych plaż, ale kąpać można się w każdym miejscu. Znaleźliśmy kawałek trawy z pięknym widokiem na jedną z najbardziej charakterystycznych budowli tego kraju: kościół umiejscowiony na malutkiej wyspie Blejski Otok.

Jest coś niezwykłego w zwyczajnych kąpielach z tak niezwyczajnym widokiem w tle:) Woda w jeziorze jest ciepła i czysta. Sama przyjemność! Samo jezioro jest niewielkie, można obejść całe za jednym razem. Z każdej strony widok jest równie piękny. Bo oprócz kościółka na wyspie, Bled posiada również zamek na niesamowicie stromej i wysokiej skale. No i te Alpy w tle!

Koniecznie kliknijcie w zdjęcie by je powiększyć - nie chciałam go zmniejszać, nie byłoby tego efektu!





Jeśli będziecie wybierać się do Bledu i zechcecie kupić bilet na wejście do zamku to zdecydowanie odradzamy - wejście na dziedziniec jest darmowe, a bilet w cenie 10 euro obejmuje tylko malutkie muzeum, które niestety nie robi wrażenia. Kasa jest tak ustawiona, że w sumie nie wiadomo czy można czy nie można wejść na placyk. Usytuowanie jej przy samym wejściu sugeruje, że nabyć bilet trzeba, a jak tylko przechodzimy przez bramę to widzimy restauracje, do których oczywiście nie musimy mieć biletu. Za to z dziedzińca naszym oczom ukazuje się taki widok! Znowu najlepiej kliknąć, bo panorama jest duża :) A zrobiliśmy ją z 3 fotografii, a w sklejeniu pomagał program Hugin. Można osiągnąć naprawdę niezwykłe efekty.
W centrum tego małego miasteczka byliśmy tylko chwilę. Nie ono jest tu główną atrakcją. Wszystkim zajmuje się przede wszystkim przyroda - niezwykle górzysty i zalesiony teren, turkusowe jeziora, urokliwe wysepki i plaże... Pod koniec sierpnia w Bledzie była umiarkowana liczba turystów, tak mi się wydaje. Nie przeszkadzały nam tłumy, aczkolwiek plaże były pełne. Ale tak jak pisałam rozłożyć z kocykiem można się wszędzie. Ludzie spacerują za plecami, pływają i uprawiają sporty wodne. Mimo to jest spokojnie, czuć, że jest się na wakacjach. A jedzenie jakie pyszne! Oczywiście szamiemy rybki. Piwo na południu smakuje mi o wiele bardziej!

Żeby mieć wspólne zdjęcie, trzeba się postarać: 
Tu widać jaki kolor ma woda...
Ależ bym chciała jeszcze raz wskoczyć do tej wody...

Cały dzień spędziliśmy w tym miejscu, więc na dziś to już koniec. Ale jutro pokażę Wam coś jeszcze piękniejszego!
Pozdrawiam,
Marzena