czwartek, 9 listopada 2017

O herbacie

Tak się cudownie złożyło, że z Mateuszem dzielimy naprawdę wiele pasji, zainteresowań czy upodobań. Tych kilka, które są odmienne można policzyć na palcach jednej ręki. Na przykład absolutnie odmienny gust muzyczny, czy pewne skłonności czytelnicze - moje XIX wieczne klimaty niekoniecznie pasjonują Mateusza, tak jak ja niespecjalnie czytam wszelakie hard science fiction, które powoli opanowuje naszą biblioteczkę. No i oczywiście moje uwielbienie do dziewiarstwa i kreatywnego tworzenia rzeczy, oraz Mateuszowe zafascynowanie programowaniem.

Korzystając z chwili spokoju, podczas wymuszonego obowiązkami porannego, długiego spaceru, snułam plany dotyczące tego wpisu i taka właśnie myśl mnie naszła, choć na co dzień oczywiście zdaję sobie z tego sprawę. 
Bo dzisiejszy post będzie o tym, co oboje wręcz uwielbiamy, w równym stopniu, o tym czego nigdy nie może zabraknąć w ciągu dnia i czego nie pominiemy podczas wizyty w Ustce. Mimo że ten wpis, patrząc na tematykę mojego bloga, to zwyczajny off topic, to wyjaśni Wam dlaczego w paczuchach od Chmurki znajdujecie taki a nie inny prezencik.

Herbata! Jak to ładnie brzmi, prawda? I mimo że lubię kawę (O! Mateusz nie pije jej wcale!), co prawda tylko i wyłącznie zimną, mleczną, słodką, i pijam jedną dziennie, to jestem zdecydowanie herbaciana. W zasadzie nasza miłość do herbaty ma swój początek mniej więcej w tym samym czasie co My :). Bo to na herbatę właśnie zabierał mnie Mateusz, albo ja zabierałam jego, a szliśmy w bardzo wyjątkowe miejsce, któremu należy się przynajmniej jeden akapit w tym poście!

Ustka, mimo że mała i jednak turystyczna, posiada istną perełkę, która oparła się modzie, ślepemu podążaniu za modnymi wystrojami, pogoni za konkurencją, od dawna posiada swój własny, niepowtarzalny klimat, styl i atmosferę. Takiego miejsca nie znalazłam nigdzie indziej, a trochę (odrobinkę, ale jednak) już zwiedziliśmy, szukając w niejednym mieście herbacianego raju. 
Ustecka herbaciarnia jest niewielka i czarująca, łączy uwielbienie do herbaty i sztuki, bo przy okazji jest również galerią. Powiedziałabym, że panuje tam eklektyzm, natłok starych przedmiotów, pozornie do siebie nie pasujących. Przypomina salonik z dawnych lat, pełen kredensów, serwetek, starych zabawek i porcelany. Lada to nic innego jak odmalowane ręcznie rustykalne meble z łyżeczkami w formie uchwytów. Nie znajdziecie tam idealnie wykończonych przedmiotów, lśniącej podłogi czy równych ścian. Nie, i bardzo dobrze! Obecne wystroje lokali czy kawiarni w zasadzie niewiele się od siebie różnią, jeśli nawet mają przypominać wnętrza z dawnych lat to są zbyt... perfekcyjne! Brakuje im autentyczności, ale ta herbaciarnia... jeśli będziecie mieć okazję zobaczyć Ustkę, obiecajcie mi, że wejdziecie tam choćby na chwilę.
Zdjęcie powyżej pochodzi z facebooka herbaciarni.

Oprócz wystroju i atmosfery są tam również przemili właściciele i cała ściana herbat! Od klasycznych czarnych, po białe, wędzone, zielone, czerwone, rooibos, aromatyzowane, ziołowe, żółte czy susze owocowe. My za każdym razem wybieramy inną, a odwiedziliśmy to miejsce mnóstwo razy. Każdą herbatę można powąchać, zapytać o skład, smak czy właściwości, o sposób parzenia, bo tych jest kilka (pisałam Wam kiedyś o parzeniu herbaty na zimno klik!). 
Zawsze zamawiamy dwie różne herbaty. Jeden dzbanuszek wystarcza na 3 filiżanki, a środkową najczęściej się wymieniamy. Ja kieruję się zawsze zapachem lub chęcią spróbowania konkretnych składników, a Mateusz wybiera... po nazwie. Czym śmieszniejsza tym lepiej! Tak więc na liście zamówionych herbat to nie ja mam "Czerwone serduszko" :).
Wizyta w herbaciarni to nasza mała tradycja - za każdym razem gdy jesteśmy w Ustce, choćby raz musimy wstąpić na herbatę. Nie wiem jak to się stało, że mam tak niewiele zdjęć z wnętrza! A może i wiem? Nie ma na to czasu i ochoty, trzeba chłonąć to miejsce! Odsyłam Was więc na facebooka i googla.
A teraz o naszej herbacianej codzienności, bo przecież Ustkę odwiedzamy rzadko, a w ciągu dnia wypijamy przynajmniej pięć kubków herbaty. 

Herbaty mogą być liściaste, granulowane lub w torebkach. Musicie jednak wiedzieć, że nie jestem herbacianym specem, wiem tyle ile potrzeba mi do tej codziennej przyjemności :). Staramy się nie kupować już herbaty w torebce, a granulowanych nigdy nie piliśmy. Torebkowe (ekspresowe) są robione z pyłu herbacianego, a ten wcale nie posiada najlepszego smaku czy aromatu. To liście właśnie są kluczowe w parzeniu i dzięki nim możemy uzyskać naprawdę dobry napój. Same herbaty liściaste dzielą się na "lepsze" i "gorsze" ze względu na to, gdzie dany liść rósł - czy na czubku krzewu czy też na samym jego dole. To całkiem logiczne, ponieważ te górne, są najczęściej drobne i świeże, delikatne. Nie ze względów ideologicznych czy też przez naczytanie się w sieci opinii zrezygnowaliśmy z tych torebkowych, ale staliśmy się o wiele bardziej wybredni i zwyczajnie przestała nam ona smakować.

Najpopularniejszą herbatą u nas w domu jest herbata czarna. Ma on moim zdaniem najbardziej neutralny smak, ale może to wynikać z faktu, że taką herbatą właśnie najczęściej raczą się Europejczycy, więc ten smak towarzyszy nam od dziecka. Dzień zaczynam czystą czarną, liściastą herbatą. Nawet teraz, pisząc to zdanie, mam przed sobą wielki kubek!
Herbata czarna jest prosta w zaparzeniu. Zalewamy ją po prostu wodą zagotowaną do 100 stopni (poleca się również 95 stopni). Ja używam dwóch łyżeczek herbaty, ale pamiętajcie, że liściastej herbaty na łyżeczce znajduje się o wiele mniej niż granulowanej, i parzę po swojemu, czyli dosłownie chwilę. Teoretycznie mogłabym wykorzystać mniej herbaty i parzyć polecane 4-5 minut, ale to mój sposób daje mi ulubiony smak bez goryczki. Obecnie polubiliśmy bardzo czarną herbatę Dilmah i to ją pijemy najczęściej.

Raz lub dwa razy dziennie pijemy herbatę zieloną bądź czarną aromatyzowaną. Nie jest to zasada, której trzymamy się ściśle, po prostu te pijamy rzadziej, w zależności od nastroju i chęci. 
Zwłaszcza, że obecnie posiadamy bardzo wyjątkowe herbaty i żal byłoby tak szybko się z nimi rozstać :). Otrzymaliśmy od rodziców prawdziwą Chińską zieloną herbatę, która ma niesamowicie delikatny smak, różni się bardzo od tych zielonych herbat jakie są nam zazwyczaj znane. Oczywiście czuć, że nie jest to herbata fermentowana, bez patrzenia każdy zakwalifikowałby ją jako zieloną, ale musicie wierzyć, że smakiem przebija wszystkie czyste zielone, jakie do tego czasu piłam.

Bardzo istotne jest to by zieloną herbatą zaparzyć poprawnie. Czasem słyszę, że ktoś nie przepada za zieloną herbatą bo jest gorzka lub kwaśna. A to jest tylko i wyłącznie błąd w parzeniu, bo zielona herbata jest bardzo delikatna. Ma swój własny, charakterystyczny smak, ale nie ma prawa być niedobra. 

Nasz kolejny herbaciany level to czajnik z regulacją temperatury i oczywiście klepsydra. Przy zielonej herbacie to wręcz obowiązkowe gadżety. 

Zieloną herbatę należy parzyć w temperaturze od 60 do 90 stopni, w zależności od gatunku. Naszą chińską parzymy w 80 stopniach i wyjmujemy liście po 3 minutach. Wystarczy trochę zbyt długo potrzymać liście w wodzie by smak się zmienił i herbata po prostu miała prawo nie smakować. Jeśli nie posiadacie czajnika z regulacją temperatury to po zagotowaniu wody nie czekajcie tylko minuty, bo to zbyt mało by temperatura spadła do 80 stopni. Dajcie jej przynajmniej 5 minut. Nawet jeśli nie traficie idealnie z temperaturą to i tak dość mocno zmniejszycie prawdopodobieństwo, że napar będzie gorzki. 

To oczywiście nie wszystkie herbaty jakie posiadamy, ale dwie najpopularniejsze. Mamy w szafeczce mnóstwo zielonych i czarnych smakowych, które staramy się odpowiednio przechowywać i często serwujemy gdy odwiedzą nas znajomi. 
Przechowywanie herbaty jest również istotne. W sklepach niespecjalistycznych mało kto zwraca uwagę na to co herbata lubi, a bardziej istotny jest design pojemników.
Niestety nie wszystkie moje pojemniki są pro, ale też nie mam potrzeby popadać w skrajność. Czarna herbata tak szybko znika w naszych brzuszkach, że przekładamy wygodę w otwieraniu pojemnika nad jego szczelność. Część herbat tkwi też w oryginalnych opakowaniach, zamknięte w szafce. 
No ale jaki powinien być dobry pojemnik, by móc długo przechowywać herbatę? 

Przede wszystkim szczelny. Dobre są więc puszki hermetycznym zamknięciem. Ważne by liście nie były wystawione na działanie tlenu i nie istniało ryzyko zawilgocenia. Pojemnik powinien być nieprzezroczysty, chyba, że nie wystawiamy go na światło dzienne przez dłuższy czas (trzymamy w szafce). Herbata nie lubi promieni słonecznych. Jeśli chodzi o tworzywo to najlepsze są pojemniki metalowe, oczywiście jeśli spełniają pierwszy warunek. Nie trzymajcie herbaty zbyt długo w papierowych torebkach, ponieważ ich szczelność jest bardzo mała. Szczelność daje nam również pewność, że zapachy z zewnątrz nie wpłyną na jakość herbaty. 

A jakie herbaty kryją się w naszej szafce? Do Chińskiej dołączyły trzy nowe, również bardzo azjatyckie, prosto z Malezji. Pierwsza to herbata chryzantemowa - w postaci kuleczek, które po otwarciu należy trzymać w lodówce. Ma bardzo... charakterystyczny smak. Razem z nią, w paczce przyszły dwie czarne (i paczka owoców suszonych, które pochłonęłam błyskawicznie:)), jedna czysta, druga z dodatkiem geranium. Obie bardzo nam smakują! Ta z dodatkiem również zaskakuje smakiem i podobnie jak chińską zieloną dawkujemy ją sobie powoli. 
 Od lewej: zielona, czarna z geranium, czarna.

 I herbata chryzantemowa.

Oprócz tych orientalnych mamy też herbaty, które kupiliśmy przy okazji w Ustce czy w innych herbaciarniach. O niektórych nie pamiętamy, aż nie zaczniemy hurtem parzyć herbat w dzbankach dla równie (na szczęście!) herbaty lubiących przyjaciół. 
Raczej nie kupujemy herbat białych czy czerwonych. Te smakujemy w odpowiednim miejscu.

No to w czym pić herbatę? No raczej, że w ulubionym kubku! Przez herbatę zaczęliśmy też kolekcjonować kubki - jest to jedyna forma namacalnej pamiątki, którą przywozimy z obcego kraju. Dodatkowo to praktyczne podejście, bo kubek przydaje się codziennie, a figurki czy inne bibeloty jedynie łapią kurz. Brakuje nam kilku z pierwszych państw jakie wspólnie odwiedziliśmy, ale do Francji, Niemiec czy Belgii wybierzemy się przecież jeszcze nie jeden raz! Obecnie ulubiony kubek Praski :)

Jako że nie znoszę fusów i innych farfocli w napojach zawsze używam zaparzaczy. Trudno znaleźć idealny, naprawdę! Jeśli parzy się 10 herbat dziennie to wygoda w nasypywaniu i wysypywaniu jest bardzo istotna. Póki co najlepszy znaleźliśmy w Duka, kupiliśmy dwa - są cudowne! Tylko że jeden zaginął, a drugiemu odpadł uchwyt. Ale co tam, jakoś działa. Niestety Duka już ich nie ma (mowa o tym z czerwonym). Może macie jakieś sprawdzone?

A co ma herbata do Chmurki? 
Moja miłość do herbaty i dziergania ma część wspólną - uwielbiam siedzieć, przekładać oczka i popijać ciepłą herbatkę, bez względu czy na zewnątrz wieje, pada czy grzeje słońce. Herbata jest dobra na wszystko, a do dziergania to już w ogóle! Ślę więc w świat odrobinę tej dobroci, tak by każdy mógł "napić się ze mną"! Wybieram za każdym razem inną herbatę, raz zieloną, raz czarną a czasem susz owocowy. Każdą testuję i sprawdzam :). W Chmurkowej paczce każdy znajdzie torebeczkę cudnej liściastej herbaty, tak akurat na jeden, dwa kubeczki. To mój sposób na umilenie Wam dnia. U mnie działa!

Obecnie dzielę się z Wami herbatą zieloną, nazywa się "Wiosenne mecyje" i to chyba jest odpowiedź na pytanie, kto ją wybrał. To herbata aromatyzowana, która zawiera owoc borówki, bławatek, kwiat rumianka, płatki róży, płatki słonecznika i truskawkę. Parzy się ją w 80 stopniach, przez 3 minuty.

Gdzie kupuję herbatę? Do sklepiku kupuję cały kilogram, czyli hurtem, w sklepie dla firm, ale mogę polecić Wam sklep www.smaksztuki.pl mimo że odrobinę denerwuje mnie u nich ilość maili około zamówieniowych. Mają bardzo duży wybór, bardzo smaczne herbaty i przystępne ceny. Początkowo tam właśnie zamawiałam Chmurkową herbatkę.
Wiem, że dzięki temu malutkiemu gratisowi przynajmniej jedna "kawowa", znajoma dziewiarka wypija od czasu do czasu herbatę, przełamała się i mam nadzieję, ze jej smakuje! (tak, Monia, mówię o Tobie!). 

Jeśli dotrwałaś/eś do końca to koniecznie daj znać, czy tylko my tu mamy bzika na punkcie tych liści! I jaka jest Twoja ulubiona herbata, sposób parzenia, czy herbaciarnia. 
Być może zachęcę Cię do bardziej świadomego podejścia do tego tematu i spróbowania czegoś więcej?

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

czwartek, 2 listopada 2017

Dzierganie po mojemy - zmodyfikowana wersja magic loop

Dziś post z serii "Dzierganie po mojemu" będzie wyjątkowo w formie... mówionej :). Tak naprawdę to będzie mój absolutny debiut w nagrywaniu filmiku na bloga, proszę więc Was o morze wyrozumiałości! Jeśli macie ochotę przeczytać poprzednie posty z serii zapraszam o tu: klik! klik!

Pomysł na ten filmik chodził za mną od dłuższego czasu. Za każdym razem gdy spotykałam się z negatywną opinią o magic loopie obiecywałam sobie, że spróbuję swoich sił i odezwę się do Was na blogu pierwszy raz i przy okazji pokażę jak ja dziergam w okrążeniach na zbyt długiej żyłce.

W wielu dziedzinach jestem samoukiem - okropna ze mnie Zosia Samosia! Jeśli chodzi o dzierganie to samych podstaw, czyli prawych i lewych oczek, nauczyła mnie mama Mateusza. Całą resztę, z racji odległości od rodzinnych stron, starałam się ogarnąć sama. Najczęściej szukałam pomocy w sieci, ale były też takie techniki, które o dziwo wykombinowałam sama, oczywiście wielce uradowana (choć Ameryki nie odkryłam). Jedną z nich to właśnie magic loop. Mój magic loop różni się nieznacznie od tego standardowego, którego naucza się w wielu świetnych filmikach, które możecie znaleźć w internecie. Jako że ja swoją metodę opanowałam samodzielnie, wykombinowałam to tak by dziergało się mi intuicyjnie, wygodnie i szybko. Nie tworzyłam sobie algorytmu, kroków, które należy wykonać, nie trzymałam się żadnych reguł i tak o, udaje mi się teraz błyskawicznie dziergać rękawy czy rękawiczki na przydługich żyłkach. 

Tak naprawdę to ja myślałam, że każdy robi tak jak ja... Dopiero później zorientowałam się, że chyba jednak większość używa tej podstawowej metody i nie ma w tym zupełnie nic złego! Grunt by dziergało nam się komfortowo, prawda? Ale... No właśnie, jest jedno "ale". Bo czasem słyszę lub czytam, że magic loop jest niewygodny, nieoczywisty, dzierga się mozolnie, bezsensu, ciężko, trudno, zbyt wolno, a oczka w miejscu wyjmowania żyłki są rozciągnięte! No i gdy usłyszałam takie opinie poszłam prześledzić tutoriale na youtube by sprawdzić o co tak naprawdę chodzi - nigdy nie miałam żadnego z tych problemów, nie widzę różnicy w dzierganiu na za długiej, za krótkiej czy idealnie dopasowanej długością żyłce. Dziergam ciągiem, nie przekręcam robótki, nie zatrzymuję się by wyjąć żyłkę, moja robótka ciągle się przesuwa, "obraca" w prawą stronę, tak jak ma to miejsce w dzierganiu na krótszej żyłce. 
Po rozeznaniu pomyślałam: "Ha! Może dlatego nikt nie lubi rękawów?:)". Bo ja akurat nic do nich nie mam, a nawet je lubię bo przecież oznaczają, że już prawie kończę! 

Może ta podstawowa wersja do Ciebie nie przemawia i chciałabyś zobaczyć jak można ją zmodyfikować by uniknąć wyżej wymienionych problemów? Jestem pewna, że nie ja jedyna dziergam w ten sposób (jestem okrutnie ciekawa ile z Was postępuje dokładnie tak jak ja!), ale jeśli mój filmik pomoże choćby jednej magic loopa nie lubiącej dziewiarce to będę ogromnie szczęśliwa! Wiem również, że dziewczyny delikatnie modyfikują podstawową wersję - nie wyciągają żyłki w tym samym miejscu, przez co likwidują problem rozciągniętych oczek. Niemniej moja metoda posiada troszkę więcej różnic i jeśli jesteś ich ciekawa, zapraszam poniżej! W filmiku pokazuję jak dziergam - nie jest to tutorial dla osób uczących się dziergać, ale tych, które opanowały dzierganie jak i technikę magic loop. Chcę Wam pokazać jak szybko i wygodnie dzierga mi się małe formy i że wcale za długa żyłka nie spowalnia pracy.

Pamiętajcie proszę, że to jest tylko moje zdanie na ten temat. Każdej z nas dzierga się dobrze w inny sposób, co innego nam się podoba, co innego potrafimy robić. Grunt by Tobie pracowało się dobrze!

Proszę się nie śmiać za głośno, bo jeszcze usłyszę! :) Musicie wiedzieć, że daję z siebie wszystko by nie mówić z prędkością światła. Katorga, mówię Wam.


Jestem ciekawa Waszych opinii i doświadczeń. Czy lubicie magic loopa? Jak sobie z nim radzicie? Która metoda do Was bardziej przemawia?

Pozdrawiam,
Marzena

niedziela, 8 października 2017

London

Mój szaraczek powstał sobie pod koniec czerwca, doczekał się sesji, ale akurat nie mieliśmy ani czasu ani ochoty na zdjęcia, więc wybraliśmy najgorszy z możliwych momentów i wykonaliśmy kilka naprawdę średnich kadrów. Z postanowieniem powtórki wróciliśmy do domu i na tym się skończyło. Jak widzicie już długo wisi w mojej szafie, a my nadal nie zatroszczyliśmy się o lepsze zdjęcia, a co gorsze straciłam na nie po prostu ochotę. Wiem, że nie ma już większych szans na sesję sweterka London (robocza nazwa od koloru wełny), a jako że czasem pytacie jak tam mój szary, pokażę Wam tych kilka średnich kadrów, które udało nam się zrobić latem. Wysokie słońce nie pozwalało dobrze ukazać plecionek, więc moi drodzy - musicie poruszyć swoją wyobraźnię! :)
Wydziergałam go z myślą o sukienkach czy koszulach - klasyczny, taliowany krój, dziergany od góry, z rękawami 3/4, którego jedyną ozdobą jest warkoczowy przód. Wydziergałam go z Fino w kolorze London.
Sweterek zadomowił się w szafie, całkiem się polubiliśmy, to jeden z tych zwyklaków, które pasują na każdą okazję i do wszystkiego. Pomysł własny, ale wzoru raczej nie planuję.

I to by było na tyle :)

Obecnie na drutach Mateuszowy Lumberjack. Intensywnie nosił go rok temu, a że wełna ciężka i na dodatek z jedwabiem to ciut mu się wydłużyło. Nie pozostało nic innego jak spruć odrobinę rękawy i korpus i dokonać odpowiednich zmian. Chyba akurat potrzebuję takiego bezmyślnego dziergania... Ale w głowie już rodzi się pomysł na nowy sweter! Powoli, niespiesznie, ale skutecznie :) Nigdy nie zmuszam się do wymyślania wzoru - czekam, aż pojawi się w mojej głowie idealny i szczegółowy obraz i dopiero zaczynam działać. Póki go nie widzę to nie nabieram oczek, więc po Lumberjacku pewnie wydziergam najpierw czapkę... bo jak się kupi nową kurtkę, to nagle się okazuje, że żadna czapa nie pasuje, prawda?:)

Pozdrawiam Was ciepło (i trochę sennie...)
Marzena!

poniedziałek, 2 października 2017

Sunset Highway

Mateusz rzekł: "A może zrób sobie jakiś hipsterski sweter?". Jako że każdą mężową radę cenię i szanuję, przemyślałam sprawę i stwierdziłam, że to doprawdy niezły pomysł. Hipsterski sweter to, według nas, po prostu sweter-dziwak. Coś czego nie mam absolutnie w szafie, coś szalonego, odjechanego, ciut niepokojącego dla widza. Chciałam sweter niestandardowy, przyciągający wzrok i powodujący choćby małą konsternacje! Nie ma nic złego w byciu dziwnym:)

W tym samym czasie zaczęłam fascynować się projektami Caitlin Hunter - ona zdecydowanie ma nietypowy styl! Rustykalny, romantyczny, niestandardowy. W oko wpadł mi Sunset Highway, żakardowy sweter, który bardzo mocno wyróżnia się na tle innych żakardów. Kluczową rolę odgrywają w tym projekcie włóczki, bo Sunset Highway najpiękniej wygląda w tych piegowatych, szalonych farbowaniach. Sam rysunek też robi w nim niemałą robotę! Biorąc pod uwagę krój, kształty i kolory, byłam pewna, że wyjdzie z tego planowany hipsterski sweter.

Jako że ostatnio mocno ciągnie mnie do zieleni, nie było innej opcji, jak wpleść mój Tymianek w ten projekt i stworzyć nowe kolory, specjalnie na tę okazję. A oto moja interpretacja Sunset Higway:



Wybraliśmy się na sesję w perfekcyjnym momencie! Co prawda mieliśmy dosłownie 20 minut zanim słońce zupełnie skryło się za horyzontem, ale za to... to światło! W końcu to Sunset, może nie Highway, ale blisko :)


Wybrałam najmniejszy rozmiar, czyli ciut mniejszy niż zazwyczaj noszę. Oryginalna wersja posiada luz, którego ja w tym wypadku nie chciałam (niezłe zdziwienie, prawda?:)). Sweterek wyszedł przy ciele, ale nie jest opięty. Kolejna modyfikacja to długość dolnego ściągacza i brak dłuższego tyłu.


Nie przepadam ani trochę za luźnymi rękawami, więc i tu musiałam troszkę się wysilić podczas dziergania. Musiałam tak zmodyfikować liczbę oczek by udało się wkomponować wzór na rękawach i nie stracić pożądanego efektu. Ostatecznie na końcu mam 12 oczek mniej niż w oryginale, zygzakowy wzór musiałam skrócić o 2 oczka i kilka rzędów. Myślę, że nic a nic to nie zmieniło. No oprócz mojego zadowolenia i wygody:).
Żakard w takim dużym "okręgu" jaki mamy w karczku dzierga mi się bardzo łatwo. Trochę więcej uwagi wymagał na rękawach. Magic loop plus krótkie okrążenia trochę przeszkadzają ocenić czy nici z tyłu są odpowiednie naprężone. Początkowo się rozpędziłam, i dziergałam tak samo jak karczek, ale musiałam spruć bo brakowało tam luzu. Wystarczy jednak więcej uwagi i częstsze sprawdzanie by wszystko poszło dobrze!

Dziergałam z mojej własnej włóczki Goat on the Boat, połączenia merynosa, jedwabiu i kaszmiru. Zieleń zaś to pozostałość po Find Your Fade, singiel w kolorze Thym. Szkoda było nie wykorzystać tej drzemiącej w koszyku kulki. Drugi kontrastowy kolor, ten łososiowy, to efekt moich testów farbiarskich. Co prawda jeszcze nie doczekał się miejsca na Chmurkowych półkach, ale kto wie? Szalone, słodkie połączenie, przełamane odrobiną fioletu.
Zaś bazowy kolor - Cape Goosberry - stworzyłam specjalnie do powyższego duetu. To delikatny melanż bardzo jasnego zielonego i delikatnego różu, a całość została obsypana pomarańczowymi, zielonymi i brzoskwiniowymi piegami - jak wygląda w motku, możecie zobaczyć tu: klik! Kolor ten pojawi się wkrótce w sklepiku:)




Mateusz niebyły sobą gdyby podczas sesji nie użarł go jakiś komar (Halo! Mamy październik!). Ale czasem warto przedrzeć się przez półtora metrowe pokrzywy i trawy czy poznać kilka uroczych robaków by mieć idealną scenerię. Przynajmniej my tak uważamy!

No więc mam hipsterski sweter i powiem Wam, że bardzo go lubię :)

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

wtorek, 19 września 2017

Jesień!

Naprawdę, mówię Wam! Jak nic mamy już jesień. Wieczorem gdy otwieram okno czuję ten charakterystyczny zapach... Wschody słońca już tak ozięble wyglądają, wieje, pada, a mgła co chwila pojawia się nad jeszcze nieściętą kukurydzą za oknem. Ale to nic! Bo ja naprawdę lubię ten jesienny klimat. Jest oczywiście wtedy jakoś bardziej sennie i niekiedy przytłaczająco, ale co z tego kiedy to właśnie jesień jest porą roku mojej duszy :)

Póki co kolorystycznie wpasowuję się w aurę. Taki mniej więcej mam widok z okna o 7 rano: różowy wschód słońca i żółtozielone pole kukurydzy, a wszystko to okryte lekką mgiełką. Potem przychodzi deszcz, ale deszcz też jest fajny. Można bezkarnie posiedzieć w domu, a nawet (przynajmniej my) wybrać się na deszczowy spacer, bardzo samotny, bo niespecjalnie można wtedy spotkać kogoś na polu.

Dziergam Sunset Highway autorstwa Caitlin Hunter. Bardzo lubię tę projektantkę - cudownie odrywa się od schematów i trzyma się swojego nietuzinkowego stylu. Żakard z wykorzystaniem ciapkowanych włóczek... no tego brakowało właśnie!

Dziergam pierwszy rękaw, a jako że nie lubię luźnych rękawów muszę trochę go zmodyfikować tak by zachować wzór i osiągnąć idealne wymiary.

Miałam już 8 cm więcej, ale sprułam i dziergam raz jeszcze, uważniej. Żakard na takim małym "okręgu" jest bardziej wymagający. A dziergam z Goat on the Boat. To będzie pierwszy sweter z mojej własnej włóczki! Yay! Zieleń jednak to pozostałość singla z Find Your Fade, w kolorze Thym. Szkoda było napoczynać nowy motek dla tak niewielu metrów. 

Przy okazji daję znać, że bazy do farbowania przyjechały i motki już się farbują! Mam nadzieję, że to dobra wiadomość :)

Pozdrawiam Was jesiennie (to znaczy bardzo miło:)) i wracam do pracy.
Marzena

poniedziałek, 11 września 2017

Drutozlot 2017!

Chyba dopiero dziś ochłonęłam! Tegoroczny zlot przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Ach, spodziewałam się mnóstwa zakręconych dziewiarek, przemiłych rozmów, uśmiechów i morza wełny, ale tam na miejscu... Nie da się tego opisać :) Ale postaram się choć troszkę.

W tym roku pojechałam na Drutozlot jako wystawca. Zabrałam ze sobą całą Chmurkę i własnego prywatnego męża i w piątek ruszyłam do Torunia. W nocy oczywiście nie mogłam spać, zbyt dużo myśli, zbyt wiele emocji! Ale to nic, bo w sobotę wstałam gotowa do działania i już o 8 rano zameldowałam się na miejscu. Mieliśmy godzinę by przygotować Chmurkowe stoisko, skłamię jeśli powiem, że się choćby odrobinkę nie stresowałam. 




Gdy wybiła 9 pojawiły się dziewiarki z całej Polski! Z tego wszystkiego zapomniałam jak używać kasy fiskalnej:). Z każdym chciałam porozmawiać, z każdym przywitać! O zdjęciach przypomnieliśmy sobie po ponad 2 godzinach, a i wtedy nie było na to czasu, więc mam dla Was naprawdę niewiele kadrów, w tym kilka od innych Drutozlotowiczek i z toruńskiej gazety wyborczej (klik!). Liczę na to, że organizatorzy udostępnią też co nie co, bo chciałabym mieć pamiątkowe zdjęcie z każdym z Was!
Z Anią!

Tak ciepło przyjęliście Chmurkowe stoisko, że po prostu rozpływam się z radości!!! Jesteście cudowni! Naprawdę jestem wzruszona i szczęśliwa! Goat on the Boat, moja własna mała twórczość zniknęła szybciutko, i brak mi słów by Wam odpowiednio podziękować! Nie da się, nic tylko tulić!
 


Na Drutozlocie pojawiły się też Wasze piękne wersje moich projektów, dziękuję, że je przywieźliście. Uwielbiam patrzeć na Wasze prace! I nie ma lepszego komplementu niż zadowolona ze swojego sweterka dziewiarka!

Szukałam wzorkiem jeszcze cudnej Ani i jej beżowej wersji by zgarnąć ją do zdjęcia, ale akurat mi gdzieś zaginęła! :( 
Piękna puchata wersja Sylwii i bardzo oryginalna kolorystycznie Majula Doroty!

 Spójrzcie tylko na tą uśmiechniętą mordkę :)

  Najcudowniejszy pomocnik!

I cudna Monia!

Myślę, że na pewno kojarzycie te dziewczyny!


Jakby tych przyjemności było mało... otrzymałam od pewnej przemiłej dziewiarki piękny prezent! Zrobiony dla mnie, pod kolor mojego nowego projektu (jest idealny!) wisior i Chmurkowy guziczek... Jest mi tak miło, że trudno o odpowiednie słowa! Dziękuję, dziękuję, dziękuję! Jest piękny!
 

 Prześliczne!

Był to tak bardzo pozytywny zlot, że już nie mogę doczekać się następnej edycji! Koniecznie (wszyscy!) musicie tam być :) Oprócz stoisk i dziergania były również konkursy i warsztaty. Jestem pewna, że za rok będzie tego wszystkiego jeszcze więcej! 

Jeśli macie więcej zdjęć poratujcie, wyślijcie mi coś! Podzielcie się swoimi wrażeniami, zwłaszcza, że mi ciężko znaleźć odpowiednie słowa. Wychodzi na to, że jednak jeszcze nie ochłonęłam.

Miłego dnia Wam życzę! Do następnego:)
Marzena

czwartek, 7 września 2017

Goat on the Boat! Czyli Chmurkowa, ręcznie farbowana włóczka!

Moje lato było pełne kolorów, barwników w garnku (i na podłodze), zapachu naturalnej wełny, pracy nad swoimi umiejętnościami, poznawaniu nowego, fascynacji tym nowym i naprawdę wielkiej, ogromnej, no po prostu niewyobrażalnej przyjemności! 
Zapragnęłam podzielić się z Wami moją kolorową wyobraźnią i przy użyciu swoich własnych osobistych rąk stworzyć ręcznie farbowane włóczki. Włóczki, które cieszą nie tylko oko, ale również ciało i duszę... 

Jako że nie mogę się już doczekać od razu przechodzę do przedstawienia! Powitajcie Goat on the Boat, czyli kozę (kaszmirską oczywiście :)) na łodzi!

Pomysł na nazwę przyszedł nagle, gdy już bardzo zmęczona poszukiwaniami pomysłu w mojej głowie, zaczęłam zwyczajnie w świecie... żartować :). A że nie mam czasu na bycie poważnym człowiekiem to wiedziałam, że to nazwa idealna! I mam już całą pulę kolejnych pomysłów na przyszłe Chmurkowe bazy - bo takich będzie wiele! 


Goat on the Boat to cudne połączenie wełny z merynosa, jedwabiu i kaszmiru. Ten kto miał możliwość dotknąć kaszmirowej wełny nie może być zdziwiony dlaczego wybrałam akurat taką mieszankę. Pragnę dać Wam wszystko to co najmilsze, najbardziej delikatne i jednocześnie trwałe. 
Baza ta jest skręcona z 3 nitek, a skręt ma "akurat" by pozostać mięciutką i jednocześnie być przyjemnie sprężystą. Włóczka jest gładka i niegryząca, a dzięki jedwabiowi (20%) delikatnie się mieni, co pięknie podkreśla kolory! W 100 gramach motkach znajdziecie 400 metrów dobroci.

Jak każda włóczka u Chmurki, i Goat on the Boat jest nie tylko miękka i delikatna ale i przyjazna zwierzętom. Kocham wełnę i kocham zwierzęta! Wełna na Chmurkowe włóczki pochodzi wyłącznie ze sprawdzonych hodowli, gdzie nie stosuje się przemocy wobec owiec. To naprawdę wiele dla mnie znaczy. W końcu dzięki tym uroczym stworzonkom możemy doświadczać niezwykłego ciepła i przytulności oraz cieszyć się godzinami przekładania oczek na drutach.
 

Moja włóczka będzie miała premierę już w sobotę, na Drutozlocie! Przygotowałam dla Was 11 kolorów na start, w tym te, które użyłam do swojego Find Your Fade (klik!) - tak jak obiecałam. Są farbowania jednolite, delikatnie cieniowane oraz te obsypane mnóstwem kolorów, tak idealnie grające w chustach czy wszelkich cieniowanych sweterkach.
Zaraz po powrocie, w niedzielę, trafi na Chmurkowe półki i będziecie mogli zobaczyć każdy odcień osobno i poczytać o nich ciut więcej. Nie martwcie się jeśli zabraknie ich po festiwalu w sklepiku - dostawa przybędzie ekspresem! :) Zrobię wszystko co w mojej mocy!

Wiadomo, że baza i kolory są najważniejsze, ale przecież i oprawa jest bardzo ważna! Wykonanie etykiet na moje własne produkty zleciłam przezdolnym ludziom, których cenię za minimalizm i styl. Bardzo chciałam by były skromne i minimalistyczne, by nie odciągały uwagi od wełny, ale jednocześnie pasowały do Chmurkowego stylu i miały "to coś". 

Jestem zachwycona tymi uroczymi tłoczeniami! Tekst oraz logo również są tłoczone, co nadaje etykiecie cudny efekt! Jestem bardzo ciekawa Waszej opinii. Mam również nadzieję, że moja wyobraźnia przelana na wełnę da Wam mnóstwo przyjemności i spełni niejedno kolorowe, wełniane marzenie. Paleta kolorów będzie ciągle poszerzana tak by każdy znalazł to czego właśnie potrzebuje! Takich potrzeb nie można ignorować :)

Moi mili! Do zobaczenia na Drutozlocie! Zajrzyjcie do sklepiku w niedzielę i dajcie koniecznie znać co sądzicie, co myślicie i o czym marzycie...

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena