wtorek, 15 sierpnia 2017

Majula już dostępna!

No nareszcie! Nie mogłam się doczekać, aż prace nad tym wzorem się zakończą! Uwielbiam moją Majulę, a jeśli i Wam się ona podoba i macie ochotę na swój własny romantyczny, obsypany mnóstwem słodkich pikotek i misternych ażurów sweter, to informuję, że wzór w języku angielskim i polskim właśnie trafił do sklepiku na Ravelry - klik! i do Chmurki - klik!


Test wyszedł tak dobrze, że nie mogę się nacieszyć! Testerki stworzyły mnóstwo pięknych eleganckich i romantycznych wersji... są nietypowe czerwienie, słodkie róże, klasyczne beże, elektryzujący fiolet, soczysta zieleń i piękny rdzawy gradient. I jeszcze więcej :) No koniecznie musicie zobaczyć! Każdą testerkę z osobna ściskam mocno! Dziękuję Wam bardzo!


Pozdrawiam Was ciepło i życzę miłego dziergania!
Marzena

piątek, 4 sierpnia 2017

Mieszkaniowe sprawy: sypialnia w białym drewnie

Pamiętacie moje pytanie z poprzedniego mieszkaniowego posta? Dałam Wam mini zagadkę co jeszcze, z tych "bazowych" rzeczy planujemy zrobić przed meblowaniem poddasza. No to dziś Wam to coś pokażę :).

Sypialnię chcemy spokojną, delikatną i stonowaną. W dalszym ciągu pozostajemy w jasnym klimacie, gdzie ściany stanowią tło dla dodatków, nie na odwrót. Jak już wiecie zrezygnowaliśmy z ulubionej bieli na ścianach na rzecz jasnej kawy z mlekiem. Mamy trzy metrową szafę w białym kolorze, dojdą jeszcze białe zabudowy skosów, gdzie znajdą się szafki, oraz kolejna, również biała, szafa do wnęki. Gdybyśmy zostawili ściany białe to byłoby zbyt płasko i mdło. Wybraliśmy więc inny neutralny kolor i bardzo nam się ten delikatny kontrast podoba.

Białe pozostawiliśmy tylko skosy. Ale nie był to przypadek :) Nie było sensu malować czegoś co i tak postanowiliśmy zmienić! A ta zmiana kosztowała nas ogrom pracy, nerwów, czasu, siły, myślenia, kombinowania i nauki. O ludzie, co myśmy zmajstrowali... No to pokazuję:
 
Gdybym miała to powtórzyć to... nie, nie powtórzyłabym, ale to nie znaczy, że żałuję. Absolutnie nie - jestem z nas bardzo (nieskromnie) dumna, bo praca ta była dla nas naprawdę ciężka, było tyle do zrobienia, że prace trwały ponad miesiąc, w tygodniu poświęcaliśmy temu 2-3 godziny, bo przecież mieliśmy też inne obowiązki. Kilkanaście dni odeszło na wakacje, więc dopiero wczoraj udało nam się zrobić ostatnie szlify i z satysfakcją paść na kanapę i zregenerować obolałe mięśnie i udręczone umysły :) 

No więc dlaczego to było takie ciężkie? Jak wyglądała nasza praca? Zacznę od tego, że ten skos jest wielki. Ma prawie 5.5 metra długości i prawie 4 metry wysokości. To daje nam ponad 20 metrów kwadratowych ściany do obłożenia. Uff. Ciężko mi oddać na zdjęciu wielkość ściany. Na górnym zdjęciu brakuje jeszcze pokaźnego kawałka z lewej strony. Nie tylko wielkość ściany stanowiła wyzwanie. Fakt, że jest to skos, całkiem ostry, wcale nie pomagał. Nie można było po prostu postawić deski i jej przymocować - musieliśmy działać wspólnie, ciągle przytrzymywać mocowane deski, tak by nie przesunęły się i dobrze leżały na ścianie. A najzabawniej oczywiście było przy samiutkiej podłodze, gdzie ledwo mieści się głowa :). Dobrze, że nas wtedy nikt nie widział.

Praca miała kilka etapów. Najpierw należało pobejcować deski, jakieś ponad 80 sztuk (pod koniec musieliśmy dobejcować kilkanaście dodatkowych!), długości 2400 cm. Jest to boazeria sosnowa z Castoramy. Trafiały się niestety gorsze i lepsze sztuki, na szczęście możemy te gorsze zwrócić bez problemu. Zależało nam na tym, by zachować widoczne słoje - moim zdaniem cały urok w białych deskach to te wzory właśnie! Początkowo wybraliśmy samą bejcę w kolorze białym, ale krycie było słabe, nawet po trzech maźnięciach, więc mimo że malowanie samą bejcą jest proste i bezproblemowe, musieliśmy zmienić zdanie by uzyskać konkretną biel. 

Kupiliśmy więc lakierobejcę Sadolin, w kolorze skandynawskiej bieli (otóż to!). Położyliśmy dwie warstwy za pomocą wałeczków. Malowanie zajęło nam dobrych kilka dni, ponieważ nie było aż tyle miejsca by każdą deskę ułożyć na ziemi w bezpiecznych odstępach.

Po pomalowaniu przyszedł czas na tworzenie konstrukcji, do której należy przymocować boazerię. Na całym skosie i obniżonym suficie, w równych odstępach należało przymocować sosnowe łaty (deseczki). Mieliśmy trochę przebojów z montażem, ponieważ kołki do rigipsu nie chciały współpracować, ale bunt został w jeden dzień opanowany odpowiednim narzędziem. 

Nauczeni przez życie, nie tracimy już czasu na kombinowanie lecz od razu kupujemy odpowiedni sprzęt. Przy boazerii nasz warsztacik wzbogacił się o elektryczny taker (zszywacz), wyrzynarkę do drewna, zaciskach do kołków, ekierkę, fezarkę.... no i pewnie o czymś zapomniałam. Tyle razy już mówiliśmy sobie "dobra, jakoś damy radę", a potem, po kilku godzinach męczenia się i tak lecieliśmy do sklepu, że teraz już nawet się nie zastanawiamy. O ile prościej jest pracować z odpowiednim sprzętem, który i tak na pewno się jeszcze kiedyś przyda (znając nasze pomysły...).

Dopiero wtedy gdy cała konstrukcja była gotowa, a my obmyśliliśmy układ i taktykę, mogliśmy zacząć montować deski. Ten etap był najdłuższy, ale jak już opanowaliśmy tę sztukę to nawet całkiem dobrze szło, pomijając fakt, że niektóre deski były po prostu krzywe, więc nie chciały wleźć tam gdzie im kazaliśmy. No cóż, łatwo być nie może. Montaż zaczęliśmy od góry skosu, nie od obniżonego sufitu. Pierwszy rząd desek należało najpierw pozbawić piór, a następnie, zachowując poziom przybić do łat. Brrrry. Ten poziom to strasznie zła rzecz jest. Zwłaszcza jak Ci odpływa krew z rąk bo musisz trzymać deseczkę w górze, bez ruchu. (Z każdym kolejnym zdaniem jestem bardziej przerażona tym co musieliśmy robić!!!). Tak samo postąpiliśmy z sufitem, który na szczęście jest taki malutki! Deski montowaliśmy przy użyciu specjalnych klamer i elektrycznego zszywacza. Nie wyobrażam sobie wbijania tylu gwoździ ręcznie!

Po zakończeniu każdego etapu przychodził kolejny, niosący nadzieję, ale niestety szybko sprowadzający nas na ziemię :). Następny krok to wykańczanie kątownikami i listwami maskującymi miejsc łączenia desek. Najpierw bejcowanie, potem docinanie i klejenie. Skłamałabym mówiąc, że to była prościzna, ciężko bowiem dociskać ponad dwumetrowe kątowniki przy skosie przez 15 minut aż klej złapie wystarczająco mocno. Pomagaliśmy sobie konstrukcjami z desek, które przytrzymywały nam odpowiednie miejsca. Ale udało się! 


I tu można by się już cieszyć, gdyby nie fakt, że należało zrobić jeszcze dwie rzeczy - wykończyć masą akrylową szczeliny przy łączeniach, których trochę się nazbierało, bo a to ściany wcale nie takie proste, a to deski nie zeszły się idealnie, oraz podmalować niemalże wszystkie szczeliny między deskami, bo jak te osiołki, nie pomyśleliśmy, że krawędzie będzie widać! :D Szczelin było parędziesiąt, pewnie blisko im do setki. Tym zajmowałam się od poniedziałku, mniej więcej od 9 rano do 9 wieczorem. 1 sierpnia miało przyjechać łóżko, chciałam mieć do tego czasu wszystko gotowe.

Mimo że pracowałam ciągle, a Mateusz zaczynał od razu po przyjściu z pracy, i tak mieliśmy dwudniowe opóźnienie. Palce mi prawie odpadły, ponieważ nie potrafię odpuścić - wszystko musi być zrobione z należytą starannością. Ale teraz już odpoczywam... na nowym wymarzonym łóżku, z mięciutkim materacem, pod cudnymi bielonymi deskami! 

Dopiero po zrobieniu tego wszystkiego ściana wygląda dokładnie tak jak sobie wymarzyliśmy. Jest pięknie, ciepło i przytulnie. I mimo że ten post pełen jest skarg i dramatów to cieszę się, że nie poddaliśmy się i poświęciliśmy czas na spełnienie wizji wymarzonego poddasza. Kłamać nie będę, że to była sama przyjemność, że poszło bez problemu, że każdy da samemu radę. My potrzebowaliśmy dwóch par rąk, mnóstwo czasu i cierpliwości i przede wszystkim chęci. Ale wiecie, że dla nas to nie pierwszyzna, chociaż to zadanie było póki co największe.

Ale za to przemiło było się obudzić dziś we własnej sypialni, z widokiem na lekko zachmurzone niebo za oknem, otoczonym drewnem... Teraz czas na długi odpoczynek, i mimo zapewnień w trakcie kładzenia boazerii, że "nigdy więcej!" jestem pewna, że po miesiącu nic nie robienia wymyślimy coś nowego. Ech... :)

Pozdrawiam ciepło,
Marzena

środa, 26 lipca 2017

Find Your Fade

Na reszcie mogę Wam pokazać moją botaniczną wersję Find Your Fade! Lipiec nie daje nam chwili wolnego, więc mimo że szal skończyłam na początku lipca, dopiero wczoraj udało nam się wybrać na szybką sesję zdjęciową. Kapryśna pogoda wcale nie pomagała, ale jakoś daliśmy radę. W końcu!

Bardzo chciałam Wam pokazać ten szal jak najszybciej - wyszedł wielki, mięciutki i lejący. Blokowanie go było bardzo czasochłonne i lekko irytujące, ale warto było się do tego przyłożyć. Proszę się nie śmiać, ale do blokowania szali używam drutów z suszarki na pranie. Mają niezłą długość, są proste i sztywne, a grubością nie przekraczają 3-4 mm. No i mam ich mnóstwo :) Suszarki nie nadawała się już do użytku, więc nic a nic nie było nam żal ją poobrywać.
Uważam, że przynajmniej ten szal trzeba zblokować przy użyciu drutów by nadać mu odpowiedni kształt i proste krawędzie. Tak samo blokuję swojego Angulara. Przeplatanie drutów przez oczka brzegowe trwa w nieskończoność, ale potem można łatwo manipulować kształtem, a szal jest idealnie prosty. Szczerze polecam - z suszarką lub nie :)

Jak zapewne pamiętacie mój Find Your Fade wydziergałam z własnych ręcznie farbowanych włóczek, w ramach testu kolorów i baz. Dla przypomnienia tak wyglądały precelki przed przekształceniem w ocean oczek:

Zaczęłam od zieleni i z wielką fascynacją wyglądałam początku nowych odcieni! Nie wiem, który to mój faworyt, każdy mi się podoba, każdy na inny sposób... Jestem ciekawa Waszych opinii.
No a teraz najważniejsze - zestaw, prosto z głębin mojej wyobraźni, przerobiony oczko po oczku w ogromny szal!

Doprawdy ciężko było go sfotografować i ułożyć do zdjęć tak by pokazać jak najwięcej. Nie napinałam go maksymalnie (nie zmieściłby się na materacu), a mimo to jest długi i szeroki - ogromny! Co zabawne... wcale nie dziergało się go uciążliwie. Czas zleciał mi przy nim szybko i naprawdę przyjemnie. Myślę, że każda dziewiarka sobie z nim poradzi - wzór jest prosto i jasno napisany, prowadzi za rękę, w zasadzie po kilku sekcjach doskonale można radzić sobie bez niego.

Jako że użyłam sześciu kolorów, a nie siedmiu, musiałam trochę przesuwać miejsce zmiany koloru. Ostatnie rzędy musiałam również trochę pooszukiwać bo ostatecznie miałam ciut za mało najciemniejszego różu (nie farbowałam całego motka).
Tak przy okazji. Być może komuś przyda się taka o informacja o wzorze - jeśli zastanawiacie się czy łatwo skrócić szal, odpowiadam - nie. Uważam, że nie można ot tak skończyć go jak tylko zabraknie nam nitki. Trzeba już wcześniej troszkę zmodyfikować wzór, zacząć zmniejszanie po lewej stronie kilkanaście rzędów szybciej. Dlaczego? Ponieważ te oczka z lewej (wszystkie!) muszą zostać zredukowane. Jeśli zamkniemy oczka zanim się ich "pozbędziemy" bok szala nie będzie ładny, nie osiągniemy idealnego trójkąta. Wiem, że ten opis może być niejasny, ale jeśli ktoś zacznie dziergać Find Your Fade, albo inny szal w takiej konstrukcji, od razu będzie wiedział co mam na myśli. Tak sądzę :)

Bardzo mi się podoba połączenie zieleni i różu. Chyba mam chwilowo fioła na tym punkcie - jak unikałam zieleni od kilku lat tak teraz ciągle jej wszędzie wypatruje. Bluzka ze zdjęć kupiona przed tygodniem. No po prostu nie mogę się oprzeć ogrodowym kolorom i wzorom!

 Ulubione przejście kolorów!
 
Wszystki kolory w jednym kadrze:

Możecie zauważyć, że zamiast dziergać na prawo pierwsze oczko, zdejmowałam je bez przerabiania. Czyli postępowałam tak jak to robię zawsze. Bardziej podoba mi się taka krawędź i jest ona u mnie bardzo elastyczna. Straszono mnie, że krawędź się zbuntuje, zabraknie mi jej czy będzie mało elastyczna. Nic z tych rzeczy, a nawet powiem więcej - mogłaby by być jednak ciut mniej elastyczna! :)

Najbardziej cenię w tym projekcie to, że daje ogrom możliwości! Możliwych jest tyle cudnych połączeń kolorów, przejść, zestawów i układów. Każdy szal dzięki temu jest inny, można się bawić kolorami, szaleć lub nie, szukać kontrastów lub spokojnych gradientów. I fakt, że co rusz zmieniamy nitkę sprawia, przynajmniej u mnie, że mam poczucie, że dziergam od nowa. A wiadomo, że najfajniej dzierga się właśnie na początku!

Wszystkie te kolory pojawią się w sklepiku. Decyzja w kwestii bazy podjęta, wełna już jest u mnie, teraz czas na wielkie farbowanie. I oczywiście szukanie kolejnych barw i połączeń. Czas start! :)

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

środa, 12 lipca 2017

Torba marzeń

Dziś będzie post pełen okropnego chwalenia się! No nic, musicie mi to wybaczyć, bo po prostu nie potrafię inaczej :). W piątek, chwilę przed tym jak ruszyliśmy na zwiedzanie Pragi, dostałam paczkę z dostawą od Julie. Skłamię jeśli powiem, że nie spodziewałam się w środku czegoś dla mnie, bo Julie od dłuższego czasu odgrażała się, że dostanę prezent. Ale przez myśl by mi nie przeszło, że to będzie coś tak takiego!

W kartonie, wśród kolorowych motków leżała torba... Dla mnie! Minęło parę minut zanim do mnie dotarło co się właściwie właśnie wydarzyło :).
Torba jest tak piękna i cudna, że boję się ją nosić. Pachnąca naturalnymi materiałami (jak Ustecki Dom Kultury! Zapach dzieciństwa:)), wykonana ręcznie z niezwykłą dbałością o szczegóły. Kolory, wzór, styl - wszystko tak bardzo "moje"! Prezent absolutnie trafiony...

 

Jakby tego było mało to jest to torba specjalnie dla dziewiarki! Pojemna, mimo swojej niepozornej wielkości, przygotowana do noszenia nie tylko portfela, książki czy innych codziennych przedmiotów, ale i robótki i wszelakich akcesoriów. W środku ma mnóstwo przegródek różnej wielkości na druty i inne przydasie.
 

Detale mnie oczarowały! Ta drewniana kostka, sznur, gruba bawełna w botaniczny wzór i skórzany pasek...

Takie cuda tworzy ręcznie Tiffany z "Twill&Print"-klik!

Aaaa! Idę się cieszyć swoją torbą! Póki co chodzę, macam, wącham i oglądam, ale w sobotę zabieram ją na Mazury :)

Miłego dnia! Widzimy się jutro - pokażę Wam Find Your Fade! Edit: sesja nie wypaliła. Pada deszcz. Komary zjadają żywcem :( Może jutro...
Marzena

sobota, 24 czerwca 2017

Mieszkaniowe sprawy: sypialnia część 1

Trochę musieliśmy poczekać z kolejnym mieszkaniowym postem. Bez pośpiechu, w swoim rytmie urządzamy się dalej. Dziś będzie o kolejnych szalonych pomysłach i ich własnoręcznych realizacjach.

W końcu przyszedł czas na sypialnię, w której jednocześnie będzie się mieścić duże biurko z komputerami. Góra jeszcze do niedawna była w ogóle nieurządzonymi pokojami, z pomalowanymi na biało ścianami i położoną podłogą. I to by było na tyle, tak przez 2 lata. Oczywiście służyła nam za magazyn, bo szafy też nie mieliśmy. Kto by się przejmował? :)
Wiosną postanowiliśmy odpuścić letnie wakacje (kto zabroni zimą?) i w końcu wziąć się do roboty! Plan mieliśmy już w głowie od dłuższego czasu, troszkę go zmodyfikowaliśmy, przejrzeliśmy jak zawsze cały internet w poszukiwaniu inspiracji i już wiemy. Nie mam tym razem wizualizacji, choć projekt jakiś powstał. Ostatecznie wiemy już jak chcemy by wyglądała, nie ma tam większych skompilowanych konstrukcji i na szczęście nie trzeba postępować jak w przypadku projektu kuchni. To naprawdę było dużo pracy.

Przed meblowaniem czekało nas jeszcze kilka prac wykończeniowych. Przede wszystkim zająć się drewnianym słupem na środku pokoju. Początkowo był obudowany płytami kartonowo-gipsowymi, przez co zajmował więcej miejsca. Poza tym drewno jest o wiele ładniejsze od typowej ścianki, więc idąc za radą sprzedawcy, zdjęliśmy płyty i słupek prezentował się wtedy tak:


Zielony kolor to efekt użycia środków impregnujących, czy coś takiego. Wtedy się nim w ogóle nie przejęliśmy. Po dwóch latach prawie cała zieleń ustąpiła, ale były jeszcze widoczne gdzieniegdzie plamy.
Słupek należało oszlifować, bo był w stanie surowym - z mnóstwem nierówności i drzazg. Zabraliśmy się do tego ręcznie... i tego samego dnia Mateusz pojechał po szlifierkę oscylacyjną bo to byłby inaczej żart. Szlifierka się przyda, w końcu mamy dębowe blaty i stół:). Po jednym dniu roboty uzyskaliśmy taki efekt (plus pył w każdym możliwym miejscu):

Nie wygładzaliśmy go bardzo, drewno nadal jest matowe by było jak najbardziej naturalne. Nie chcieliśmy zmieniać za bardzo struktury czy zasłaniać słoi, zależało nam na rustykalnym, przytulnym efekcie, więc zdecydowaliśmy się na bejcę tak by zabezpieczyć drewno i przyciemnić do odpowiadającego nam koloru. Samo bejcowanie jest proste i moim zdaniem bezproblemowe. Z tego co pamiętam to kolor nazywał się jasny dąb. Zaraz po zakończonej pracy:

Po wyschnięciu pojaśniał trochę i teraz ma bardzo ciepły przyjemny dla oka kolor. Porównanie w trakcie bejcowania:

Zielone przebarwienia, które pozostały po szlifowaniu zostały również pokryte bejcą, tworząc ewentualnie ciemniejsze plamy, których i tak mnóstwo jest na słupku. Ostatecznie wcale ich nie widać.

Na tym zdjęciu w tle widać kawałek naszej szafy! 
Wiosną nie wytrzymaliśmy i kupiliśmy całe trzy metry szafy. Taka "mała" rzecz, a jak cieszy. Potem trochę żałowaliśmy, że już stoi, bo było z nią trochę zachodu przy kolejnej pracy... A co było następne? O ludzie! Wygłuszanie ściany.

Nasza sypialnia sąsiaduje z pomieszczeniem, w którym znajduje się piec grzewczy. Jako że nie sypialiśmy na poddaszu (jeśli już to latem, kiedy piec działa o wiele rzadziej), nie słyszeliśmy nic niepokojącego. Tej zimy jednak przyjechali do nas rodzice i przenieśliśmy się na materac, pod ową ścianę właśnie. To że ja nie mogłam spać to jedno (a słyszę każdy szmer i nie zasnę póki go nie usunę!), ale Mateusz miał dokładnie ten sam problem, a to człowiek, który zaśnie w każdych warunkach. Nie umieliśmy sobie wyobrazić by urządzić miejsce spania, z takim charczeniem, wyciem, terkotaniem za chyba wcale nie wygłuszoną ścianą. Decyzja szalona, ale konieczna. Trzeba było ten kawałek otulić wełną (mineralną! spokojnie!).

I że niby my nie postawimy ściany?! Ha! Oczywiście, że to zrobiliśmy, zajęło to swoje, mnóstwa nowych rzeczy musieliśmy się nauczyć, namęczyć, nadzwonić do taty, ale jest - stoi, piękna, równiusieńka. Poziomnica nie kłamie, pion jak nic. 

Jak widzicie jest to taki "kwadracik", który trzeba było wygłuszyć. Użyliśmy 7 cm wełny akustycznej. Póki co nic nie słyszę, czekamy na zimę. Myślę, że na pewno będzie lepiej.

Stawianie takiej ścianki po raz pierwszy jest może i trudne, ale jak widać możliwe. Chociaż trudne to chyba złe słowo. Upierdliwe. To dobrze opisuje ten proces. Wszystko było do zrobienia, wszystko oczywiste, ale że chcieliśmy dobrze, to walczyliśmy o każdy milimetr, równy kąt, krawędź. Nie ma fuszerki :) Wełna pyliła i gryzła, na zewnątrz gorąc, my w długich rękawach i maskach. Metalowe profile cięły Mateuszowi paluchy, krew sprawiała, że ledwo stałam na nogach. Normalny dzień z budowy.
Najgorsze było gładzenie i szlifowanie. Tego po prostu nie znosimy, bo ciągle chcemy poprawiać, wygładzać, wyrównywać, a że jednak wprawy nie mamy to czasem pogarszaliśmy sprawię i trzeba było od nowa. 

Jak już skończyliśmy to szaleństwo to wzięliśmy się za kolejne. Bo w sypialni postanowiliśmy odpuścić biel na ścianie i dodać odrobinę ciepła. 
Oczywiste jest, że beż beżowi nierówny, a kolor na ścianie musi być idealny. Fajnie, że można kupić malutkie próbniki farb i przetestować je w praktyce, kolor na opakowaniu czy próbnikach w sklepie to zupełnie coś innego. 

Nauczeni doświadczeniem podeszliśmy do malowania poważniej i żeby oszczędzić sobie frustracji i pracy, wybraliśmy dobrą lateksową farbę Beckersa (kolor: caffe latte) i równie dobre wałki (Anza). Różnica była naprawdę wielka! Farba sprawdziła się świetnie, rozprowadzała jak należy, nie mazała, nie ciągnęła. Idealna dla amatorów. I wałki szczerze polecam - nie brudzą, nie pozostawiają włosków na ścianie, co potrafi człowieka naprawdę zirytować, nie zużywają się szybko i mają fajną strukturę. To malowanie wspominam naprawdę dobrze, czego nie mogę powiedzieć o poprzednim niestety. Ale to właśnie na nim nauczyliśmy się wielu rzeczy, więc nie ma tego złego... Efekt prezentuje się tak:


 Widać tu, że słupek pojaśniał, w słońcu ma tak cieplutką miodową barwę. Bardzo mi się podoba!
I druga strona, z wnęką na szafę:

Ten kolor nie był moim głównym faworytem, chciałam coś jaśniejszego i bardziej szarego, ale Mateuszowi tylko ta kawa z mlekiem podpasowała. Nie była zła więc się zgodziłam i nie żałuję. Kolor jest przyjemnie miękki i delikatny. Nic a nic nie przyciemnił pokoju.

Można by pomyśleć, że to już koniec prawda? Że czas na meble (łóżko zamówione!!!). Ale nie, absolutnie nie. My mamy jeszcze jeden plan, jeszcze jedna, całkiem nowa praca nas czeka. Kto zgadnie co dziś do nas przyjedzie i czym zajmiemy się w tym tygodniu? No dawajcie, możecie poszaleć, wiecie już na co nas stać :)

Na koniec nasz cudny widok z okna. Kukurydza rośnie! Ale w czerwcu i lipcu chętnie oddałabym te trawy i zboża, w zamian za choćby ziemniaki. Mateusz mi się zakicha...

Pozdrawiam ciepło,
Marzena

środa, 21 czerwca 2017

Dzierganie po mojemu. Część 2.

Dziś będzie kolejna część mini serii o tym, jak dziergam, czyli o mojej technice, przyzwyczajeniach i sposobach. Jeśli macie ochotę to zapraszam was do poprzedniego posta: klik!

Już jestem ciekawa Waszych komentarzy! Miło było podyskutować poprzedni razem, dowiedzieć się tylu nowych i ciekawych rzeczy. No to zaczynam!

Mieszanie motków.
Jestem leniwa i jeśli można zrobić coś łatwiej to na pewno skorzystam. Ale pod warunkiem, że to "łatwiej" wcale nie przyniesie ze sobą "gorzej". Dziergam wyłącznie z ręcznie farbowanych włóczek i wiem, że wystarczy by w jednym motku znalazło się odrobinę więcej jednego koloru a w gotowym udziergu po prostu będzie to widać. Mimo to wcale nie mieszam motków w co drugim rzędzie. Jeśli mogę to nie mieszam wcale, wszystko zależy od przewiniętej wełny. Zauważyłam, że motki najłatwiej porównuje mi się gdy już są przewinięte w kulki. Po drodze widać dokładnie jakie kolory przewijają nam się w wełnie, a gotowe kulki, które są już lekko wymieszane, łatwo porównać pod kątem jasności czy intensywności.
Jeśli motki różnią się od siebie zmieniam nitkę co parę centymetrów. Staram się dziergać w ten sposób z każdego motka, który chcę użyć. Oczywiście jeśli pojawia się coś niepożądanego jak biała plama, albo zbyt ciemny pasek, to pruję to i zmieniam motek ciut wcześniej. Niemniej nigdy nie jest to co drugi rząd, nie czułam takiej potrzeby, ale wiem, że u dziewczyn się sprawdza.

Dziergam ciasno.
Albo tak mi się przynajmniej wydaje. Trzymam mocno naprężoną nić, a przerobione oczko niemalże idealnie otacza drut. Nie mam żadnego problemu z za ciasnymi oczkami, jest tam wystarczająco luzu bym mogła spokojnie je przerabiać. Poza tym lubię drobne oczka! Podoba mi się to, że już przed blokowaniem wychodzą równe.
Ale ostatnio pokusiłam się jednak o troszkę luźniejsze próbki, które osiągam przez większe druty, a nie zmianę naprężenia nici - dzianina jest wtedy ciut inna. Wszystko zależy od tego na co akurat mam ochotę.
Czasami jednak staram się luźniej dziergać rękawy, bo w małych okrążeniach dziergam jeszcze ciaśniej (być może i Wy też tak macie), ale sprawia to, że muszę ciągle się pilnować by oczka były równej wielkości.

Długości określam w rzędach, nie w centymetrach.
Co to właściwie znaczy? Czasem słyszę, że ktoś dzierga dwa rękawy jednocześnie by wyszły takiej samej długości... chwila... To nie liczysz rzędów?:) Mam na tym punkcie bzika. Jeśli projektantka pisze "zrób 8 cm ściągaczem" to zrobię 8 centymetrów, następnie policzę rzędy i zrobię dokładnie tyle samo w innym miejscu. Ale co tam 8 cm! Będę liczyć rzędy choćby ich było tysiąc. Wszystko musi być takie samo, co do rzędu, czy oczka. Jeśli się pomylę o jeden to nie ma dramatu, ale na pewno nie mierzę wyłącznie centymetrem, bo przecież w zależności od tego jak ułożymy materiał, raz będzie dłuższy, a raz krótszy. Więc gdy mam zrobić otwory na rękawy, to one są zawsze identyczne! :) Oczy wypatrzę, ale policzę.
Pojawia się czasem w rozmowie argument, że w tym dzierganiu dwóch rękawów nie chodzi tylko o liczbę rzędów, ale też o takie samo napięcie nici (bo jak zrobimy jeden rękaw w maju, a drugi w grudniu to mogą być inne). Z pewnością jest to dobry argument, ale na szczęście nie mam z tym problemu, bo dziergam od razu oba, jeden za drugim. Nic nie leży pół roku.

Duże formy.
Jak mam coś dziergać to lubię gdy to coś jest duże. Z tego powodu mam tak mało czapek i rękawiczek (porównując się do Was:)). Priorytet mają swetry, które uwielbiam nosić i dziergać, a ostatnio odnajduję przyjemność w dzierganiu wielgachnych chust/kocyków na ramiona, ale nadal omijam szerokim łukiem te ozdobne, ażurowe - to nie mój styl. 
No ale przede wszystkim swetry - zawsze, wszędzie, każdej wielkości. Sami zresztą widzicie :)

Zamykanie oczek na rękawach musi być dokładnie takie samo.
Jak nie jest, to pruję i próbuję znowu. Jak naciągnę rękaw w miejscu zamknięcia oczek to musi stawiać taki sam opór jak w drugim. Muszą być identycznie elastyczne! Układają się wtedy tak samo, w ten sam sposób potencjalnie się rozciągną a i wpływa to na komfort noszenia.

Dopasowane rękawy.
Jak już o rękawach mowa... Rękawy w swetrze muszą być dopasowane. Nie obcisłe, krępujące, ale przy ciele. Nic nie może wisieć i dyndać, a mankiety w szczególności. Jeśli widzę wzór, który ma dużo luzu w tym miejscu to albo go odrzucam, albo modyfikuję. To są oczywiście moje osobiste preferencje, wiem też, że większość z Was (a może jednak nie?) woli by ten luz był większy. Ważne by było NAM wygodnie :). 

No to na dzisiaj tyle, ale mam jeszcze kilka rzeczy, którymi chętnie się podzielę w następnych postach. Koniecznie dajcie znać jak Wy to widzicie! Bo ile dziewiarek tyle sposobów prawda? :) Miło jest się od siebie uczyć.

Pozdrawiam ciepło,
Marzena

wtorek, 20 czerwca 2017

Krok pierwszy, drugi i część trzeciego

Tak jak obiecałam wpadłam zdać relację z tego jak się dzierga Find Your Fade i pokazać jak moje kolorowe motki wyglądają w formie oczek. Na bieżąco pokazuję co tam u mnie na facebooku (klik!) i instagramie (klik!). 
Oczywiście czym dalej zagłębiam się we wzór, tym wolniej mi idzie. Liczba oczek rośnie nieubłaganie, nie ma na to rady. Póki co mam ich około 200, nawet nie czytam ile będzie na końcu :)

Krok pierwszy to zieleń - singiel, delikatny i bardzo podobny do Milisa. Ten krok wykonałam błyskawicznie!


Drugi krok to merynos, przyjemnie skręcony, w rustykalnym melanżu różu, zieleni, beżu i odrobiny brzoskwini. Bardzo podoba mi się to delikatne przejście między kolorami... nie widać żadnych pasków.


Teraz jestem w trakcie przerabiania beżowego motka - to również merynos, ale mocniej skręcony. Podczas dziergania tego koloru najwięcej musiałam pruć. Nie przez wzór czy wełnę. Przez nieuwagę po prostu. Ciągle robiłam coś nie tak, ale może tłumaczyć mnie wyjazd i dzierganie w pociągu. Może, ale nie musi :)
 

Jako że używam sześciu kolorów zamiast siedmiu, przedłużam trochę każdą sekcję i w innych miejscach robię mieszanie kolorów.

Przy okazji wariuję okropnie, bo nie mam pojęcia jakie bazy wziąć na start! Każda jest cudna, każda ma swoje zalety! Nie potrafię podjąć decyzji, zróbcie coś ze mną!

Na koniec Chmurkowe info:
wszystkie produkty i wzory w sklepiku są o 10% tańsze! Wystarczy tylko użyć kodu "chmurka" przy podsumowaniu zamówienia :) klik! Miłego dziergania!

Lecę dziergać dalej - kolejny kolor to drugi, tym razem delikatnie różowy melanż. Bardzo jestem go ciekawa.

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena