wtorek, 19 września 2017

Jesień!

Naprawdę, mówię Wam! Jak nic mamy już jesień. Wieczorem gdy otwieram okno czuję ten charakterystyczny zapach... Wschody słońca już tak ozięble wyglądają, wieje, pada, a mgła co chwila pojawia się nad jeszcze nieściętą kukurydzą za oknem. Ale to nic! Bo ja naprawdę lubię ten jesienny klimat. Jest oczywiście wtedy jakoś bardziej sennie i niekiedy przytłaczająco, ale co z tego kiedy to właśnie jesień jest porą roku mojej duszy :)

Póki co kolorystycznie wpasowuję się w aurę. Taki mniej więcej mam widok z okna o 7 rano: różowy wschód słońca i żółtozielone pole kukurydzy, a wszystko to okryte lekką mgiełką. Potem przychodzi deszcz, ale deszcz też jest fajny. Można bezkarnie posiedzieć w domu, a nawet (przynajmniej my) wybrać się na deszczowy spacer, bardzo samotny, bo niespecjalnie można wtedy spotkać kogoś na polu.

Dziergam Sunset Highway autorstwa Caitlin Hunter. Bardzo lubię tę projektantkę - cudownie odrywa się od schematów i trzyma się swojego nietuzinkowego stylu. Żakard z wykorzystaniem ciapkowanych włóczek... no tego brakowało właśnie!

Dziergam pierwszy rękaw, a jako że nie lubię luźnych rękawów muszę trochę go zmodyfikować tak by zachować wzór i osiągnąć idealne wymiary.

Miałam już 8 cm więcej, ale sprułam i dziergam raz jeszcze, uważniej. Żakard na takim małym "okręgu" jest bardziej wymagający. A dziergam z Goat on the Boat. To będzie pierwszy sweter z mojej własnej włóczki! Yay! Zieleń jednak to pozostałość singla z Find Your Fade, w kolorze Thym. Szkoda było napoczynać nowy motek dla tak niewielu metrów. 

Przy okazji daję znać, że bazy do farbowania przyjechały i motki już się farbują! Mam nadzieję, że to dobra wiadomość :)

Pozdrawiam Was jesiennie (to znaczy bardzo miło:)) i wracam do pracy.
Marzena

poniedziałek, 11 września 2017

Drutozlot 2017!

Chyba dopiero dziś ochłonęłam! Tegoroczny zlot przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Ach, spodziewałam się mnóstwa zakręconych dziewiarek, przemiłych rozmów, uśmiechów i morza wełny, ale tam na miejscu... Nie da się tego opisać :) Ale postaram się choć troszkę.

W tym roku pojechałam na Drutozlot jako wystawca. Zabrałam ze sobą całą Chmurkę i własnego prywatnego męża i w piątek ruszyłam do Torunia. W nocy oczywiście nie mogłam spać, zbyt dużo myśli, zbyt wiele emocji! Ale to nic, bo w sobotę wstałam gotowa do działania i już o 8 rano zameldowałam się na miejscu. Mieliśmy godzinę by przygotować Chmurkowe stoisko, skłamię jeśli powiem, że się choćby odrobinkę nie stresowałam. 




Gdy wybiła 9 pojawiły się dziewiarki z całej Polski! Z tego wszystkiego zapomniałam jak używać kasy fiskalnej:). Z każdym chciałam porozmawiać, z każdym przywitać! O zdjęciach przypomnieliśmy sobie po ponad 2 godzinach, a i wtedy nie było na to czasu, więc mam dla Was naprawdę niewiele kadrów, w tym kilka od innych Drutozlotowiczek i z toruńskiej gazety wyborczej (klik!). Liczę na to, że organizatorzy udostępnią też co nie co, bo chciałabym mieć pamiątkowe zdjęcie z każdym z Was!
Z Anią!

Tak ciepło przyjęliście Chmurkowe stoisko, że po prostu rozpływam się z radości!!! Jesteście cudowni! Naprawdę jestem wzruszona i szczęśliwa! Goat on the Boat, moja własna mała twórczość zniknęła szybciutko, i brak mi słów by Wam odpowiednio podziękować! Nie da się, nic tylko tulić!
 


Na Drutozlocie pojawiły się też Wasze piękne wersje moich projektów, dziękuję, że je przywieźliście. Uwielbiam patrzeć na Wasze prace! I nie ma lepszego komplementu niż zadowolona ze swojego sweterka dziewiarka!

Szukałam wzorkiem jeszcze cudnej Ani i jej beżowej wersji by zgarnąć ją do zdjęcia, ale akurat mi gdzieś zaginęła! :( 
Piękna puchata wersja Sylwii i bardzo oryginalna kolorystycznie Majula Doroty!

 Spójrzcie tylko na tą uśmiechniętą mordkę :)

  Najcudowniejszy pomocnik!

I cudna Monia!

Myślę, że na pewno kojarzycie te dziewczyny!


Jakby tych przyjemności było mało... otrzymałam od pewnej przemiłej dziewiarki piękny prezent! Zrobiony dla mnie, pod kolor mojego nowego projektu (jest idealny!) wisior i Chmurkowy guziczek... Jest mi tak miło, że trudno o odpowiednie słowa! Dziękuję, dziękuję, dziękuję! Jest piękny!
 

 Prześliczne!

Był to tak bardzo pozytywny zlot, że już nie mogę doczekać się następnej edycji! Koniecznie (wszyscy!) musicie tam być :) Oprócz stoisk i dziergania były również konkursy i warsztaty. Jestem pewna, że za rok będzie tego wszystkiego jeszcze więcej! 

Jeśli macie więcej zdjęć poratujcie, wyślijcie mi coś! Podzielcie się swoimi wrażeniami, zwłaszcza, że mi ciężko znaleźć odpowiednie słowa. Wychodzi na to, że jednak jeszcze nie ochłonęłam.

Miłego dnia Wam życzę! Do następnego:)
Marzena

czwartek, 7 września 2017

Goat on the Boat! Czyli Chmurkowa, ręcznie farbowana włóczka!

Moje lato było pełne kolorów, barwników w garnku (i na podłodze), zapachu naturalnej wełny, pracy nad swoimi umiejętnościami, poznawaniu nowego, fascynacji tym nowym i naprawdę wielkiej, ogromnej, no po prostu niewyobrażalnej przyjemności! 
Zapragnęłam podzielić się z Wami moją kolorową wyobraźnią i przy użyciu swoich własnych osobistych rąk stworzyć ręcznie farbowane włóczki. Włóczki, które cieszą nie tylko oko, ale również ciało i duszę... 

Jako że nie mogę się już doczekać od razu przechodzę do przedstawienia! Powitajcie Goat on the Boat, czyli kozę (kaszmirską oczywiście :)) na łodzi!

Pomysł na nazwę przyszedł nagle, gdy już bardzo zmęczona poszukiwaniami pomysłu w mojej głowie, zaczęłam zwyczajnie w świecie... żartować :). A że nie mam czasu na bycie poważnym człowiekiem to wiedziałam, że to nazwa idealna! I mam już całą pulę kolejnych pomysłów na przyszłe Chmurkowe bazy - bo takich będzie wiele! 


Goat on the Boat to cudne połączenie wełny z merynosa, jedwabiu i kaszmiru. Ten kto miał możliwość dotknąć kaszmirowej wełny nie może być zdziwiony dlaczego wybrałam akurat taką mieszankę. Pragnę dać Wam wszystko to co najmilsze, najbardziej delikatne i jednocześnie trwałe. 
Baza ta jest skręcona z 3 nitek, a skręt ma "akurat" by pozostać mięciutką i jednocześnie być przyjemnie sprężystą. Włóczka jest gładka i niegryząca, a dzięki jedwabiowi (20%) delikatnie się mieni, co pięknie podkreśla kolory! W 100 gramach motkach znajdziecie 400 metrów dobroci.

Jak każda włóczka u Chmurki, i Goat on the Boat jest nie tylko miękka i delikatna ale i przyjazna zwierzętom. Kocham wełnę i kocham zwierzęta! Wełna na Chmurkowe włóczki pochodzi wyłącznie ze sprawdzonych hodowli, gdzie nie stosuje się przemocy wobec owiec. To naprawdę wiele dla mnie znaczy. W końcu dzięki tym uroczym stworzonkom możemy doświadczać niezwykłego ciepła i przytulności oraz cieszyć się godzinami przekładania oczek na drutach.
 

Moja włóczka będzie miała premierę już w sobotę, na Drutozlocie! Przygotowałam dla Was 11 kolorów na start, w tym te, które użyłam do swojego Find Your Fade (klik!) - tak jak obiecałam. Są farbowania jednolite, delikatnie cieniowane oraz te obsypane mnóstwem kolorów, tak idealnie grające w chustach czy wszelkich cieniowanych sweterkach.
Zaraz po powrocie, w niedzielę, trafi na Chmurkowe półki i będziecie mogli zobaczyć każdy odcień osobno i poczytać o nich ciut więcej. Nie martwcie się jeśli zabraknie ich po festiwalu w sklepiku - dostawa przybędzie ekspresem! :) Zrobię wszystko co w mojej mocy!

Wiadomo, że baza i kolory są najważniejsze, ale przecież i oprawa jest bardzo ważna! Wykonanie etykiet na moje własne produkty zleciłam przezdolnym ludziom, których cenię za minimalizm i styl. Bardzo chciałam by były skromne i minimalistyczne, by nie odciągały uwagi od wełny, ale jednocześnie pasowały do Chmurkowego stylu i miały "to coś". 

Jestem zachwycona tymi uroczymi tłoczeniami! Tekst oraz logo również są tłoczone, co nadaje etykiecie cudny efekt! Jestem bardzo ciekawa Waszej opinii. Mam również nadzieję, że moja wyobraźnia przelana na wełnę da Wam mnóstwo przyjemności i spełni niejedno kolorowe, wełniane marzenie. Paleta kolorów będzie ciągle poszerzana tak by każdy znalazł to czego właśnie potrzebuje! Takich potrzeb nie można ignorować :)

Moi mili! Do zobaczenia na Drutozlocie! Zajrzyjcie do sklepiku w niedzielę i dajcie koniecznie znać co sądzicie, co myślicie i o czym marzycie...

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

niedziela, 27 sierpnia 2017

Sibella

W połowie lipca, po skończeniu Find You Fade naprawdę nie miałam pomysłu co dziergać. Brak weny brał się z tego, że każdego dnia intensywnie pracowałam nad sypialnią, a zbyt dużo na głowie nie sprzyja kreatywnemu myśleniu. Fakt, że musiałam się na coś szybko zdecydować, bo wyjeżdżaliśmy na Mazury wcale nie pomagał - no bo kto potrafi w pośpiechu przeglądać Ravelry i marzyć o włóczkach i kolorach? :) Ale że jakąś decyzję musiałam podjąć, bo na wakacje nie jedzie się z pustymi drutami, przejrzałam pięćset projektów i wybrałam taki, który z łatwością wydziergam w samochodzie czy nad jeziorem, prosty, klasyczny, ale i romantyczny. Taki, którego za bardzo nie mam w swojej szafie. Wybór padł na uroczą Sibellę autorstwa Carrie Bostick Hoge (klik!). Kolor pasował mi do niego tylko jeden... no wybaczcie, nie będę oryginalna. Znowu róż! :) 

Na początku ten projekt po prostu mi się podobał, ale z każdą chwilą, dniem, oczkiem co raz bardziej się nim zachwycałam! Jestem bardzo zadowolona z efektu, uwielbiam go po prostu! Pięknie leży, jest wygodny, idealny do sukienki, prosty i elegancki, dziewczęcy i romantyczny. Uwielbiam te ażurowe fale!
 
 

Sweterek dzierga się od dołu, w całości oczywiście. To była moja pierwsza tego typu konstrukcja w życiu (tak się złożyło, nic poza tym:)) i raczej ostatnia bo myślę, że jednak sprytniej i wygodniej dzierga mi się takie kształty od góry. Ale wzór jest świetnie napisany, w moim ulubionym stylu, każdy sobie powinien z nim poradzić.


Moja jedyna modyfikacja to ciut dłuższy korpus. Wydaje mi się, że i tak nie jest zbyt długi. A dziergałam z Milis od Julie Asselin w kolorze The D'Apres Midi (jak to się czyta?!). Standardowo przeznaczyłam na sweterek trzy motki i się przeliczyłam, bo... Zużyłam dokładnie 195 gramów, czyli 1.7 motka! No chyba mój rekord :). Dziergałam najmniejszy rozmiar, na zalecanych przez projektantkę drutach. Mimo modyfikacji poszło na niego naprawdę mało wełny! Cudnie!

Sesja "podwórkowa", ale Mateusz jak zawsze w formie :). Fajne mamy krzaczory pod domem. Mamy jeszcze jeden sweter do obfotografowania, więc wkrótce pokażę Wam mojego szarego, warkoczowego zwyklaka.

A na drutach obecnie absolutne nic. Idę więc szukać inspiracji!
Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

czwartek, 17 sierpnia 2017

Przygotowania na festiwal i to co w trakcie

Myślę, że większość z Was już słyszała o Drutozlocie! Pierwszy zjazd miał miejsce 2 lata temu i miałam okazję się na nim pojawić, i nieoficjalnie przedstawić Wam Chmurkę. W tym roku impreza nabrała rumieńców, chętnych na nasz Polski festiwal jest mnóstwo i dziewczyny bardzo poważnie podeszły do organizacji. Mam tę przyjemność być jednym z wystawców! Ogromnie się cieszę i intensywnie się do tego przygotowuję. Pracy jest niemało, a że chcę by wszystko było zapięte n ostatni guzik pracuję nieprzerwanie :).

Na Chmurkowym stoisku znajdziecie oczywiście to co mam w swojej ofercie obecnie, czyli cudną ręcznie farbowaną wełnę od Julie Asselin. Ale to nie koniec, bo dzień w dzień, w małym pokoju na poddaszu, który przerobiłam na mini farbiarnię, ważę i warzę, gotuję, mieszam i szukam połączeń idealnych! Bo na Drutozlocie właśnie będą mieć premierę Chmurkowe, ręcznie farbowane luksusowe włóczki! Tym się obecnie zajmuję, a że czasu już niewiele, skupiam się wyłącznie na przygotowaniach. Pokażę Wam odrobinkę :)

Gotowanie. Uwielbiam ten zapach!

 Mnóstwo próbek:

 I gotowych kolorów:

Przygotowania nie obejmują wyłącznie farbowania... tworzy się również projekt etykiet, których po prostu nie mogę się doczekać! Pracę nad etykietami oddałam w ręce bardzo zdolnych ludzi, którzy tworzą cuda na papierze...

Bardzo mi zależy na tym by wszystko poszło tak jak trzeba, byście byli zadowoleni. O niczym nie można zapomnieć :) Specjalnie na tę okazję wyposażyłam moją owcę w kasę fiskalną - nie będzie już żadnego problemu w nabywaniu precli nie przez internet!

Jak widzicie sierpień mam bardzo pracowity (a lipiec wcale nie był lepszy!) więc mało postuję, choć dziergam ciągle. Mam Wam do pokazania sweterek z czerwca, nawet wybraliśmy się na sesję ostatnio, ale po prostu się nie udało. Innym razem. A obecnie dziergam Sibellę, w kolorze pudrowego różu. Został mi tylko ażurowy karczek:

Czytam również całkiem sporo. Ostatnio przeczytałam "Małego przyjaciela" Donny Tartt (polecam!) a obecnie czytam czwartą, nową książkę Leonie Swann (autorka "Sprawiedliwości owiec"), uwielbiam jej styl.

Czas mam wypełniony, ale nie byłabym sobą jakbym nie znalazła czasu na jakieś małe lenistwo :) Trzeba sobie sprawiać przyjemności, prawda? Ale teraz wracam do pracy! Mówcie mi szybko - widzimy się na Drutozlocie?! Festiwal odbywa się w Toruniu, 9 września, bilety już prawie wyprzedane!

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

wtorek, 15 sierpnia 2017

Majula już dostępna!

No nareszcie! Nie mogłam się doczekać, aż prace nad tym wzorem się zakończą! Uwielbiam moją Majulę, a jeśli i Wam się ona podoba i macie ochotę na swój własny romantyczny, obsypany mnóstwem słodkich pikotek i misternych ażurów sweter, to informuję, że wzór w języku angielskim i polskim właśnie trafił do sklepiku na Ravelry - klik! i do Chmurki - klik!


Test wyszedł tak dobrze, że nie mogę się nacieszyć! Testerki stworzyły mnóstwo pięknych eleganckich i romantycznych wersji... są nietypowe czerwienie, słodkie róże, klasyczne beże, elektryzujący fiolet, soczysta zieleń i piękny rdzawy gradient. I jeszcze więcej :) No koniecznie musicie zobaczyć! Każdą testerkę z osobna ściskam mocno! Dziękuję Wam bardzo!


Pozdrawiam Was ciepło i życzę miłego dziergania!
Marzena

piątek, 4 sierpnia 2017

Mieszkaniowe sprawy: sypialnia w białym drewnie

Pamiętacie moje pytanie z poprzedniego mieszkaniowego posta? Dałam Wam mini zagadkę co jeszcze, z tych "bazowych" rzeczy planujemy zrobić przed meblowaniem poddasza. No to dziś Wam to coś pokażę :).

Sypialnię chcemy spokojną, delikatną i stonowaną. W dalszym ciągu pozostajemy w jasnym klimacie, gdzie ściany stanowią tło dla dodatków, nie na odwrót. Jak już wiecie zrezygnowaliśmy z ulubionej bieli na ścianach na rzecz jasnej kawy z mlekiem. Mamy trzy metrową szafę w białym kolorze, dojdą jeszcze białe zabudowy skosów, gdzie znajdą się szafki, oraz kolejna, również biała, szafa do wnęki. Gdybyśmy zostawili ściany białe to byłoby zbyt płasko i mdło. Wybraliśmy więc inny neutralny kolor i bardzo nam się ten delikatny kontrast podoba.

Białe pozostawiliśmy tylko skosy. Ale nie był to przypadek :) Nie było sensu malować czegoś co i tak postanowiliśmy zmienić! A ta zmiana kosztowała nas ogrom pracy, nerwów, czasu, siły, myślenia, kombinowania i nauki. O ludzie, co myśmy zmajstrowali... No to pokazuję:
 
Gdybym miała to powtórzyć to... nie, nie powtórzyłabym, ale to nie znaczy, że żałuję. Absolutnie nie - jestem z nas bardzo (nieskromnie) dumna, bo praca ta była dla nas naprawdę ciężka, było tyle do zrobienia, że prace trwały ponad miesiąc, w tygodniu poświęcaliśmy temu 2-3 godziny, bo przecież mieliśmy też inne obowiązki. Kilkanaście dni odeszło na wakacje, więc dopiero wczoraj udało nam się zrobić ostatnie szlify i z satysfakcją paść na kanapę i zregenerować obolałe mięśnie i udręczone umysły :) 

No więc dlaczego to było takie ciężkie? Jak wyglądała nasza praca? Zacznę od tego, że ten skos jest wielki. Ma prawie 5.5 metra długości i prawie 4 metry wysokości. To daje nam ponad 20 metrów kwadratowych ściany do obłożenia. Uff. Ciężko mi oddać na zdjęciu wielkość ściany. Na górnym zdjęciu brakuje jeszcze pokaźnego kawałka z lewej strony. Nie tylko wielkość ściany stanowiła wyzwanie. Fakt, że jest to skos, całkiem ostry, wcale nie pomagał. Nie można było po prostu postawić deski i jej przymocować - musieliśmy działać wspólnie, ciągle przytrzymywać mocowane deski, tak by nie przesunęły się i dobrze leżały na ścianie. A najzabawniej oczywiście było przy samiutkiej podłodze, gdzie ledwo mieści się głowa :). Dobrze, że nas wtedy nikt nie widział.

Praca miała kilka etapów. Najpierw należało pobejcować deski, jakieś ponad 80 sztuk (pod koniec musieliśmy dobejcować kilkanaście dodatkowych!), długości 2400 cm. Jest to boazeria sosnowa z Castoramy. Trafiały się niestety gorsze i lepsze sztuki, na szczęście możemy te gorsze zwrócić bez problemu. Zależało nam na tym, by zachować widoczne słoje - moim zdaniem cały urok w białych deskach to te wzory właśnie! Początkowo wybraliśmy samą bejcę w kolorze białym, ale krycie było słabe, nawet po trzech maźnięciach, więc mimo że malowanie samą bejcą jest proste i bezproblemowe, musieliśmy zmienić zdanie by uzyskać konkretną biel. 

Kupiliśmy więc lakierobejcę Sadolin, w kolorze skandynawskiej bieli (otóż to!). Położyliśmy dwie warstwy za pomocą wałeczków. Malowanie zajęło nam dobrych kilka dni, ponieważ nie było aż tyle miejsca by każdą deskę ułożyć na ziemi w bezpiecznych odstępach.

Po pomalowaniu przyszedł czas na tworzenie konstrukcji, do której należy przymocować boazerię. Na całym skosie i obniżonym suficie, w równych odstępach należało przymocować sosnowe łaty (deseczki). Mieliśmy trochę przebojów z montażem, ponieważ kołki do rigipsu nie chciały współpracować, ale bunt został w jeden dzień opanowany odpowiednim narzędziem. 

Nauczeni przez życie, nie tracimy już czasu na kombinowanie lecz od razu kupujemy odpowiedni sprzęt. Przy boazerii nasz warsztacik wzbogacił się o elektryczny taker (zszywacz), wyrzynarkę do drewna, zaciskach do kołków, ekierkę, fezarkę.... no i pewnie o czymś zapomniałam. Tyle razy już mówiliśmy sobie "dobra, jakoś damy radę", a potem, po kilku godzinach męczenia się i tak lecieliśmy do sklepu, że teraz już nawet się nie zastanawiamy. O ile prościej jest pracować z odpowiednim sprzętem, który i tak na pewno się jeszcze kiedyś przyda (znając nasze pomysły...).

Dopiero wtedy gdy cała konstrukcja była gotowa, a my obmyśliliśmy układ i taktykę, mogliśmy zacząć montować deski. Ten etap był najdłuższy, ale jak już opanowaliśmy tę sztukę to nawet całkiem dobrze szło, pomijając fakt, że niektóre deski były po prostu krzywe, więc nie chciały wleźć tam gdzie im kazaliśmy. No cóż, łatwo być nie może. Montaż zaczęliśmy od góry skosu, nie od obniżonego sufitu. Pierwszy rząd desek należało najpierw pozbawić piór, a następnie, zachowując poziom przybić do łat. Brrrry. Ten poziom to strasznie zła rzecz jest. Zwłaszcza jak Ci odpływa krew z rąk bo musisz trzymać deseczkę w górze, bez ruchu. (Z każdym kolejnym zdaniem jestem bardziej przerażona tym co musieliśmy robić!!!). Tak samo postąpiliśmy z sufitem, który na szczęście jest taki malutki! Deski montowaliśmy przy użyciu specjalnych klamer i elektrycznego zszywacza. Nie wyobrażam sobie wbijania tylu gwoździ ręcznie!

Po zakończeniu każdego etapu przychodził kolejny, niosący nadzieję, ale niestety szybko sprowadzający nas na ziemię :). Następny krok to wykańczanie kątownikami i listwami maskującymi miejsc łączenia desek. Najpierw bejcowanie, potem docinanie i klejenie. Skłamałabym mówiąc, że to była prościzna, ciężko bowiem dociskać ponad dwumetrowe kątowniki przy skosie przez 15 minut aż klej złapie wystarczająco mocno. Pomagaliśmy sobie konstrukcjami z desek, które przytrzymywały nam odpowiednie miejsca. Ale udało się! 


I tu można by się już cieszyć, gdyby nie fakt, że należało zrobić jeszcze dwie rzeczy - wykończyć masą akrylową szczeliny przy łączeniach, których trochę się nazbierało, bo a to ściany wcale nie takie proste, a to deski nie zeszły się idealnie, oraz podmalować niemalże wszystkie szczeliny między deskami, bo jak te osiołki, nie pomyśleliśmy, że krawędzie będzie widać! :D Szczelin było parędziesiąt, pewnie blisko im do setki. Tym zajmowałam się od poniedziałku, mniej więcej od 9 rano do 9 wieczorem. 1 sierpnia miało przyjechać łóżko, chciałam mieć do tego czasu wszystko gotowe.

Mimo że pracowałam ciągle, a Mateusz zaczynał od razu po przyjściu z pracy, i tak mieliśmy dwudniowe opóźnienie. Palce mi prawie odpadły, ponieważ nie potrafię odpuścić - wszystko musi być zrobione z należytą starannością. Ale teraz już odpoczywam... na nowym wymarzonym łóżku, z mięciutkim materacem, pod cudnymi bielonymi deskami! 

Dopiero po zrobieniu tego wszystkiego ściana wygląda dokładnie tak jak sobie wymarzyliśmy. Jest pięknie, ciepło i przytulnie. I mimo że ten post pełen jest skarg i dramatów to cieszę się, że nie poddaliśmy się i poświęciliśmy czas na spełnienie wizji wymarzonego poddasza. Kłamać nie będę, że to była sama przyjemność, że poszło bez problemu, że każdy da samemu radę. My potrzebowaliśmy dwóch par rąk, mnóstwo czasu i cierpliwości i przede wszystkim chęci. Ale wiecie, że dla nas to nie pierwszyzna, chociaż to zadanie było póki co największe.

Ale za to przemiło było się obudzić dziś we własnej sypialni, z widokiem na lekko zachmurzone niebo za oknem, otoczonym drewnem... Teraz czas na długi odpoczynek, i mimo zapewnień w trakcie kładzenia boazerii, że "nigdy więcej!" jestem pewna, że po miesiącu nic nie robienia wymyślimy coś nowego. Ech... :)

Pozdrawiam ciepło,
Marzena