wtorek, 29 września 2020

Flora

Ależ się cieszę, że w końcu mogę pokazać Wam ten sweter! Projektowanie go zajęło mi trochę czasu, a na dodatek dzierganie wypadło w bardzo aktywnym (w domu i w pracy) momencie, więc można rzecz, że się troszkę ślimaczyłam. Gotowy był już w sierpniu, ale uciekliśmy na prawie trzytygodniowy urlop. Po powrocie od razu wzięłam się za wzór i zdjęcia - ten pierwszy jeszcze nie jest gotowy, nie ma tak łatwo, ale zdjęcia jak najbardziej!

Tych, którzy na niego czekają, nie mam zamiaru trzymać dłużej w niepewności, więc tym razem najpierw zdjęcia, a potem sobie pogadam :) Proszę państwa, oto Flora:

Czy są tu jacyś miłośnicy roślin? :) Jestem pewna, że tak! Flora składa się z mnóstwa malutkich botanicznych wzorów: pąków kwiatowych, dmuchawców i gałązek. A może macie inne skojarzenia? Ja, podczas projektowania tego swetra, miałam przed oczami niewielką łąkę otoczoną drzewami, budzącą się do życia na początku wiosny i puszczającą świeże, malutkie pędy!

 

Zależało mi na tym, by wzory te tworzył raczej teksturę niż główny motyw, były obecne na całym swetrze, ale nie zwracał na siebie wielkiej uwagi. Myślę, że dzięki temu sweter jest codzienny i uniwersalny, pasujący na wiele okazji, a jednocześnie nietuzinkowy. 


Flora jest tak wygodna, jak to tylko możliwe! Zdecydowałam się na oversizowy krój, z delikatnie obniżoną linią reglanu, szerokie rękawy, wykończone długim, elastycznym ściągaczem i klasyczne, przytulne wykończenie kołnierza. Pierwszy raz zrobiłam dla siebie sweter z takimi rękawami - chciałam w tym projekcie dać im szansę, bo zawsze unikałam ich jak ognia, będąc przekonana, że absolutnie do mnie nie pasują. I wiecie co? Cieszę się, że spróbowałam, bo okazało się, że niesłusznie ich sobie odmawiałam! Czuję się w nich świetnie i planuję kolejne (również w szyciu:)).


Ta wygoda i luz sprawia, że Flora idealnie nadaje się jako sweter codzienny. Jest trochę jak bluza, którą zakłada się by było ciepło i komfortowo przez cały dzień. Wydziergałam go z włóczki grubości fingering, dlatego mimo swojej obszerności, jest lekki i nie poszerza drastycznie sylwetki. Ponadto sprawdzi się nie tylko na sezon jesienno-zimowy - grzeje dokładnie tyle ile trzeba, dlatego śmiało można nosić Florę wiosną i w chłodne, letnie wieczory.

Odrobinę skrócona będzie też świetnym dodatkiem do lnianej sukienki czy spódnicy. Ważne jest by ściągacz w takiej sytuacji opierał nam się na talii, a nie na biodrach. Taka modyfikacja wzoru będzie oczywiście niezwykle prosta!


 

Zrobiłam go z Chmurkowej włóczki, którą zostawiłam sobie po zamknięciu sklepiku - to Ladysheep w kolorze Glenn (merynos 1ply z jedwabiem). Użyłam 274 gramów, czyli około 1100 metrów. Myślę, że te teksturalne wzory pokochają się również z rustykalnymi, jednolitymi nitkami, czy też z klasycznym, skręconym merynosem! Istotne jest by użyć do jego wykonania kolory jednolite.



Wzór powstanie w przeciągu tygodnia lub dwóch, wtedy też ogłoszę nabór do testu. Proszę poczekajcie więc ze zgłaszaniem, by nic mi nie umknęło. Wtedy też podam wszystkie szczegóły dotyczące wzoru i projektu. Jeśli nie chcecie przegapić testu, możecie też zapisać się do listy mailingowej: klik!

 

Ciekawa jestem co sądzicie o mojej botanicznej Florze! W jakim kolorze widzicie swoją wersję?

Pozdrawiam Was ciepło!

Marzena

poniedziałek, 21 września 2020

Nie studiuję prawa, ale trenuję CrossFit :)

-Hej! Co u Ciebie?

-Wszystko super, zaczęłam zdrowo się odżywiać i uprawiać sport!"

-Brawo! Jaki sport wybrałaś?

-Bieganie/pływanie/badminton/pilates/joga/tenis/itp

-Wow! Gratuluję i trzymam kciuki. Super, że dbasz o siebie. Oby tak dalej!

A teraz zamiast biegania, pływania czy jogi podstaw crossfit. I odpowiedź będzie zupełnie inna! :) Z własnego doświadczenia mogę śmiało założyć, że istnieje spore prawdopodobieństwo, że usłyszysz coś w stylu: "Zły pomysł, nie powinnaś, stawy za rok do wymiany, mój fizjoterapeuta to nie znosi tego sportu, zrobisz sobie krzywdę, kontuzja na każdym treningu..."

Po prawie dwóch latach trenowania crossfitu, z żadnym z tych argumentów się nie zgadzam i dziś właśnie chciałabym opowiedzieć Wam o tym, jak wygląda ten sport z perspektywy szarego, prostego człowieka, który nie zajmuje się tym profesjonalnie, nie trenuje zawodowo, ale chce wyłącznie dbać o siebie, o swoje zdrowie, wygląd i kondycję. I który, jakimś cudem, po wielu latach lenistwa i nienawiści do sportu, zaczął go kochać całym sobą!

Nie znam dokładnych przyczyn uprzedzenia do crossfitu, ale negatywne opinie o nim póki co słyszałam wyłącznie od osób nigdy go nietrenujących. Krąży pogłoska, że na crossficie nie dbasz o swoje stawy, o mięśnie i ścięgna, że liczy się tylko wynik i wielkość bicka. A nawet jak dbasz to i tak przeciążasz się do tego stopnia, że po kilku latach będziesz musiał kompletnie zrezygnować z aktywności, bo ciało odmówi posłuszeństwa. A teraz spójrzmy na bieganie (wybrałam ten przykład bo jest to jedna z najpopularniejszych aktywności). Jest cała masa schorzeń i kontuzji, które mogą być skutkiem treningów biegowych. To absolutnie naturalne! Nawet jeśli robimy wszystko z głową, dbamy o siebie, rozgrzewamy i rozciągamy, używamy odpowiedniego obuwia, mamy profesjonalny plan treningowy to i tak istnieje szansa na kontuzję. Takie uroki uprawiania sportu :) Ale czy jest to powodem do nie biegania? Skądże. Czy jest to powodem do odradzania innym uprawiania tej dyscypliny? A w życiu! Biegasz, to znaczy, że prowadzisz zdrowy tryb życia. 

Crossfit tym się różni od biegania czy pływania, że angażuje wszystkie partie ciała oraz każdy możliwy mięsień i na dodatek wymaga od nich naprawdę wiele w krótkim okresie czasu. To oczywiście zwiększa szansę na kontuzję, wszak narażone są nie tylko nogi, ale też plecy, brzuch, ramiona... Może to właśnie jest przyczyną "złej sławy?" Statystycznie mamy większe szanse na uraz gdy robimy wszystko, niż gdy robimy tylko jedną rzecz :)

To tak w ramach wstępu. Teraz przejdę do historii właściwej, czyli dlaczego taki leniwy ziemniak, jakim byłam kilka lat temu, zdecydował się na taki a nie inny rodzaj aktywności, jak wyglądają treningi, co mi się podoba w crossficie i dlaczego warto dać mu szansę.


Przez wiele lat unikałam sportu. Zaczęłam już w szkole, gdy po kontuzji kolana zrezygnowałam zupełnie z zajęć WFu. Kolano się zregenerowało, ale mnie już nie dało się namówić na ćwiczenia. Przyszły studia i trwałam w tym nadal, uparcie wmawiając sobie i otoczeniu, że sport jest nudny i nie zamierzam nic w tej kwestii zmieniać. Oczywiście miałam świadomość, że uprawianie sportu jest potrzebne, marzyłam o smukłej sylwetce i dobrej kondycji, ale niechęć była silniejsza. Każda próba biegania kończyła się po kilometrze lub dwóch totalnym zniechęceniem i jeszcze większą nienawiścią. Mateusz nie poddawał się i przez wiele lat próbował mnie namówić do zmiany zdania (odkąd go znam zawsze był wysportowany i aktywny), ale dopiero przed czterema laty coś się zmieniło w mojej głowie. Zapragnęłam podróży, zdobywania szczytów, pływania w ciepłych morzach, przemierzania kilometrów w poszukiwaniu przygód! A tak się składa, że ciężko się to robi gdy nie ma się siły :) Wykupiliśmy karnet na squasha i 2-3 razy w tygodniu z przyjemnością stawialiśmy się na korcie i naprawdę dobrze bawiliśmy. Moim zdaniem to był świetny wybór na start! Squash potrafi nieźle zmęczyć, ale przy okazji jest to niezła zabawa i okazja do spotkań towarzyskich. To naprawdę świetna motywacja! Jednak po roku zdaliśmy sobie sprawię, że w sumie to niekoniecznie mamy ochotę na bycie coraz lepszym w squashu, i że gramy już trochę z przyzwyczajenia. Poszukaliśmy więc czegoś nowego i padło na basen. Ja uczyłam się techniki pod okiem trenera, podczas gdy Mateusz szkolił swoje umiejętności na torze obok. I znowu było super przez pewien czas! Nauczyłam się pływać i gdy przyszło do samodzielnego trenowania, niespecjalnie czuliśmy wielką ochotę na regularne wizyty na pływalni.

I tak pewnego dnia, tuż przed sylwestrem, Mateusz powiedział "chodźmy na crossfit!", a ja niewiele myśląc odpowiedziałam "dobra!". 

Nasz znajomy od wielu lat trenuje crossfit i opowiadał nam oczywiście o treningach i postępach jakie osiągnął przez te kilka lat i za każdym razem robiło to na nas duże wrażenie. Cóż, crossfit jest po prostu "cool". Nosisz ciężary, podciągasz się, wspinasz, biegasz z kamizelką, robisz pompki stojąc na rękach, wyczyniasz szalone rzeczy ze sztangą... Tak, to brzmiało ekstra, ale też byłam tym onieśmielona, przerażona. I gdy Mateusz zadzwonił do najbliższego boxu z pytaniem o zajęcia dla początkujących i usłyszał, że zaczynają się już jutro (!) i trwać będą 4 tygodnie chciałam na początku odpuścić i zacząć dopiero od przyszłego miesiąca. Na szczęście Mateusz miał inne zdanie i słusznie zauważył, że nie ma sensu czekać. Idziemy teraz, koniec kropka.

 

Zajęcia dla początkujących nazywają się On Ramp. Nauczyliśmy się na nich podstawowych technik, pracy ze sztangą, odpowiedniej postawy ciała, używania sprzętu czy choćby nazw ćwiczeń i rodzajów treningów. Mimo że był to dopiero kurs wprowadzający, po każdych zajęciach byłam wyczerpana. Dla człowieka nieposiadającego za wiele tkanki mięśniowej, utrzymywanie (nawet pustego) gryfu na głową był nie lada wyzwaniem:) Mateusz przyznaje, że nawet on, niestroniący od ćwiczeń, był zaskoczony ciężkością ćwiczeń. A to był dopiero początek!

Pierwszy, prawdziwy workout pamiętamy bardzo wyraźnie. Był początek lutego, godzina 18:00 i my, przerażeni nowicjusze, którzy padnięci już po rozgrzewce, mieliśmy w 20 minut zrobić 150 push pressów sztangą, 60 podciągnięć na kołkownicy i 60 brzuszków na GHD (klik!). Przez tydzień mieliśmy takie zakwasy ramion, że nie mogliśmy wyprostować ręki! A nawet nie udało nam się zrobić całego treningu i oczywiście robiliśmy wersję skalowaną. Mimo wcześniejszego, leniwego trybu życia, próbowałam różnych sportów i żaden, po prostu żaden, nie był nawet w połowie tak wymagający jak trening crossfitowy. 

Czy to nas zniechęciło? Skądże :) I już Wam mówię co takiego ma w sobie crossfit, że mimo bólu, potu i łez chce się więcej!

Po pierwsze jest dla każdego. Nie jest prawdą, że początkujący ryzykują życiem gdy biorą udział w workoucie. Każde ćwiczenie można w łatwy sposób uprościć, a liczbę powtórzeń czy obciążenie przeskalować tak by było wykonalne dla danej osoby i jednocześnie stanowiło wyzwanie. Jeśli nie umiesz pracować ze sztangą albo nie masz na nią po prostu siły, to używasz bambusowego kijka. Uczysz się dzięki temu poprawnej postawy i ruchów, które są niezwykle ważne w tym sporcie. Nie umiesz się podciągać? Użyj dowolnej grubości taśmy! Nie potrafisz wspiąć się na linę? Po prostu zawiśnij na niej 10 sekund by wyćwiczyć odpowiednie mięśnie.

Za każdym razem robisz coś innego. W ciągu tych naszych 20 miesięcy nie zdarzyło się jeszcze by jakiś workout się powtórzył. Są treningi na czas, te z określoną liczbą minut, gdzie musisz wykonać jak największą liczbę powtórzeń podanych ćwiczeń, w dwóch częściach, w parach, siłowe lub kardio i tak dalej. Samych ćwiczeń jest tak dużo, że nie sposób ich tu teraz wszystkich wymienić. Różnych ćwiczeń ze sztangą jest ponad piętnaście, nie licząc wszelakich wariacji gdzie łączymy dwa ćwiczenia tworząc coś zupełnie nowego. Oczywiście obciążenie jest dodatkowym elementem zmiennym, tak samo jak liczba powtórzeń.  

Używamy hantli, kettli, paraletek, sprzętów takich jak airbike, wiosło, ergometr narciarski i bieżnia, wspomnianego już GHD, liny, kołkownicy (pegboard), skrzyń na które wchodzimy czy skaczemy z obciążeniem lub bez, drążków i obręczy, piłek lekarskich, worków z piaskiem i tak dalej i tak dalej. Serio, ćwiczeń jest tak dużo, a na dodatek można każde z nich zrobić na tak wiele sposobów, że nuda to jest ostatnia rzecz jakiej można doświadczyć na crossficie. Nas to ogromnie motywuje! Dodatkowo nasz trener nie udostępnia wcześniej planowanych treningów, co dodaje element zaskoczenia i niemałej ekscytacji "co też nas dziś czeka!". Gdybym znała szczegóły workoutu przed wyjściem z domu, możliwe, że od czasu do czasu bym odpuściła gdyby okazało się, że w dzisiejszym menu jest moje znienawidzone ćwiczenie. A tak nie mam wyjścia, muszę dać z siebie wszystko!


Przez element rywalizacji chcesz ciągle być odrobinę lepszy. I mówię to ja, osoba, która nie znosiła żadnych konkursów i zawodów! Bez względu na rodzaj treningu zawsze jest jakiś wynik. Czasem jest to czas, w którym udało Ci się ukończyć wszystkie powtórzenia, czasem liczba serii albo powtórzeń, które wykonałeś w podanym czasie, albo jeszcze coś innego. Niemniej punkty są zawsze. I początkowo człowiek może czuć się nimi onieśmielony - moje wyniki w pierwszych miesiącach były niemalże zawsze najniższe. I co z tego? To jest normalne, wszak dopiero zaczynałam (a wcześniej byłam zrobiona z plasteliny:)). Najniższy wynik nie był powodem do wstydu - to jak się czułam, pot, który zostawiłam na podłodze i serce tłukące się o żebra były dowodem na wykonanie ekstremalnie ciężkiego treningu. A to już powód do dumy. 

Punkty zaczynają być dobrą zabawą jak już opanujemy podstawy. Robisz co możesz by mieć choćby jeden punkt więcej. I robisz to dla siebie, bo nagrody za to nie ma żadnej. Znając już ludzi z boxu, wiem kto jest najlepszy, kto jest mniej więcej na moim poziomie, a kto dopiero zaczyna. Dzięki temu robię sobie w głowię małą rywalizację z paroma osobami i dzięki temu nie poddaję się przed czasem, wciskam jeszcze jedno powtórzenie na rundę, nie robię przerw i dokładam większe obciążenie. To jest bardzo pozytywna rywalizacja! Po treningu dyskutujemy o wynikach, dzielimy się odczuciami i opinią na temat treningu. Naprawdę to uwielbiam!!! Nie mogłabym teraz przerzucić się na zajęcia indywidualne, tęskniłabym za tym elementem rywalizacji okrutnie!

Czuwa nad Tobą trener. Nam się trafił naprawdę dobry trener! W naszym boxie jest ich kilku, ale my szczególnie polubiliśmy jednego i dlatego zawsze wybieramy zajęcia, które on prowadzi. Najlepiej wybrać takiego, który po prostu odpowiada Waszym potrzebom - każdy ma inną wizję czy podejście. My lubimy być pilnowani. Wynik jest ważny, ale zdrowie zdecydowanie ważniejsze. Jeśli w trakcie workoutu wykonuję źle ćwiczenie to chcę o tym wiedzieć i poprawić się od razu. 

Jeden jedyny raz doznałam lekkiej kontuzji w trakcie treningu - źle podniosłam sztangę i potem podczas wykonywania ćwiczenia na obręczach czułam rwący ból w lędźwiach. Od razu przestałam ćwiczyć, co nie uszło uwadze trenera, który nie dość, że zajął się mną w tym momencie (pokazał co mam zrobić, żeby poprawić sytuację) to jeszcze przez tydzień zmieniał mi wszystkie ćwiczenia bym nie obciążała tego miejsca. 

Innych kontuzji nie doznałam :) Mam od czasu do czasu problemy z rozścięgnem w prawej stopie, co jest skutkiem specyficznej budowy ciała, ale problem zaczął się już na squashu i jedyne co mogę z tym zrobić to okazjonalnie odwiedzać mojego fizjo i wykonywać regularne ćwiczenia w domu. Mateusz też jest cały i zdrowy! Taki ten crossfit straszny:)

Efekty są niesamowite. Gdy zaczynałam postawiłam totalnie nie myśleć o przyszłych efektach. Najlepszym zabójcą motywacji jest ciągłe sprawdzanie w lustrze czy już mamy sześciopak i piękne łydki. Pomijając efekty wizualne, najbardziej satysfakcjonujące są postępy na treningach! Zaczynałam z pustym, dziesięciokilowym gryfem, teraz używam ciężaru od  20 do 35 kg, w zależności od ćwiczenia. I to nadal nie jest obciążenie docelowe! I tu kolejny argument "za", czyli:

Ciągle jest coś do zrobienia. Jest jeszcze mnóstwo ćwiczeń, których nie umiemy zrobić, albo moglibyśmy zrobić je w nieskalowanej formie. Pamiętam kilka moich pierwszych doświadczeń z liną: nie umiejąc się wspinać, miałam po prostu złapać się liny (ręce na wysokości twarzy), zawisnąć z prostymi nogami i wytrzymać tak kilka sekund. Co to była za katorga! Minęło kilka miesięcy treningów bez użycia liny i gdy w końcu się pojawiła odkryłam, że bez problemu mogę się wspiąć na samą górę! Zajmowało mi to trochę czasu, teraz jest już o wiele szybsze, a przede mną jeszcze nauka wchodzenia bez użycia nóg. 

Mateusz jakiś czas temu opanował Ring Muscle Up, czyli wspieranie ciągiem na obręczach, w wersji z tzw. kippingiem, czyli rozbujaniem. Kolejny etap to siłowy Ring Muscle Up, a potem to samo na drążku. Ja nie umiem póki co żadnej wersji. Jest co robić przez kolejne kilka lat :)

Na początku zaczynaliśmy skromnie, celując w dwa treningi tygodniowo, co nie zawsze się udawało, bo najczęściej zakwasy były tak bolesne i trwały tak długo, że nie udawało nam się dotrzeć na następne zajęcia w danym tygodniu:) Teraz ćwiczymy regularnie trzy razy w tygodniu, od czasu do czasu dokładając sobie czwarty dzień (zakwasy nadal nam towarzyszą, w tej kwestii nie ma łatwo:)). 
I sama siebie nie poznaję. Ja, która gardziła wszelką aktywnością, teraz nie może się doczekać każdego treningu! Wniosek jest tylko jeden... należy znaleźć sobie taki sport, który pokochacie! Pierwsze co przychodzi nam do głowy, gdy chcemy zacząć się ruszać to bieganie. Albo basen! A ostatnio też joga. Próbujemy, zmuszamy się, bo przecież wszyscy to robią i tak ładnie wyglądają, kochają to i polecają, ale okazuje się, że robi nam się niedobrze na myśl o wyjściu z domu. Jak widać wcale nie musi to oznaczać bycia dziwakiem! Po prostu to nie jest Twój sport. Idź i poszukaj swojego. Może namówię Was na crossfit, może zaczniecie tańczyć, chodzić na ściankę wspinaczkową, ćwiczyć gimnastykę - nieważne co to będzie! Grunt to robić to, co się naprawdę lubi :)

Ogromnie jestem ciekawa jaki sport jest WASZYM sportem, co kochacie robić, w czym jesteście dobrzy lub czego chcielibyście spróbować! 

Pozdrawiam ciepło,
Marzena

wtorek, 11 sierpnia 2020

Highland Wrap Dress i mała zapowiedź swetra

To lato spędzam w tak aktywny i zabiegany sposób, że doprawdy nie wiem gdzie podział się mój lipiec :). Nie narzekam bo wszystko to co robimy przynosi mi wiele satysfakcji - odwiedziliśmy rodzinę, spotykamy się ze znajomymi, trenujemy, próbujemy nowych aktywności (windsurfing!), urządzamy pokoik na poddaszu, w ostatnich dniach opublikowałam wzór, który wymagał ode mnie mnóstwa pracy i energii, oczywiście szyję od czasu do czasu, dziergam (wczoraj skończyłam sweter i od razu biorę się za nowy!), uczę się języka, doglądam kwiatów i pomidorów na balkonie, w każdej wolnej chwili organizujemy sierpniowo-wrześniowy urlop i załatwiamy bieżące domowe sprawy. Uff! :) Ciągle jestem czymś zajęta dlatego troszeczkę ucichłam. Ale nie martwcie się - materiału i pomysłów na nowe posty mam mnóstwo! Myślę, że we wrześniu będę mogła poszaleć z tym tematem. Póki co wpadłam pokazać Wam efektem mojej czerwcowej pracy z maszyną. Sesję zdjęciową zrobiliśmy podczas krótkiego wypadu do Ustki - ta sukienka w towarzystwie nowego wymarzonego kapelusza, aż prosiła się o plażowe, lekko romantyczne klimaty. Oto Highland Wrap Dress (link do wzoru: klik!):

Ten projekt jest niesamowicie dopieszczony. Kopertowe sukienki niekoniecznie są moimi ulubionymi, ale ta naprawdę przypadła mi bardzo do gustu. No dobra, jest to małe niedopowiedzenie, bo stała się jedną z ulubionych!

Wiązanie w zasadzie pełni tu rolę dekoracyjną - kopertowy dekolt utrzymywany jest w miejscu przez dwa guziczki, które zostały umiejscowione w bardzo wygodnym, niewidocznym miejscu. Dzięki temu nic się nie poluzowuje, nic nie wystaje, nie wisi, nie irytuje. Sukienka jest wygodna i nie krępuje ruchów. 

Uszyłam już sporo sukienek, ale dopiero w tej spotkałam się z tak wyjątkowo estetycznym wykończeniem narożników przy rozcięciach. Nie mam zdjęć, przepraszam! Musicie wierzyć mi na słowo - klasa!

Ania doradziła mi by zmodyfikować sposób wykończenia krawędzi i zamiast "facingu", użyłam po prostu taśmy ze skosu (bias tape). Wyszło naprawdę dobrze! Zmieniłam również długość, co nie do końca było świadomą decyzją :) Na wykroju była informacja, żeby być ostrożnym i nie zaczynać wycinania dopóki nie połączymy ze sobą dwóch elementów tworzących przody. I oczywiście przypomniałam sobie o tym gdy przecięłam już kilka centymetrów w miejscu, gdzie powinien być ten (oczywiście) zapomniany i niedoklejony element wykroju. Wpadłam w panikę! Bo kto chciałby mieć brzydki szew niemalże idealnie na środku sukienki?! Materiału miałam na styk, więc byłam przekonana, że to już koniec. Moje okrzyki przerażenia przywołały do pokoju Mateusza, który z zimną krwią znalazł rozwiązanie! Udało mi się wcisnąć jakoś w ten poszatkowany kawałek materiału skróconą wersję przodu. Musiałam skrócić całkiem sporo, ale ostatecznie wyszło to sukience na dobre - dłuższej na pewno bym nie chciała!

I jeszcze jeden ciekawy element sukienki: gumka w talii. Ale tylko z tyłu! Bardzo wygodne i ładne rozwiązanie - zyskujemy delikatnie pomarszczoną spódnicę i ładne podkreślenie figury.


 Sesja zakończyła się mokrą sukienką:)

Bardzo, ale to bardzo, ją lubię - za wygodę, za krój, za detale i oczywiście za kolor! Bo nie wspomniałam Wam jeszcze o tkaninie. Tym razem to lekka (130g/m2), brzoskwiniowa bawełna, w subtelne białe prążki - ciężko je dostrzec na zdjęciach, ale przysięgam, że są :) Zerknijcie na stronę MeterMeter: klik!

Te subtelne, wyczuwalne pod palcami prążki to taka miła odmiana od gładkich, jednokolorowych lnów, które rozgościły się w mojej szafie. Bawełna jest świetnej jakości, przewiewna i miła w dotyku. Kupiłam też śmietankową wersję i uszyłam z niej top z wiązaniem na plecach (kiedyś go pokażę:)).

 Miałam dokładnie dwa metry tkaniny i używałam nici Ariadna w kolorze 0710.

 

To chyba ostatnia sukienka w tym sezonie, bo mam już naprawdę niezłą kolekcję letnich ubrań. Jakiś top czy dwa się przyda jeszcze jesienią, ale najwyższy czas pomyśleć o zimowym płaszczu. Kończę jeszcze szorty dla Mateusza i zaczynam rozglądać się za wełną. Jak już się ogarnę ze wszystkim to zrobię szyciowe podsumowanie i pokażę Wam jak obecnie prezentuje się moja letnia garderoba. Gdy mam czas na sesję to najczęściej wybieram którąś z sukienek, więc topy nie pojawiają się na blogu zbyt często. Ale trochę ich naprodukowałam! Dostaną więc zbiorową, wieszakową sesję :)

Na koniec mała zajawka nowego projektu! Nie umiem w selfie, sorki :)

Pozdrawiam Was ciepło!

Marzena

Edit: zapomniałam wspomnieć o moim ukochanym, retro kapeluszu! Marzyłam o takim od dawna, ale nie mogłam nigdzie go znaleźć (był na aliexpress, ale ja nie planuję korzystania z tej strony). Miałam więc w planach przerobienie klasycznego i dorobienie otworów na wstążkę. Na szczęście długo się do tego zbierałam i w końcu doczekałam się pięknego modelu w polskim sklepie! Czarna wstążka wygląda cudnie, ale mimo to kupiłam już inną, pudrowo-różową i zamierzam nosić je na zmianę :) 

Jest absolutnie idealny! I jak pięknie pasuje do każdej mojej sukienki!

sobota, 1 sierpnia 2020

Posy, publikacja wzoru

Ach, na reszcie jest! Nawet nie wiecie jak się cieszę, że wzór na mój najnowszy projekt Posy właśnie został opublikowany - klik! :) Jakoś szczególnie traktuję ten projekt... Z pewnością jest to jeden z najbardziej misternych i romantycznych projektów jakie stworzyłam. Dodatkowo wymagał ode mnie, jako od projektantki, sporo pracy i to, że udało mi się złożyć instrukcje i schematy w przyjemną i łatwą w czytaniu całość jest niezwykle satysfakcjonujące! Potwierdza to jakieś 30 testerek (tak, tym razem jest całe mnóstwo testowych wersji!!!), które mają w tym naprawdę spory udział!


Czemu zdecydowałam się na tak liczną grupę testową? Bo sweterek ten można zrobić na mnóstwo sposobów i chciałam byście mogli każdy z nich zobaczyć. Posy może być pulowerem z guziczkami (ja właśnie taką wersję zrobiłam dla siebie), rozpinanym kardiganem lub niezapinanym, otwartym sweterkiem. Jakby tego było mało, sama modyfikacja długości korpusu czy rękawów może dać Wam zupełnie inny efekt - ja zdecydowałam się na krótką wersję, pasującą idealnie do sukienki i podkreślającą talię, ale w łatwy sposób można zrobić z niego luźny kardigan do spodni. Wystarczy wydłużyć korpus i zmienić liczbę guziczków. Wszystkie wskazówki dotyczące tych modyfikacji zawarte są już we wzorze, więc nie ma potrzeby by ktokolwiek z Was musiał sam prowadzić skomplikowane obliczenia. Ponadto każdy rozmiar ma swój własny, dedykowany tylko jemu plik, nie ma więc ryzyka pomyłki i wypatrzenia oczu podczas czytania instrukcji czy schematów. A powstało aż 9 rozmiarów: od XS do 5XL. I to wszystko w dwóch językach oczywiście: polskim i angielskim! Cóż, przyznam nieskromnie, że się trochę napracowałam ;)

Czy wzór jest łatwy w wykonaniu? Mogę obiecać, że będzie prowadził Was za rękę, krok po kroku, i że każdy, kto chcę mieć Posy w swojej szafie i zna podstawy powinien dać sobie z nim radę. Ażur wymaga wyłącznie skupienia, ale moim zdaniem jest warty tego niewielkiego poświęcenia :)
Test przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, serio! To co się wydarzyło jest niesamowite - cała paleta kolorów, piękne ażury, mnóstwo interpretacji, romantyczne gładkie nitki oraz te bardziej rustykalne, długie i krótkie rękawy, kolorowe guziki... szaleństwo! Spora część projektów już powinna być podpięta pod mój projekt, więc zachęcam Was do zajrzenia w zakładkę "projects" i zainspirowanie się.

Wzór i więcej informacji znajdziecie tu: klik!
Projekty testerek: klik!

Macie Posy w planach? :)
Pozdrawiam Was serdecznie i życzę miłego dziergania,
Marzena

środa, 15 lipca 2020

Montavilla Muumuu, wersja waniliowa

Ostatnio mam mniej czasu na szycie, ale przecież nie zdążyłam Wam pokazać wszystkiego co udało mi się przygotować na obecny sezon - na swoją kolej czeka sporo topów, szorty i dwie sukienki. Ta z dzisiejszego posta uszyta została... w styczniu! I w końcu mogę się nią cieszyć. Cóż, lato we Wrocławiu nie jest w tym roku łaskawe i te nieliczne momenty, gdy na wieczorne wyjście na miasto mogę ubrać ulubioną sukienkę nie zdarzały się, póki co, zbyt często. Teraz jakby zrobiło się stabilniej, świeci słońce, temperatury w normie (ale bez typowego szaleństwa), więc liczę na regularne ubieranie sukienek :) Pierwszy raz miewam sytuacje "nie wiem co dziś na siebie ubrać" i wcale nie dlatego, że nic mi się nie podoba... Po prostu nie wiem, którą z ulubionych rzeczy wybrać! 

Cieszę się, że w końcu mogę mieć w szafie kilka wersji ulubionego kroju w dowolnym kolorze. W swetrach nie jest to widoczne, ale w przypadku pozostałych ubrań lubię się powtarzać. Na przykład ciągle wybieram w sklepie ten sam model jeansów - jest sprawdzony, wygodny i bardzo go lubię. Po co na siłę coś zmieniać? 

Gdy uszyłam moją pierwszą sukienkę (klik!) i przetestowałam ją w noszeniu przekonałam się, że to jest wzór warty powtórzenia. Co więcej, nie zamierzam w przyszłości ograniczać się tylko do dwóch sztuk. Bardzo lubię jej kształt, luz, wycięcie, subtelne detale, to jak powiewa czy układa się na dekolcie i na nogach. Leży świetnie i czuję się w niej świetnie, czemu miałabym odmawiać sobie tej przyjemności? :)

Oto moja druga sukienka według wzoru Montavilla Muumuu (klik!), w słodkim waniliowym kolorze, który już na dobre rozgościł się w mojej garderobie:
 

Tym razem zdecydowałam się na mieszankę tencelu i lnu w kolorze o nazwie Ivory. Niestety tkanina ta jest obecnie niedostępna, więc nie mogę sprawdzić dokładnych proporcji, ale z tego co pamiętam tencel stanowił większą część. Kupiłam ją w duńskim sklepiku MeterMeter.

Taka mieszanka sprawia, że materiał jest przewiewny jak len, ale jednocześnie posiada wszystkie zalety tencelu: lekkość, zwiewność i wyłącznie minimalną tendencję do gniecenia. Ta wersja Montavilla Muumuu jest więc lżejsza i mocniej powiewa na wietrze, opływa ciało.
 
Uwielbiam te nieprzesadzone, motylkowe rękawki i wygodę jaką dają gumki pod pachami!
 

Tym razem delikatnie ją przedłużyłam, albo raczej nie skróciłam, tak jak to miało miejsce w wersji różowej.
 
I zdecydowałam się na głębsze rozcięcia... Następnym razem chyba poszaleję jeszcze bardziej bo po prostu uwielbiam to, jaki dają efekt!


Paseczek, jak prawie każdy tego typu, wykonałam zszywając wąską lamówkę. Jakoś bardziej przypadła mi ta metoda do gustu niż przeciągania takich malutkich obwodów na drugą stronę. Sprawdza się bardzo dobrze.   

Na koniec jeszcze kilka informacji technicznych: kupiłam 2.2 m tkaniny i zużyłam prawie całą, a szyłam nićmi Ariadna o numerze 7601. 
Dziś wpadło mi do głowy by spróbować uszyć ją w wersji "wyjściowej", z dłuższymi rozcięciami, szerszym paskiem (kokardą) i z eleganckiej zwiewnej tkaniny... co o tym sądzicie?

Podczas robienia tych zdjęć zostaliśmy zjedzeni przez komary! Wyszliśmy za wcześnie i błąkaliśmy się bez celu po polach i okolicznych osiedlach w oczekiwaniu na ciepłe światło dając szansę tym insektom na ucztowanie. Sporo ich w tym roku! Nie raz już nas powstrzymały przed robieniem zdjęć, ale tym razem się nie daliśmy. Tym bardziej, że była to nasza pierwsza sesja nowym obiektywem. Mateusz miał szansę go w końcu przetestować w typowych dla nas plenerach i kadrach i jesteśmy jednogłośni - jest świetny! :)

Pozdrawiam Was serdecznie,
Marzena

poniedziałek, 13 lipca 2020

SabinaSiestoe & Julie Asselin, czyli o dwóch słodkich współpracach

Wybaczcie mi tę chwilową nieobecność, ale przyznać muszę, że ostatnio bardzo potrzebowałam odpoczynku, głównie od internetu. W połowie czerwca, w ramach umilania sobie życia i walki z tym zmęczeniem, ruszyliśmy na północny wschód i spędziliśmy ponad tydzień wśród drzew i jezior, odcięci od sieci, z książką w ręku i pianką nad ogniskiem. Wróciłam świeża i naładowana pozytywnymi myślami i zdecydowanie chętna do dalszej kreatywnej pracy! :) Pierwszy tydzień po powrocie okazał się niezwykle pracowity, dlatego dopiero dziś melduję się na blogu.

Po powrocie do domu czekały na mnie dwie paczki - jedna z Danii, a druga aż z Kanady. Wnętrze obu paczek skrywało rzeczy słodkie i mięciutkie. Na pewno domyślacie się co w nich znalazłam :) Jako że dotarły do mnie w tym samym czasie, opowiem Wam o nich w jednym poście.

Cieszy mnie niezwykle, że od momentu zamknięcia sklepu i skupieniu się na projektowaniu, mam szansę nieprzerwanie podejmować współpracę z utalentowanymi farbiarkami, których pracę podziwiam i cenię. Miło mi, że gdzieś tam w świecie jest osóbka, która patrzy na moje projekty tak jak ja na jej włóczki i myśli sobie "kurczę, chciałabym, żeby ta projektantka zrobiła coś z moich włóczek, muszę do niej napisać!". I działa to w obie strony, bo i ja robię to samo! Gdy zachwycą mnie jakieś włóczki i zwyczajnie marzę o tym, by coś z nich wydziergać, od czasu do czasu pytam o możliwość współpracy. Współpracy, nie reklamy, to znaczy, że wszystko to powinno być oparte na sympatii, szczerych chęciach i zachwycie (obustronnym:)), pomocy, dyskusji i nawiązaniu nowej znajomości lub pogłębieniu tej już istniejącej. Szczerość w życiu jak i w pracy jest dla mnie niezwykle ważna, dlatego nigdy nie przyjmuję niespersonalizowanych ofert, nie zgadzam się na puste reklamowanie produktów i nie zachwalam rzeczy, których faktycznie nie chcę zachwalać. To nie moja bajka i obiecuję Wam, że reklam na moim blogu nigdy nie spotkacie! :)
Współprace, które podejmuję to po prostu wspólna praca dwóch zakochanych w wełnie i dzierganiu osób, które łączą siły i pragną podzielić się swoim talentem z tą drugą osobą. Ja otrzymuję piękne, wymarzone włóczki, z których mogę tworzyć, one projekt swetra z nich wykonany. Mogą pokazać światu jak ich włóczka wygląda, do czego się nadaje, mają w "bazie" kolekcję projektów dedykowanych ich kolorom i bazom. Dodatkowo, rzecz jasna, mówimy o sobie nawzajem, dzięki temu trafiamy do szerszej publiczności i pomagamy sobie w biznesie. Jeśli więc zastanawiałyście się jak to wygląda, to chyba wszystko jest już jasne :) A teraz przechodzę prędko do meritum.

Przede mną dwie, niezwykle miękkie i puchate współprace! Na każdą z nich czekałam niecierpliwie i jeszcze zanim włóczki trafiły w moje ręce, w mojej głowie pojawiały się pomysły na ich wykorzystanie. Ciekawe czy pokryją się z tym, co faktycznie z nich uplotę :)

Pewnego razu na Instagramie trafiłam na profil dziewczyny z Danii, która jest "świeżynką" na rynku, ale to, jak bawi się pastelami kupiło mnie od razu. Sabina (koniecznie zajrzyjcie na jej profil - klik!) ma swój konkretny styl i widać go w każdym kolorze, na każdym zdjęciu... Ja maślanymi oczami zerkałam głównie w kierunku tych pudrowych (wiadomo!) i gdy nadarzyła się okazja na współpracę, wybór był prosty. Musiałam tylko chwilę podumać nad bazą, bo niełatwo było się zdecydować. Jako wielka fanka włóczek 1ply, wybrałam właśnie ten typ wełny, ale tym razem w grubości DK - takiego projektu w mojej kolekcji wzorów jeszcze nie ma, prawda? Tylko spójrzcie na tę puchatą, mięsistą nitkę:

Kolor, który wybrałam nazywa się Havremælk, czyli mleko owsiane... chyba :) Jest to subtelny kremowo-różowy melanż - motek jest jakby tylko muśnięty kolorem, dzięki czemu nie ma mocnych przejść kolorystycznych, co będzie pięknie wyglądać w gotowym projekcie. Będzie to póki co najjaśniejszy sweter w mojej aktualnej szafie, zdecydowanie brakowało mi czegoś takiego.

Włóczka ta to 100% merynos, aksamitny w dotyku i ekstremalnie mięsisty i plastyczny. Posiada on wszystkie cechy potrzebne do uzyskania swetra, który kiełkuje w mojej głowie (jeśli chcecie wiedzieć więcej, to zapraszam do zapisania się do newslettera, bo tam zawsze zdradzam odrobinę więcej szczegółów:) klik!). Nitka jest absolutnie niegryząca, miękka, z odpowiednią dawką puszku - idealnie!

Otrzymałam od Sabiny sześć motków (nie sugerujcie się zdjęciem:)), czyli trochę ponad 1200 metrów, czyli dokładnie tyle ile zazwyczaj potrzebuję na sweter w rozmiarze S. Zapraszam Was do jej sklepiku na Etsy, co jakiś czas wrzuca tam swoje nowości: klik!

Druga paczka została nadana wiosną w Kanadzie przez znaną Wam dobrze, cudowną Julie Asselin (klik! i klik!)! Od ponad roku nie mam już łatwego dostępu do jej produktów, nad czym bardzo ubolewam, bo kto miał z nimi do czynienia, ten wie jak niezwykłe włóczki Julia posiada w swojej ofercie. Chęć nawiązania kolejnej współpracy ogromnie mnie ucieszyła, bo pracowanie z Julią jest niezwykle przyjemne.

Nie umiałam się oprzeć i wybrałam oczywiście moją ukochaną parę: Fino i Anatolię!

Najczęściej, gdy dziergam z dwóch włóczek, łączą ze sobą podobne odcienie, ewentualnie nieznacznie się różniące. Tym razem zapragnęłam kontrastu i słodkiego melanżowego efektu. Julie stwierdziła, że połączenie Biscotti i Rose Gold wyjdzie wyśmienicie! Cóż... nie mam wątpliwości :)

Jak już Wam wspominałam, Anatolia (mówię to z całą pewnością!) to najdelikatniejszy moher z jedwabiem jak w życiu miałam czy widziałam. Ta włóczka jest definicją luksusu! Miękka jak obłoczek, błyszcząca i niezbyt włochata. Anatolia tworzy wyłącznie puszyste halo, nie posiada długich, kudłatych włosków. Oczywiście wszystko zależy od tego czego nam potrzeba do danego projektu, ale ten moher to moher stylowy, nadający klasę dzianinie. O zaletach Fino mówić można godzinami. Oszczędzę Wam tego tym razem :)

Jestem zachwycona tymi włóczkami i kolorami! Muszę pędzić z obecnym projektem, bo trudno mi się opanować by nie zrobić choćby małych próbek...

A gdyby tego było mało... w paczce od Julie czekała na mnie jeszcze jedna rzecz, totalnie niespodziewana i właśnie dlatego tak wiele znacząca. Prezent, który jest zrobiony bezinteresownie po prostu wzrusza najbardziej. Julie podarowała mi piękny liliowy len z naprawdę dobrego sklepu z tkaninami z Kanady. Firmę Blackbird znam i przyznam, że nie raz wzdychałam do ich tkanin! To jest właśnie cała Julie...

Jak tylko powstaną próbki z nowych włóczek, to pochwalę się nimi tu czy na IG - będziecie mogli wtedy zobaczyć jaki efekt dają one w dzianinie oraz mniej więcej w jakim klimacie będą przyszłe projekty:) Ja tym czasem wracam do pracy nad botanicznym swetrem. Bardzo chciałabym go już mieć!

Do napisania wkrótce,
Marzena