wtorek, 8 stycznia 2019

Co trzeba mieć by zacząć dziergać? (i nie tylko!)

Tak naprawdę tytuł powinien brzmieć - co trzeba mieć by zacząć nowe hobby? Ale jako że blog jest o dzierganiu, jest to moja główna pasja i na dodatek to właśnie o nim słyszę najwięcej z ust znajomych czy też nieznajomych, skupię się głównie na nim. 

Dzierganie nie jest bardzo oczywistą formą spędzania czasu, o czym świadczy częste zdumienie gdy opowiadam komuś o sobie. Mnie nie dziwi nic - możecie lepiej gigantyczne słoneczniki z masy solnej i po nocach rozstawiać je w okolicznych ogródkach. Dla mnie brzmi fajnie i ciekawie! :) Pewnie zadam kilka pytań, poproszę o wyjaśnienie, wytłumaczenie kilku kwestii technicznych i zapytam o motywację. Jeśli mnie to zaintryguje to przyjrzę się tej pracy, a jeśli mnie zafascynuje to zacznę lepić razem z Wami.

I tu mamy pierwszy punkt! Jest to punkt najważniejszy i w zasadzie o niego najciężej.

Chęci.
Jeśli w naszej głowie nie pojawi się pomysł i zaciekawienie to są nikłe szanse by wszystko poszło dobrze. Bez motywacji nie osiągniemy zbyt wiele, co najwyżej nauczymy się kilku nowych rzeczy, ale gdy przyjdzie czas zrobić coś samemu to szybko się znudzimy. Sądzę też, że bez chęci nie mamy szans być w czymś naprawdę dobrym. Przykład? Studiowałam matematykę i mimo że mój umysł  daje sobie radę z technicznymi sprawami, to brakowało mi motywacji i w rezultacie byłam "takim se" studentem. Nie dociekałam, nie poświęcałam wolnego czasu na doszkalanie, nie fascynował mnie ten świat. Wyniosłam ze studiów sporo wiedzy i umiejętności, ale nigdy nie byłabym w tym dobra. Bo nie chciałam.

Chęci możemy nabrać na kilka sposobów. 
Coś trafi nas prosto w serce i wtedy przepadamy! Każdy z nas ma pewne cechy, pragnienia, upodobania, które decydują co to będzie. Nie wiem jak to się dzieje, ale jeśli wcześniej nawet nie przyszłoby nam do głowy, że moglibyśmy lepić te słoneczniki, to gdy o tym usłyszymy po prostu czujemy, że to jest właśnie to! Tak było ze mną i dzierganiem.

Kolejny sposób to "chcenie". Chcę mieć ładny sweter, chcę mieć dobry sweter, chcę mieć TEN sweter! Chcę tak umieć! Nie od razu musimy kochać do szaleństwa daną dziedzinę, wystarczy, że mamy motywację w takiej postaci i wtedy na pewno uda się nam coś osiągnąć. Bo jeśli chcemy TEN sweter to musimy się wiele nauczyć i poświęcić mnóstwo czasu na jego wykonanie. Taki jasny cel jest naprawdę świetną motywacją. Dzieje się tak u mnie często - coś mnie zachwyci i chcę to mieć, chcę umieć to zrobić. Więc siadam i robię :)

Myślę, że "potrzeba" jest kolejnym punktem. Może jest on najmniej motywujący bo brakuje tych motylków w brzuchu i szalonych myśli w głowie. Ale potrzeba może całkiem dobrze działać o ile nie jest to przymus. Czuję, że potrzebuję się zdrowo odżywiać, poprawić kondycję, ćwiczyć pamięć bo zdrowie szwankuje itp. Z potrzeby często rodzą się wielkie pasje! W trakcie może okazać się, że jesteśmy w tym dobrzy, a bycie dobrym to naprawdę mega motywacja! Chcemy być jeszcze lepsi, robić coraz to nowsze rzeczy, więcej biegać, wyżej się wspinać, gotować trudniejsze potrawy. Zapisałam się rok temu na indywidualny trening pływania, bo po prostu pływałam kiepsko (umiałam skutecznie się nie utopić i przepłynąć byle jak kilka metrów). To była raczej potrzeba, bo Mateusz jest świetnym pływakiem, oboje kochamy wodę, ale moje braki trochę nas ograniczały. Plus chciałam zrobić sobie lepszą formę, dla zdrowia. Po kilku miesiącach, gdy opanowałam technikę i zrobiłam sobie niezłą kondycję, to z przyjemnością szłam na zajęcia (a nawet poza zajęciami) by się szkolić, ćwiczyć, być lepszą, pływać szybciej, lepiej! Każdy przepłynięty basen był powodem do zrobienia kolejnych dwóch. To działa!

Cierpliwość?
Ile razy słyszałyście: "piękny sweter, ale ja nie mam cierpliwości, to nie dla mnie?". Ludzie, o co chodzi z tą cierpliwością?!
Czy czekając w kolejce do lekarza dane osoby wybuchają i wszczynają awanturę, bo są aż tak niecierpliwe? Czy czytając książkę przerzucają strony do przodu bo nie mogą się doczekać dalszej części? Szczerze wątpię. 

Jeśli mamy chęci to cierpliwość znajdzie się sama. Jeśli nie mamy odpowiedniej motywacji to wtedy faktycznie nie chce nam się ślęczeć nad drutami i łapać oczek. 

Nie raz słyszałam, że muszę być bardzo cierpliwym człowiekiem, że tak plotę te oczka... hahaha:) Ktoś kto to mówi ewidentnie mnie nie zna. Bo mimo że na zdjęciach jestem taka spokojna, ubrana w słodką różową sukienkę, to z pewnością nie jestem cukierkowym człowiekiem czy ostoją spokoju.
Nie mam cierpliwości do bezrozumnych kierowców na drogach - nikt nie chciałby mnie wtedy słyszeć:) Wszystkie monotonne dźwięki, które trwają dłużej niż minutę, doprowadzają mnie do szału. Jak się czegoś uczę to chcę wiedzieć wszystko już, teraz, od razu! Czy to naprawdę brzmi jak człowiek, który ma w sobie niezmierzone pokłady cierpliwości? Nie! Więc skąd przekonanie, że akurat Wy nie możecie dziergać i że potrzeba do tego morza, jak nie oceanu, spokoju i cierpliwości? Dla mnie to zwykłe wymigiwanie się od spróbowania, czyli brakuje wtedy raczej tego pierwszego punktu, a nie tej legendarnej cierpliwości.

Narzędzia.
Jeśli chcemy coś robić to najprawdopodobniej potrzebujemy odpowiednich narzędzi. Nawet na start. Nie zaczniemy dziergać bez drutów czy wełny. Możemy początkowo wyposażyć się w potrzebne minimum, chociaż mi akurat o wiele łatwiej pracuje się gdy narzędzie są porządne. Dobre wyposażenie pozwala nam skupić się na samej nauce, a nie na walce z haczącymi drutami czy skrzypiącymi, rozwarstwiającymi się włóczkami. 

Mnie rzeczy ładne również mocno motywują :) Aż chce się działać! No i efekt końcowy, przykładowo z dobrej jakości materiałów, wełny, farb, jest o wiele bardziej efektowny (nawet jeśli technicznie nie jest jeszcze za dobrze), więc ryzyko zniechęcenia może być mniejsze. Bo gdy okazuje się, że pierwszy szalik nie dość, że jest krzywy to jeszcze w okropnym kolorze i z drapiącej wełny, i w zasadzie nie ma w nim nic pozytywnego, to łatwo wtedy o zwątpienie i stratę motywacji. 

Czas.
I tak i nie. Wszystko zależy jak na to patrzymy i co w zasadzie mamy na myśli. 
By coś zrobić, nauczyć się czy osiągnąć potrzebujemy czasu. Mało co powstaje w oka mgnieniu, zwłaszcza gdy dopiero zaczynamy naszą przygodę. 

Jeśli coś nas pasjonuje, mamy chęci czy potrzebę to najprawdopodobniej czas da się wygospodarować. Jedni będą go mieć jak na lekarstwo inni zaś kilka godzin każdego dnia. Obowiązków (głownie pracy) nie przeskoczymy, ale nasz czas wolny można zawsze lepiej zorganizować.

Kolejny raz posłużę się zdaniami, jak najbardziej prawdziwymi, które słyszałam niejeden raz. "Fajny sweter, fajne jest to dzierganie, ale ja nie mam na to tyle czasu co Ty" , "Ile Ty musisz mieć wolnego czasu!", "kiedy niby miałabym to robić, daj spokój!".
Wychodzi na to, że ja mam naprawdę lekkie, pozbawione obowiązków czy zajęć życie i zabijam nudę machaniem drutami :)

Mój czas (całkowity) dzielę na kilka części: praca, obowiązki, czas który spędzam z Mateuszem, pasje i czas wolny. Nie jest to twardy podział, niektóre sprawy się łączą, mieszają, czasem coś odpuszczam by móc zrobić coś innego. Ale mniej więcej tak to wygląda. Razem z Mateuszem wykonujemy domowe obowiązki (urządzamy mieszkanie, sprzątam, gotujemy, robimy zakupy) i jest to wtedy też czas spędzony razem. Podróże, spacery, wspólne granie, uprawianie sportów zespołowych to nasz czas, ale też czas na pasje czy sposób na spędzanie czasu wolnego. Zapewne wiecie dokładnie jak to jest. 
Staram się nie zaniedbywać żadnej z tych części, bo wszystko jest dla mnie ważne. Gdy zaczynam tracić poczucie, że ogarniam to wszystko, w skutek czego pewna strefa mojego życia jest spychana na dalszy plan, robię sobie porządek w głowie i układam wszystko na na swoje miejsce.

Jestem przekonana, że Ci, którzy mówią, że nie mają na nic czasu, ten czas niekiedy bezsensu tracą... na oglądaniu telewizji, siedzeniu w telefonie przeglądając na okrągło facebooka czy instagrama, na niezorganizowanych pracach domowych, przez co dokładają sobie obowiązków, na staniu w korkach, nie planowaniu zakupów itd.
Zauważyłam, że czym więcej obowiązków, spraw, pasji, tym lepiej idzie nam organizacja życia i nagle okazuje się, że można zrobić tyle świetnych rzeczy w ciągu dnia! Posiadam kilka pasji i czuję, że znajdzie się miejsce dla kolejnej. Czasu nie rozciągniemy, ale możemy dobrze go zagospodarować.
Więc nie staraj się tłumaczyć brakiem czasu, tylko spróbuj coś w tej kwestii zmienić. Jeśli masz chęci by robić coś nowego.

Talent?
Wrodzone predyspozycje są bardzo, bardzo pomocne! Jeśli nie potrafimy narysować prostej linii to zapewne szkoła rysunku nie da nam tak wiele jak osobie uzdolnionej plastycznie. Nie oznacza to przecież, że nie można się nauczyć. Możesz być astronautą, nawet jeśli z natury jesteś raczej artystyczną duszą, wystarczy ogrom chęci i pracy, prawda? Jeśli o tym marzysz, to po prostu rób. Być może w trakcie okaże się, że to był talent ukryty, o którym nie miałeś pojęcia! Ale nawet bez tych wrodzonych predyspozycji można być w czymś dobrym! Nie pójdzie może tak łatwo jak innym, którzy urodzili się by latać po kosmosie, chłoną wiedzę w przerażającym Cię tempie, i poruszają się tam intuicyjnie, jakby do tego zostali stworzeni, ale to nie powód by rezygnować (jeśli masz chęci!).

Mimo wszystko zachęcam do głębszego zastanowienia - "w czym jestem dobry?" Nie chodzi mi o to, że macie być już naukowcami czy malarzami. Nie. Tylko do czego macie smykałkę? W jakiej dziedzinie czujecie się jak ryba w wodzie, co sprawia Wam najwięcej frajdy?
Ja, idąc przykładem Mateusza, który urodził się by być programistą, który zamienił pasję w pracę, ucząc się i rozwijając z niesłabnącym zapałem i wykorzystując swe wszystkie wrodzone predyspozycje najlepiej jak potrafi, rzuciłam studia matematyczne i zamiast tłumić swoją potrzebę tworzenia, zamieniłam ją w sposób na życie. 

Wracając do bardziej przyziemnych, niekosmicznych przykładów. Czy trzeba mieć talent by zacząć dziergać? Nie. Trzeba mieć chęci. Czy nie mając talentu uda Ci się wydziergać coś ładnego? Czemu nie? Może będziesz świetna/świetny w dzierganiu ze wzorów i będziesz wybierać bezpieczne zestawy kolorystyczne. Twój umysł ścisły perfekcyjnie opanuje rozumienie schematów i działanie oczek, a to wystarczy by dziergać! Może w trakcie nauki odkryjesz drzemiący w Tobie zamiłowanie do projektowania i łączenia kolorów i wkrótce samemu zaczniesz tworzyć. A być może okaże się, że to nie to i zrezygnujesz, ale zyskasz nową wiedzę i doświadczenie. Kto wie? Jak nie spróbujesz to się nie dowiesz :)

Jeśli więc podziwiasz czyjeś prace, chcesz umieć zrobić je samemu, mieć to wszystko i poszerzać wiedzę, to nie wiem co tu jeszcze robisz! Wynocha mi do drutów :) Samo się nie zrobi! Znajdź kogoś do nauki albo poszukaj materiałów w sieci, kup książki, zarejestruj się na forum, Ravelry czy zapisz do grupy, zdobądź druty i wełnę.
I proszę Cię, przestań szukać usprawiedliwienia. Idź i zrób coś ładnego.

Jeśli macie jeszcze jakieś rady dla niezdecydowanych to piszcie koniecznie w komentarzach!

Pozdrawiam,
Marzena 

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Sukothai, wodospady Erawan i Bangkok. Tajlandia.

Czas na drugą część naszej kilkudniowej, czerwcowej podróży po Tajlandii! Zaczęliśmy na północy kraju, w Chaing Mai, o czym możecie przeczytać tu: klik! a następnie ruszyliśmy w ponad 300 km podróż samochodem na południe, do Sukothai. Naszym celem był Park Historyczny dawnego miasta Sukothai. Przyjechaliśmy długo po zachodzie słońca, doświadczyliśmy więc jazdy to tajskich drogach międzymiastowych po ciemku. Jak wrażenia? No, dość ciekawe! :) Drogi w Tajlandii są naprawdę niezłe - nowe, szerokie, równe. Niestety Azjaci jeżdżą "tak sobie", a przynajmniej jak na europejskie standardy. Dodatkowo obowiązują doprawdy dziwne zasady czy ograniczenia. 

Prawy pas, który w naszym mniemaniu powinien być pasem do wyprzedzania, po prostu nie mógł spełniać tej funkcji - co 500 metrów było miejsce do zawracania, więc co chwilę ktoś zatrzymywał się na środku pasa i czekał na wolny przejazd. Oczywiście na pasie lewym były zjazdy z głównej drogi, więc działo się podobnie. Podczas wyprzedzania auta znajdującego się na sąsiednim pasie, auto to (za każdym razem!) zjeżdżało delikatnie "dla bezpieczeństwa" na drugi sąsiadujący pas, bez względu na to czy ktoś się na nim znajdował! Więc nieraz czuliśmy się dość niekomfortowo, gdy ciężarówka przysuwała się do nas, lub zajeżdżała nam drogę bez ostrzeżenia. Używanie kierunkowskazów było losowe. Przed każdym, choćby najmniejszym zakrętem, wszyscy znacząco zwalniali. A gdy zaczęło robić się ciemno doszedł kolejny problem - skutery, których jest tam naprawdę wiele, jeździły bez odblasków czy oświetlenia. Kierowcy czekali do ostatniego momentu z włączeniem świateł. Na poboczu spały psy! Trzymaliśmy się więc pasa prawego, mając oczy dookoła głowy. Brzmi to może wszystko strasznie, ale tak szczerze mówiąc było lepiej niż się spodziewaliśmy. Nie chcę nikogo zniechęcać przed wynajmem auta w tym kraju, po prostu warto wiedzieć te rzeczy wcześniej.
Cieszę się, że wynajęliśmy auto, bo tak jak pisałam w poprzednim poście, mogliśmy zobaczyć jak wygląda Tajlandia naprawdę. Mijane wioski, krajobrazy - wszystko było cudowne!

No to wracam do przerwanej opowieści. Dotarliśmy wieczorem do hotelu, który znajdował się niedaleko Parku Historycznego. Zależało nam na szybkim dotarciu następnego dnia na miejsce, by móc bez pośpiechu zobaczyć ruiny miasta, i jeszcze tego samego dnia ruszyć w dalszą podróż, jeszcze dalej na południe!

Sukothai najlepiej zwiedza się rowerem - ruiny są od siebie w znacznej odległości, więc można zaoszczędzić sporo czasu i siły. Wypożyczyliśmy rowery w hotelu, założyliśmy czapki i spakowaliśmy dużo wody do plecaka i ruszyliśmy podziwiać tajską historię. Na niebie tego dnia było sporo chmur, co było wielkim szczęściem - teren jest tam płaski i miejscowi ostrzegali nas przed upałami i piekącym słońcem. Upał był, a jak, ale przynajmniej nie spłonęła nam skóra, pomijając małe rozcięcie w mojej bluzce, którego nie zauważyłam podczas nakładania kremu z filtrem. Słońce zauważyło, nawet przez chmury, a ja potem czułam to przez wiele dni :)

Nie wiem czy to był wyjątek czy też norma, ale w parku nie było zbyt wielu turystów, więc mogliśmy w spokoju podziwiać zabytki. Każde poziome zdjęcie możecie powiększyć:


Park podzielony jest na strefy i do każdej strefy obowiązuje osobny bilet. Wybraliśmy dwie strefy, plus odwiedziliśmy kilka ruin z bezpłatnym wejściem, znajdujące się w okolicznej wiosce.
 
 

W pewnym momencie zostałam na chwilę sama odpoczywając na ławce. Nagle moim oczom ukazała się mini procesja złożona z kilku mężczyzn i kobiety... nagle zdałam sobie sprawę, że oni idą prosto do mnie! Bałam się, że coś jest nie tak i planują mnie upomnieć :). Okazało się, że było zupełnie odwrotnie. Przyszli się przywitać, a był to zarządca parku i kilku pracowników. Chcieli wiedzieć czy wszystko u mnie w porządku, skąd jestem, czym się zajmuję i jak mi się podoba w Sukothai :) Spodobało im się to co opowiedziałam o mojej pracy, nie kryli zdziwienia i zainteresowania!
Zapomniałam Wam poprzednio wspomnieć, że Tajowie są bardzo sympatyczni i pomocni! W Bangkoku było ciut inaczej, ale w Chiang Mai czy Sukothai było czuć, że te uśmiechy i miłe słowa są naprawdę szczere. 

Ostatnim naszym punktem w Parku był wielki posąg Buddy. Koniecznie trzeba go zobaczyć!
 

Przekąsiliśmy coś w małej kawiarence po drodze do hotelu i ruszyliśmy w dalszą drogę - następnego dnia czekało nas coś niesamowitego!

Obiad postanowiliśmy zjeść po drodze, ale trochę się przeliczyliśmy. Przy stacjach nie ma restauracji czy barów, ciężko było coś znaleźć w google, a za oknem pojawiały się tylko wioski. Zbliżaliśmy się do większego miasta, więc zaczęłam szukać na chybił trafił na mapsach czegoś co ma dobre oceny, by zminimalizować ryzyko porażki :). Znalazłam restaurację z pięciogwiazdkową oceną, więc ustawiłam nawigację i zjechaliśmy z drogi. Klucząc wąskimi drogami, dotarliśmy do miejsca, które wyglądało jak prywatna posesja... Dojrzeliśmy prowizoryczną kuchnię i ustawione stoliki na czystym podwórzu, więc lekko onieśmieleni ruszyliśmy przed siebie. Za ladą stały dwie młode kobiety, które na nasze powitanie odpowiedziały tylko uśmiechem. Szybko stało się jasne, że nie mówią po angielsku. Byliśmy naprawdę głodni, więc staraliśmy się jakoś dogadać. W końcu jedna z kobiet wpadła na pomysł i podała nam menu! Całe po tajsku!

Byliśmy bliscy odejścia, bo absolutnie nie wiedzieliśmy co podają i jak to zamówić. Z pomocą przyszedł google translate. Udało się! Zamówiliśmy zupę Tom Yum!

I musicie wiedzieć, że tam, na tym podwórku, w plastikowej miseczce i wentylatorem chłodzącym nasz lód do napojów, jedliśmy najpyszniejszego Tom Yuma! Myślę, że to był bardzo miejscowy Tom Yum, bez żadnych zmian pod turystów, o czym świadczyły nasze wypalone podniebienia. Mniam! Było warto :)

Wieczorem dojechaliśmy do Kanchanaburi, gdzie znajdował się nasz hostel (bardzo nowoczesny!). Przez pół nocy pod naszym oknem odbywało się karaoke:)
Z samego rana ruszyliśmy do Parku Narodowego Erawan, oddalonego około godziny drogi od Kanchanaburi. Trasa wiodła wzdłuż rzeki, wśród zieleni i nisko wiszących chmur. Pogoda w tym rejonie była zupełnie inna. Było wilgotno i mżyście, ale nie było zimno, chociaż upałem bym tego nie nazwała. Trochę się martwiliśmy, bo w planach była orzeźwiająca kąpiel. Po drodze mijaliśmy znaki ostrzegawcze z wizerunkiem słoni!

Będąc przy tym temacie... oczywiście nie wybraliśmy się na żadne atrakcje z wykorzystaniem słoni. Jazda na ich grzbietach nawet nie pojawiła się w naszych głowach, czytaliśmy jednak o miejscu niedaleko Chiang Mai, zwanym sanktuarium słoni, który co prawda powstało by dać im schronienie, ale niestety nadal nie jest to miejsce, które chcielibyśmy odwiedzić. Nie ma tam przerażających i uwłaczających sztuczek, jazdy na rowerze, malowania trąbą czy chodzenia na tylnych łapach (tak, to dość powszechna "atrakcja" dla przyjezdnych z zachodu...), ale w dalszym ciągu zwierzęta te nie mogą po prostu żyć i mieć świętego spokoju. Muszą brać kąpiel z turystami, którzy za to zapłacili, na ich nogach dojrzeć można łańcuchy, które rzekomo są dla ich bezpieczeństwa (nocą przywiązuje się je do łańcucha by nie zrobiły sobie krzywdy). Niby w 90% wszystko jest świetnie! Zwierzęta chore i stare mogą tam żyć spokojnie, nie musząc już targać na plecach ogromnych drewnianych stelaży dla uciechy ludzi o małych rozumkach, ale jeśli te 10% jest niepewne i nie czuję bym miała możliwość łatwo to zweryfikować, to zdecydowanie wolę odpuścić. Dla porównania - istnieje inne sanktuarium w Tajlandii, do którego nie ma wstępu nikt oprócz wolontariuszy. Powstało nie dla nas, tylko dla zwierząt.
Słowo sanktuarium jest w tym kraju mocno nadużywane. Myślę, że mogliście słyszeć o sanktuarium tygrysów. Było o tym dość głośno jakiś czas temu, łatwo znaleźć info w google. Przeraża mnie fakt, że tak wiele ludzi nadal nie widzi w tym nic złego, wspiera takie miejsca, z radością je odwiedza robiąc sobie "urocze" zdjęcie z otumanionym wielkim kotem.

Wracając do tematu. Główną atrakcją Parku Narodowego Erawan to piękne wodospady! Wędrując ścieżką w górę rzeki, spotyka się coraz to piękniejsze wodospady, a w ich basenach można zażywać kąpieli, co też czyniliśmy! Droga na samą górę, czyli do ostatniego siódmego wodospadu, jest bardzo przyjemna, mimo lekkiej wspinaczki. Idziemy przez dżunglę, raz przeskakując przez głazy, innym razem brocząc w płytkich strumieniach. Byliśmy tam wcześnie, więc na starcie, czyli przy pierwszym wodospadzie, nie było jeszcze zapowiadanych tłumów - park jest popularny wśród miejscowych, którzy spędzają tam wolny czas. Kąpaliśmy się praktycznie w każdym po kolei! Woda była cudowna, ale rybki mogłyby sobie odpuścić podszczypywanie :)
 

Wszędzie piękne kaskady i zieleń! Woda krystalicznie czysta i przyjemnie orzeźwiająca!

Naturalna huśtawka:

A po lewej był wyjątkowo fajny, choć niewielki wodospad, z którego można było zjechać! Jeśli tylko była taka możliwość podchodziliśmy pod kaskady spływającej wody, zażywając biczów wodnych :) Mateusz był wyjątkowo zawzięty:

Na zdjęciach nie widać ludzi, ale wcale nie byliśmy tam sami. Niemniej było o wiele lepiej niż w Parku Krka w Chorwacji, gdzie w wodzie było aż gęsto od głów. 

Szkoda było opuszczać to miejsce, ale trzeba było ruszać w dalszą drogę czyli do Bangkoku, z którego następnego dnia mieliśmy lot powrotny do Kuala Lumpur.
Droga do stolicy była ciężka - przed samym miastem stał potężny korek! Za to było zabawnie na stacjach paliw, bo za każdym razem gdy się zatrzymywaliśmy by zatankować lub coś kupić działo się coś śmiesznego. Obsługiwało nas na raz kilku Tajów nie znających angielskiego - wszystko ich śmieszyło, stroili miny i dostawali głupawki na nasz widok. Do każdego tankowania dostawaliśmy prezent. Raz była to butelka wody, potem chusteczki. Na ostatniej była kumulacja, bo Mateusz wrócił do auta z dwoma butelkami wody :)
Z zapasem papieru i wody walającej się na tylnych siedzeniach, w końcu dotarliśmy do tego wielkiego, przerażającego nas miasta! Kierowaliśmy się na lotnisko, bo od razu oddawaliśmy auto. Nie chcieliśmy poruszać się po Bangkoku na własną rękę. 

Taksówką dotarliśmy do hostelu (kolejny świetny i nowoczesny obiekt!), gdzie w barze na dachu sączyliśmy wieczorem drinki i zajadaliśmy przekąski. I to jest moje najmilsze wspomnienie z tego miasta :)

Co do miejsc noclegowych - za każdym razem udało nam się trafić na naprawdę czyste i miłe miejsca. Standardy azjatyckie nie są takie same jak u nas, niestety, i często można spotkać się z opinią, że hotele czy hostele są budżetowe, zaniedbane, brudne. Bardzo chcieliśmy tego uniknąć, a jednocześnie nie wydawać fortuny na jednodniowy nocleg. Szukaliśmy długo i intensywnie, czytając opinie, przeglądając zdjęcia na różnych portalach itp. Trzeba się trochę wysilić, to fakt, i cierpliwie przeglądać oferty, ale się da! Jeśli będziecie potrzebować namiarów na takie miejsce, dajcie znać to podrzucę linki do miejsc, w których spaliśmy.

Na Bangkok mieliśmy jeden dzień. Chcieliśmy zobaczyć Pałac Królewski i może jeszcze jakąś jedną atrakcję. Po drodze spotkaliśmy kilku ludzi, którzy zwyczajnie w świecie chcieli nas oszukać. Nie dali się spławić, proponując super oferty i kłamiąc, że pałac dziś jest zamknięty - wszystko tylko żebyśmy poszli razem z nimi. Czytaliśmy o tych numerach na blogach, więc początkowo z uśmiechem dziękowaliśmy i szliśmy dalej. Oczywiście pałac był otwarty, a by się do niego dostać trzeba było stać w gigantycznej kolejce, która na szczęście całkiem sprawnie się przesuwała. Miałam długą spódnicę i na ramiona nałożyłam szal. Po dotarciu do wejścia zostaliśmy cofnięci, bo szal nie jest akceptowalny, muszę iść i kupić (o tu, zaraz przy pałacu) bluzkę z długim rękawem i spodnie. Mąż też. Dobra, trudno, idziemy. Tylko spokojnie. Oczywiście każdy nas nagabywał byśmy kupili jego towary, ale najpierw musieliśmy wymienić pieniądze, co okazało się niewykonalne, bo nie zabraliśmy paszportu, a bez tego nikt nie chciał nas obsłużyć.
Wróciliśmy do hostelu, zabraliśmy dokumenty, wróciliśmy do sklepiku i kupiliśmy co trzeba. Potem znowu do kolejki.
Tym razem moje ramiona były odpowiednio odziane w tutejsze produkty i weszliśmy w ten kłąb ludzi, który wypełniał już po brzegi place między budynkami. Nie znoszę tłumów, naprawdę bardzo się tam męczyłam... Widok pozłacanych budowli wcale mnie nie interesował gdy walczyłam o oddech i choćby niewielką przestrzeń osobistą. Pewnie nie byłoby tak źle, gdyby nie wcześniejsze poddenerwowanie, ale zdecydowanie nie jest to moja ulubiona forma odpoczynku. Wolę zobaczyć miejsca mniej spektakularne, ale móc się nimi cieszyć powoli i bez pośpiechu, niepopychana z tyłu wielką masą. Mamy tylko kilka zdjęć z Pałacu Królewskiego:
 

Po wyjściu na wolność odstresowaliśmy się przy koktajlu i lodach, wybraliśmy drugie miejsce, które byłoby warte (lub nie) zobaczenia i ruszyliśmy pieszo do położonego niedaleko muzeum. Po drodze znowu próbowano nas przekabacić. Ci bliżej centrum nawet nie starali się być uprzejmi i uśmiechnięci. Dotarliśmy już prawie na miejsce i okazało się, że muzeum jest po drugiej stronie ulicy. Nie widzieliśmy żadnego przejścia, więc zerknęliśmy na mapsy i okazało się, ze najszybsza trasa trwa... 20 minut!
Nie jestem fanką zwiedzania wielkich miast, a zwłaszcza (teraz to wiem) tych azjatyckich, gdzie priorytet mają auta, a dopiero gdzieś tam na końcu ktoś myśli o pieszych. Nie ma wiele przejść dla pieszych, czasem nie ma nawet chodników. Wszędzie wielopasmowe drogi i estakady. Jak już znajdziesz przejście to czekasz na światłach 10 minut, ponieważ pierwszeństwo mają samochody, a nie jakis tam mały człowieczek co mu się zachciało spacerów :)
Dosłownie po 20 minutach udało nam się przebić na drugą stronę jezdni i poszliśmy podziwiać historię Tajlandii. Tam przynajmniej było spokojnie i cicho.

Popołudniu jeszcze ostatni tajski Tom Yum, gdy za oknem akurat lunął deszcz. Po drodze do hotelu, gdzie czekać miała taksówka na lotnisko, chcieliśmy kupić pyszne miejscowe piwo Chang. Okazało się jednak, że w tych godzinach jest zakaz sprzedaży alkoholu :) No trudno!

Bangkok był jedynym miejscem, które mi się nie spodobało podczas naszej azjatyckiej podróży. Nie umiałam się do niego przekonać, to nie jest zupełnie mój klimat.

Myślę, że wrócimy jeszcze do tego kraju - na południu czekają piękne, dzikie wyspy, więc chyba warto :)

Do napisania!
Marzena

czwartek, 3 stycznia 2019

Pai i Chiang Mai. Tajlandia.

Bardzo żałuję, że od początku jesieni miałam tak mało czasu na posty. Często zaczynałam, ale nie mogłam kończyć bo wzywały mnie obowiązki, albo prywatne plany i zajęcia. Myślałam, że w okolicach świąt będę mogła to nadrobić, ale wirusy jakby tylko czekały na tę chwilę! Tak więc dopiero dziś czuję się na tyle dobrze by zasiąść w końcu z radością i zacząć stukać w klawiaturę. Mam trochę do nadrobienia! Trochę do opowiadania czy powspominania.

Zaczął się nowy rok, więc zaczęliśmy z Mateuszem snuć nowe plany wakacyjne! Chciałabym bardzo przed kolejną cudowną podróżą spisać wspomnienia z tej zeszłorocznej - złapałam się na tym, że bardzo często wracam do moich postów podróżniczych i przeżywam wszystko na nowo :) Podróżowanie jest dla nas bardzo ważną częścią życia! Gdybyśmy mogli, bylibyśmy w drodze przynajmniej raz w miesiącu! Myślę, że przygotuję kiedyś posta o tym czym są dla nas wakacje, jak przygotowujemy się do wyjazdu by zawsze być zadowolonym (serio, mam małego bzika na punkcie wakacyjnej organizacji!), i czego nauczyliśmy się w ciągu tych kilku (na razie!) lat, kiedy mamy okazję spełniać to marzenie.
Ale dziś chciałabym wrócić jeszcze na moment do czerwca, kiedy to mieliśmy szansę spędzić ponad miesiąc w wyjątkowych dla nas rejonach świata (już chcemy tam wracać!).

Dziś opowiem Wam o pierwszej części naszej kilkudniowej podróży do Tajlandii. Wyjazd ten był całkiem intensywny, chciałabym więc trochę bardziej szczegółowo opisać każdy dzień. Będą więc dwa posty by nie zanudzać Was za bardzo za jednym razem.
W sumie byliśmy tam 6 dni, łącznie z przelotem, zwiedziliśmy 4 miejsca i wcale nie musieliśmy się bardzo spieszyć. Być może ten post ułatwi komuś planowanie wakacji, jeśli podobnie jak my będzie miał ochotę zobaczyć północną i środkową Tajlandię. 
Naszym celem nie były tajskie plaże (w regionach, które nas interesowały panowała akurat pora deszczowa), ale miasta, zabytki i małe cuda przyrody położone w głębi kraju. 

Zaczęliśmy od miasta Chiang Mai, położonego na północy. Dotarliśmy tam oczywiście samolotem, z Kuala Lumpur. Widoki na końcu lotu były po prostu niesamowite... teren ten jest mocno zalesiony i górzysty. 
Na lotnisku czekało na nas wynajęte auto. To był nasz pierwszy raz z kierownicą po drugiej stronie auta i po drugiej stronie jezdni. Mateusz wziął to na siebie! Jazda po zatłoczonych wąskich drogach azjatyckich miast jest niezłym wyzwaniem i bez tego, tak że było trochę stresu. Zwłaszcza, że przy hotelu drogi były tak wąskie, że ledwo się mieściliśmy, a były to drogi dwukierunkowe! :)
Znaleźliśmy uroczy, kolorowy hotelik blisko "centrum", mogliśmy więc jeszcze tego samego dnia, wieczorem, ruszyć na miasto coś zjeść. Tajskie jedzenie naprawdę jest przepyszne!
 

Następnego dnia, z samego rana, jak tylko przeszedł nam okropny ból brzucha, ruszyliśmy wcale nie na zwiedzanie miasta, ale jeszcze dalej na północ od Chiang Mai. Naszym celem był oddalony o 130 km kanion Pai, do którego dojeżdżało się krętą górską drogą. Trochę martwiliśmy się czy zwiedzanie tego miejsca w porze deszczowej to mądry pomysł, ale okazało się, że słońce grzało niemiłosiernie, powietrze było suche, a niebo przysłaniało niewiele chmur. Droga też wcale nie była taka straszna - dość szeroki ładny asfalt, co prawda z milionem zakrętów, ale widzieliśmy już o wiele gorsze drogi. Jazda na automatycznej skrzyni biegów trochę utrudniała "wspinanie" się w górę, ale na pewno ułatwiała prowadzenie auta.

Kierowcy jeździli baaaaardzo ostrożnie, aż za bardzo, czym nawet nas, lekko spanikowanych przez zmianę stron, wyprowadzali z równowagi :) Ale zdarzali się i tacy, co bezpieczeństwo było im obce :)

To jest pickup, nie żadna ciężarówka!

O tym, że krajobrazy, dźwięki i zapachy były wyjątkowe chyba nie muszę nawet pisać! Kilka dni później, nawet myśleliśmy, że auto zaczęło się psuć, bo ciągle towarzyszył nam pisk, pojawiający się raz przy zakręcie, raz przy hamowaniu. Po zatrzymaniu auta okazało się, że to odgłosy dżungli!

Jazda samochodem pozwoliła nam zobaczyć autentyczną Tajlandię. Nie tylko turystyczne miasta czy atrakcje - mijaliśmy wioski, malutkie domki, mieszkańców zajętych swoim codziennym życiem. Tu na północy kraju wszędzie było bardzo czysto! Każde podwórko wyglądało tak jakby ktoś właśnie skończył zamiatać. Domy czy ogródki nie były w europejskim, znanym nam stylu, ale wszystko było starannie poukładane i wysprzątane. Żaden liść nie leżał przed domem! 
Publiczna toaleta przy drodze, do której dostać się trzeba było przez obrotową furtkę, po wcześniejszym wrzuceniu monety, mimo że była bardzo skromnie urządzona, z pewnością była regularnie czyszczona. Okazało się, że mamy tylko jedną monetę przy sobie, a w okolicy nie było żywej duszy, więc... wcisnęliśmy się przez furtkę razem! O rany, wybaczcie nam Tajowie!
 

Po drodze minęliśmy też... pomnik trojaków! Tak, tych garnuszków do przenoszenia jedzenia. Potem jeszcze kilka razy natknęliśmy się na nie w Malezji. Nadal nie wiem o co w tym chodzi:)

Po dotarciu na miejsce, ruszyliśmy krótką ścieżką w górę, wśród karłowatych drzew i za moment naszym oczom ukazał się niezwykły, raczej niekojarzący się z Tajlandią, widok.
 
(Każde poziome zdjęcie można powiększyć dla lepszego efektu!)
 
Kanion był większy niż sądziłam! Wszędzie można było wejść, absolutnie nikt nikogo tu nie pilnował, chociaż przepaści były miejscami całkiem spore. Starając się nie zadeptać roślinności (i pająków!), obeszliśmy tyle, na ile pozwalał żar lejący się z nieba. W górę i w dół.

Ja nie byłam taka odważna:

 Na szczęście zaraz przy wejściu stał uroczy bar z zimnymi koktajlami!

Zdecydowanie polecam zobaczenie kanionu, jeśli jest się na północy kraju. Kilka kilometrów dalej znajduje się miasteczko Pai, w którym udało nam się kupić najostrzejsze suszone papryki, jakie w życiu jedliśmy, trochę owoców za grosze, oraz przekąsić coś przed drogą powrotną. Nawet Mateusz nie był na tyle "odważny" by spróbować tego:

W drodze powrotnej chcieliśmy zahaczyć jeszcze o wodospad - byliśmy okropnie spragnieni zimnej kąpieli! Ale spóźniliśmy się nieznacznie i wejście było już zamknięte. Po drodze widzieliśmy kilka innych drogowskazów na wodospady, stwierdziliśmy, że nie muszą być duże - mają być orzeźwiające! Ale ścieżki prowadzące od głównej drogi były bardzo "dzikie", nie mieliśmy żadnych informacji o tym jak daleko jest do wodospadów, czy są zamknięte czy nie. Zatrzymaliśmy się przy przydrożnym straganie, gdzie za ladą siedziała cała wielopokoleniowa rodzina, a jedyną osobą znającą kilka słów po angielsku był jeden młody chłopiec. Po kilku nieudanych próbach dowiedzenia się czegokolwiek, śmiechach zza lady i wielu zdziwionych spojrzeń po prostu daliśmy spokój :).

Drugi dzień poświęciliśmy na zwiedzanie Chiang Mai. Spodobało mi się to miasto! Nadal było bardzo "azjatycko", ale cały urok tego miasta tkwi w uroczych sklepikach i naprawdę wielu świątyniach. Chiang Mai znany jest z rzemiosła - co jakiś czas trafialiśmy do uroczych, stylowych sklepików z ręcznie wykonywanymi produktami. Były sklepiki całe w drewnianych produktach - od drewnianych zwierząt, po drewnianą klawiaturę do komputera :) I to wszystko było naprawdę pięknie wykonane! Przywieźliśmy stamtąd na przykład takiego cudnego słonika:

Knajpki czy kawiarnie też były bardzo "na czasie", jednocześnie pozostając w regionalnym klimacie. 

Stare miasto, które tworzy na mapie kwadrat, otoczone jest fosą. Jest tam bardzo zielono! 

Gdzieś między jedną świątynią a drugą, złapał nas typowy azjatycki deszcz, przesiedzieliśmy więc trochę na podłodze jednej z nich, słuchając modlitw i obserwując jak błyskawicznie woda podnosi się na ulicy.

 I kolejne świątynie...

 Na brak świątyń w tym mieście nie można narzekać :) 

Świątynia ze srebra. Nie dane mi było jej zobaczyć od środka, bo jak wiadomo, kobieta jest zbyt nieczysta by móc chodzić po świętym miejscu :)

Cały dzień spacerowaliśmy, pijąc i zajadając miejscowe przysmaki. Kupiliśmy trochę praktycznych pamiątek i wróciliśmy do hotelu, szykując się do dalszej drogi następnego dnia. O czym napiszę wkrótce :) Będzie o ruinach miasta, cudownych wodospadach i okropnym Bangkoku!

Pozdrawiam,
Marzena