sobota, 1 sierpnia 2020

Posy, publikacja wzoru

Ach, na reszcie jest! Nawet nie wiecie jak się cieszę, że wzór na mój najnowszy projekt Posy właśnie został opublikowany - klik! :) Jakoś szczególnie traktuję ten projekt... Z pewnością jest to jeden z najbardziej misternych i romantycznych projektów jakie stworzyłam. Dodatkowo wymagał ode mnie, jako od projektantki, sporo pracy i to, że udało mi się złożyć instrukcje i schematy w przyjemną i łatwą w czytaniu całość jest niezwykle satysfakcjonujące! Potwierdza to jakieś 30 testerek (tak, tym razem jest całe mnóstwo testowych wersji!!!), które mają w tym naprawdę spory udział!


Czemu zdecydowałam się na tak liczną grupę testową? Bo sweterek ten można zrobić na mnóstwo sposobów i chciałam byście mogli każdy z nich zobaczyć. Posy może być pulowerem z guziczkami (ja właśnie taką wersję zrobiłam dla siebie), rozpinanym kardiganem lub niezapinanym, otwartym sweterkiem. Jakby tego było mało, sama modyfikacja długości korpusu czy rękawów może dać Wam zupełnie inny efekt - ja zdecydowałam się na krótką wersję, pasującą idealnie do sukienki i podkreślającą talię, ale w łatwy sposób można zrobić z niego luźny kardigan do spodni. Wystarczy wydłużyć korpus i zmienić liczbę guziczków. Wszystkie wskazówki dotyczące tych modyfikacji zawarte są już we wzorze, więc nie ma potrzeby by ktokolwiek z Was musiał sam prowadzić skomplikowane obliczenia. Ponadto każdy rozmiar ma swój własny, dedykowany tylko jemu plik, nie ma więc ryzyka pomyłki i wypatrzenia oczu podczas czytania instrukcji czy schematów. A powstało aż 9 rozmiarów: od XS do 5XL. I to wszystko w dwóch językach oczywiście: polskim i angielskim! Cóż, przyznam nieskromnie, że się trochę napracowałam ;)

Czy wzór jest łatwy w wykonaniu? Mogę obiecać, że będzie prowadził Was za rękę, krok po kroku, i że każdy, kto chcę mieć Posy w swojej szafie i zna podstawy powinien dać sobie z nim radę. Ażur wymaga wyłącznie skupienia, ale moim zdaniem jest warty tego niewielkiego poświęcenia :)
Test przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, serio! To co się wydarzyło jest niesamowite - cała paleta kolorów, piękne ażury, mnóstwo interpretacji, romantyczne gładkie nitki oraz te bardziej rustykalne, długie i krótkie rękawy, kolorowe guziki... szaleństwo! Spora część projektów już powinna być podpięta pod mój projekt, więc zachęcam Was do zajrzenia w zakładkę "projects" i zainspirowanie się.

Wzór i więcej informacji znajdziecie tu: klik!
Projekty testerek: klik!

Macie Posy w planach? :)
Pozdrawiam Was serdecznie i życzę miłego dziergania,
Marzena

środa, 15 lipca 2020

Montavilla Muumuu, wersja waniliowa

Ostatnio mam mniej czasu na szycie, ale przecież nie zdążyłam Wam pokazać wszystkiego co udało mi się przygotować na obecny sezon - na swoją kolej czeka sporo topów, szorty i dwie sukienki. Ta z dzisiejszego posta uszyta została... w styczniu! I w końcu mogę się nią cieszyć. Cóż, lato we Wrocławiu nie jest w tym roku łaskawe i te nieliczne momenty, gdy na wieczorne wyjście na miasto mogę ubrać ulubioną sukienkę nie zdarzały się, póki co, zbyt często. Teraz jakby zrobiło się stabilniej, świeci słońce, temperatury w normie (ale bez typowego szaleństwa), więc liczę na regularne ubieranie sukienek :) Pierwszy raz miewam sytuacje "nie wiem co dziś na siebie ubrać" i wcale nie dlatego, że nic mi się nie podoba... Po prostu nie wiem, którą z ulubionych rzeczy wybrać! 

Cieszę się, że w końcu mogę mieć w szafie kilka wersji ulubionego kroju w dowolnym kolorze. W swetrach nie jest to widoczne, ale w przypadku pozostałych ubrań lubię się powtarzać. Na przykład ciągle wybieram w sklepie ten sam model jeansów - jest sprawdzony, wygodny i bardzo go lubię. Po co na siłę coś zmieniać? 

Gdy uszyłam moją pierwszą sukienkę (klik!) i przetestowałam ją w noszeniu przekonałam się, że to jest wzór warty powtórzenia. Co więcej, nie zamierzam w przyszłości ograniczać się tylko do dwóch sztuk. Bardzo lubię jej kształt, luz, wycięcie, subtelne detale, to jak powiewa czy układa się na dekolcie i na nogach. Leży świetnie i czuję się w niej świetnie, czemu miałabym odmawiać sobie tej przyjemności? :)

Oto moja druga sukienka według wzoru Montavilla Muumuu (klik!), w słodkim waniliowym kolorze, który już na dobre rozgościł się w mojej garderobie:
 

Tym razem zdecydowałam się na mieszankę tencelu i lnu w kolorze o nazwie Ivory. Niestety tkanina ta jest obecnie niedostępna, więc nie mogę sprawdzić dokładnych proporcji, ale z tego co pamiętam tencel stanowił większą część. Kupiłam ją w duńskim sklepiku MeterMeter.

Taka mieszanka sprawia, że materiał jest przewiewny jak len, ale jednocześnie posiada wszystkie zalety tencelu: lekkość, zwiewność i wyłącznie minimalną tendencję do gniecenia. Ta wersja Montavilla Muumuu jest więc lżejsza i mocniej powiewa na wietrze, opływa ciało.
 
Uwielbiam te nieprzesadzone, motylkowe rękawki i wygodę jaką dają gumki pod pachami!
 

Tym razem delikatnie ją przedłużyłam, albo raczej nie skróciłam, tak jak to miało miejsce w wersji różowej.
 
I zdecydowałam się na głębsze rozcięcia... Następnym razem chyba poszaleję jeszcze bardziej bo po prostu uwielbiam to, jaki dają efekt!


Paseczek, jak prawie każdy tego typu, wykonałam zszywając wąską lamówkę. Jakoś bardziej przypadła mi ta metoda do gustu niż przeciągania takich malutkich obwodów na drugą stronę. Sprawdza się bardzo dobrze.   

Na koniec jeszcze kilka informacji technicznych: kupiłam 2.2 m tkaniny i zużyłam prawie całą, a szyłam nićmi Ariadna o numerze 7601. 
Dziś wpadło mi do głowy by spróbować uszyć ją w wersji "wyjściowej", z dłuższymi rozcięciami, szerszym paskiem (kokardą) i z eleganckiej zwiewnej tkaniny... co o tym sądzicie?

Podczas robienia tych zdjęć zostaliśmy zjedzeni przez komary! Wyszliśmy za wcześnie i błąkaliśmy się bez celu po polach i okolicznych osiedlach w oczekiwaniu na ciepłe światło dając szansę tym insektom na ucztowanie. Sporo ich w tym roku! Nie raz już nas powstrzymały przed robieniem zdjęć, ale tym razem się nie daliśmy. Tym bardziej, że była to nasza pierwsza sesja nowym obiektywem. Mateusz miał szansę go w końcu przetestować w typowych dla nas plenerach i kadrach i jesteśmy jednogłośni - jest świetny! :)

Pozdrawiam Was serdecznie,
Marzena

poniedziałek, 13 lipca 2020

SabinaSiestoe & Julie Asselin, czyli o dwóch słodkich współpracach

Wybaczcie mi tę chwilową nieobecność, ale przyznać muszę, że ostatnio bardzo potrzebowałam odpoczynku, głównie od internetu. W połowie czerwca, w ramach umilania sobie życia i walki z tym zmęczeniem, ruszyliśmy na północny wschód i spędziliśmy ponad tydzień wśród drzew i jezior, odcięci od sieci, z książką w ręku i pianką nad ogniskiem. Wróciłam świeża i naładowana pozytywnymi myślami i zdecydowanie chętna do dalszej kreatywnej pracy! :) Pierwszy tydzień po powrocie okazał się niezwykle pracowity, dlatego dopiero dziś melduję się na blogu.

Po powrocie do domu czekały na mnie dwie paczki - jedna z Danii, a druga aż z Kanady. Wnętrze obu paczek skrywało rzeczy słodkie i mięciutkie. Na pewno domyślacie się co w nich znalazłam :) Jako że dotarły do mnie w tym samym czasie, opowiem Wam o nich w jednym poście.

Cieszy mnie niezwykle, że od momentu zamknięcia sklepu i skupieniu się na projektowaniu, mam szansę nieprzerwanie podejmować współpracę z utalentowanymi farbiarkami, których pracę podziwiam i cenię. Miło mi, że gdzieś tam w świecie jest osóbka, która patrzy na moje projekty tak jak ja na jej włóczki i myśli sobie "kurczę, chciałabym, żeby ta projektantka zrobiła coś z moich włóczek, muszę do niej napisać!". I działa to w obie strony, bo i ja robię to samo! Gdy zachwycą mnie jakieś włóczki i zwyczajnie marzę o tym, by coś z nich wydziergać, od czasu do czasu pytam o możliwość współpracy. Współpracy, nie reklamy, to znaczy, że wszystko to powinno być oparte na sympatii, szczerych chęciach i zachwycie (obustronnym:)), pomocy, dyskusji i nawiązaniu nowej znajomości lub pogłębieniu tej już istniejącej. Szczerość w życiu jak i w pracy jest dla mnie niezwykle ważna, dlatego nigdy nie przyjmuję niespersonalizowanych ofert, nie zgadzam się na puste reklamowanie produktów i nie zachwalam rzeczy, których faktycznie nie chcę zachwalać. To nie moja bajka i obiecuję Wam, że reklam na moim blogu nigdy nie spotkacie! :)
Współprace, które podejmuję to po prostu wspólna praca dwóch zakochanych w wełnie i dzierganiu osób, które łączą siły i pragną podzielić się swoim talentem z tą drugą osobą. Ja otrzymuję piękne, wymarzone włóczki, z których mogę tworzyć, one projekt swetra z nich wykonany. Mogą pokazać światu jak ich włóczka wygląda, do czego się nadaje, mają w "bazie" kolekcję projektów dedykowanych ich kolorom i bazom. Dodatkowo, rzecz jasna, mówimy o sobie nawzajem, dzięki temu trafiamy do szerszej publiczności i pomagamy sobie w biznesie. Jeśli więc zastanawiałyście się jak to wygląda, to chyba wszystko jest już jasne :) A teraz przechodzę prędko do meritum.

Przede mną dwie, niezwykle miękkie i puchate współprace! Na każdą z nich czekałam niecierpliwie i jeszcze zanim włóczki trafiły w moje ręce, w mojej głowie pojawiały się pomysły na ich wykorzystanie. Ciekawe czy pokryją się z tym, co faktycznie z nich uplotę :)

Pewnego razu na Instagramie trafiłam na profil dziewczyny z Danii, która jest "świeżynką" na rynku, ale to, jak bawi się pastelami kupiło mnie od razu. Sabina (koniecznie zajrzyjcie na jej profil - klik!) ma swój konkretny styl i widać go w każdym kolorze, na każdym zdjęciu... Ja maślanymi oczami zerkałam głównie w kierunku tych pudrowych (wiadomo!) i gdy nadarzyła się okazja na współpracę, wybór był prosty. Musiałam tylko chwilę podumać nad bazą, bo niełatwo było się zdecydować. Jako wielka fanka włóczek 1ply, wybrałam właśnie ten typ wełny, ale tym razem w grubości DK - takiego projektu w mojej kolekcji wzorów jeszcze nie ma, prawda? Tylko spójrzcie na tę puchatą, mięsistą nitkę:

Kolor, który wybrałam nazywa się Havremælk, czyli mleko owsiane... chyba :) Jest to subtelny kremowo-różowy melanż - motek jest jakby tylko muśnięty kolorem, dzięki czemu nie ma mocnych przejść kolorystycznych, co będzie pięknie wyglądać w gotowym projekcie. Będzie to póki co najjaśniejszy sweter w mojej aktualnej szafie, zdecydowanie brakowało mi czegoś takiego.

Włóczka ta to 100% merynos, aksamitny w dotyku i ekstremalnie mięsisty i plastyczny. Posiada on wszystkie cechy potrzebne do uzyskania swetra, który kiełkuje w mojej głowie (jeśli chcecie wiedzieć więcej, to zapraszam do zapisania się do newslettera, bo tam zawsze zdradzam odrobinę więcej szczegółów:) klik!). Nitka jest absolutnie niegryząca, miękka, z odpowiednią dawką puszku - idealnie!

Otrzymałam od Sabiny sześć motków (nie sugerujcie się zdjęciem:)), czyli trochę ponad 1200 metrów, czyli dokładnie tyle ile zazwyczaj potrzebuję na sweter w rozmiarze S. Zapraszam Was do jej sklepiku na Etsy, co jakiś czas wrzuca tam swoje nowości: klik!

Druga paczka została nadana wiosną w Kanadzie przez znaną Wam dobrze, cudowną Julie Asselin (klik! i klik!)! Od ponad roku nie mam już łatwego dostępu do jej produktów, nad czym bardzo ubolewam, bo kto miał z nimi do czynienia, ten wie jak niezwykłe włóczki Julia posiada w swojej ofercie. Chęć nawiązania kolejnej współpracy ogromnie mnie ucieszyła, bo pracowanie z Julią jest niezwykle przyjemne.

Nie umiałam się oprzeć i wybrałam oczywiście moją ukochaną parę: Fino i Anatolię!

Najczęściej, gdy dziergam z dwóch włóczek, łączą ze sobą podobne odcienie, ewentualnie nieznacznie się różniące. Tym razem zapragnęłam kontrastu i słodkiego melanżowego efektu. Julie stwierdziła, że połączenie Biscotti i Rose Gold wyjdzie wyśmienicie! Cóż... nie mam wątpliwości :)

Jak już Wam wspominałam, Anatolia (mówię to z całą pewnością!) to najdelikatniejszy moher z jedwabiem jak w życiu miałam czy widziałam. Ta włóczka jest definicją luksusu! Miękka jak obłoczek, błyszcząca i niezbyt włochata. Anatolia tworzy wyłącznie puszyste halo, nie posiada długich, kudłatych włosków. Oczywiście wszystko zależy od tego czego nam potrzeba do danego projektu, ale ten moher to moher stylowy, nadający klasę dzianinie. O zaletach Fino mówić można godzinami. Oszczędzę Wam tego tym razem :)

Jestem zachwycona tymi włóczkami i kolorami! Muszę pędzić z obecnym projektem, bo trudno mi się opanować by nie zrobić choćby małych próbek...

A gdyby tego było mało... w paczce od Julie czekała na mnie jeszcze jedna rzecz, totalnie niespodziewana i właśnie dlatego tak wiele znacząca. Prezent, który jest zrobiony bezinteresownie po prostu wzrusza najbardziej. Julie podarowała mi piękny liliowy len z naprawdę dobrego sklepu z tkaninami z Kanady. Firmę Blackbird znam i przyznam, że nie raz wzdychałam do ich tkanin! To jest właśnie cała Julie...

Jak tylko powstaną próbki z nowych włóczek, to pochwalę się nimi tu czy na IG - będziecie mogli wtedy zobaczyć jaki efekt dają one w dzianinie oraz mniej więcej w jakim klimacie będą przyszłe projekty:) Ja tym czasem wracam do pracy nad botanicznym swetrem. Bardzo chciałabym go już mieć!

Do napisania wkrótce,
Marzena

wtorek, 16 czerwca 2020

Opuntia - publikacja wzoru!

Hej! Wpadłam na chwilkę by powiedzieć Wam, że wzór na sweterek Opuntia pojawił się właśnie w moim sklepiku na Ravelry :) Klik!

A jeśli chcielibyście dowiedzieć się o nim więcej, to zapraszam Was tu: klik!

Wzór dostępny jest oczywiście w języku polskim i angielskim. Tym razem poszerzyłam rozmiarówkę i do Waszej dyspozycji jest aż osiem rozmiarów. Wspomnę również, że instrukcje na jego wykonanie są niezwykle przyjazne początkującym, a na dodatek zawarłam we wzorze kilka przydatnych rad, które ułatwią Wam wybór rozmiaru czy potencjalne modyfikacje jeśli będziecie czuć taką potrzebę. 

Zerknijcie koniecznie na testowe projekty, bo co tu dużo mówić... dziewczyny jak zawsze spisały się wyśmienicie! (dajcie im tylko chwilkę na dodanie projektów:)) Znajdziecie wśród nich też wersję skróconą, która uwielbia się ze spódnicami czy sukienkami! Wychodzi na to, że potrzebuję drugiej Opuntii ;)

Życzę Wam miłego dziergania!
Pozdrawiam,
Marzena

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Co słychać?

Dziś rano powitał nas za oknami niespotykany dotąd widok. Zamiast pola kukurydzy mamy pole ryżowe! Nie mogliśmy pojechać do Wietnamu, to Wietnam przyjechał do nas :)
Czy u Was też od paru dni nie sposób znaleźć suchego miejsca na zewnątrz? Ciemne chmury cały dzień przetaczają się po wrocławskim niebie, serwując w równych odstępach obfite ulewy. I mimo że nie mogę obecnie siedzieć na dopiero co urządzonym na ten sezon balkonie i cieszyć się słońcem (zasadziłam pomidory! Jest pierwszy owoc!!!), a weekend spędzamy raczej z książką w domu a nie na rowerach, i pomimo braku światła w domu i trochę sennego nastroju, to przyznać muszę, że jest całkiem optymistycznie. Każdego z nas w pewien sposób dotknęła obecna sytuacja - jednych mocniej, drugich mniej, ale z pewnością każdy na tym ucierpiał. Możliwość wyjścia na spacer, na lody czy do ulubionej restauracji pozwala po prostu odreagować i poczuć się normalnie! Więc co tam jakieś ciemne chmury!

Z przyjemnością oddaję się cały czas szyciu. Doszło do tego, że uzbierałam (jak na mnie) całkiem spory stosik tkanin. A znacie mnie na tyle by wiedzieć, że naprawdę nie znoszę gromadzić. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że każdy z tych materiałów jest przeznaczony na konkretną rzecz i tylko czeka na swoją kolej, oraz że trzy z nich to prezent :) Zanim nie zużyję tego co mam, nie kupię nic więcej. Myślę, że wtedy też skończę na razie szycie letnich ubrań i zacznę planować zimowy płaszcz. 

Podoba mi się ta kolorystyka niesamowicie! Oprócz tego co na stosiku, jest jeszcze jeden pudrowy len, który obecnie przemienia się w kopertową sukienkę.

Na drutach też się dzieje! Jeśli obserwujecie mnie na IG lub zapisaliście się do newslettera to mogliście już podejrzeć odrobinę. Sięgnęłam po włóczki z zapasów - to Ladysheep od Chmurki w kolorze Glenn i staram się zamienić go w coś bardzo botanicznego!

Oprócz tego uczę się techniki wypieku chleba. Od samych podstaw, starając się zrozumieć i poznać wszystkie sekrety. Daleka jest droga od teorii do satysfakcjonującej praktyki i jeszcze sporo kiepskich bochenków przede mną zanim osiągnę choćby przyzwoity poziom. Mamy w domu maszynę do chleba (swoją drogą genialny wynalazek), która dostarcza nam kilka razy w tygodniu aromatyczny i przepyszny ciepły chleb i on wychodzi nam naprawdę bardzo dobrze. Wbrew pozorom, maszyna taka naprawdę potrafi zrobić dobry chleb! Rzecz w tym, że jakoś ostatnio zapragnęliśmy więcej i okazało się, że mamy zerową wiedzę na temat wypiekania pieczywa. Nie chodzi o przepisy, ale o technikę właśnie. Bardzo chcę wiedzieć "dlaczego?" "jak?" "po co?", dlatego właśnie wybrałam tę książkę:
 

Lubię książki, które zakładają, że czytelnik potrafi myśleć :) Autorem jest doświadczony piekarz, który nie tylko podaje nam gotowe instrukcje, ale przede wszystkim uczy. O mące, wyrabianiu, procesach zachodzących w cieście, składnikach i ich wpływie na gotowy wyrób itp. Bardzo lubię dowiadywać się takich rzeczy! Nawet jeśli nie umiem ich zastosować w praktyce (jeszcze, mam nadzieję:)), to lubię znać podstawy gdy zaczynam interesować się jakimś tematem. Pierwsza próba wypieku za mną i chociaż po drodze zrobiłam błędy w każdym możliwym etapie (no może tylko zaczyn wyszedł bez zarzutu) to byłam w szoku, że chleb wyszedł i był całkiem smaczny. Śmiejcie się, ale mam zeszyt, gdzie postanowiłam prowadzić coś w rodzaju chlebowego pamiętnika. Dzięki temu, mam nadzieję, następnym razem błędów będzie mniej! :) Trzymajcie kciuki.

Wiem, że wiele z Was piecze i jest to bardzo inspirujące! Mam nadzieję, że Was dogonię:)) 

Pozytywne myśli krążą po mojej głowie, jeszcze z jednego powodu... w końcu możemy wrócić do treningów! Nie sądziłam, że kiedykolwiek w swoim życiu powiem coś takiego, ale faktycznie tęskniłam okrutnie za regularnymi wyprawami do boxu! Przez trzy miesiące trenowaliśmy intensywnie w domu, ale to zupełnie coś innego. Wypożyczyliśmy hantle i skrzynię, kupiliśmy dobre skakanki, mamy w domu drążek, ale to nadal tylko jakiś ułamek tego co jest tam, na miejscu. 

W sobotę rano wybraliśmy się na pierwsze zajęcia i z tej ekscytacji złapałam za większe ciężary niż zwykle, co oczywiście skończyło się mega zakwasami ;) Było warto! Miło jest ćwiczyć w znajomej grupie, poczuć znowu tę motywację i rywalizację, a przede wszystkim po prostu wyjść z domu, wrócić do normalności, do naszej ukochanej rutyny. No i jak te chmury i deszcz mają mi zepsuć nastrój?

Tego samego dnia pojechałam odebrać ze sklepu coś, o czym marzyłam od kilku lat! Nabyłam nowy obiektyw - wymarzony, profesjonalny, idealny do mojej pracy i stylu życia:

Zdecydowałam się na Sigmę o ogniskowej 35 mm i przesłonie f1.4f! Jeśli nie znacie się na sprzęcie fotograficznym, skrótowo opiszę Wam skąd ta radość :)

Mój pierwszy jasny obiektyw ma przesłonę 1.8. To bardzo jasne szkło, które pozwala tworzyć nam te wszystkie magiczne bokehy i rozmycia tła w portretach oraz daje możliwość fotografowania przy małej ilości światła. Jak widzicie TEN jest jeszcze jaśniejszy! Przyznać muszę, że ten maluszek od Canona, który jest z nami chyba już 10 lat robił niezłą robotę, chociaż jednocześnie potrafił doprowadzać nas do szału. To bardzo tani sprzęt (około 400 zł), a mimo to robił niesamowite rzeczy. Czuć jednak, że jakość wykonania jest niska, autofocus wariuje, zwłaszcza w fotografii pod światło, a ostrość nie jest powalająca.

W każdych testach, które przeglądałam, Sigma rozkładała inne obiektywy na łopatki w kwestii ostrości. Nie dość więc, że obiektyw jest jaśniejszy, co daje nam jeszcze więcej możliwości, to potrafi
zrobić wszystko lepiej :) 

Oba obiektywy są stałoogniskowe, oznacza to, że nie możemy zmieniać "przybliżenia" - nie posiadają zooma. Wahałam się między ogniskową 35 i 50 mm. Canon to pięćdziesiątka, więc kadruje dość ciasno, ale z drugiej strony nie tworzy zniekształceń. Po obejrzeniu tysiąca fotografii wykonanych na ogniskowej 35 mm i zapoznaniu się z opinią fotografów portretowych, przekonałam się, że 35 mm również sprawdzi się idealnie w portretach, a nawet da nam więcej możliwości niż 50. Te wszystkie kadry i efekty, których wcześniej nie mogliśmy wykonać z tym maluszkiem, teraz są możliwe i nie mogę się doczekać by go spróbować w konkretnej sesji! Dodatkowo taka ogniskowa jest lepsza do fotografii podróżniczej, co ma dla nas równie duże znaczenie. Spróbowania tych zdjęć jeszcze bardziej nie mogę się doczekać... 

Jakość wykonania nie jest tylko widoczna gołym okiem, ale również można poczuć ją w dłoni... Nowy obiektyw waży ponad 600 gramów:)
Nie byłabym sobą, gdybym nie zabrała go na spacer w celu wstępnego zapoznania się z jego możliwościami! Chciałam głównie sprawdzić jak poradzi sobie autofocus w przypadku fotografowania detali w bardzo gęstym otoczeniu. Jestem zachwycona!

Nawet późnym popołudniem, w ciemnym lesie i przy niewielkiej ilości światła, poradził sobie idealnie:

Trafiliśmy w drodze do lasu na łąkę pełną maków, więc miałam bardzo urocze miejsce do testów:
 

Tymi pozytywnymi kadrami się z Wami dziś żegnam! Dajcie znać co u Was słychać! 
Do napisania :)
Marzena

niedziela, 31 maja 2020

Jedediah Pants

Po szaleńczym zapchaniu swojej szafy ręcznie szytymi czy dzierganymi ubraniami, przyszedł czas na zrobienie porządku w szafie Mateusza! W zasadzie ze znalezieniem w sklepach męskich ubrań nie mieliśmy większego problemu. Mamy ulubione marki i gdy przychodzi czas zakupów sprawnie idzie mu skompletowanie garderoby.
Rzecz w tym, że nadal ręcznie robione jest po prostu lepsze. Mam wpływ na jakość materiałów, wykończenie i kolor, dodatkowo mogę dopasować ubranie w każdym calu do Mateusza ponadprzeciętnego wzrostu i smukłej sylwetki. Plus daje mi to wiele satysfakcji! Umiem, więc dlaczego nie?

T-shirty, czy to moje czy Mateusza, nadal przede mną. Ta część garderoby jakby mniej mnie kusi, ale z pewnością niedługo spróbuję. To co chciałam uszyć dla męża, to letnie szorty. Latem chodzi w nich każdego dnia, więc potrzebuje ich naprawdę sporo. Ja mam jeszcze sukienki :)
I nawet jeśli zawsze udawało nam się upolować coś fajnego w sklepie, to trzeba było ograniczać się do dwóch czy trzech kolorów i maksymalnie dwóch rodzajów tkanin. Mateusz lubi sporo kolorów, więc ma w szafie o wiele szerszą paletę niż ja. Dlatego miło jest mieć większy wybór niż tylko te kilka modnych w obecnym sezonie odcieni. Plus bardzo chciałam by i on mógł doświadczać przecudownych właściwości lnu!

Na pytanie czy chce bym mu coś uszyła, Mateusz najczęściej odpowiada: "Nie musisz jeśli nie chcesz, zrób coś ładnego dla siebie". To jest najmniej wymagający człowiek świata, serio! I najmniej narzekający! Nigdy nie marudzi, że czegoś nie ma, że niedobre, że brzydkie czy niewygodne...
Ale to, że nie prosi mnie o zrobienie czegokolwiek nie oznacza, że tego nie docenia. Szycie dla Mateusza jest najlepsze! Człowiek może poczuć się jak arcymistrz i czarodziej w jednym:) W trakcie przymiarek słyszę: "o rany, magia!", "jak Ty to zrobiłaś?" "ale masz talent!". I mimo że zawsze interesuje się tym co dla siebie uszyłam, ogląda i pomaga podjąć decyzje, to mam wrażenie, że gdy bardziej osobiście doświadcza tego mojego szycia, to mocniej skupia się na detalach. Satysfakcja z szycia dla takiego człowieka jest niezmierzona ;) Polecam! Nie dość, że nosić będzie z dumą, przyjemnością i wielką ochotą, to nie usłyszycie słowa skargi (bo wszystko mu się podoba!) a na dokładkę poczucie własnej wartości poszybuje w górę! 


Trafiłam w zeszłym roku na bardzo fajny wzór spodni/szortów - klik! Spodobał mi się ich klasyczny i jednocześnie nowoczesny krój chino. Mateusz ma w szafie kilka takich sklepowych egzemplarzy, więc miałam pewność, że będą dobrze leżeć. Pierwszą parę zaczęłam szyć zimą i skończyłam na początku nowego roku. Na start wybrałam typowo "spodniowy" bawełniany materiał twill - klik! Ten sam, którego użyłam do wykonania mojej kurtki (klik!). Większość szortów, które Mateusz ma w szafie, jest wykonanych z tego typu tkaniny, więc była to opcja bardzo bezpieczna na start. Jest dość sztywna, ale dobrze współpracuje z ciałem i jest miła w dotyku. Łatwo się szyje, jest odporna na wypychanie czy ścieranie. Jako że najbardziej lubię go w granacie, to wybraliśmy kolor Navy. A oto co mi wyszło:

Osobiście jestem lekko zszokowana tym, że one wyglądają jak spodnie ze sklepu! Ta liczba detali, szwów, krój i idealne dopasowanie ścięły mnie (pozytywnie!) z nóg. Okropnie jestem dumna z faktu, że to wyszło spod moich rąk! Czad!!!
 

Poczyniłam kilka modyfikacji - zrobiłam krótsze nogawki, bo zrezygnowałam z wywijanego dołu, więc oczywiście pominęłam też lamówki na szwach. Wykończyłam je po prostu na overlocku. 
 

W tym modelu użyłam ozdobnego wzoru na kieszeniach, który proponowali autorzy. Po prostu przeniosłam go za pomocą mydełka na kieszeń i wykonałam trzy szwy. By wykonać przednie kieszenie użyłam lekkiej bawełnianej tkaniny w prążki. Jest to zupełnie niewidoczne z zewnątrz, a i tak cieszy :)
 

Spodnie tak naprawdę trudniejsze są od sukienek tylko dlatego, że mają więcej elementów. Ja tak postrzegam trudność w szyciu. Jeśli umiemy zrobić top czy prostą sukienkę, to tak naprawdę umiemy już wystarczająco by zrobić całą resztę. To co zapewne wielu przeraża to liczba detali. Ale to nadal jest to samo! Ot złóż, zszyj, wywiń, obetnij, zaprasuj... Naprawdę polecam Wam takie luźne podejście do tematu - można wtedy uszyć naprawdę fajne rzeczy:) Potrzebujecie tylko zdecydowanie więcej czasu i cierpliwości. Jestem przekonana, że każdy kto zna podstawy może szyć to, na co tylko ma ochotę! Oczywiście bardzo pomocny jest internet, bez niego czasami ani rusz, bo nic tak nie rozjaśnia sytuacji jak dobrze nakręcony filmik instruktażowy. Uratował mnie już niejeden raz :) 

W przypadku szortów najbardziej męczący etap to tworzenie rozporka. Jest tu kilka drobnych elementów, które trzeba ładnie przyszyć by ostatecznie wszystko dobrze się układało. Jak się nie udaje to pruję i próbuję dalej. 

W tym modelu wybrałam złoty zamek i brązowy guzik, a by zakryć wewnętrzny szew, użyłam lamówki wykonanej z tej samej tkaniny co kieszenie. Znowu - detal, a jak cieszy!

Miałam 1.5 metra tkaniny i używałam nici Ariadna 0948. Przy wyborze zamka polecam popróbować kilka razy czy płynnie się przesuwa. Pierwszy, który proponowała mi Pani w pasmanterii zacinał się za każdym razem. Pokazała mi najtańszą opcję, chociaż te droższe, dobrej marki, kosztują może kilka złotych więcej :) Jaki jest sens szyć samemu spodnie i doczepić tam najgorszy zamek? Szkoda naszego czasu.

Tak jak wspomniałam, te szorty uszyłam w styczniu, a ostatnio zrobiłam w końcu drugą parę, ale tym razem z zupełnie innego materiału. Ja już wiem jak cudownie ubrać len w upalny, wilgotny dzień. Czas na Mateusza! :) 

Wybrałam grubszy prany len (o gramaturze 250) w kolorze piaskowym. Kupiłam go w Popcouture (klik!) i początkowo byłam trochę zawiedziona fakturą. Ale gdy tylko zaczęłam szyć wpadłam w totalny zachwyt! Ta faktura, która może nie podobałaby mi się w sukience, na szortach wygląda genialnie! Co więcej, ten len jest jakiś niemożliwy - prawie w ogóle się nie gniecie, co w przypadku spodni jest bardziej niż pożądane. Jest mięciutki, lekki i zwiewny, a jednocześnie dobrze trzyma formę.

Uwielbiam je! Mateusz lubi obie wersje, ale jak sam mówi, te są odrobinę lepsze, bo delikatnie poszerzyłam mu nogawki, przez co są po prostu wygodniejsze. Jestem pewna, że odczuje różnicę miedzy lnianymi spodniami a tymi bawełnianymi, gdy na zewnątrz zapanują upały. 

Podobnie jak w granatowej wersji zrezygnowałam z wywijania i ozdobnych lamówek na szwach. W lnie jeszcze mniej podobała mi się ta opcja, ale wiadomo - wszystko zależy od efektu jaki chcemy osiągnąć. Można wszak użyć kontrastującej lamówki i nici w tym samym kolorze by nadać im niepowtarzalny charakter! 

W tym przypadku nie użyłam innego materiału do wykonania kieszeni - len jest lżejszy więc mogłam to pominąć, a dodatkowo chciałam by były bardziej "poważne". Niemniej kieszeń jest tak skonstruowana, żeby ten wewnętrzny materiał kieszeni był niewidoczny z zewnątrz. 

Tkanina ma fakturę, a nić jest cieniutka, więc nie specjalnie widać wzór jaki wyszyłam na kieszeniach z tyłu, ale tym razem zgapiłam go z jeansów Levi's ;) 

Podczas przyszywania pasa (element ze szlufkami), modyfikowałam za każdym razem położenie kieszeni. Gdy postępowałam zgodnie z oznaczeniami na wykroju, kieszeń delikatnie odstawała. Żeby tego uniknąć przesuwałam ten panel delikatnie ku przodowi, a czasem odrobinę ku górze. Warto przed przyszyciem pasa zmierzyć dokładnie spodnie i dopasować wszystko szpilkami.

Tym razem padło na srebrny zamek i ciemny guzik ze sztucznej skóry. Lamówkę do ukrycia szwu wykonałam z ciut jaśniejszego, lżejszego lnu, który miałam w domu. Za każdym razem miałam zamek o centymetr krótszy niż we wzorze. Dostępne w pasmanterii mają tylko te o wymiarach 14 lub 16 cm, a wzór prosi o 15 cm. Musiałam przez to odrobinę dostosować wzór, tworząc rozporek krótszy o jeden centymetr. Kupiłam już len na trzecią parę i tym razem wzięłam zamek dłuższy. W tym wypadku zapewne będę musiała zmieniać mniej - po prostu zostawię dłuższą końcówkę. A! I kupiłam gotową lamówkę, bo nie znoszę ich robić :)

Używałam nici Ariadna 0773. Materiału kupiłam sporo, bo planuję jeszcze szorty dla siebie, ale spokojnie 1.5 metra tego lnu wystarczy na męskie szorty w rozmiarze 32.

Bardzo polecam Wam ten wzór jak i tkaniny, a szycie dla ukochanej osoby jest po prostu niesamowicie satysfakcjonujące :) Może się skusicie? 

Pozdrawiam,
Marzena

niedziela, 24 maja 2020

Po co mi ten aparat?

Jak już zapewne zauważyliście, od kilku miesięcy mam nową biżuterię, którą bezwstydnie noszę na zębach. Wymusza ona na mnie więcej uśmiechu podczas sesji, bo większość prób zamknięcia ust podczas pozowania wypada fatalnie. Musiałam więc zmienić nawyki, przez co nietrudno przeoczyć te złote druciki gdy dodaję nowego posta. W poprzednim wpisie poruszyłam króciutko tę kwestię i jeden komentarz zachęcił mnie do napisania dłuższego tekstu na temat aparatu ortodontycznego, przygotowania do założenia, obecnie dostępnych opcji i tego, jak to ogólnie wygląda, ale przede wszystkim opisania powodów, dla których się na niego zdecydowałam. Bo to nie jest wcale takie oczywiste. Ostrzegam jednak, że to będzie dość długa opowieść (albo wyznanie!) o zębach i perypetiach związanych z przygotowywaniem się do założenia aparatu :) Jeśli tematy takie są Wam niestraszne, myślicie nad założeniem drucików na zęby albo po prostu chcecie dowiedzieć się jak to wygląda i z czym to się je, to zapraszam do lektury!


Jako dziecko miałam to szczęście, że trafił mi się proste zęby o przyzwoitym kształcie i bezproblemowym zgryzie. Uniknęłam więc wtedy wszelkiej ortodoncji, co bardzo mnie cieszyło, bo koszty tej całej "sprawy" mogłyby być poza naszym zasięgiem. Niestety, mimo że urodziłam się w latach 90', stomatologia w Ustce nie była najwyższych lotów i ciągle naprawiano mi te same zęby, które za każdym razem stawały się słabsze. Na studiach te dwie górne jedynki musiały zostać uśmiercone i takim sposobem mogłam doświadczyć uroków leczenia kanałowego...

W wieku nastoletnim wyrosły mi wszystkie ósemki, górne w całości, dolne byle jak, ale nadal w granicach "normalności". Od tamtego czasu moje zęby zaczęły się przesuwać. Oczywiście nie wiedziałam tego od razu, bo zęby nie zmieniają położenia z dnia na dzień, ale kilka lat później zauważyłam delikatne wycofanie lub wypchnięcie niektórych zębów. Mimo wszystko w dalszym ciągu kwalifikowały się moim zdaniem jako "zęby równe i przyzwoite" i w mojej głowie nie pojawiła się ani przez chwilę myśl o wizycie u ortodonty.

Sytuacja jednak ulegała ciągłej zmianie. Lewa, górna dwójka usilnie szukała schronienia pod jedynką - jeden ząb się mocno cofał, drugi był wypychany do góry, dodatkowo delikatnie się przekrzywiając. I to już zaczęło mi przeszkadzać, bo dołączyła do nich trójka, a i dół jakby zaczął się tłoczyć na przodzie. W dalszym ciągu daleko było mi do naprawdę krzywych zębów, ale zaczęłam to widzieć, nie podobało mi się to wcale, na zdjęciach krzywizna ta zaczęła rzucać się w oczy (bo była potęgowana jeszcze bardziej bocznym oświetleniem), a świadomość, że zapewne na tym się nie skończy mocno mnie niepokoiła. Nie sądzę by było coś złego w chęci posiadania równych zębów i sympatycznego uśmiechu :) W moim przypadku niestety nie tylko kwestia wizualna miała znaczenie. Tak jak wspomniałam wcześniej dwie górne jedynki są po leczeniu kanałowym i ten narastający ucisk dwójki na zęba sprawiał, że nie mógł się on wyciszyć. Ciągle go czułam! Przez kilka lat łączenie tych dwóch zębów doprowadzało mnie do szału. Nie był to ból, ale nieustający dyskomfort. Ucisk stawał się z roku na rok bardziej intensywny, a dodatkowo rozszczelniał plombę, co jak wiadomo dobrą rzeczą nie jest.
Jakby mi było mało, prawa jedynka zaczęła ciemnieć, więc zaczęłam rozważać koronkę czy też licówkę i takim właśnie sposobem trafiłam w końcu pierwszy raz do ortodonty, który poinformował mnie, że jeśli rozważam aparat (a było ku temu nawet kilka dodatkowych powodów oprócz tych, które opisałam) to należy poczekać z koronką, aż skończę leczenie, inaczej nie ma to sensu.
Wtedy na poważnie zajęłam się tematem, wykonałam zdjęcia i odlewy, skonsultowałam się z drugim ortodontą by mieć dwie opinie i podjęłam decyzję. 

Zdjęcie wykonane prawie dwa lata temu! Widać już wyraźnie to chowanie się dwójki i wysuwanie jedynki i trójki... Mi to już bardzo przeszkadzało, sprawiało że chowałam uśmiech do zdjęć.

Co się okazało? Ortodonta był zdziwiony, że mając tak drobną szczękę "mam tak dużo zębów":)) Oczywiście to był żart, ale faktem jest, że ósemki sięgały mi do samego końca szczęki, wiec miejsca tam nie było wcale. Górne zęby nie tłoczyły mi się odrobinę na przedzie, zachodząc na siebie, ale przesunęły (albo takie zawsze były) prawie o pół centymetra w prawą stronę! Co to znaczy? Tam gdzie jedynki powinny się stykać, ja miałam środek jednej z nich. Gdy zamykam usta, wyraźnie widać, że dolne zęby mają środek w zupełnie innym miejscu niż górne. To powoduje przesuwanie się zębów, które w poprawnym zgryzie układają się na przemian: jeden górny ząb pomiędzy dwoma dolnymi itd. U mnie tej "harmonii" nie było i zęby niepoprawnie się stykały, co powoduje przesuwanie, krzywienie, obracanie i tak dalej i tak dalej... Powstrzymać dwójki przed wypychaniem biednej jedyneczki tak po prostu nie można, trzeba naprawić całość. Już nie wspomnę o tym, że tylne zęby przechylają mi się do środka... ech, nie miał dla mnie litości ten lekarz :)

Samo "wyprostowanie" dwójki nic by nie dało, bo po kilku latach znowu reszta zaczęłaby na nią napierać. Należało zająć się tym od podstaw, albo nici z bezproblemowym zgryzem.

Pierwszy lekarz zaproponował mi usunięcie piątki. Nie podobała mi się zbytnio ta opcja, dlatego właśnie skonsultowałam się z innym lekarzem. Ten nie przyniósł pocieszenia, ale zaproponował inne, moim zdaniem sensowniejsze rozwiązanie. Usunięcie wszystkich ósemek! Brzmi strasznie prawda? I cóż, trochę takie było, ale taka decyzja miała więcej podstaw. Dwie dolne ósemki, które nie wyrosły w całości były niemałym utrapieniem, bo nietrudno w takiej sytuacji o infekcję, a następnie zapalenie. Usuwając te zęby, robiliśmy przestrzeń dla bardziej pożytecznych zębów (ósemki biorą mały udział w rozdrabianiu).
Przygotowanie do aparatu musiałam więc rozpocząć od cierpienia. Zrobiłam to na dwa razy - raz jedna strona, raz druga. Same zabiegi były bezbolesne i zadziwiająco sprawnie poszło, nie licząc jednej, którą należało usunąć chirurgicznie (co i tak było krótsze niż niejedno borowanie). Gorzej było później, i nie chodzi tylko o ból. Mi najbardziej przeszkadzał dyskomfort, ograniczenie ruchów i zdrętwienie. Podczas pierwszego zabiegu w trakcie znieczulania lekko naruszony został nerw, co skończyło się tygodniowym szczękościskiem i dwumiesięcznym mrowieniem na twarzy. Lekarz (swoją drogą bardzo miły i zainteresowany) mówił, że tego nie da się wykluczyć przy takim zabiegu (co jest prawdą, sądząc po informacjach, które sama wyszperałam), ale obiecał, że to minie. I miał rację, uff! Oszczędzę Wam reszty detali związanych z gojeniem po tym zabiegu, bo co wrażliwsi mogą mi nie wybaczyć złego samopoczucia po ich przeczytaniu. Przyznać jednak muszę, że było mimo wszystko lepiej niż się wydaje! Nie jest to coś "nie do zniesienia". 
Po każdym takim zabiegu miałam dwutygodniowy zakaz wykonywania wszelkiej aktywności fizycznej, co było wyjątkowo irytujące, bo miesiąc czy dwa wcześniej inny lekarz też mi zafundował dwutygodniowy przestój w sporcie (ablacja małżowiny nosowej). Jak widzicie, przełom lata i jesieni zeszłego roku nie był dla mnie najmilszym okresem :)

Gdy przyszedł czas zakładania aparatu, lekarka poinformowała mnie, że oprócz klasycznego drucika i zameczków powinnyśmy założyć jeszcze aparat na podniebieniu by mocniej te zęby przesuwać w lewą stronę. Zupełnie opacznie zrozumiałam jej słowa i nie zdałam sobie sprawy z tego, jak taki aparat wygląda. Przed wizytą otrzymałam telefon informujący o konieczności zrobienia drugiego odlewu pod to ustrojstwo (wybaczcie, nie pamiętam nazwy) i dopiero wtedy do mnie dotarło o czym mowa. I może komuś wydam się strasznym tchórzem, ale... spanikowałam i postanowiłam zrobić wszystko by tę opcję obejść! Aparat ten montuje się na pół roku i w przeciwieństwie do tego klasycznego, sprawia o wiele więcej dyskomfortu. Czytając "wyznania" osób, które na taki aparat się zdecydowały, wynikało jedno - trudno mówić normalnie, trudno przełykać, trzeba się tego nauczyć, ale nadal nie ma mowy o pełnym komforcie... czy to prawda? Nie wiem! Bo zwyczajnie stchórzyłam i poprosiłam ortodontkę o znalezienie innego rozwiązania. Najłatwiejszą opcją było usunięcie czwórki albo piątki... o nie, litości! Ale na szczęście ona sama tego nie chciała, miała spore opory przed takim usuwaniem dla wygody i postanowiła spróbować przesuwać zęby klasycznym aparatem. Po pół roku miałyśmy ocenić sytuację i zdecydować czy to ma szansę się udać. I wiecie co? Tak! Udaje się. Zostałam więc uratowana :)

W dniu założenia górnego aparatu. Dolny zakładany był dwa miesiące później.

Minęło prawie pół roku od założenia górnego łuku i ta nieszczęsna dwójka jest już zupełnie innym zębem. Stoi grzecznie obok jedynki, która to wróciła na swoje poprzednie miejsce. Dyskomfort się zmniejszył, na dole też zapanował porządek, ale niech Was to nie zwiedzie - przede mną trzy lata leczenia. Możecie teraz wrócić do dwóch pierwszych zdjęć i je porównać: na pierwszym problematyczna strona znajduje się po prawej, na tym selfiku z Mateuszem oczywiście macie ją po drugiej stronie bo to zdjęcie "z ręki". Ja widzę ogromną różnicę! Zęby są równe i proste!

Nawet jeśli dość łatwo jest wyprostować lekko przekrzywionego zęba, to przesunięcie całej górnej linii zębów o pół centymetra swoje musi zająć. Póki co siódemka odłączyła się od reszty i zajęła swoje nowe miejsce, potem przyjdzie zapewne czas na szóstkę, piątkę i tak dalej. Na pewno na to dość łatwe przesuwanie wpłynął niedawny zabieg usunięcia ósemki. W tym miejscu nie powstała jeszcze tkanka kostna, więc ząb nie napotyka dużego oporu.

Jak oceniam komfort noszenia aparatu? Na początku miałam problem z gryzieniem, zęby były bardzo wrażliwe i wszystko musiałam mieć pokrojone na małe kawałki. To trwało chyba dwa miesiące, ale na przykład Mateusz w ogóle nie pamięta by miał problem z gryzieniem po założeniu aparatu w dzieciństwie. Może więc nie jest to norma i każdy zupełnie inaczej oswaja się z tą sytuacją.
Policzki za to dość szybko się pogodziły z dodatkowym elementem i niemalże od razu zrezygnowałam z wosku zabezpieczającego. Po comiesięcznej wymianie łuku i gumeczek przez kolejny tydzień zęby są naruszane na nowo, ale dyskomfort za każdym razem jest mniejszy i trwa krócej.
Teraz od dwóch miesięcy nie zmieniam ani łuku ani ligatury z powodu anulowania wszystkich niecierpiących zwłoki wizyt, więc zęby mają chwilę wytchnienia - niestety niekoniecznie dziąsła, bo drucik wysunął się z kilku zameczków i czasem daje mi w kość... Ale ten problem nie jest na tyle poważny by nie mógł zaczekać na bezpieczniejsze czasy.
Uciążliwe oczywiście jest również czyszczenie. Klasyczne mycie zębów musi pójść w odstawkę, bo jest po prostu niewystarczające. Gdybym nie miała poważnych powodów do noszenia aparatu to miałabym wątpliwości czy faktycznie chcę najpierw usunąć zęby, a potem kilka lat "męczyć" się z drucikami, które wymagają niemało uwagi (i kasy).

Z ciekawych rzeczy to niezwykle interesujące jest obserwowanie zmian! Jednego dnia mogę stukać górną jedynką o dolną, a następnego jest to po prostu niewykonalne! Czasami zęby przestają do siebie pasować i zgrzytają o siebie nieprzyjemnie. Pojawiają się szczeliny, które zaraz zostają uzupełnione, ale chyba najdziwniejsze jest uczucie ruszania zębów - Mateusz ciągle mnie straszy, że jak wypadnie jeden to polecą wszystkie, bo aparat pociągnie je za sobą ;)

Mam wrażenie, że zmieniły mi się delikatnie rysy twarzy -  stała się ona bardziej smukła. Co jest zresztą dość popularnym zjawiskiem gdy poprawiamy zgryz i ułożenie zębów. Kolejny plus, bo jakoś bardziej mi się to podoba! Moje spostrzeżenia potwierdziła ostatnio koleżanka, wiec wiecie, może nie jest to tylko kwestia "tak mi się wydaje" :)

Na końcu o tym jaki aparat wybrałam. Cóż... złoty :) Nie mogłam się oprzeć! Ale nie jest to intensywny, kiczowaty żółty kolor, jak na taniej biżuterii, ale bardzo delikatny odcień, nieróżniący się zbytnio od koloru mojej obrączki. Jest naprawdę bardzo subtelny. Do wyboru miałam metalowy (klasyczny), złoty i przezroczysty. Mój był nieznacznie droższy od klasycznego, a jest o wiele mniej rzucający się w oczy. Nie tylko ze względu na kolor, ale również na wielkość zameczków czy grubość łuku. Jest subtelniejszy, nie przyciemnia uśmiechu i obłędnie wygląda z różową ligaturą! Ortodontka ma zawsze dla mnie pełną paletę jasnego różu do wyboru :)

Nie mogę się doczekać dnia zdjęcia aparatu i porównania odcisków czy też zdjęć. Początkowo przerażała mnie liczba lat, w których towarzyszyć mi będzie ta biżuteria, ale po pół roku czuję się już w pełni z nim oswojona i nie odczuwam aż tak wielkiej różnicy w życiu jak na początku.

Uff, koniec! Jeśli rozważacie założenie aparatu i macie jakieś pytania, śmiało możecie pisać!
Pozdrawiam,
Marzena