wtorek, 23 maja 2017

Majula

Nie wiem jaki dla Was ma wydźwięk ta nazwa, ale moim zdaniem idealnie pasuje do romantycznego projektu. Brzmi jak nie z tego świata i co więcej ona jest nie z tego świata! Oryginalna Majula to miejsce w świecie, które nie ma co prawda nic z romantyczności (wiecie, świat nieumarłych i takie tam:)), ale sama Majula kojarzy mi się całkowicie odmiennie, z miejscem cichym, eterycznym i tajemniczym. Dla zainteresowanych: klik!

Pomysł na ten projekt przyszedł do mnie, jak większość z resztą, niespodziewanie i mimo, że już zaczęłam planować i rozpisywać projekt na tę włóczkę, zmieniłam zdanie bez zastanowienia i pozwoliłam rządzić mojej wyobraźni. I wcale nie żałuję. 

W zasadzie pomysł na sesję wydał mi się oczywisty - Majula leży nad skalistym klifem, a w tle świeci nisko zachodzące słońce. A że akurat planowaliśmy jechać do Ustki to miałam zamiar wykorzystać nasze klify, może i nie skaliste, ale równie piękne. Oczywiście wymagany był również zachód słońca. Udało mi się skończyć projekt akurat na wyjazd! A tu klapa. To w ogóle nie było to, nie zmuszaliśmy się więc do fotografowania i po prostu odpuściliśmy, planując sesję jak tylko wrócimy do domu.

Tydzień był dość pracowity, a weekend jeszcze bardziej, więc dopiero wczoraj udało się uwiecznić Majulę na zdjęciach. Wybraliśmy w tym celu bardzo tajemnicze, opuszczone i romantyczne miejsce, co prawda pełne pokrzyw i komarów, które zjadły Mateusza, ale jednak romantyczne :)

Oto nasz duet, czyli Majula i stary pałacyk w Stoszycach:

Sweterek jest szeroki i zwiewny, wiecie już, że to moja ulubiona forma. Dekolt i rękawy są bardzo proste, by nie odwracać uwagi od moim zdaniem najważniejszego! Misternej ażurowej bordiury wykończonej mnóstwem słodkich pikotków!

Dzierganie bordiury było czasochłonne. ale tak bardzo satysfakcjonujące, że na pewno nie będzie ona moją ostatnią :) Przerobiłam tysiące oczek, plotąc ten ażur z prawej jak i z lewej strony, w połowie już znając go na pamięć. Mimo wszystko dzierganie i oglądanie/czytanie nie mogło mieć miejsca. Za to podczas dziergania całej Majulowej reszty - jak najbardziej! Cała praca zajęła mi w sumie około 3 tygodnie. Niestety raz musiałam spruć ponad 20 cm, ponieważ zbyt lekkomyślnie zignorowałam jaśniejszy pasek koloru, wmawiając sobie, że przecież rozpłynie się w tym morzu oczek. Nie rozpłynął. Mam za swoje :).


Dekolt jest nie za głęboki, ale i nie przylega bardzo do szyi. Myślę, że jest w sam raz. A wykończyłam go prosto i skromnie,tak by pasował do równie prostych wykończeń rękawów.


Dziergałam z Milis od Julie Asselin w tym jaśniejszym odcieniu Ancient Gold, którego zużyłam niecałe 3 motki. Ten kolor nie jest intensywny, ale ma bardzo ciekawy odcień, który podczas przerabiania nabiera wyrazu! W końcu mam drugi sweterek w jednym z moich ulubionych kolorów!

I jeszcze zbliżenie na bordiurę...
Zdjęcia oczywiście robił Mateusz - jak już wspomniałam, poświęcił się okrutnie i dał zjeść komarom, które jakimś cudem omijały mnie z daleka, czego nie mogę powiedzie o metrowych pokrzywach:)). Obróbką zajęłam się jak zawsze ja, ale tym razem sprawiało mi to jeszcze więcej przyjemności. Zagłębiłam się w nieodkryte przeze mnie rejony photoshopa i dałam upust swoim fantazjom :) Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii!

Pozdrawiam ciepło!
Marzena

czwartek, 18 maja 2017

Dzierganie po mojemu. Część 1.

Każda z nas dzierga po swojemu. Nawet jeśli używamy tej samej metody, to mamy inne przyzwyczajenia, umiejętności, lubimy odmienne techniki. Każdy radzi sobie tak jak potrafi lub jak mu wygodnie, kombinuje po swojemu by ostatecznie uzyskać taki sam efekt. I ja bardzo to lubię. Fajnie, że jesteśmy inni!
Tak w ramach ciekawostki wspomnę, że spotkałam się parę razy ze zdziwieniem, albo nawet z oburzeniem gdy podzieliłam się z kimś swoim dziewiarskim zachowaniem :) To chyba bierze się z braku świadomości, że przecież każdy jest inny, a inny nie znaczy wcale gorszy (albo niemożliwy!:)). Jeśli ja czegoś nie umiem, nie rozumiem i nie pochwalam to oznacza tylko tyle, że ja tego nie umiem, nie rozumiem i nie pochwalam. Lubię słuchać o Waszych sposobach, niektóre wypróbowuje, a niektóre tylko zostają w głowie, ale słuchać lubię, podglądać jak Wy trzymacie nić, jak chowacie nitki, jak kombinujecie by nie pruć.

Pojawiła się więc w mojej głowie myśl, że z przyjemnością podzielę się z Wami moimi sposobami, opowiem o tym co lubię a czego nie lubię, jak radzę sobie z wełnianymi problemami i dlaczego robię tak a nie inaczej. Czyli generalnie pokażę Wam moje dzierganie.

Zacznę od rzeczy podstawowej.
Dziergam po rosyjsku.
Nie używam słów "po heretycku" bo absolutnie nie czaję, czemu jedna metoda ma być tą słuszną, a druga nie. Różnią się w tak małym stopniu, że wcale nie przeszkadza mi ona w czytaniu wzorów czy ich pisaniu (moje wszystkie wzory zaś pisane są na tę drugą metodę, ponieważ jest po prostu o wiele bardziej popularna. Bez obaw!:)). 

Po rosyjsku przerabia się inaczej oczko lewe. Tak naprawdę to po rosyjsku jest bardziej na skróty, czyli podnosimy drutem oczko w najprostszy sposób (bez wywijania szaleńczo drutem), a skutkiem tego są oczka nieprzekręcone na prawej stronie. Brzmi sensownie prawda? Ale problem zaczyna się gdy nie mamy jeszcze wystarczającej wiedzy na temat owej różnicy i zaczynamy dziergać w okrążeniach. Nagle pojawiają nam się oczka przekręcone i jeśli dziergamy od niedawana to bardzo możliwe, że przerobimy te oczka nie przez tę pętelkę co należy. Ale po kilku rzędach jesteśmy w stanie już zauważyć, że coś nie bardzo to wygląda i szybko przychodzi olśnienie.
Druga metoda (jak jej tam?) jest bardziej spójna. Bo w okrążeniach i w rzędach oczka prawe układają się tak samo. 
Dla tych dziergających tak jak ja, w rzędach k2tog jest ssk (slip, slip, knit), a ssk jest k2tog. W okrążeniach nie ma różnicy, więc tak naprawdę mamy do podmiany dwie malutkie rzeczy, w jednym z kilku przypadków. Po co więc namawiać rosyjskodziergające na "nawrócenie"?

Bezszwowo.  
Słowo klucz! Zszyłam w swoim życiu kilka swetrów i wiem, że nigdy już tego nie zrobię. Umiem równo przyszyć rękawy, zdążyłam się tego nauczyć, powodem omijania szwów wcale nie jest niezadowalająca mnie estetyka (lub jej brak). Gdy dziergam w okrążeniach o wiele łatwiej dopasowuję rozmiar, już w trakcie wiem, że rękaw jest za wąski, za szeroki, że główka źle się układa. Nie muszę czekać do zszycia by się przekonać, że czeka mnie prucie. Dodatkowo dziergam jednym ciągiem, bez ucinania, bez zniekształcających szwów. Każdą konstrukcję da się wydziergać bezszwowo, a do tego ja nie lubię dokładać sobie pracy:). Dla mnie tak jest bardziej estetycznie, jasno i o wiele przyjemniej.

Potrafię dziergać nie patrząc na druty.
Tyczy się to oczywiście prostych wzorów, bez ażurów czy warkoczy. Gdy przerabiam prawe i lewe oczka robię to bezmyślnie, ręce same pracują, a ja pochłaniam film, rozmawiam z Mateuszem, czytam książkę albo pogrążam się w swoich szalonych myślach. To ta umiejętność spotkała się ostatnio z małym niezrozumieniem :). Potrafię prowadzić pięć wątków jednocześnie, albo robić na raz tyle samo czynności. Oczywiście uwaga jest troszkę podzielona, ale mimo to daję radę. Ale jeśli chodzi o dzierganie i przykładowo rozmowę... to cała moja uwaga skupiona jest na tym drugim. Moje ręce wysyłają mi sygnał, gdy coś pójdzie nie tak (spadnie oczko, albo dojdę do znacznika) i wtedy na sekundę pomyślę o tym co one robią, i wcale nie słucham jednym uchem i ciągle zerkam na oczka. Myślę, że niejedna z Was tak potrafi i wie, że wcale a wcale nie ignorujecie swojego rozmówcy, a film pamiętacie perfekcyjnie z każdym najmniejszym detalem.


Jedna robótka na raz.
Jak już wiecie robię co mogę by zawsze mieć tylko jedną robótkę na drutach. Jest to dla mnie bardzo ważne i gdy zdarzy się, że jest inaczej okropnie się frustruję. Czemu to takie istotne? Takim jestem człowiekiem i już. Nie chcę Was przekonywać, że też powinniście tak działać, bo przecież każdemu z nas coś innego sprawia przyjemność, coś innego się podoba. 

Satysfakcję sprawia mi skrupulatna praca nad jedną rzeczą, gdy nic innego mnie nie rozprasza i mogę czerpać przyjemność z dziergania na każdym etapie. Gdybym odłożyła jeden projekt i zaczęła drugi, to ostatecznie ten pierwszy albo by już nie powstał, albo dziergałabym go z poczucia obowiązku. Entuzjazm po prostu mija, a ja lubię skończyć sweter zanim to nastąpi :) Nie pozwalam więc by kolor, oczka, wzór przestały mnie elektryzować! Nadmiar rzeczy i obowiązków mnie po prostu przytłacza. Tak samo jest w przestrzeni, w której żyję. Mało i konkretnie, tak lubię najbardziej.


Sami znacie się najlepiej i wiecie co czyni Was szczęśliwym, a co nie. Jeśli dobija Was widok sterty nieskończonych projektów może czas stać się monogamistą? :) Jeśli potrzebujecie wsparcia, dajcie znać. Na postawie własnych doświadczeń zrobię mini poradnik jak możecie wytrzymać i nie zwariować. Mój schemat nie sprawia mi żadnej przykrości, wręcz przeciwnie - uwielbiam kończyć projekty, a potem z czystym sumieniem narzucać oczka na kolejny!

Nie dziergam dla samego dziergania. 
Co wcale nie oznacza, że sam proces, machanie rękoma i oglądanie tego co wytwarzam nie sprawia mi przyjemności. Nic z tych rzeczy. Nie dziergam po prostu tylko po to by dziergać, ale też po to by coś WYdziergać. Jeśli akurat nie mam pomysłu na projekt, nie czuję by żaden wzór mnie do siebie przekonał to po prostu nie dziergam. Takie przerwy nie są długie, a i od hobby czasem można odpocząć i zająć się innymi sprawami. Póki nie wiem co chcę wydziergać nie narzucam oczek i nie improwizuje, nie dziergam prostokątów tylko po to by czymś zająć ręce.

Minimalizuję prucie.
To tyczy się kilku spraw. Jako że nie dziergam dla dziergania to odpada mi prucie tych "wypełniaczy czasu". Lubię gdy wełna na projekt jest świeża, nieruszana. Oczywiście nie zawsze się to uda, ale robię co mogę by nie dziergać na darmo. Jestem bezwzględna i jeśli widzę, że coś jest nie tak ze swetrem, z długością, szerokością, układaniem ramion czy rękawów to nie wmawiam sobie, że jakoś to będzie, a nuż w praniu się naprawi. Pruję, póki mam do prucia mało, choć udaje mi się wpaść czasem w pułapkę... takim sposobem prułam ostatnio 20 cm szerokiego swetra ("ten jasny pasek na pewno zniknie w całym swetrze"). Akurat to bardzo polecam, bo jeśli już w połowie czujesz, że coś Ci tam wadzi, to prawdopodobnie wcale nie będzie lepiej jak zrobisz rękawy, kołnierz, pranie i blokowanie.
Staram się również nie pruć gdy zrobię błąd we wzorze. Wszelkie upuszczone oczka, źle wykręcone warkocze, pominięte narzuty czy dodawanie oczek zabieram na salę operacyjną. Pruję tylko te kilka oczek znajdujących się nad błędem, i naprawiam "na żywca". Niekiedy tak mi się wszystko namiesza, że ostatecznie pruję i robię ten kawałek od nowa. Ale póki nie trzeba... :)


Jako że jest tego trochę, kolejne nawyki i zamiłowania będę w następnym poście. A teraz ciekawa jestem waszych opinii i sposobów! Być może mamy całkiem odmienne podejście, albo wręcz przeciwnie - podzielacie moje dziewiarskie poglądy? :)

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

poniedziałek, 15 maja 2017

Jest co robić!

Miałam ostatnio bardzo intensywny czas! Urządzanie poddasza, nowa dostawa u Chmurki, czyli wymiana całej palety kolorów na fingeringach, plus jedna całkiem nowa nitka, mnóstwo nowych pomysłów i planów okołodziewiarskich, nowe projekty, nowe zadania, i wiadomo - codzienność! Mój mózg działa na zbyt wysokich obrotach, ciało nie nadąża :) 
Nie narzekam jednak, bo to wszystko z własnej nieprzymuszonej woli! Plan na sypialnię gotowy, weekendy spędzamy właśnie tam, własnoręcznie tworząc wymarzony pokój. Myślę, że skrobnę niedługo o tym co nie co.

Dziewiarsko u mnie bardzo do przodu, bo jeden sweterek niedługo kończy się testować, a drugi skończony, czeka na wzór i prezentację:)

Wybraliśmy się w poprzednią środę do Ustki, no wiecie, wypadało coś odpocząć. Przy okazji chcieliśmy obfotografować moje nowe sweterki, ale plan udał się połownicznie. Pierwszego dnia mieliśmy idealną pogodę dla bardzo morskiego projektu, sesja wyszła miodzio, tak jak to sobie zaplanowaliśmy. Mam dla Was małą zapowiedź :)

Czym dłużej nie mieszkam w Ustce, tym bardziej doceniam nasze morze. Jest w nim coś niepokojącego, tajemniczego. Lubię ciepłe krystaliczne wody mieniące się błękitem i turkusem, ale nasze morze po prostu mnie zachwyca. Idealne miejsce by wyciszyć się, odpocząć i zebrać myśli.

Nie było chyba jeszcze takich odwiedzin w Ustce, podczas których nie wybralibyśmy się do naszej herbaciarni (to ta, o której ciągle piszę!). Tylko spójrzcie na ten uroczy wystrój i ogromny wybór herbat. No ale żadne zdjęcie nie odda klimatu tego miejsca. Pierwsze miejsce, po plaży, do odwiedzenia.

A wracając do tematu swetrów... czemu plan udał się połowicznie? Bo niestety pomysł na sesję drugiego sweterka (tego żółtego) nas nie usatysfakcjonował i zamiast robić na siłę po prostu pogapiliśmy się na zachód i poszliśmy na lody. Uznaliśmy, że przecież w domu też jest wiele pięknych miejsc i jak tylko wrócimy powtórzymy zdjęcia. I tu kolejna niespodzianka! W drodze do domu przypomniałam sobie, że nie spakowaliśmy Majuli i że dynda wesoło w szafie w naszym usteckim pokoju. Miałam plan pochwalić zaraz po powrocie, ale jak widać on wie lepiej :) Na szczęście już do mnie leci!
I tym razem mam małą zajawkę. Taką, na której nic nie widać:

W głowie nowy projekt, a w rękach nowa włóczka. Kolejne tygodnie, jak nie miesiące też będą intensywne, ale przy okazji bardzo przyjemne. Ale póki co lecę odpoczywać dalej. Kto powiedział, że w poniedziałek nie można? :)

Miłego wieczoru!
Marzena

niedziela, 30 kwietnia 2017

Wełniane kulki do przygarnięcia!

Mój osobisty magazyn włóczek w zasadzie nie istnieje, ale skłamię jeśli powiem, że nic a nic nie zalega w moim koszyku. Rzecz w tym, że nie są to nowe motki, na kolejnych dwadzieścia projektów, ale są to mniejsze lub większe pozostałości po tych poprzednich. Niekiedy zdarza się pojedynczy motek, który nie przerodził się w żadną dzierganą rzecz i stracił moje zainteresowanie. Jest tego niewiele, a mimo to mój wewnętrzny minimalizm wręcz krzyczy, że jest tego za dużo, że tyle motków leży zapomnianych, nieruszanych i że na pewno nie użyję ich w ciągu kilku lat! Wiem to i już. To się odnosi do każdej części życia :) 

Przykładowo nie znajdziecie u mnie bluzki sprzed kilku lat, której nie założyłam w ciągu ubiegłego roku. Nie noszę? Oddaję, sprzedaję, wyrzucam. Jeśli mam przeczucie, że coś nie przyda, to nie zostawiam na wszelki wypadek, że coś mi wpadnie kiedyś do głowy. Nie mam czterech szafek zapchanych rzeczami pod tytułem "kiedyśsięnapewnoprzyda", bo nie ma prawa takich być w mojej przestrzeni. No nie cierpię zbierać. Taki typ:)

Postanowiłam więc przejrzeć moje wełniane kulki, których ostatnio przybywa w koszyku, i zastanowić się czy jest sens dalej trzymać je pod swoim dachem. Zostawiłam sobie kilka (różowych i żółtych:)) na pewien projekt, który za mną chodzi, a resztę postanowiłam wystawić na małą blogową wyprzedaż.

Być może Wam się przydadzą! Czasem żal kupić cały, ponad 100 gramowy motek, by użyć tylko odrobinę w wielokolorowym szalu czy chuście. Możliwe, że marzycie o luksusowej czapce, rękawiczkach, ale wcale nie potrzeba Wam aż tyle metrów! Albo po prostu macie ochotę spróbować danej wełny, zobaczyć jak się z niej dzierga, jak prezentują się kolory.
Może Wy będziecie mieć pomysł jak przerobić je w coś pięknego, może akurat brakuje Wam jednego koloru do zestawu marzeń:). Jeśli tak, to zapraszam niżej.
O każdy motek zawsze dbam należycie, wełna jest przewinięta w kulki, nowa, nieruszana (tzn. to co w kulce zostało, nie było przeze mnie używane:)). Są to Chmurkowe włóczki, czyli same wysokiej jakości merynosy, jedwabie i kaszmiry. 

Jeśli jesteście zainteresowaniem odkupieniem danego motka, proszę pięknie o maila z informacją o swoim wyborze i danymi do wysyłki: welnianemysli@gmail.com. Wyślę Wam wtedy dane do przelewu. Proszę o taki kontakt, nie pod postem. Będzie łatwiej to wszystko zorganizować. Oczywiście liczy się kolejność zgłoszenia :).
A oto nasze piękne kandydatki:
REZERWACJA
Julie Asselin Milis (wełna merino), kolor Poivre. Grubość fingering.
Waga 90g, około 340 metrów.
Użyłam go w Understory: klik! 
Cena: 40 zł
                                                                      
REZERWACJA
 Julie Asselin Fino (merynos, kaszmir, jedwab), kolor limitowany. Grubość fingering.
Waga 108g, około 340 metrów (prawie cały motek!).
Użyłam go tylko do kropek w rękawiczkach Lovely Huggers: klik!
Cena:  45 zł 
                                                                                              
REZERWACJA
Julie Asselin Fino (merynos, kaszmir, jedwab), kolor Pressee a froid. Grubość fingering.
Waga 106g, około 335 metrów. 
Podobnie jak motek wyżej, użyty tylko do kropek w tym samym projekcie.
Cena: 45 zł

REZERWACJA
Leizu Fingering (merino i jedwab), kolor Voilier. Grubość fingering.
Waga 60g, około 200 metrów. 
Cena: 30 zł

 REZERWACJA
Dream in Color Jilly (wełna merino), kolor Brilliant. Grubość fingering.
Waga 58g, około 200 metrów.
Użyłam go do sweterka Endearment: klik!
 Cena: 20 zł

 REZERWACJA
Dream in Color Jilly (wełna merino), kolor Victoria. Grubość fingering.
Waga 55g, około 180 metrów.
Użyłam go do tej czapy: klik!
Cena 20 zł

 Dream in Color Calm (merino), kolor Retriever. Grubość Worsted.
 Waga 94g, około 200 metrów.
Miała być czapka dla Mateusza, ale po zrobieniu kilku rzędów uznałam, że to jednak nie jego kolor. 
Cena: 25 zł 

REZERWACJA
Dream in Color Smooshy (merino), kolor Malibu Sail. Grubość fingering.
 Waga 118g, około 415 metrów. Cały motek.
Nie wiem czemu go wzięłam i przewinęłam. To nie mój odcień... :(
Cena: 25 zł

Julie Asselin Ankara (merino i moher), kolor limitowany. Grubość Bulky.
 Waga 110g, około 115 metrów.
Znowu miała być czapka, ale to znowu nie mój odcień niebieskiego. Z jednego motka Anakary wychodzi na przykład taka czapka: klik!
Cena: 30 zł.

 Więcej informacji i samej nitce znajdziecie klikając w nazwę włóczki. Przesyłka możliwa pocztą jak i paczkomatem :) Cena 12 zł. 

Pozdrawiam Was ciepło i wracam do majowych prac, które z wełną nie mają dużo wspólnego, ale za to z mieszkaniem wszystko! Czas urządzić sypialnię! Trzymajcie kciuki.
Marzena

środa, 19 kwietnia 2017

Złociście

Czyli zupełnie na odwrót niż za oknem! Przez druty właśnie przechodzi mi złota nitka, która formuje się w nowy, bardzo mój, projekt. Zabawne, że mam tylko jeden sweter w złoto-żółto-musztardowym odcieniu, bo przecież ja uwielbiam takie kolory. Nadrabiam, nie ma wyjścia, może nawet zrobię jeszcze jeden zanim wrócę do standardowych róży.

Jeden projekt właśnie się testuje, drugi już w pokaźnym kawałku. Trafiło mnie natchnienie, trzeba korzystać ile się da. Tak naprawdę to złoto miało być początkowo czymś innym. Miałam już gotowy projekt w głowie, na kartce, nawet już co nie co w liczbach, pozostało dziergać, ale nagle coś błysło w głowie i powiedziało "nie!", zrób coś całkiem innego. No to robię. Poprzedni zostanie zrobiony również, ale złoto zostało przydzielone do nowego. Mam więc już kolejny projekt w planach, ale to pewnie już z jakiejś nowości kolorystycznej od Julie!

Majula dzierga się bardzo szybko, mam jasny cel, wiem czego chce, tylko teraz trzeba machać rękami z prędkością światła. Nawet ma już imię, a kto wie co to jest (proszę nie szukać w googlu! :)) dostanie ode mnie wielgachnego plusa! A prezentuje się tak:

Przy okazji testuję nowe markery, które ostatnio natworzyłam i dziś wrzuciłam do sklepiku: klik!
Jeden leśny zestaw musiał zostać ze mną. Pasuje do złota, prawda?

Przy okazji projektowania tego swetra musiałam nauczyć się paru nowych rzeczy (opowiem Wam o nich jak sweter będzie gotowy), i zagonić Mateusza do pewnej programistycznej pracy, którą zaczął dla mnie ponad rok temu, a potem jakoś zapomnieliśmy. Teraz się przyda.

Wspomniałam, że testuje się nowy sweterek :) Wyjątkowo jak dla mnie w odcieniu niebieskim. Jeden taki sweterek w szafie, na tle kilku różowych, szarych i brązowych. Póki co pokażę Wam małą zajawkę:


























A teraz zmykam machać rękoma, tworząc złote morze oczek! Miłego dnia Wam życzę!
Marzena

piątek, 31 marca 2017

Zadbaj o swój sweter... część 3

Już prawie dwa lata minęły od ostatniego wpisu na ten temat! Co prawda akurat w tym przypadku jest to plus, bo mam czas wydziergać nowe, poużywać "stare" i zobaczyć jak się sprawują. Poprzedni post możecie znaleźć tu: klik!  

W tym czasie przychodziły nowe udziergi, odchodziły te nieużywane, cześć umarła śmiercią naturalną. Bardzo lubię tę serię, bo dzięki niej nie dość, że zauważam lepiej swoje błędy w traktowaniu wełnianych rzeczy, to jeszcze mam taki skrót swoich prac, od razu widać jakiego koloru i fasonu mi brakuje :).

Obecnie dziergam z samych wysokogatunkowych wełen, jedwabi, kaszmirów i moheru. Wiem też, że różnica w zużywaniu, noszeniu, dbaniu i wyglądzie jest ogromna! Sweter z dobrej wełny to inwestycja na kilka grubych lat. A jaka jest różnica? Pomijając kwestie estetyczne bo przecież to indywidualna sprawa, dobra wełna po prostu się nie starzeje. Zdarzyło mi się tak z poprzednimi swetrami, że po piątym praniu sweter matowiał, w dotyku był bardziej szorstki, po goleniu wcale nie odzyskiwał świeżości, był "przyklapnięty", tracił puchatość czy sprężystość. No wyglądał na zużyty. 

Nigdy nie oceniam wełny pod kątem mechacenia. Bo akurat niemalże każda wełna się mechaci (są wyjątki, o tym niżej!), w zależności od tego jak jest skręcona, z ilu nitek i z czego dokładnie się składa. Drobne kuleczki, w strategicznych miejscach będą się pojawiać choćbyś nie wiem co wyczyniał. Strategiczne miejsca to dla mnie boki rękawów i pacha. Tam wełna ociera się o siebie i jeśli ma włosek, to ten włosek w końcu się zrobi małą kuleczką. Tak działa wełna, co poradzić. Ale jak pisałam, nigdy nie oceniam wełny pod tym kątem, choć bardzo doceniam fakt, że moje swetry golę raz do roku, albo i rzadziej. 

Dobra wełna będzie po każdym (odpowiednim) praniu, każdym goleniu wyglądać tak samo. To jest moja definicja dobrej wełny :). Będzie mieć połysk, jeśli miała go wcześniej, będzie zadziwiać miękkością i delikatnością, nie straci koloru, nie wyciągnie się, będzie trzymać kształt. Jeśli wełna, z której dziergamy sweter taka właśnie jest, to mamy gwarancję, że jeśli nie schrzanimy czegoś po drodze, to sweter założymy za 10 lat. O ile będzie pasował :).

Z każdym dniem uczę się czegoś nowego o wełnie, poznaję ją, wiem co lubi, czego nie. Dzięki temu, że straciłam już parę swetrów z mojej winy, jestem mądrzejsza! Mam nadzieję, że dzięki temu co napiszę Wam uda się uniknąć paru przykrych chwil. 

Poniżej swetry, o których mam coś do powiedzenia, czyli chodzę w nich często, albo zaobserwowałam coś ciekawego (cała moja obecna kolekcja z szafy na samym końcu :)).
Wszystkie swetry obecnie piorę wyłącznie w zimnej wodzie, z odrobiną Eucalanu (jaśminowy!), wkładam w ręcznik, albo po nim tuptam, albo zapominam o nim na cały dzień, a potem suszę na płasko.

No to najpierw ulubione - róże!
 Od góry:
  1. Mélanie zrobiona z Julie Asselin Fino i moherowej Anatolii. Nie mam milszego swetra w szafie. Anatolia jest tak delikatna, że aż trudno nie miziać jej cały czas. Nic a nic nie gryzie. Włosek jest niewielki, ale nadaje tego puszku, jakiego oczekujemy. Jako że to moher od czasu do czasu wybiorę z rękawa kłaczek bardziej zbity. Nie goliłabym jej z pewnością! To jeden z tych swetrów, których nie trzeba blokować i specjalnie układać by dobrze wyglądał.
  2. Ta słodycz to mój ulubiony kolor :) Sweter to Compass Pullover, zrobiony z Fino (wełna, kaszmir, jedwab). Kto macał fino to wie, że w zdaniu "o ludzie, jak rozkosznie miękko!" nie ma odrobiny przesady! Sweter przeszedł próbę w dniu poprzedzającym nasz ślub. Było chłodno, założyłam sweter do przygotowań, a tam stał wielki namiot z rzepami... Ogólnie średnio wtedy na niego uważałam. Troszkę się potargał w miejscu przyczepienia do namiotu, ale po praniu i leciutkim podgoleniu zniknęło absolutnie wszystko. A co o wzorze? Teraz kilka rzeczy zrobiłabym inaczej. Pewne zmniejszanie przy dziurach nie wygląda estetycznie, troszkę się wyciąga ten karczek. Nie wiem co jest, ale ewidentnie coś nie tak, ale pewnie tylko ja to widzę.
  3. Light Trails dziergałam z własnoręcznie farbowanej wełny BFL. Nie chodzę w nim tak często jak kiedyś, bo mam trochę nowości, które są moimi faworytami, ale nadal trzymam go w szafie, bo zwyczajnie się lubimy. Nic się nie zmienił od czasu poprzedniego wpisu, czyli nadal jest w porządku.
  4. No to teraz Puntilla zrobiona z Julie Asselin Milis. Uwielbiam tę słodką koronkę! Połysk, miękkość i zwiewność nadal ta sama, a to jest sweter, który zakładam bardzo często. Milis to singiel (pojedyncza nitka, słabo skręcona), co sprawia, że jest "puchata" i miękka, ale mechaci się trochę bardziej niż inne. Ale tu znowu mówię tylko o tych strategicznych miejscach, gdzie raz na pół roku pojawia się kilka małych kuleczek. Wełna posiada charakterystyczny meszek, nie należy tego mylić z mechaceniem. W motku jest cieńsza, gładsza, ale należy ją dziergać na ciut większych drutach niż nam się wydaje. Milis puchnie po praniu, wypełnia szczeliny i dostaje tego miziastego meszku. 
  5. Leizu Worsted w Cold Breath, czyli w moim ulubionym, okropnie ciepłym swetrze! Leizu to połączenie merynosa i jedwabiu, ma piękny delikatny połysk, jest bardzo, bardzo sprężysta! Mechaci się tylko po lewej stronie, najpewniej od spodni. Od czasu do czasu znajdę jakąś kulkę, ale nie mam potrzeby go golić. Wygląda jak nowy :).
Kolory ziemi:

  1. Ostatnio wydziergany Old Romance z Fino. Wariuje na punkcie Fino, niech mnie ktoś wyśle do doktora. Wzór bardzo ciekawie dziergany, bardzo trafiony w moim przypadku. Noszę go często - do spodni i do sukienek. Wygodny fason, lekko luźne rękawy. 
  2. Cosy Wifey też zrobiłam z Fino. To sweter - bluza, noszony bardzo często, wszędzie gdzie się da. Nie wypowiem się na temat projektu, bo nie będę obiektywna, ale powiem, że wygodny jak mało który. Nigdy nie golony, za każdym razem, gdy wyjmuję go z szafy nie mogę się nadziwić miękkością i delikatnością. Jest jak nowy. To jest to o czym pisałam wyżej... dobra wełna jest dobra. Zawsze.
  3. Cosy Hubby, oczywiście też jest z Fino. I to Fino świetnie znosi męskie noszenie. Co prawda mężczyzna ten krzywdzi je niekiedy okrutnie, zaciągając i mechacąc go w dwóch tylko miejscach - na środku brzucha i na końcach rękawów. Jak to robi? A kurtką! Rzepy ma na wlocie do kieszeni i przy zamku. Ciągle mu tam muszę golić kłaki :D Po goleniu nie ma śladu zużycia, aż do następnego razu. Wiem też, że sweter grzeje, że o matko, bo ciągle mi przypomina!
  4. A ten na samym dole to Understory, mój najnowszy! Połączenie Milisa i Anatolii. Tak jak z Mélanie - jak połączymy dwie milutkie wełny to wyjdzie sweter milutki x2. Więc to mój drugi najmilszy sweter w szafie. Grzeje przyjemnie. Tyle na razie powiem, bo nosiłam go 4 razy - do sesji wisiał nieruszany! :)
Szarości i mój (rzekomo!) ulubiony żółty:
  1. Oj tak... wielbię miody, musztardy i bursztyny. Tak bardzo, że bojąc się, żeby nie mieć całej szafy w tym kolorze mam tylko jeden żółty sweter! Makabra. Merigold to mój niezniszczalny, nieśmiertelny projekt. No mówię Wam, ten Everlasting Sock od 2.5 lat ciągle w użyciu, ciągle! A nie golony ani razu, nawet jakbym chciała to nie wiem co miałabym tam golić... Tej nitki bardzo mi brakuje z Dream in Color. Nie jest to szaleństwo miękkości, jest po prostu miła i niegryząca, ale ta jakość i wytrzymałość! Kolor nadal tak żywy jak pierwszego dnia.
  2. Poniżej też ta sama nitka, tym razem w Stormwindzie. Rzadziej w nim już chodzę, ale nadal go lubię. Cała reszta patrz punkt wyżej. 
  3. Ta jasna srebrna szarość to Trevor zrobiony z Fino Echo i Piccolo Fusain. O Fino już pisałam, nie będę się powtarzać bo mnie zablokujecie. Ale o samym projekcie powiem tyle - cudny! Tak wygodny, tak klasyczny, tak ładny i prosty! Róbcie!
  4. Ta cieplejsza szarość to Birch w Leizu DK (tu dobrze widać subtelną różnicę między tymi dwoma farbowaniami). Sweter to Mateuszowy Lumberjack - Leizu to świetna włóczka dla tych mniej ostrożnych (czyli naszych mężów, partnerów i dzieci:)). Nie mechaci się, nie zużywa, grzeje jeszcze bardziej niż Cosy Hubby (ciągle o tym słyszę!). Jedna rzecz, którą mam zamiar poprawić - ściągacz. W tej nitce powinien być robiony bardzo ciasno, ponieważ z czasem się rozluźnia. Jeśli chcemy by ściągacz nie był tylko ozdobnym wykończeniem ale też opinał biodra, to wybierzcie o jeden rozmiar mniejsze druty niż planujecie. 
  5. I znowu Leizu DK, w moim długaśnym Blue Sand. Nie zakładam go często, w sumie nie wiem czemu (wystaje mi spod większości kurtek:)). Wełna ta po praniu się wydłuża, należy to uwzględnić przed dzierganiem. Ja jestem optymistką i widzę w tym same plusy! Mniej dziergania i mniej zużycia wełny, a efekt i długość taka jak należy! Ale warto o tym wiedzieć - włóczki z jedwabiem mogą tak mieć.
I skromna kolekcja w fioletowych i niebieskich odcieniach (obecnie na drutach błękit!):

  1. Endearment z Jilly od Dream in Color. Jilly jest niemalże taka sama jak Milis. To też singiel, też puchnie po praniu i ma ten przyjemny dla skóry meszek. Bardzo lubię ten sweterek, świetnie pasuje do sukienek. 
  2. Mój pierwszy większy projekt - Inky! Zrobiony z miłej Filcolana Arwetty Clasic, ma już 3 lata, wygląda dobrze, ale wełna delikatnie się zużyła, tak sądzę. Jest ładna, trzeba ją czasem ogolić, ale nie jest już tak miła. Rok temu zrobiłam mojej Inky operację. Nieudaną :) Chciałam odpruć guziki i przyszyć je inaczej, i zamiast nitki od guzika wycięłam nitkę z sukienki! Musiałam przyszyć plisę na sztywno by to uratować. Brawa dla mnie :).
  3. I po raz kolejny Leizu Worsted w ametystowym kolorze. Wyjątkowo dla mnie w fioletach, ale wcale nie żałuję. Wełna jest bardzo sprężysta, w wzór (Flaum) jeszcze bardziej. Po każdym praniu muszę go leciutko zblokować by się wydłużył.
I na koniec bonus - wszystkie moje (i Mateusza) większe udziergi, plus trzy szale. Pojawiła się tu jeszcze Rosy Cheek, Saoirse i Marina. Nie miałam okazji ich założyć dłuższy czas, więc są tylko w podsumowującej stercie:

To nie są oczywiście wszystkie rzeczy jakie wydziergałam (nie liczę akcesoriów zimowych). Jakiś czas temu oddałam w zaprzyjaźnione łapki trzy swetry i bluzeczkę. Nie lubię magazynować... jeśli wiem, że czegoś nie założę, bo się w tym źle czuję, bo kolor jednak nie mój, to po prostu szukam mu nowego przyjaznego domu. Lubię mieć w szafie (ha, ha! Mamy szafę!!!) tylko to co naprawdę mi się podoba, to co chcę nosić. Inaczej skręca mnie od środka. Jeśli sweter się zużyje to z bólem ale zostaje po prostu wyrzucony. Czasem to moja wina, czasem wełny. Możecie porównać z poprzednimi postami co zniknęło. Ja nie mam serca tak wypunktowywać:)

Kilka słów o szalach - jak widać przełamałam się i zaczęłam je lubić. Mam na razie trzy, póki co swetry nadal mają pierwszeństwo. Wydziergałam każdy z nich z włóczki fingering, każdy ściegiem francuskim. Mimo cienkości włóczki szale grzeją zimą, nie są ciężkie, a na dodatek sprawują się też dobrze w pozostałych porach roku. To chyba najbardziej optymalna grubość wełny na szale. Ścieg francuski dobrze wygląda w takich prostych projektach w geometryczne wzory czy w paski, ale ma ten minus, że po każdym praniu trzeba go dobrze naciągnąć. Ten ścieg "ściąga" nam z czasem robótkę. Po namoczeniu trzeba go bez litości wyciągnąć i wytrzymuje tak mniej więcej do kolejnej kąpieli. Od góry: Angular z Fino i Piccolo, Crescendo z Leizu Fingering i Color Affection z Arwetty Classic i Lang Yarns Jawoll

Jak widać z zieleni mam tylko szal. Mimo rudości nie przepadam za tym kolorem, a raczej ciężko mi znaleźć taki, który byłby tym odpowiednim. Wszelkie wiosenne omijam, szmaragdy bardzo lubię, ale potrzebuję jeszcze trochę czasu, khaki to nie moja bajka. Teraz dorzucę na stosik jeszcze jasny błękit, a potem znając mnie coś różowego, albo może w końcu żółtego. Chociaż faza na brązy i beże jeszcze mnie nie opuściła.

Jak zawsze jestem ciekawa Waszych opinii i doświadczeń!

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

wtorek, 28 marca 2017

Understory

Oprócz minimalizmu w moich żyłach płynie również miłość do rustykalnego, przytulnego klimatu... Marzę o sielankowym domku na wsi, wśród drzew i zwierząt, o ciepłym kominku, ciszy i spokoju. Kocham lasy, chyba nawet bardziej niż morze, choć wydaje się to niemożliwe. Najlepiej oczywiście gdy mam i jedno i drugie. Lubię leśny klimat pełen żywych roślin i zwierząt, lubię tę niepokojącą ciszę, przerywaną od czasu do czasu szumem wiatru, czy złamaną gałązką. Mogłabym leżeć na mchu i patrzeć w korony drzew cały dzień (bo w nocy moja wyobraźnia lekko przesadza).

Understory to podszycie lasu, pełne brązowych pni, małych drzewek, cienkich gałązek z malutkimi liśćmi i suchymi szyszkami. To właśnie tym inspirowałam się tworząc mój nowy, tajemniczy projekt, moją własną leśną opowieść, którą na reszcie mogę Wam opowiedzieć!

Zapraszam Was do ciemnego lasu, który przyprawił mnie o lekki dreszcz, nie tylko z powodu chłodnego, mocnego wiatru, gradu czy odległych grzmotów. Ta atmosfera była niesamowita! Ciemne, przemoknięte pnie, korony szalejące wcale nie tak wysoko nad głowami i tak niewiele światła. Coś pięknego...
Understory jest dziergany zdecydowanie inaczej, tak zupełnie na odwrót. Osiągnęłam przez to efekt "lejących się", wiszących boków, marszczących się z przodu jak i z tyłu. Ta nietypowa konstrukcja jest bardzo w moim stylu. Uwielbiam wszelkie nieoczywiste formy, szerokie, zwiewne, nowoczesne kształty, przyciągające wzrok. Lubię coś, czego jeszcze nie było...

Tył swetra jest dłuższy, opada miejscami aż do kolan. Ilość miękkiego materiału pozwala dobrze otulić się swetrem, osłonić przed wiatrem, poczuć się komfortowo.



 Długie rękawy by było jeszcze milej i przytulniej.


Rustykalny efekt pomogła mi osiągnąć sama włóczka, a raczej połączenie dwóch nitek - pieprzowego, na pozór chłodnego brązu Milis Poivre i Anatolii Sommet, w kolorach zieleni i trufli. Ale myślę, że dużą rolę odgrywają tu ściegi i wzory inspirowane leśnym podszyciem, gałązkami modrzewia, ściółką...
 

Jest absolutnie taki jak lubię... Czuję się w nim tak dobrze, jak wśród tych drzew, tych cieni, zapachu mokrego lasu, wiatru pędzącego między pniami. 
 
Wzór na Understory jest już dostępny w języku polskim i angielskim w moim sklepiku na Ravelry (klik!), oraz u Chmurki (klik!). Namawiam Was do obejrzenia testowych wersji. Understory można wykonać z połączenia wełny i moheru, ale również z pojedynczej, gładkiej nitki, która daje przepiękny, nowoczesny i stylowy efekt! Bardzo mnie cieszy, że każda z testerek zrobiła wersję, która najbardziej pasuje do jej upodobań, każdą wersję przygarnęłabym z rozkoszą (wątpię, że się podzielą:)). Będziecie mogli znaleźć je tu:

Chciałabym tak publicznie, przy wszystkich podziękować im za tyle poświęconych mi dni, tyle rad i niesamowitą czujność. Cieszę się, ze to na Was właśnie trafiłam! Dziękuję! :)

Pozdrawiam Was z mojego małego leśnego świata!
Marzena