wtorek, 4 lutego 2020

Positive Ease

Obecnie wszystko kręci się u mnie głównie wokół trzech kolorów: różu, mahoniu i wanilii. Nieważne czy chodzi o otoczenie, szycie czy dziewiarstwo, chcę mieć tych kolorów jak najwięcej. Przyjemnie mi się na nie patrzy, a jeszcze przyjemniej gdy mogę je na siebie założyć:)

Aktualnie pracuję nad swetrem w mocno przygaszonym brzoskwiniowym odcieniu (klik!), ale w tle czają się na mnie nowości! Gdy przekładam na drutach oczka jednego projektu, z tyłu głowy świtają mi nowe pomysły, a z koszyka bezczelnie kusi mnie nowa wełna... Wełna w tak pięknym waniliowym kolorze, że chętnie bym ją zjadła (ale słabo znoszę trawienie merynosa). Takie słodkości upichciła dla mnie Sue, którą znać możecie ze sklepiku Positive Ease - klik i klik! Sue nazwała ten kolor Biscuit i mimo że ja tu widzę swoją ukochaną wanilię, wcale nie minęła się z prawdą :) Oceńcie sami!

Ta słodka chałka to czysty merynos 1ply (uwielbiam!), z delikatnym połyskiem, mimo braku jedwabiu. Jak każdy singiel jest mięciutki i delikatny, a kolor trójwymiarowy. Nawet solidy wyglądają na nich niezwyczajnie!
 O bożątko, nie mogę się napatrzeć na ten odcień!

Otrzymałam od Sue trzy motki, z których powstanie sweterek do letnich i wiosennych sukienek. Prawda, że ładnie będzie pasować do mojej palety (klik!)? :)

Kolor jest tak równy, że nie planuje żadnego mieszania motków. Lubię taką jakość:) Podoba mi się też ten minimalistyczny styl etykiet! Można rzec, że to nic takiego, ale dla mnie każdy szczegół zasługuje na uwagę.

Współprace, które podejmuje są zawsze efektem mojego zafascynowania i podziwu. Pragnę pracować z ludźmi, których praca mnie zachwyca, które mają w sobie to wyjątkowe "coś", które mnie do nich ciągnie - piękne zdjęcia, styl, kolory, wyczucie, autentyczność!
Bardzo ważne jest dla mnie by takie współprace były zawsze oparte na wzajemnym wsparciu, zainteresowaniu, chęci poznania się. Chcę czuć, że obie strony są zaangażowane, że cenią pracę swoich rąk i pragną włożyć w to, coś więcej niż tylko pieniądze czy czas. Dlatego nie potrafiłabym "reklamować" produktów, robić coś za zniżki, prezenty, nowych obserwatorów. Jeśli więc otrzymuję taką zupełnie niespersonalizowaną, wypraną ze wszystkiego co cenię, ofertę (dam Ci wełnę, a Ty o mnie napisz coś fajnego) to od razu odmawiam. Nie znoszę reklam, szczerze, całym sercem! Dlatego między innymi nie wyskakuję Wam na Instagramie czy Fejsie, gdy sobie tego nie życzycie :) 

Tworzę więc z ludźmi, o których chcę pisać, o których pragnę Wam donieść czy szczerze polecić. Których produkty faktycznie mnie interesują! Nie zależy mi na gratisach, tylko na współpracy i tworzeniu z inspirującymi ludźmi!:)

Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze w lutym nabrać tę włóczkę na druty. Tak się składa, że będzie idealnie pasować na liliowe Knit Pro Zing w rozmiarze 3.75 mm, a jak widzicie wanilii dobrze z fioletem :) Mam bzika na punkcie dopasowywania kolorów! 

Wiosna zapowiada się pracowicie! Oby tak dalej :)

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

niedziela, 19 stycznia 2020

Catkins

Moi mili! Mam nadzieję, że ucieszycie się na wieść, że wzór na sweter Catkins, który powstał we współpracy z Indie Belle, właśnie pojawił się w moim sklepiku na Ravelry! Oczywiście dostępny jest w wersji polskiej i angielskiej! Znajdziecie go tu: klik!
 

Catkins to sweter z mocną rustykalna nutą, pełen uroczych tekstur i ściegów! Nie umiem wskazać tego ulubionego, chociaż za każdym razem gdy wyjmuję go z szafy, zachwycam się efektem jaki dało połączenie klasycznego ryżu i tej połyskującej złotem włóczki... Projekt opisałam szczegółowo w tym poście, jeśli macie ochotę poczytać o nim więcej: Catkins. Pozostałe detale na temat wzoru czy rozmiarów znajdziecie już na stronie projektu.

Jeśli macie ochotę wydziergać swoją własną wersję, ale nie wiecie jaki kolor wybrać to koniecznie zajrzyjcie w zakładkę "projects", do testowych sweterków, bo zadziały się tam cuda! Dziewczyny, jesteście cudowne! :) Bardzo Wam dziękuję!

Pozostaje mi życzyć Wam miłego dziergania! Jeśli potrzebujecie rady związanej ze wzorem czy wyborem włóczki to piszcie śmiało - z przyjemnością pomogę! :)

Pozdrawiam,
Marzena

poniedziałek, 13 stycznia 2020

Letnia garderoba

Pamiętacie mój poprzedni post o garderobie? (klik) Pokazałam Wam moje jesienno-zimowe ubrania, głównie swetry, i to z czym je łączę. Opisałam wtedy dość szczegółowo swój styl i zamiłowania kolorystyczne, które od tamtego czasu w ogóle się nie zmieniły, co jak sądzę, oznacza, że faktycznie udało mi się jasno określić swoje upodobania! :) Mając w sobie taką konkretną listę ulubieńców (czy to w kwestii barw czy fasonów) bez problemu mogę wydziergać czy uszyć sobie kolejnego pewniaka bez ryzyka wpadki i rozczarowania. To jest bardzo motywujące! Nie szukam już daleko, nie eksperymentuję, a jeśli pragnę czegoś nowego, świeżego, to staram się co najwyżej wyglądać "za róg", a nie skakać ze skrajności w skrajność. Co to oznacza? Jeśli kocham róż i złoto, to szukając kolejnego koloru, który polubię, nie sięgną po błękity (brrrr) tylko będę poruszać się w okolicach tych dwóch odcieni, dając szansę ciepłym brązom, przydymionym miedziom czy lawendzie. Taki sposobem moja paleta poszerzyła się na stałe o ten kolor: klik! Bardzo się polubiliśmy i oglądam się za nim z taką samą przyjemnością jak za słodkościami. Tak jak wspomniałam w poprzednim poście, bardzo ciągnie mnie obecnie do ciepłych, przydymionych, rustykalnych barw, ale także to wanilii czy bieli. 

Podoba mi się to, że kolory, które lubię świetnie prezentują się na letnich ubraniach i równie świetnie wypadają na moim ulubionym lnie. A jeszcze bardziej podoba mi się, że mam bardzo dobre wytłumaczenie by szyć letnie ubrania zimą! :) Pomijam fakt, że to po prostu ma sporo sensu - szycie letnich latem, a zimowych zimą często kończy się tak, że niezbyt długo chodzimy w danym ubraniu, bo sezon zdąży się już skończyć. Mogłabym poczekać do wiosny z szyciem sukienek, ale tak się składa, że nasze wakacje zaczną się na początku maja, więc mam tylko cztery miesiące by skompletować całą letnią garderobę, którą chcę tam ze sobą zabrać (znowu uciekamy na miesiąc!). Doszło też do tego, że uszyłam Mateuszowi szorty i oczywiście planuję kolejne, więc roboty mam niemało - muszę ubrać dwie osoby!

Szycie zimą lekkich ubrań ma ten minus, że nie ma jak ich sensownie obfotografować, więc wstrzymam się z tym do lata, a tym czasem pokażę Wam grupowe zdjęcia wieszakowe, opiszę każdą rzecz króciutko i opowiem o tym, co mam jeszcze w planach do zrobienia, tak by garderoba nabrała sensu. 

Nie kupuję już żadnych sukienek, szortów ani topów, być może skuszę się na t-shirty jeśli nie wyrobię się ze wszystkim, ale mam w swojej szafie kilka niezłych sklepowych ubrań, które bardzo lubię, są dobre jakościowo i uszyte w Polsce. A do tego pięknie wpasowują się w całość, są wygodne i chętnie przeze mnie noszone. Cała reszta znika z mojego życia.

Wyjęłam wszystko co mam z szafy, zrobiłam selekcję (co chcę, co się nadaje, co pasuje) i na chwilę obecną moja letnia garderoba prezentuje się tak:

Z dwunastu pozycji samemu uszyłam aż dziewięć! Przyznam, że jestem z siebie okropnie i bezczelnie zadowolona - nie dość, że zrobiłam sama, to jeszcze są one w czołówce moich ulubieńców! Zacznę od lewej.
  • Biel: Inari top z białego tencelu, prosta lniana sukienka od Seaside Tones oraz niedawno uszyta i jeszcze nie obfotografowana koszulowa sukienka Kalle Shirt z mieszanki lnu i sorony (niżej znajdziecie zdjęcie, gdzie widać ją lepiej)
  • Krem i beż: Fringe Dress z cieniutkiego lnu oraz kolejna sukienka, którą uszyłam zimą - nowa Montavilla Muumuu (bo po prostu uwielbiam ten wzór!!!) w cudownym waniliowym kolorze. To mieszanka tencelu i lnu - ma wszystkie zalety oby tych włókien. Nie gniecie się mocno i jest zwiewna i lekka, a jednocześnie chłodzi i nie klei się do ciała jak len. Zamówiłam już kolejny kawałek tego koloru na top. Będzie pasował idealnie do wszystkich moich szortów!
  • Róż: Maya Top z kwiecistej bawełny, pierwsza Montavilla Muumuu z cienkiego lnu, Ogden Cami z tego samego materiału, Kielo Wrap z modalu, sukienka Ogden Cami w brzoskwiniowym lnie.
  • Mahoniowa sukienka w drobne białe kropki (co sprawia, że kolor jest delikatnie rozmyty, niejaskrawy, stonowany) jest od MLE Collection. Jest to wiskoza, delikatna i zwiewna. Sukienka jest krótka i dość wycięta, więc sprawdza się idealnie latem.
  • Ciemno zielona wiskozowa sukienka od Aeterie. Kupiłam ją na ślub kuzynki, ale nie jest mocno "strojna", czego bardzo nie lubię w ubraniach. Wybrałam krój i kolor, który sprawdzi się w wielu okazjach. Nie jestem fanką jednorazowych ubrań. 

Nie da się ukryć jakie kolory czy materiały lubię, prawda? :)

Nie wszystkie sukienki, które Wam pokazałam nadają się jednak na azjatyckie klimaty, więc dwie z powyższych nie pojadą ze mną w podróż. W domu zostanie zielona, bo jest zbyt zabudowana bym się w niej dobrze czuła w tropikach, oraz Kielo Wrap. Sukienka ta jest uszyta z lejącej dzianiny, która opływa ciało i posiada brzoskwiniową fakturę. To i długość sprawiają, że Kielo nie będzie dobrą opcją podczas wilgotnych upałów. Dlatego planuję uszyć jeszcze dwie sukienki, ale o planach opowiem na sam koniec.
Mam konkretne wymagania co do letnich ubrań. Gdy z nieba leje się żar nie potrafię założyć na siebie nic co jest zabudowane pod szyją czy pod pachą. Odpowiednia "przestrzeń" pozwala skórze oddychać, odprowadzać wilgoć, a ja czuję się komfortowo i lekko.
Obcisłe rękawy toleruję tylko w t-shirtach, a w sukienkach czy topach wybieram te z odpowiednim luzem w strategicznych miejscach lub zupełny brak rękawa.

Jeszcze rzut oka na wszystkie sukienki, które uszyłam w ciągu roku:
Czuję się bardzo usatysfakcjonowana patrząc na tę paletę barw!

Rzadko noszę spódnice, więc zapomniałam o tej jednej jedynej, którą mam, gdy robiłam zdjęcia. Wrzucam więc starą fotkę. Kupiłam ją dwa lata temu w Marie Zelie. Nieźle się wpasowuje kolorystycznie w resztę garderoby, prawda? :)

Latem, gdy nie mam akurat na sobie sukienki, noszę krótkie szorty i topy. Lubię w zasadzie tylko dwa kroje (każdy nie dłuższy niż 1/3 uda - w takich czuję się najlepiej): jeansowe i dopasowane spodenki (jeśli dopasowane to tylko jeansowe, tylko niebieskie!) oraz luźne i zwiewne szorty, z gumką i sznurkiem w pasie. Dlatego takie właśnie sobie uszyłam. I uszyję kolejne!

Jeansowe, kremowe i różowe, które leżą na samej górze, są kupione w sklepie. Bardzo je lubię i mimo, że nie jest to żadna super marka, to wyglądają po dwóch letnich sezonach jak nowe. Zielone i drugie różowe to Spring Shorts, które uszyłam w zeszłym roku - klik!
Ten krój jest idealny, bardzo lubię w nich chodzić i dlatego nie chce mi się eksperymentować i szukać nowego wzoru. Ale muszę wybrać nowy kolor...

I jak w przypadku sukienki jest to łatwe, to jeśli chodzi o szorty i topy, mam trochę więcej do zaplanowania. Chcę móc wykonać z nich później jak najwięcej zestawów. Szkoda by szorty pasowały tylko do jednej bluzki!

Postanowiłam poszerzyć obecną paletę o kilka odcieni, które ostatnio mnie mocno zachwycają. Póki co króluje u mnie róż, biel i kremy, jest też odrobina zieleni i mahoniu. Ten ostatni (i jego odmiany) musi pojawić się w większej ilości! Skleciłam taką mini paletę, które planuję się trzymać przy następnych tkaninowych zakupach:

Rozglądam się za wszystkimi zgaszonymi odcieniami mahoniu czy kasztanów, mauve, orzechowymi kolorami czy wanilią (bo mnie ten kolor powala na kolana!), ale też zerkam na zieleń, beże i róż oczywiście :)
Mam pierwszego kandydata. To len od Merchant & Mills w kolorze Maud, ten sam materiał, którego użyłam do różowej Montavilli. Myślę, że będzie pięknie wyglądał w lekkiej i obszernej sukience na ramiączkach!

Planuję uszyć jeszcze przynajmniej dwie krótkie i lekkie sukienki, które będą idealne na plaże, przynajmniej jedną parę szortów (może skrócę sobie też ulubione jeansy, które zyskały ostatnio przetarcia na kolanach) i sporo topów czy t-shirtów. Tego brakuje mi najbardziej. Nie umiem nic kupić w sklepie i ciężko mi też zdecydować jaki materiał będzie dobry by uszyć coś samemu. Lubię len i cieniutkie wiskozy w bluzkach. Ten pierwszy znajduję bez problemu, ale wiskozy najczęściej są dla mnie zbyt "grube", zbyt gęsto tkane. A do tego pasują mi głównie te z delikatnym wzorem. I przez to, zamiast szyć różne elementy garderoby, skupiam się głównie na sukienkach bo to przychodzi mi łatwiej. Nie ma jednak żadnych wątpliwości, że to topy powinny zyskać teraz priorytet.

Zamówiłam więc cztery materiały, kupiłam stacjonarnie kolejne trzy i biorę się do pracy. A Was proszę - jeśli możecie mi polecić cieniutkie wiskozy z subtelnym wzorem, i na dodatek w moich kolorach, to piszcie koniecznie :)

Na liście do uszycia są jeszcze t-shirty dla Mateusza oraz jeszcze jedne męskie szorty. Wzór, z którego korzystałam za pierwszym razem sprawdził się idealnie (klik!) - obiecuję pokazać je gdy tylko pojawi się słońce w weekend. Ciemno zimą w domu, nie ma wyjścia, trzeba czekać na światło.

Na koniec wspomnę jeszcze o jednym ważnym elemencie letniej garderoby, czyli butach! Jestem w tej kwestii raczej minimalistką... Mam trzy pary sandałów, każdy do innych celów, nie kupuję nowych póki obecne nadają się do użytku:
  1. Na co dzień noszę wygodne płaskie sandały, dobrze trzymające stopę i pasujące i do spodni i do sukienki. Nie lubię zakrytych pięt ani palców. Wybieram zawsze klasykę - tym razem Ryłko w bardzo jasnym i subtelnym pudrowym kolorze. 
  2. Jako że naprawdę sporo chodzimy - po miastach, szlakach, górach, plażach - potrzebuję mieć jakieś ultra wygodne sandały, które zakładam najczęściej do szortów i luźnych sukienek. Na naprawdę konkretne wyprawy zakładam latem lekkie trekkingowe buty, ale pozostałe wędrówki przemierzam w takich właśnie piankowych, lekkich sandałach, które są w pełni tolerowane przez moje zwariowane stopy (które lubują się w moim bólu niestety). Te akurat są z firmy Clarks.
  3. Lubię też mieć "wyjściowe" sandały, które zakładam do sukienek. Te kupiłam w Ryłko i są w pięknym miodowym kolorze, który gra z moją garderobą. Mają niewielki kwadratowy obcas, dobrze trzymają stopę i co najważniejsze, pozwalają mi się nosić w rozsądnej ilości bez bólu :)
I to tyle, chociaż chcę dokupić jeszcze plażowe klapki. Latem, tak samo jak w pozostałych sezonach, jeśli chodzi o buty (ale też ubrania!) głównie stawiam na wygodę i uniwersalność. Lubię mieć tylko to, czego faktycznie mi potrzeba i co regularnie noszę.

Teraz, gdy sama szyję, mogę wykonać kilka razy ten sam wzór. Nie mam problemu z noszeniem "tego samego", wręcz przeciwnie! Gdy polubię jakiś fason czy kolor to mogę powielać go w nieskończoność :) Jak któraś sukienka się zużyje albo zepsuje, to po prostu zrobię ją sobie jeszcze raz! Czad!

Planuję aktualizację pod koniec kwietnia. Zobaczymy ile uda mi się uszyć do tego czasu!

Pozdrawiam,
Marzena

środa, 8 stycznia 2020

Emilia & Philomene

I na dokładkę jeszcze jedno piękne imię. Josephine.

Ostatnio, równie mocno jak do różu, ciągnie mnie do ciepłych, rustykalnych, nietypowych odcieni - złotych brązów, sjeny, miedzi, brunatnych czy herbacianych kolorów... Te barwy ostatnio dominują nawet moje szyciowe plany (jako że w róż już się nieźle wyposażyłam). Więc zapytana, który kolor z palety Emilie & Philomene chciałabym zamienić w sweter, moje oczy powracały ciągle do "Brooklyn", czyli mocno spranego i stonowanego koloru herbacianego. Kojarzy mi się on z ciepłem i przytulnością, a właśnie taki projekt pragnę stworzyć. Dlatego też moją wybranką została Josephine, której sprężystość i okrągły przekrój bardzo pasował do tego zamysłu. Tym razem nie alpaka, nie kaszmir czy singiel, ale klasyczny merynos, który swoim skrętem i kształtem uwypukli każde oczko, będzie plastyczny i mięsisty. Pięknie zagra w ściągaczach, podkreśli wyraźne tekstury czy plecionki...

Jeszcze przed świąteczną przerwą listonosz dostarczył mi paczkę z czterema preclami, prosto z Londynu. Urlop, święta i potrzeba odpoczynku, zmusiły mnie do poczekania ze zdjęciami czy z zaczęciem pracy nad nowym projektem, ale jak widać nie powstrzymałam się i jeden motek przewinęłam by móc wykonać choćby małą próbkę (stąd tylko trzy Josephiny na zdjęciach:)) 

Kolor Brooklyn na tej bazie jest nieznacznie cieniowany, co objawia się tylko delikatną zmianą koloru w gotowej dzianinie - nie powstają paski czy plamy, których bardzo nie lubię. Z drugiej strony nie przepadam wybitnie za stuprocentowymi fabrycznymi solidami, które dają płaski efekt bez wyrazu. Ręcznie farbowane solidy mają to do siebie, że nieznacznie mienią się, przejaśniają lub przyciemniają o ton lub dwa w sposób równomierny, dzięki czemu otrzymujemy ten piękny, trójwymiarowy efekt. Jestem pewna, że wiecie o co mi chodzi! :)

Ciężko oddać ten kolor na zdjęciach! Jest mocno stonowany, ale nie bez wyrazu. Baza ta nie posiada połysku ani widocznego włoska, jest mięsista i miękka - naprawdę przytulny z niej motek! Jest idealna dla każdej skóry i sprawdzi się w większości wzorów (stary, dobry merynos!).

Amelie (klik!), czyli farbiarka i właścicielka Emilie & Philomene, dała mi wolną rękę, podobnie jak pozostałe dziewczyny, z którymi współpracowałam i będę współpracować (taki mały spojler:P), ale poprosiła bym poszerzyła rozmiarówkę o bardzo duże rozmiary. Jest to dla niej bardzo ważna kwestia i myślę, że to naprawdę słuszna sprawa! Ciekawa jestem co Wy o tym sądzicie! :)

Oprócz motków w paczuszce znalazłam mały upominek, który jest absolutnie przeuroczy! Przypinka ta od razu znalazła się na moim ulubionym woreczku na robótkę (a musicie wiedzieć, że nie ciągnęło mnie do nich nigdy). Kształt, wielkość, wzór i kolor ogromnie mi się podobają! Różowy motek i wszystko jasne: 
 Przypinka od Twill and Print.

Jaki mam plan na te motki? Oczywiście sweter! Przytulny i oversizowy. Więcej nie chcę póki co zdradzać - tak naprawdę projekt jeszcze nie wykiełkował w pełni, chociaż mam w głowie ogólny zarys. Dopiero próbki pozwolą mi zdecydować i obiecuję podsyłać zajawki :)

Wykonywanie zdjęć motków jest czymś, co naprawdę bardzo lubię... przygotowuję się do tego odpowiednio - najpierw odwiedzam moją ukochaną kwiaciarnię, która nie ma sobie równych jeśli chodzi o wybór kwiatów. 
Mają mnóstwo rodzajów i kolorów, w tym rzadkie gatunki, o których nigdy nie słyszałam! Zabieram ze sobą motki, by móc dobrze dobrać kolory :) Potem oczywiście należy przygotować tło i aranżację. Myślę, że mogłabym być florystką bo taka praca sprawia mi mnóstwo przyjemności, chociaż lubuję się raczej w braku ładu, nie lubię gdy wszystko jest równo, symetrycznie ułożone, lubię łączyć nieoczywiste rzeczy czy kolory, dlatego klasyczne bukiety nie są dla mnie. Często po zakupie kwiatów do wazonu, robię w nich przemeblowanie - odwiązuję sznurek czy wstążkę i robię po swojemu. Jestem fanką niestylizowanych bukietów, gdzie panuje chaos i obfitość! Polne kwiaty łączę z różami, trawą, suchymi gałązkami... Dlatego bardzo się cieszę, że Panie w mojej ulubionej kwiaciarni po prostu pozwalają mi pokazywać palcem co chcę i pakują mi wszystko w papier bez zbędnego układania. Wszak do sesji i tak muszę wszystko rozsupłać :) I (o zgrozo) popsuć od czasu do czasu.
Po takiej sesji panuje w pokoju niezły bałagan! Suszone kwiaty się sypią, a niekiedy specjalnie je kruszę :) Zimą zdjęcia w domu mogę robić tylko do południa. I to pod warunkiem, że za oknem nie ma chmur. Wtedy światło jest najlepsze i nie śmiem tego ignorować. Gdy pogoda nie sprzyja... ubieram kurtkę i czapkę i idę robić to samo na balkon :) Chociaż wolę jednak tego unikać, z wiadomych powodów!
 

Czas na pobudzenie wyobraźni i złapanie za druty! Idę parzyć herbatę, siadam na kanapie i oddaję się swojej ulubionej pracy! 

A Was, jeśli lubicie klasyczne, dobre i miękkie włóczki oraz stonowane, dojrzałe kolory, zachęcam do zajrzenia do Amelii i jej wełnianego świata :) 

Pozdrawiam,
Marzena

piątek, 13 grudnia 2019

Wigglytuff

Taki tytuł posta oznaczać może tylko jedno - nowy projekt! Tym razem nie wytłumaczę nazwy, zostawię ją jako niespodziankę dla tych, którzy wiedzą/domyślą się/sprawdzą sami :) Nie jest to nazwa poważna, trochę nie wierzę, że to robię, ale co poradzę, że pasuje idealnie?

Powstawanie tego swetra mogliście obserwować na moim Facebooku czy Instagramie - jego puchatość jest bardzo fotogeniczna, więc nie potrafiłam się powstrzymać i jeszcze zanim zszedł z drutów, miał za sobą kilka mini sesji zdjęciowych :) Przebił wszystko inne co mam w szafie i stał się oficjalnie moim najsłodszym i najbardziej puszystym sweterkiem. Jednocześnie jest bardzo prosty i codzienny, nadaje się do i spodni i do sukienki czy spódnicy, zdecydowanie będzie mi często towarzyszył tej zimy. Wigglytuff jest bardzo ciepły i lekki jak chmurka! Otula i grzeje, czyli robi dokładnie to, co prawdziwy zimowo-jesienny sweter robić powinien. 

Pozując w nim ostatnio do zdjęć wytrzymałam bez płaczu zadziwiająco długo, a należy wziąć pod uwagę fakt, że wiał zimny, przeszywający wiatr (wpływając dość mocno na stan mojej fryzury:)).

Projekt ten jest efektem mojej współpracy z Pauline, właścicielką (i farbiarką) sklepiku Lain'amouree. Jeśli ominął Was post na ten temat, to zapraszam do lektury: klik!

Pauline dała mi wolną rękę przy wyborze włóczek oraz w kwestii projektowania (ale była niezwykle pomocna i wspierała mnie na każdym kroku!), ale wybrane przeze mnie włóczki same prosiły się o coś prostego i niezwykle uroczego, więc nie miałam za dużo do gadania.
Powstało sporo próbek, bo zależało mi na tym by wyłącznie podkreślić urodę tych nitek, a nie starać się je przyćmić. Zaliczyłam też jedno, całkiem dużych rozmiarów, prucie, ale czego to się nie robi dla osiągnięcia wymarzonego efektu :)

No dobra, opowiem więcej za moment, a teraz pozwolę Wam samemu ocenić czy faktycznie jest tak, jak piszę we wstępie! Oto mój nowy sweterek - Wigglytuff!

Za ten kudłaty efekt odpowiedzialna jest Néphélées, która wcale nie ma nic wspólnego z moherem! To połączanie alpaki suri (75%) i jedwabiu. Nitka posiada dość długi i gęsty włosek, dzięki temu dzianina jest niczym chmurka (albo wata cukrowa) - miękka, mięsista i szczelna. Noszona na gołe ciało nic a nic mnie nie podgryza, co ogromnie mnie cieszy, bo póki co mogłam nosić tylko Anatolię od Julie Asselin. Druga włóczka, która użyłam, to Aphrodite, nieziemsko miękka mieszanka baby alpaki, jedwabiu i kaszmiru - tę bazę testowałam już nieraz i moja skóra ją po prostu uwielbia! Obie włóczki były w tym samym kolorze De la tendresse en boutons.
 

Wigglytuff to prosty, delikatnie oversizowy krój, z luźnymi (ale bez przesady) rękawami. Główny element to małe, urocze warkoczyki. Zależało mi na wyeksponowaniu puszystości i koloru, więc postawiłam na słodki minimalizm.

Taki sweter aż prosił się o przytulny, puchaty kołnierz!
 
 

Rękawy sięgają za nadgarstki i tworzą delikatną bufkę nad ściągaczem.
 

Zużyłam na ten projekt praktycznie całą puchatą włóczkę (1200 metrów)! Wymierzone idealnie :) 
 


Bardzo lubię taki prosty, nieopinający i dobrze leżący na biodrach krój. Luz w rękawach i w biuście daje ciepło i wygodę, której bardzo potrzebuję, głównie jesienią i zimą. Można założyć go na sukienkę i nadal się dobrze układa! Moim zdaniem jest niezwykle uroczy :) Ale zrobiony z innej włóczki i innego koloru może nabrać zupełnie odmiennego charakteru. Myślę, że oprócz puchatków, pasują do niego wełny rustykalne oraz gładkie i sprężyste merynosy.
Jestem bardzo ciekawa Waszej opinii! Dziergałyście już z alpaki suri? Jeśli nie, a Wasza skóra toleruje alpaczki, to polecam spróbować! 

Na koniec oczywiście info o teście! Jeśli macie ochotę wydziergać Wigglytuff dla siebie, proszę przeczytajcie uważnie poniższe informacje:

Rozmiary: XS (S, M, L) [XL, XXL, XXXL]
Obwód swetra w biuście: 87 (94, 101, 108) [115, 123, 130] cm, sugerowany luz: 7-10 cm.
Na zdjęciach pokazany rozmiar S, z 8 cm luzu.
Wełna: sweter powstał poprzez połączenie dwóch włóczek: jednej nitki grubości fingering i jednej nitki puchatej włóczki lace.
Lain'amouree Aphrodite (100g/400m): około 744 (784, 908, 1032) [1116, 1200, 1320] metrów
Lain'amouree Néphélées (100g/600m): około 1080 (1140, 1320, 1500) [1620, 1740, 1920] metrów
Druty: 4.5 mm and 4 mm
Próbka: 18 oczek x 26 rzędów- 10 cm x 10 cm, na drutach 4.5 mm ściegiem gładkim po blokowaniu.
Początek testu: 18.12.2019
Koniec testu: 31.01.2020  wydłużam trst do 14.02.2020! :)
Poziom trudności: łatwy
Sweter dziergany jest od góry, bezszwowo, a powstaje w ekspresowym tempie!
Test prowadzony będzie w języku angielskim (wzór oraz cała komunikacja).
Proszę zgłaszajcie chęć udziału wysyłając mi wiadomość mailową z wybranym przez Was rozmiarem, wyłącznie na adres: contact@marzenakolaczek.com
Dziękuję! :)

Pozdrawiam Was serdecznie,
Marzena 

wtorek, 3 grudnia 2019

Sprzęt i narzędzia do szycia, czyli moje minimum do tworzenia ubrań.

Chciałabym dziś opowiedzieć Wam odrobinę o szyciu, a dokładnie o przedmiotach z nim związanych.  

Nowe hobby bardzo często wiąże się z przytarganiem do domu nowych przedmiotów i choćbym nie wiem jak się ograniczała, walczyła i podchodziła do tematu z rozsądkiem i minimalistyczną manią, to po prostu nie ma szans by to przeskoczyć :) Nowa pasja to nowe przedmioty!
Pisałam Wam już niejeden post o dzierganiu, o narzędziach, których używam, o włóczkach i ich ilości, oraz o podejściu do tematu zakupów czy przechowywania tego co posiadam. Czas na hobby numer dwa, czyli szycie! 
Maszynę od szycia dostałam prawie rok temu (pod choinkę) i od razu zaczęłam zabawę w szycie, więc zdążyłam już zgromadzić potrzebne mi akcesoria i narzędzia, przetestować co nieco, wyrobić sobie opinię i znaleźć swoje minimum. Bo to właśnie lubię - mieć dokładnie tyle ile mi potrzeba, nic ponad to. Staram się skupiać na jakości przedmiotów, które posiadam oraz ich praktyczności, nie gardzę więc wymyślnymi narzędziami, które uprzyjemnią i ułatwią mi życie, ale wszystko nabywam z głową, na spokojnie i tylko wtedy gdy jestem pewna, że to jest to, czego mi brakuje. Tak się składa, że w szyciu (moim zdaniem) takich przydatnych rzeczy jest więcej niż w dziewiarstwie, same urządzenia zajmują więcej miejsca niż wszystkie moje włóczki! :)

Nasz mały pokój (klik!), który w przyszłości stać się ma pracownią/domowym biurem, stoi póki co niewykończony i czeka cierpliwie na odpowiednie środki i chęci, ale w obecnym stanie jest wystarczający by pełnić rolę małej "krawieckiej pracowni", gdzie mogę w spokoju bałaganić (te wszechobecne nitki i skrawki czepiające się skarpetek!), rozstawić sprzęt i trzymać w porządku swoje szpargały. Rozkładać wykroje i materiały, ciąć, mierzyć, prasować.

Póki miałam mało rzeczy to trzymałam je luzem w plastikowym pojemniku, ale powoli zaczął opanowywać go chaos, który uprzykrzał mi tylko zabawę. Ogarnęłam pokój, uporządkowałam co trzeba, posortowałam, wyrzuciłam niepotrzebne, nabyłam coś nowego i postanowiłam podzielić się z Wami moim jedenastomiesięcznym szyciowym dorobkiem i sposobem na jego przechowywanie. Wszystko co zobaczycie poniżej to przedmioty, których używam/potrzebuję, jest to więc moje minimum do szycia tego, co Wam od czasu do czasu przedstawiam w postach. Jeśli więc planujecie zacząć przygodę z maszyną to możliwe, że znajdziecie tu odpowiedź na pytanie "co kupić na start". Na koniec zaś wymienię kilka rzeczy, które chciałabym nabyć w niedalekiej przyszłości.

Zacznę oczywiście od maszyny do szycia. Mateusz wybrał dla mnie maszynę Brother BQ17:

Moja opinia o niej jest bardzo, ale to bardzo pozytywna! Ma wszystko to, czego potrzebuję. Jest prosta w obsłudze, cicha (chwytacz rotacyjny), solidna, ale lekka. Posiada wolne ramię, które przydaje się przy szyciu małych obwodów, jak na przykład rękawy.
Mam do wyboru 17 ściegów, ale korzystam głównie z 3 czy 4, więc nie chciałabym obecnie dopłacać za ich większą liczbę. Jest tu też funkcja obszywania dziurek od guzików, z czego często korzystam.
Nie ma nawlekacza, ani automatycznego noża (ma taki malutki nożyk po lewej stronie, co ułatwia odcinanie nici po skończonej pracy) i nie odczuwam ich braku. Korzystałabym z nich, gdyby były, ale naprawdę jest to moim zdaniem zbędny bajer na początek.

Myślę, że cenowo też wypada korzystnie, ale nie jest najtańszym modelem na rynku. Nie chciałam na start drogiej maszyny elektronicznej, bo wydawało mi się to absurdalne na tym etapie. Może za kilka lat, gdy będę chciała wymienić tę obecną z jakiegoś powodu, to się na taką skuszę, ale póki co nie widzę sensu.


Pozostając w temacie sprzętu... 
Pojawił się w moim życiu nowy członek "rodziny", wymarzony i wyczekany - jeszcze nie miał szans wykazać się w większym projekcie, ale już go uwielbiam! Po dziesięciu miesiącach szycia, przytargałam do domu overlocka!

Pozwolę sobie opowiedzieć Wam krótką historię na temat jego zakupu. Jestem dość oszczędnym człowiekiem, lubię wrzucać pieniądze do wirtualnej skarbonki, głównie tej z napisem "podróże". I gdy tylko zbliżają się większe wakacje, to ograniczam wydawanie pieniędzy na nieistotne rzeczy i wpycham ile się da do tej świnki, by później móc poszaleć. Brak oszczędności jest dla mnie stanem nie do przyjęcia.
Nie skąpię jednak ani sobie ani Mateuszowi na codzienne życie czy na tego życia umilacze, ani na zwyczajne domowe wydatki, ale overlock był raczej kaprysem, niż potrzebą, więc mimo że pragnęłam go mieć, to było to wydatek drugorzędny. A na pewno znajdował się daleko w tyle za podróżami! Ale płaszcz zimowy już nie :) Brakuje mi w szafie klasycznego, eleganckiego wełnianego płaszcza, więc zaczęłam się za nim rozglądać i raczej nic szczególnie mnie nie zachwyciło. Ostatecznie zamówiłam jeden z Zalando i był nawet "w porządku", więc z braku lepszej opcji, postanowiłam, że ze mną zostaje. Ale nie wypakowałam go, nie usunęłam metek, tylko schowałam bezpiecznie do szafy, mówiąc sobie, że wyciągnę go wtedy i tylko wtedy, gdy faktycznie mi się przyda - tym samym ostatecznie uznając, że staje się mój. I tak wisiał, i wisiał... i coraz mniej mi się podobał. Aż wpadłam na genialny pomysł! A gdyby tak... go zwrócić (miałam 100 dni na zwrot) i za odzyskane pieniądze kupić tańszą rzecz?:) Taką, która ułatwi mi szycie swojego własnego płaszcza. Ba! Nie tylko płaszcza! I na dodatek sprawi mi o wiele więcej radości niż ten, bardzo średni, płaszcz?
Wiecie, nie dość, że "oszczędzę" to jeszcze będę szczęśliwsza! I kierując się taką pokrętną logiką, tłumiąc wyrzuty sumienia tym sprytnym zagraniem, oszukałam swoje własne poglądy i odczucia i bez skrupułów kupiłam sobie Singera S14-78! 

Maszynę kupiłam w internetowym sklepie Lidla! Jego cena jest, w porównaniu do innych firm, naprawdę niska. Przeszukałam sieć w poszukiwaniu recenzji i znalazłam wiele pozytywnych opinii, nawet od doświadczonych krawcowych. Werdykt był jednogłośny - naprawdę dobry sprzęt robiący swoje, za niewielkie pieniądze. No to zamówiłam! 

Pierwsza maszyna przyszła niestety niesprawna - koło ręczne było zablokowane. Nie było jednak żadnego problemu ze zwrotem. Cóż, zdarza się i tak, miałam pecha po prostu. Zamówiłam szybko kolejną i ta działa bez zarzutu! Pierwsze testy za mną, więc mogę już powiedzieć o niej co nieco. Po pierwsze jest cicha! Oczywiście, w porównaniu z maszyną, którą pożyczałam od Ani. Overlock znany jest z tego, że hałasuje, ale ten mile nas zaskoczył. 

Maszyna wygląda porządnie i solidnie, ma swój ciężar i jest wykończona starannie. Dodatkowo posiada przyssawki, które unieruchomiają ją podczas pracy. Nie ma pojemnika na ścinki, ale Juka od Ani też nie miała, więc nie było to coś, czego jakoś specjalnie pragnęłam. 
Nawlekanie jest bardzo proste, każdy sobie z tym poradzi bez problemu. Jest niewiele kroków do wykonania podczas nawlekania i nie widzę by jakkolwiek wpływało to negatywnie na ścieg. 

Taka mała dygresja... Nieźle się nadziwiłam czytając niektóre komentarze pod recenzjami tego overlocka... bardzo często pojawiało się zdanie "kupiłam maszynę i stoi, muszę się zebrać, bo bardzo boje się do niej usiąść". Chwila... czego się tu bać?! Toż to absurd jakiś! Ktoś kiedyś wmówił kobietom, że na technice to one się nie znają i tak sobie przyjęły to bez słowa i boją się odpalić maszynę do szycia! Ręce opadają... Nowy odkurzacz też czeka na dobry moment, bo strach podłączyć do prądu, złożyć rury i nacisnąć guzik?:) To naprawdę nie jest prom kosmiczny, zapewniam, że każdy da sobie radę.

Do wyboru jest bodajże 12 ściegów - mnie głównie obchodzi overlockowy czteronitkowy, innych póki co nie stosowałam.

Oczywiście posiada wolne ramię czy regulacje nici, noży, docisk stopki itp. Pobawię się tym w przyszłości, póki co testowałam głównie domyślne ustawienia.

Czy overlock to minimum na początek? Nie, i chyba zgodzą się ze mną inni szyjący, ale ja, no cóż, zostałam rozpieszczona. Niemalże od pierwszych dni mojej nauki szycia miałam możliwość pożyczenia maszyny od Ani, więc większość krawędzi zabezpieczałam właśnie na overlocku, a nawet uszyłam na nim prawie całą sukienkę Kielo Wrap (klik!). Nie lubię wykańczać krawędzi na maszynie, jest to wolniejsze i mniej estetyczne. Cieszy mnie też możliwość prostego i szybkiego szycia t-shirtów (głównie dla Mateusza).
Overlock wiele upraszcza i przyspiesza, ale nie jest niezastąpiony. Ja jednak bardzo go chciałam i wiem, że będzie towarzyszył mi podczas każdego szycia. Teraz będę mogła używać go, gdy tylko najdzie mnie ochota, a z Anią z pewnością znajdziemy inny dobry powód na spotkanie się i wspólne picie kawy!

To tyle jeśli chodzi o sprzęty do szycia. Kolejna istotna rzecz to akcesoria. Trochę się ich nazbierało, a że są to głównie rzeczy drobne, to wrzucenie ich wszystkich w jedno miejsce, nieposortowanych i zabezpieczonych, było po prostu nie do przyjęcia. Po Chmurce zostało mi mnóstwo plastikowych pojemników oraz małych pudełeczek, z wyjmowanymi przegródkami, w których kiedyś trzymałam koraliki na markery. Posortowałam wszystko jak należy i obecnie mam tego tyle:

Czyli jeden płaski plastikowy pojemnik, w którym mieści się osiem mniejszych pudełek Wszystko w nich ułożone tematycznie i kolorystycznie :)

 Nici i odpowiadające im szpulki:
 

Oprócz obowiązkowych nici, które kupuję na bieżąco pod dany projekt, oraz porządnych nożyczek do materiału, mam prujkę i nożyczki do obcinania nitek, metr krawiecki, kilka różnych stopek do maszyny (do obszywania dziurek, do wszywania zamków...), igły do maszyny, różne rozmiary igieł do szycia ręcznego, szpilki, w tym zestaw bardzo cienkich szpilek, które nie zagrażają delikatnym tkaninom, trochę guzików i metek, oraz prostą napownicę i napy czy kółeczka kaletnicze, których używałam podczas szycia kurtki. Trochę drobnych rzeczy jak stopery czy końcówki do sznurków czy gumy. Nie ma tego wiele, bo nie kupuję na zapas. Guziki i metki nabyłam w ten sposób, bo musiałam dobić do wymaganej kwoty w zamówieniu, ale wszystko to z pewnością wykorzystam w niedalekiej przyszłości.
 

Takie pojemniki są bardzo tanie i nadają się do wielu rzeczy. Chciałabym mieć jakiś szałowy pojemnik do przechowywania, czy osobną komodę na te wszystkie szpargały, ale póki co muszę poczekać. Więc cieszę się, że zapanowałam nad tym chaosem i przy okazji wykorzystałam to, co miałam pod ręką. Teraz wystarczy kilka sekund by znaleźć potrzebną nić, guzik czy igłę.

Dodatkowo przechowuję próbki tkanin, posortowane według sklepów:

Oraz wszystkie wykroje - te, które już wycięłam pakuję do dużych papierowych kopert i podpisuję, a pozostałe czekają w tubach na swoją kolej. Tak jak już Wam wspominałam, drukuję je w dużych formatach, dzięki czemu mogę od razu wycinać elementy, bez konieczności naniesienia ich na cienki, nietrwały papier. Dodatkowo są tam wszystkie oznaczenia, informacje na temat rozmiarów, sposobu wycinania itp. W przeciwieństwie do wzorów dzierganych, te szyciowe po wydrukowaniu przechowuję w foliowych koszulkach. Rzadko dziergam ten sam wzór, ale z szyciem mam trochę inaczej, więc szkoda tracić papier (obecnie szyję drugą Montaville Muumuu! klik!).

Tkaniny na przyszłe projekty oraz resztki z pozostałych mieszczą mi się w jednym, średniej wielkości pojemniku. Nie kupuję sporo na zapas plus zostawiam tylko konkretnej wielkości resztki. Tak akurat by mogły posłużyć do naprawy albo do wykonania niewielkich rzeczy (na przykład kieszeni w spodniach).

I na koniec zostawiłam jeszcze jeden sprzęt, niekoniecznie do szycia, ale jest dosłownie niezbędny. Nie ma szycia bez prasowania!

Jestem jednym z tych dziwnych ludzi, którzy lubią prasować. To jest mój domowy obowiązek i robię to bez marudzenia. Przez całe swoje życie stosowałam klasyczne żelazko, raczej ze średniej albo niskiej półki. Ot, zwykły sprzęt, bez szału. Podczas szycia takie żelazko spowolniało znacząco pracę, a uważam, że dobre zaprasowanie to już połowa sukcesu. I znowu zainspirowała mnie Ania, u której szyłam wspomnianą wyżej Kielo i mogłam własnoręcznie przetestować jej sprzęt do prasowania. Minęło kilka miesięcy i taki sam model znalazł się w moim domu, pomagając nie tylko w szyciu, ale i przyspieszając znacząco moje weekendowe domowe obowiązki. Mowa o generatorze pary! (Mateusz ochrzcił go Naparzacz).

Genialny wynalazek! Uwielbiam go i nie wiem jak mogłam tyle lat prasować klasycznym żelazkiem (i całkiem to lubić!).

Co jest takiego fajnego w tym urządzeniu? Moim zdaniem ma sporo zalet i jedną z najważniejszych jest ekspresowe prasowanie. Wystarczy jedno przeciągnięcie żelazka, a niekiedy wystarczy tylko wyprasowanie jednej strony (para przechodzi z łatwością na wylot:)). Trzeba tylko uważać na palce - nie można beztrosko poprawiać ubrań podczas prasowania, bo para może nas poparzyć. 
Gdy chcę zaprasować krawędź w ubraniu, które szyję, to wystarczy że położę żelazko i nacisnę guzik. Nie trzeba się martwić przypaleniem - możesz zostawić je na materiale i pójść gotować obiad. Nie dość, że nic się nie stanie, bo tu powłoka się nie nagrzewa (jest tylko ciepła od wypuszczanej pary) to jeszcze urządzenie samo się wyłączy jeśli jest nieużywane przez pewien czas. To jest wielka zaleta dla ludzi z natręctwami (czyli dla mnie!). Koniec z myślami "czy wyłączyłam żelazko?!". 
Nie wiem tylko kto wymyślił ten kolor... przecież różowy były lepszy!

Dokupiłam do kompletu deskę, z półką na stację parową, odpowiednim wypełnieniem pod tego typu urządzenie i gniazdko. 

I to tyle, jeśli chodzi o rzeczy, których używam do szycia. Co chciałabym jeszcze mieć i planuję w przyszłości zakupić? Sprzętu póki co nie mam w planach, w głowie mam głównie rzeczy niewielkie. Na przykład stopkę do powijania krawędzi! Nie lubię tego robić, zwłaszcza gdy podwinięcie ma być cieniutkie. Chciałabym też nóż/przecinak do tworzenia dziurek na guziki. Nie wiem jak to się nazywa dokładnie:) Gdy materiał jest cienki to prujka daje sobie świetnie radę, ale grubszy materiał, z dodatkową warstwą flizeliny, wyprowadza mnie w takim momencie z równowagi. Magnes do szpilek, oraz jakaś urocza poduszeczka to kolejne pierdółki z listy. Póki co moje szpilki raz trafiają do pojemnika, a raz lądują na stole albo pod stołem. Na pewno kupię też matę do wycinania i taki okrągły nożyk do cięcia tkanin. Zapewne, gdy zapragnę uszyć wełniany płaszcz, kupię... prasulca! Rany, kocham to słowo :) To taka poduszka do prasowania. Z takich mniej potrzebnych, ale ułatwiających szycie gadżetów, jest jeszcze "maszynka" do składania lamówki.

Wszystkie te rzeczy nie są wymagane na start, ale z pewnością ułatwią pewne sprawy. Teraz wiem, że szycie mnie wciągnęło na dobre, wiec nie żal mi będzie wydać pieniądze na te wszystkie gadżety.

Co sądzicie? Overlock czy jednak dajecie radę bez? A może macie jakieś fajne akcesoria do przyspieszenia pracy? Dajcie znać!

Pozdrawiam,
Marzena