wtorek, 1 września 2015

Toruń

Już pewnie większość z Was słyszała co działo się w Toruniu 22 sierpnia:). Nie mogłam sobie odpuścić takiego zjazdu! Zapakowałam kawałek Chmurki, wzięłam Mateusza, oraz dwóch znajomych - Michała i Monikę (oboje dziergać potrafią, a Monika dzierga sama, bez przymusu:)) i pojechaliśmy na weekend do Torunia. Przy okazji chcieliśmy pozwiedzać i odpocząć.
Zdjęć mam niewiele, bo nie miałam kiedy ich robić! Było tyle interesujących, przesympatycznych osób, tyle do pomiziania, pooglądania, pokazania, że dopiero w połowie przypomniało mi się, że wzięłam aparat.
Nie będzie szczegółowej relacji z drutozlotu, bo nie da się tego opisać:). Musicie mi wierzyć na słowo, że było przecudownie!

Na spotkanie poszłyśmy w trójkę - Ja, Monika, i Monika z bloga creativeparuparo.blogspot.com. Wcześniej wybraliśmy się wszyscy na obiad, ale nawet nie dałam rady zjeść małej porcji, bo myślami byłam już w kawiarni.
Hania wybrała miejsce idealne - cały taras był do naszej dyspozycji. Dużo miejsca, miejsc siedzących, pyszne jedzenie i nawet pogoda dopisała. Poniżej Chmurkowa miejscówka:
Dopiero po dobrej godzinie, jak nie dwóch, dziewczyny zasiadły i zaczęły dziergać. Wcześniej było jedno wielkie szaleństwo - powitania, rozmowy, oglądanie motków i udziergów.

Nawet nie wiem ile nas było. Ale było dużo! Zdecydowanie trzeba to powtórzyć!!! :)

Przed spotkaniem oraz w niedzielę wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Najbardziej podobał mi się skansen (muzeum etnograficzne), bo uwielbiam takie swojskie klimaty, oraz pieczenie pierników.


 Poniżej udokumentowane nasze "wredne" poczucie humoru. Czyli jak naszym zdaniem wygląda się podczas "podtrzymywania" wieży :)

W niedzielę spotkaliśmy jeszcze dziewczyny i razem wybraliśmy się do meksykańskiej knajpy na pyszny obiad:
Od lewej: Beata, Paula, Ja, Monika, Renata, Asia, Monika.

Aż nie chciało się wracać:). Pocieszam się tym, że dziewczyny już coś wspominały o następnym spotkaniu. A do tego w planach mam spotkanie z Paulą - koniecznie muszę wybrać się do Warszawy!

Pozdrawiam, Marzena

piątek, 14 sierpnia 2015

Balkonowe dzierganie i spotkanie dziewiarskie. No i burza na dokładkę.

Pisałam w ostatnim poście coś o zminimalizowaniu ryzyka prucia, prawda? No i sprułam:). Ale nie dlatego, że coś się jednak nie udało, że obliczenia czy wykres był nie tak. Nie. Normalnie w świecie zmieniłam zdanie. Ale teraz to co mam w głowie podoba mi się o wiele bardziej, jest bardziej "moje", w tym konkretnym Marzenowym stylu. 
Ostatnio przyszła do nas niewielka burza i trochę deszczu (dzięki Lucja!). Nie sprawiło to niestety, że temperatury spadły poniżej 30, ale przynajmniej jedna noc była względnie przyjemna. Za to zerwał się wiatr, który przyjemnie chłodzi. Korzystamy więc teraz z naszego jeszcze w ogóle nie zagospodarowanego balkonu (już mam na niego plan!), by popołudniu i wieczorem trochę się zrelaksować. Rano jest to niemożliwe, bo okna wychodzą nam na wschód.
Ja oczywiście z drutami w rękach:
Siedzimy prawie że na ziemi, ale kto by się tym przejmował kiedy na dworze tak miło zawiewa? Kiedy ma się widok na pole kukurydzy i można choć przez chwilę oderwać się od natłoku zajęć i obowiązków?

A w przyszły weekend czeka nas (mnie i Mateusza, a także dwójkę naszych znajomych - w tym jedną początkującą dziewiarkę!) wycieczka. A celem naszym jest Toruń, gdzie 22 sierpnia, na rynku, spotkać się mają szalone dziewiarki z całej polski (i nie tylko!). Wybieramy się tam na cały weekend bo w planach jest też zwiedzanie i odpoczynek. I nie będę ukrywać, że właśnie to spotkanie ekscytuje mnie najbardziej! Jej! Tyle cudownych osób w jednym miejscu! Jakbym mogła to przegapić? Przyznać się - kogo spotkam w przyszłą sobotę?

A na koniec, odrobina burzy, dla tych co się jej doczekać nie mogą. Nie polowaliśmy zbyt często na takie ujęcia, i dotąd nigdy nam się nie udało. Aż tu Mateusz upolował...


Pozdrawiam,
Marzena

wtorek, 11 sierpnia 2015

Pracowite lenistwo

Chyba nie ma w tym momencie miejsca w Polsce, gdzie ktokolwiek narzekałby na zbyt niską temperaturę. Co wieczór spoglądam za okno by poszukać chmur, które zwiastowałyby deszcz. Powoli przestaję też żałować, że nie mieszkam już nad morzem (kto wie, może jeszcze to się uda:)) i staram się jakoś do tych temperatur przyzwyczaić, jakoś z nimi oswoić, chłodzić się na inne sposoby niż wskakiwanie co chwilę do chłodnego morza. Wolę o nim nie myśleć, bo po co psuć sobie nastrój?

Włączamy wentylator, zasuwamy rolety i pijemy ile się da, oczywiście "zmrożone" odpowiednio. Mam dla Was przepis (to za duże słowo) na coś innego do picia, coś orzeźwiającego i smacznego:).

Mrożona herbata wcale nie jest jakąś nowością, ale ten sposób parzenia dla mnie na pewno. Kupiliśmy w naszej ulubionej Usteckiej herbaciarni herbatę, którą przygotowuje się wyłącznie na zimno. Wsypujemy do dzbanka/słoika, albo do dzbazonu (neologizm wymyślony przez Mateusza by nazwać naczynie na zdjęciu) odpowiednią ilość suszu i zalewamy zimną wodą. Potem przez 4 godziny musi postać takie coś w lodówce, a następnie... pycha! Każdą herbatę i każdy susz owocowy (np. ten który obecnie dostajecie od Chmurki w prezencie:)) można tak przyrządzić. Tylko z tą różnicą, że herbaty, które nie są typowo przeznaczone do zalewania zimną wodą, muszą postać w lodówce o wiele dłużej. Wystarczyć wstawić je wieczorem i rano już możemy pić!

Myślę, że to fajna alternatywa dla wody/soku/napojów. Zwłaszcza te susze, z leśnych owoców, bo mają kwaskowy smak i nieźle sprawdzają się podczas upałów (dla mnie to już nie upał, dla mnie to Mordor).

Czemu pracowite lenistwo? Może jednak leniwa pracowitość? Leniwa bo wszystko robię w spowolnionym tempie. By mieć więcej energii potrzeba mi jakieś 10 stopni mniej:). Wszystko jakoś tak spokojniej, bez pośpiechu. Ale za to pracy mamy bardzo dużo! I ten rok (i pól przyszłego) dokładnie taki będzie. Wiadomo - praca, ale do tego kontynuacja urządzania mieszkania. Jesteśmy już o krok od zakupu stołu, krzesła czekają aż je pomalujemy (wiecie, nic nie może być ot tak, zwyczajne, musimy wprowadzić trochę szaleństwa w kącik jadalny:)). Kanapa została wybrana, co jest niezłym sukcesem bo obejrzeliśmy ich chyba z tysiąc i żadna nam się nie podobała (albo była ładna, ale niewygodna). 

A do tego kosmetyczne prace wykończeniowe, czyli wiercenie, gładzenie, malowanie, kładzenie listew przypodłogowych itp. Jako że u nas partnerstwo osiągnęło poziom maksymalny, co zdecydowanie nam się podoba, robię wszystko to, co teoretycznie nazywa się "męską robotą". I dobrze mi z tym!

A przed nami kolejne, ale jakże piękne przedsięwzięcie. Odkąd prawie 6 lat temu spojrzeliśmy sobie w ten wyjątkowy sposób w oczy i wzięliśmy się za ręce, wiedzieliśmy od razu, że ten dzień nastąpi. Wiedzieliśmy, że musi być najpiękniejszy, nietypowy, że musimy mieć na to odpowiednie środki, bo chcemy zaplanować wszystko sami od początku do końca. Teraz możemy i właśnie zaczynamy!:) Przed nami mnóstwo pracy by wcielić to wielkie marzenie w życie, ale razem można wszystko, prawda?

Mimo wielu zadań dziergam, bawię się i wymyślam. Kiedy potrzebuję pomocy w kwestii koloru, kroju, czy omówienia pomysłów, kieruję się do Mateusza. Tym razem potrzebowałam pomocy w przeliczaniu oczek, bo miałam pewien pomysł, a niekoniecznie sposób (nie potrafiłam sobie tego dokładnie wyobrazić). No i mój "mózg" w chwil parę, używając arkusza kalkulacyjnego i wykresów narysował mi mój sweter! A jak mi coś nie pasowało z dekoltem to pozmienialiśmy liczby i mogłam od razu śledzić jak to się będzie układać. Czyżby odnalazł się idealny sposób na zminimalizowanie ryzyka prucia i poprawiania? :)
Pozdrawiam Was ciepło i lecę dziergać!
Marzena

niedziela, 9 sierpnia 2015

Lumberjack!

Masz w domu prawdziwego mężczyznę? Na pewno takiego masz! A prawdziwy mężczyzna potrzebuje prawdziwie męskiego swetra! A taki jest Lumberjack! Ale musisz uważać... noszenie tego swetra czyni go bardziej atrakcyjnym. Miej go na oku:).

Lumberjack jest już dostępny w moim sklepiku na Ravlery:

A opracować wzór pomogły mi cudne testerki! W tym trzy Polki, które wykonały super robotę! Asia, Agnieszka z magicloop i Marta. Dziewczyny - dziękuję wam bardzo! Mam nadzieję, że wiecie jak bardzo mi pomogłyście? Współpraca z Wami była wręcz idealna. Mam nadzieję, ze zaraz pokażecie światu Wasze prawdziwe męskie udziergi?

Pozdrawiam ciepło!
Marzena

czwartek, 30 lipca 2015

Endearment

Kilka dni temu wróciliśmy z trzytygodniowego urlopu w Ustce. Mimo że Mateusz nie musiał chodzi do pracy i leniwie spędzaliśmy każdy poranek, mimo że plażowaliśmy w każdych możliwych warunkach, czytając, dziergając czy pływając, mimo słodkiego, totalnego nic nie robienia, cieszę się, że jesteśmy już w domu. Urlop był zdecydowanie udany! Cudownie było odpocząć, ale tak już się udomowiliśmy na nowym, że zaczęłam już trochę tęsknić. Do domu i do naszej cudnej codzienności:).

Nie udało mi się skończyć w Ustce sweterka (taki był plan), ale to nic! Powoli, bez pośpiechu skończyłam go w tym tygodniu, wyprałam, zblokowałam i zabrałam na sesję.

Dawno już nie zrobiłam sobie nic "przy ciele", taliowanego, a zwłaszcza ażurowego. Zmusiły mnie do tego dwie rzeczy. Pierwsza to brak jakiegokolwiek sweterka z dłuższym rękawem do sukienki. A druga to zachwycenie się pewnym sweterkiem Hani Maciejewskiej.

No to mam i ja. Mój własny, turkusowy - Endearment!

Endearment ma w sobie coś niepowtarzalnego! Mankiety mnie zauroczyły... Tak samo wykończony jest tył:

Użyłam Jilly od Dream in Color, w kolorze Brilliant. Wzięłam większe druty (3,5mm) bo przy moim ciasnym dzierganiu singiel mógłby za mocno się zbić, a chciałam by było lekko i zwiewnie. Motki mieszałam tylko na początku, ale okazało się to niepotrzebne, więc przestałam się tym martwić na wysokości pach.

Ach! Brakowało mi tego koloru w szafie!


Bardzo podoba mi się plisa na guziki. Niby nic wielkiego (Haniu to jest komplement!:)), a jak cudnie wygląda - idealne rozmieszczone guziki i ten lekko zawijający się brzeg...

 Życie jest zbyt piękne by tracić czas na poprawne zapinanie guzików!
Trochę detali...

Teraz czas wziąć się za lawendowe szarości, które pokazywałam w poprzednim poście... W końcu zdecydowałam się na dwa z czterech ozdobników, które chciałam umieścić w moim nowym projekcie. To był trudny wybór, ale przyszła pomoc i już wszystko jasne. Biorę się za niego:)
A Wam na do widzenia puszczam oczko!


Pozdrawiam ciepło,
Marzena

sobota, 18 lipca 2015

Prawie bez słów

Plażujemy, zwiedzamy, dziergamy, czytamy, planujemy, no żyjemy!:)

W trakcie...
 ...i w planach - Piccolo od Julie Asselin w kolorze Boucanier.

Miłej nocy Wam życzę!

sobota, 11 lipca 2015

Color Affection

Pokażę Wam dziś moją pierwszą (taką dużą) i ostatnią chustę - przynajmniej na razie - która od początku do końca jest jakaś taka... inna:).
Na wstępie prośba. Proszę się ze mnie nie śmiać!

Chustę Color Affection autorstwa Veery Välimäki zaczęłam jakoś chyba na początku roku. Nigdy nie zabrałabym się za chustę, gdyby nie brak wełny (leciała do mnie dopiero zza oceanu) i głupi pomysł, że fajnie mieć tak na wieczory coś do zarzucenia na ramiona. Ja chustowa/szalowa nie jestem wcale, szalik noszę tylko zimą. Ale lubię mieć kocyk na pleckach gdy zaczyna być chłodniej. No to się zabrałam. Najpierw sprułam Vectora, szalik, który początkowo był robiony z tej włóczki, ale w połowie się znudziłam, a poza tym jakiś taki za wąski wychodził. Zanim przyszła wełna (i wena) dziergałam go dzielnie, ale jak już doszłam do miliona oczek na drutach, i wyobraziłam sobie ile ich będzie jak z każdym rzędem będę dodawać nowe, to szło mi coraz gorzej. To jakaś dziwna sprawa jest, bo ja uwielbiam duże projekty. Ale to była chusta! A ja nie znoszę ich dziergać... Taki uparciuch ze mnie. Chustę odłożyłam i już wiedziałam, że jej nie dokończę. Dlaczego? Bo ja nie mogę i nie potrafię i nie lubię mieć więcej niż jednej robótki na drutach. Jeśli coś odkładam to dlatego, że już tego nie chcę. W innym wypadku nie mam sumienia i żal mi - lubię zacząć i skończyć za jednym zamachem. 

I wydarzyła się rzecz niesamowita! W poprzednim tygodniu przyjechali do Nas, do Wrocławia rodzice Mateusza. I akurat na drutach (u Danonk) była chusta, która dała jej nieźle w kość - a raczej ciągły problem z ilością wełny. Wychodzi na to, że dobrze mieć towarzysza niedoli, tak więc zostałam w pewien sposób zmuszona do uporania się z moją "zmorą". Poza tym po kilku dniach jechaliśmy razem do Ustki, więc była to robótka idealna (ekhem) do samochodu, jako że to same prawe oczka są. Odłożyłam więc sweterek, którego w aucie za chiny bym nie ogarnęła (uroki choroby lokomocyjnej i ażurowego wzoru) i zabrałam chustę na wakacje. Na aucie się nie skończyło, musiałam ją dziergać przez następnych kilka dni na plaży.

No i tu zaczyna się wariactwo. Cuda wianki. Cyrk na kółkach.

Oczywiście robiłam źle! Nie aż tak źle, by trzeba było pruć, ale zdecydowanie wydłużyłam sobie robotę. Zamiast robić kolejne rzędy skrócone co 3 oczka, to ja robiłam co 2. Niby jedno oczko prawda? Ale jak się ma 300 oczek, a w każdym rzędzie dodaje się 2 lub 3 oczka... no, widzicie sami. Postanowiłam oszukać i ostatnie rzędy zrobić już jak trzeba (to było jakieś parę rzędów mniej do dziergania!!!). 
No ale łatwo być nie może - wełna postanowiła się skończyć! Więc dół mam pstrokaty, a ostatni pasek zamiast mieć 5 cm ma tyle na ile wystarczyło włóczki.
Podsumowując: nic tam nie jest jak trzeba:), ale cieszę się ogromnie, że ją skończyłam! Zdjęcia oczywiście robił Mateusz.



Nie jest to kolorystyczny cud świata, bo wełna nie była kupowana pod ten projekt. Wymyśliłam na szybko układ kolorów i już. Cieszę się, ze wyszła taka niezobowiązująca, neutralna i skromna. Nie będzie mi żal targać ją wiecznie na taras/do ogrodu/na pole na spacer.

Włóczka to Arwetta Clasic od Filcolany. Miękka, delikatna i świetnie znosząca użytkowanie i pranie. Bardzo ją lubię!

Na koniec jeszcze trochę żali. Znowu mam dwie robótki na drutach! Bo zaczęłam gruby sweter i stwierdziłam, że lato jest i chyba coś do sukienki by się jednak przydało... no i masz babo placek. Już nigdy więcej tak nie zrobię. Jak Wy dajecie radę dziewczyny?

Pozdrawiam,
Marzena