środa, 1 kwietnia 2020

Nie ma sensu się nudzić

W jakiej sytuacji się znaleźliśmy wszyscy dobrze wiemy. Nie ma potrzeby tego tłumaczyć we wstępie, więc przejdę od razu do rzeczy przyjemnych :) Mimo stresu i niepokoju staram się żyć normalnie i produktywnie "tracić" ten obowiązkowy czas w domu. Sytuacja jest nieprzyjemna, owszem, ale dlaczego nie wyciągnąć z niej tyle ile się da?

W ciągu tygodnia zyskaliśmy kilka dodatkowych godzin, które wcześniej przeznaczaliśmy na dojazdy/wyjścia na krótki spacer/spotkania towarzyskie. Weekendy zaś są tego dodatkowego domowego czasu pełne po brzegi! Oj, to może frustrować... ale gdy się postaramy i zmobilizujemy, możemy tę frustrację przekuć w coś sensowego. Po wszystkim będziemy nie tylko czuć ulgę, ale i satysfakcję (ha! ale udało mi się zrobić w tym czasie!). I czas jakby szybciej płynie gdy mamy pełne ręce roboty... A i głowa jakby mniej zajęta myślami...  Jeśli więc macie obecnie nadmiar czasu i nie wiecie co z nim zrobić zapraszam do lektury!

Pomyślałam, że przygotuję dla Was listę z "ulubieńcami", a dotyczyć będą przeróżnych kwestii, wiec mam nadzieję, że każdy będzie mógł się odrobinę zainspirować. Co Wy na to? 


Poczytaj
Czy to nie jest jedna z przyjemniejszych opcji "tracenia" czasu? Możesz położyć się na kanapie, uchylić okno, by wpuścić do domu odrobinę tego pięknego wiosennego zapachu, zaparzyć herbatę i czytać wciągającą powieść od śniadania do obiadu. Dla mnie brzmi świetnie!
Z przyjemnością podzielę się z Wami kilkoma ciekawymi pozycjami z mojej domowej biblioteczki :) 

Dan Simmons "Terror". Przeczytałam tę książkę ponad rok temu i jest jedna z moich ulubionych powieści! To wciągająca, niepokojąca historia wyprawy badawczej mającej miejsce w XIX wieku, która dzieje się daleko na północy, w skutych lodem przesmykach Archipelagu Arktycznego.

Donna Tartt "Tajemna historia". Ok, lubię wszystkie powieści tej autorki, ale "Tajemna historia" jest chyba na pierwszym miejscu. Donna jest świetną pisarką i potrafi proste rzeczy opisywać w niebywale umiejętny sposób. Czyta się lekko, chociaż historia do takich nie należy. Nie znoszę spojlerów, nie powiem Wam o czym jest! Ale jak się Wam nie spodoba to możecie wrócić z pretensjami :)

Jacek Dukaj "Inne pieśni". Po przeczytaniu "Hyperiona" i "Ślepowidzenia", odkryłam, że powieści fantastycznonaukowe są tym czego mi brakowało w moim książkowym życiu. Mateusz zapełnił nasze regały dobrymi pozycjami z tej kategorii, ale żeby przeczytać tą absolutnie najlepszą, musiałam
użyć czytnika (którego używamy głównie na wakacjach). "Inne pieśni" przeczytałam w Azji, nie mogąc oderwać oczy i myśli. Genialna koncepcja, genialna historia, świetne pióro. Polecam, nawet jeśli nigdy nie sięgacie po sci-fi!


Pograj
Myślę, że każdy powinien dać szansę dobrej grze komputerowej. Nieważne co ogólnie o nich myślisz, (to nie dla mnie/nie w tym wieku/co za głupoty/marnowanie czasu) po prostu spróbuj, choćby jeden raz! Można mieć różne wyobrażenie tego czym gry komputerowe są, ale jeśli nie sprawdzimy tego na własnej skórze, nadal pozostaje to tylko wyobrażeniem :) 
Gatunków gier jest mnóstwo, a samych gier miliony. Od oglądania TV różnią się tym, że praktycznie wszystkie angażują Twój umysł. Jaką jego cześć to już zależy od gatunku. Przyznam, że nie żałuję żadnej godziny mojego życia spędzonej w świecie gier. Strategie nauczyły mnie taktycznego myślenia, MMO podstaw angielskiego, gry logiczno-przygodowe łączenia faktów i dedukcji, platformówki precyzji, a RPG pozwoliły "być" w książce, a nie tylko ją czytać, stać się bohaterem, a nie tylko śledzić jego losy... A co najważniejsze, każda z nich daje sporą dawkę zabawy. To co? Dacie im szanse? :)

Polecę Wam dziś kilka naprawdę dobrych gier, które są moim zdaniem dla każdego. Bez względu na to czy to będzie Twój pierwszy raz czy tysięczny.

Return of the Obra Dinn. O rany. Najlepsza gra logiczna w jaką kiedykolwiek grałam! Powraca statek, który zaginął wraz z całą załogą. Rzecz w tym, że pokład jest zupełnie pusty... Musimy ustalić jaki los spotkał każdą z 60 osób - jak zginął/zaginął, kto mu w tym pomógł i dopasować nazwiska do fotografii. Trudna, wymagająca, niesamowicie wciągająca gra, z ciekawą mechaniką i grafiką.


Overcooked i serie gier Lego (moja ulubiona to Indiana Jones!). To są świetne gry towarzyskie! Zapewnia, że będzie mnóstwo śmiechu i niemałe wyzwanie by przejść kolejne poziomy. Potrzebujecie tylko gamepadów i chętnej osoby do grania :)

Heroes of Might and Magic. Klasyka! :) Strategiczne gry turowe, które nie są zbyt skomplikowane, ale gra się w nie naprawdę dobrze (można grać całą rodziną!). Budujemy swój zamek, zwiedzamy świat zbierając po drodze zasoby, toczymy bitwy i podbijamy zamki. Najpopularniejsza jest cześć trzecia, a ja bardzo lubię też piąteczkę. Różnią się grafiką znacząco:

Polecam Wam również dowolną grę od Amanita Studio! Grałam w Machinarium, Botaniculę, Chuchel i jedną część Samorostów. Piękna grafika, przesłodkie dźwięki i postacie, sporo zagadek i proste sterowanie.

Ok, z "wyższej półki", jeśli gry komputerowe nie są Wam obce, to absolutnie całą sobą polecam serię Wiedźmin. Gdybyście tylko wiedzieli ile godzin spędziłam w tym świecie... ;)
Wiedźmin to gra RPG (role-playing game), w której wcielacie się w Geralta, szkolicie się w walce i innych technikach, poskramiacie potwory, gracie w gwinta, prowadzicie dialogi (nie rzadko musząc podjąć bardzo istotne decyzje, które wpływają na świat w grze i relacje z innymi postaciami), robicie sporo arcyważnych zadań albo absolutnie nieistotnych, ale wyjątkowo śmiesznych rzeczy. Ja jestem wielką fanką książek, więc możliwość osobistego "przejścia" przez scenariusze, historię i wątki (i walki!) była dla mnie wyjątkowo ekscytująca. Żałuję, że już zagrałam, bo chciałabym raz jeszcze!



Może to Was zachęci? ;) W trakcie jednej scenki gra postanowiła przypomnieć mi, że mam sweter do skończenia...


Pograj raz jeszcze
Tym razem w planszówki! Mamy sporą kolekcję gier planszowych, w wiele innych mieliśmy okazję pograć i myślę, że mogę polecić Wam kilka ciekawych pozycji.

Świetne gry dla dwóch osób: Rój, Jaipur, Zaginione Miasta, Innowacje i naprawdę wymagająca czasu i uwagi (ale świetna!) Zimna wojna.

Gry rodzinne: Smallworld, Tajemnicze domostwo, Carcassonne, 6 bierze.

 
Obejrzyj
Ok. Ten temat zasługuje na osobny post (mielibyście ochotę?), jako że ten temat bardzo mnie interesuje. Oglądanie filmów nie jest dla mnie zwykłym zapychaczem czasu. Traktuję je poważnie i szukam w nich czegoś więcej niż tylko ruszających się obrazów i głośnych dźwięków. Jest kilka takich filmów, które w ostatnim czasie wywarły na mnie ogromne wrażenie i z przyjemnością polecam każdemu kto tylko ma ochotę mnie słuchać :) Macie? Jeśli tak, to poniżej znajdziecie listę filmów, które widziałam w przeciągu roku czy dwóch i które są moim zdaniem godne uwagi! Nie powiem o czym są, nie czytajcie o nich za wiele, po prostu spróbujcie:
  1. Portret kobiety w ogniu. Mój absolutny faworyt w zeszłym roku. Chłonęłam go wszystkimi zmysłami. To musi wystarczyć...

  2. Girl. Gdyby nie "Portret.." to właśnie ten film byłby na szczycie. Znajdziecie go na HBO GO! Nie jest to lekkie kino. Porusza problem, który (jak sądzę) spora część społeczeństwa nie dostrzega, rzadko się o tym mówi, a bardzo często piętnuje. Obejrzyjcie koniecznie. 

  3. The Lighthouse. Niepokojący, psychologiczny horror (nie ma to nic wspólnego z typowo amerykańską definicją horroru:)), pełen świetnych czarno-białych ujęć, co pozwala nam dostrzec znacznie światła i cienia. Ten film nie poda nam swojego sensu na tacy, będzie sporo niejasności, odniesień do mitów i baśni, metafor, dialogów rodem z szalonego snu. A, i nie można zapomnieć o umiejętnej grze aktorskiej Willem Dafoe i Robert Pattinsona!

  4. serial Wielkie kłamstewka. Mało który serial dostępny na HBO czy Netflixie mi się podoba, ale ten był totalnym zaskoczeniem!

  5. Listopad, ale podaję go tylko jako ciekawostkę, jeśli podobnie jak ja lubicie dziwne, niesztampowe kino :). Wychodzi poza ramy, śmieszy i zadziwia. Tak, to naprawdę ciekawa produkcja, która na długo zostanie w mojej głowie. Też jest dostępny na HBO (który moim zdaniem jest o kilka poziomów wyżej niż Netflix, ale tak wiem, to temat na inny post:))
Naucz się czegoś nowego
No bo... czemu nie? Mamy teraz sporo czasu (a przynajmniej więcej niż zazwyczaj), wiec wydaje mi się, że jest to idealny moment by zacząć nową pasję! Jeśli ciągle odkładaliście naukę szycia lub dziergania, to może teraz jest właśnie idealny moment by się tym zająć? Oj, no co Wam szkodzi! Każde kolejne hobby to dodatkowa dawka szczęścia i przyjemności w życiu :)
Posprzątaj
Tak właśnie. Polecam sprzątanie! Tych miejsc, które na co dzień odpuszczacie, bo ciągle brakuje czasu. Jeśli zrobisz to teraz, w trakcie izolacji, nie będziesz musieć sprzątać gdy wypuszczą nas z domu! Dla mnie ekstra! Wiosna za moment na dobre rozgości się w parkach, lasach, na łąkach czy plażach i komu w głowie będzie przeglądanie ubrań czy mycie okien? A może jakieś mini naprawy czekają od miesięcy by się nimi zająć? Czym więcej zrobisz teraz tym większy luz (fizyczny i psychiczny) będziesz mieć później. A w wysprzątanym, czystym, poukładanym mieszkaniu siedzi się jakoś lepiej ;) 

Poćwicz
I zrób to koniecznie, bo izolacja nie sprzyja ruchowi. Dla nas brak możliwości wyjścia na trening jest bardzo trudny do zniesienia i martwiliśmy się, że po kwarantannie nasza forma zwyczajnie spadnie. Na szczęście nasz trener codziennie wrzuca treningi, które możemy wykonać w domu bez sprzętu i obciążenia. Jeśli lubicie intensywny wysiłek to spróbujcie na przykład tego (jeśli nie znacie ćwiczenia, sprawdźcie najpierw jak je wykonać na YouTube):
(trening pochodzi z Bridge Nation CrossFit klik!)
Pierwsza i druga sekcja to rozgrzewka. Wykonujecie przez 30 sekund pajacyki, następnie 30 sekund skip A, na koniec mountain climbers (patrz YouTube) i macie 30 sekund przerwy. Robimy w sumie trzy serie. Potem przechodzimy do drugiej części rozgrzewki, czyli 3 razy po 15 przysiadów i 3 razy po 15 sekund w pozycji krzesełka przy ścianie (ja wolę używać drzwi, by nie pobrudzić ściany). Chwila na oddech i można robić trening docelowy. Można wybrać wersję trudniejszą i łatwiejszą, ale łatwa wcale nie jest taka prosta! W obu przypadkach ćwiczymy pełne 20 minut. W pierwszej minucie wykonujemy w sumie 40 lub 30 sekund krzesełka, a następnie odpoczywamy do pełnej minuty. W kolejnej minucie należy wykonać 40 lub 30 przysiadów i pozostały czas do końca minuty odpoczywamy. I powtarzamy to w sumie 10 razy (czyli 20 minut). 
Dostępnych treningów jest już mnóstwo, a każdego dnia pojawia się coś innego. Ćwiczymy przynajmniej trzy razy w tygodniu, za każdym razem wykonując inny workout by angażować wszystkie partie ciała. 
Jeśli nie uprawiasz sportu to, podobnie jak z zaczęciem nowego hobby, teraz jest naprawdę dobry moment by zacząć. Nie będziesz się nudził i zadbasz o zdrowie i odpowiednią dawkę ruchu! :)

Podziergaj
No oczywiście! Nadrób zaległości (wykończ w końcu te rękawy!), nabierz oczka na coś nowego, albo popróbuj nowych technik. Nikt Ci teraz nie powie, że nie można cały dzień tylko dziergać :)
Dajcie znać czy którakolwiek z rad przypadła Wam do gustu i planujecie wcielić ją w życie.
Pozdrawiam Was serdecznie! Trzymajcie się.
Marzena

środa, 11 marca 2020

"Opuntia" (raz jeszcze!)

(Wstawiam post raz jeszcze. We wcześniejszym były problemy z wyświetlaniem zdjęć. Mam nadzieję, że teraz wszystko działa :))

By zrobić te zdjęcia musieliśmy się nieźle napocić, szczególnie Mateusz. I to dosłownie! 

Korzystając z pięknego, niemalże już wiosennego słońca oraz świetnych nastrojów, zaraz po podwójnej dawce pysznych ciast i kawy z okazji Dnia Kobiet, ruszyliśmy do Wrocławskiego Ogrodu Botanicznego, który, chyba ze względu na brak mrozów, pozostał wyjątkowo otwarty dla zwiedzających w trakcie zimowych miesięcy. Miałam przeczucie, że znajdziemy tam dobre tło dla mojego nowego projektu...

Cóż, miałam rację :) Od dłuższego czasu planowałam zrobić sesję w jednej z ich szklarni, ale czekałam na odpowiedni moment! Wszak sceneria i projekt muszą do siebie pasować, prawda? Okazało się, że Opuntia, mój nowy sweter, czuje się w kwiecistych alejkach wyśmienicie - zdjęcia wychodziły niemalże same (absolutnie nie umniejszam zdolności mego męża:)), popołudniowe słońce zagrało pięknie na szklanych sufitach, nadając roślinom intensywnych barw, zmuszając mnie do pełnego uśmiechu, i... zalewając Mateusza potem! Kto by się spodziewał takich temperatur w marcu!
Mateusz gapa, zapomniał, że jest w szklarni i że wypadałoby chociaż zdjąć zimową kurtkę. Ale nie narzekał, a ja zorientowałam się dopiero gdy zaobserwowałam strużki płynące po jego twarzy! Dzielny chłopak, trzeba przyznać. Ale jak widać (zaraz będzie widać:)), te niesprzyjające warunki nie są wstanie pozbawić go dobrego oka...

Oto Opuntia, sweterek wydziergany we współpracy ze sklepikiem Emilia & Philomene, w pięknej szklarniowej scenerii:

Przyznam, że niemalże do samego końca planowałam dodać coś szalonego na samym dole tego projektu. Miałam nawet chwilowy kryzys, gdy to, co miałam w głowie przed nabraniem oczek, nie chciało zadziałać i zamiast posłuchać swetra, dać mu być sobą, próbowałam zmieniać go na siłę. Nie ma lepszego leku na takie troski niż kilka dni zapomnienia.

Wszak prosty/klasyczny/minimalistyczny/codzienny/nowoczesny sweter też jest super! I co więcej - naprawdę brakowało mi takiego elementu w szafie, gdzie przecież na dobre rozgościły się ażury i przeplatanki. Lubię się ze swoją Opuntią bardzo! Podoba mi się kołnierz, linia ramion, luz i ściągnięty dół...
 
 

Opuntia, w moim przypadku, będzie wiernym towarzyszem jeansów, ale krótsza wersja, sięgająca maksymalnie talii, świetnie sprawdzi się jako sweterek do sukienki czy spódnicy.

Użycie ściągacza jako głównego ściegu nadaje mu sprężystości i jeszcze bardziej nowoczesnego wyglądu. Myślę, że dzianina ładnie się układa, zagina i opływa ciało. Co sądzicie?

W wyjątkowy dla mnie sposób ukształtowałam linię ramion. Nie jest to nic nowego, ale w mojej szafie nie ma jeszcze takiego swetra :)



W sumie odwiedziliśmy dwie szklarnie (z wielu), wykonując większość zdjęć wśród sukulentów i kaktusów. Ale nie mogłam się oprzeć i przygotowałam też zdjęcia wśród większej gęstwiny i kwiatów.
 

Piękna gra światła!

O włóczce, z której dziergałam możecie poczytać w poprzednim poście: klik! Josephine to stuprocentowy merynos, dość sprężysty i bez połysku. Świetnie nadaje się do takich właśnie projektów, gdzie zależy nam na elastycznej dzianinie, na trzymaniu formy, uwypukleniu prostych ściegów. Ma okrągły przekrój przez co tworzy naprawdę estetyczne ściągacze. Dodatkowo dobrze znosi pranie! W trakcie dziergania blokowałam go chyba cztery razy by upewnić się, że wszystko leży tak jak powinno, i nie ma żadnych oznak "zużycia".


Miałam do dyspozycji cztery motki w kolorze Brooklyn, użyłam trzech i odrobiny. Musiałam mieszkać motki, bo kolor ten jest bardziej semi niż solid, co absolutnie mi nie przeszkadza, ale jeśli chcemy nie mieć pasów, plam ani odcięć, to trzeba trochę jej pomóc :)
Jestem bardzo ciekawa co sądzicie! A jeśli lubicie takie minimalistyczne, uniwersalne projekty, i macie ochotę na swoją własną Opuntię, to poniżej znajdziecie oczywiście info o teście.

Wzór na Opuntię powstał dla 10 rozmiarów - od XS do 6XL. Wydziergać go może naprawdę każdy! Trzeba znać podstawowe techniki takie jak dzierganie w okrążeniach czy rzędy skrócone. Cała komunikacja w trakcie testów prowadzona jest w języku angielskim, tak by każdy mógł zrozumieć o czym piszemy (testerki pochodzą z różnych zakątków świata). Jeśli masz problem z porozumiewaniem się (pisaniem i czytaniem) proszę poczekaj na gotowy wzór, który oczywiście ukaże się również w języku polskim :) Test najprawdopodobniej ruszy 16 marca i potrwa do 16 maja (pełne dwa miesiące). Jako że w maju wyjeżdżam na wakacje, po 2 maja kontakt ze mną będzie niemożliwy, wiec proszę pamiętajcie o tym w momencie zgłaszania. Czas po moim wyjeździe jest tym "dodatkowym" czasem na wykończenie rękawów :), blokowanie, spokojne przygotowanie zdjęć czy ankiety. 
  • początek testu: 16.03.2020
  • koniec testu: 16.05.2020
  • próbka: 29 oczek x 42 rzędy, ściegiem ściągaczowym (1x1), na drutach 3.5 mm.
  • wymiary swetra w biuście: 94 (104, 112, 120) [128, 138, 146] (154, 164, 175) cm. Do wymiarów swojego ciała powinnaś dodać 16-19 cm luzu i w taki sposób wybrać odpowiedni rozmiar. Ja dziergałam rozmiar S (104 cm) z 18 cm luzu.
  • możecie użyć dowolnej wybranej włóczki, pod warunkiem, że osiągniecie wymaganą próbkę.
  • zużycie wełny:1160 (1280, 1340, 1450) [1540, 1600, 1680] (1760, 1820, 1900) metrów.
  • dozwolone modyfikacje: długość rękawów i długość korpusu.
  • test prowadzony jest w grupie na facebooku, gdzie dzielimy się postępami, zadajemy pytania i dyskutujemy na temat swetra (i nie tylko:))
  • zgłoszenia wysyłajcie wyłącznie na adres contact@marzenakolaczek.com. Proszę podajcie w mailu swoje imię i nazwisko oraz wybrany przez Was rozmiar. Jeśli będzie on wolny, otrzymacie ode mnie wiadomość zwrotną z zaproszeniem do grupy :)  
Pozdrawiam Was serdecznie,
Marzena

czwartek, 27 lutego 2020

Wigglytuff

Spieszę Wam donieść, że wzór na mój ostatni, ekstremalnie puchaty i uroczy, sweter "Wigglytuff" został właśnie opublikowany. Znajdziecie go oczywiście na Ravelry, w dwóch wersjach językowych - po polsku i po angielsku :) Wzór do nabycia tu: klik!

A jeśli macie ochotę poczytać o nim więcej to zapraszam tu: klik!

Przy okazji wspomnę, że ruszył mój newsletter! Lutowy wpis już trafił do zapisanych osób, a dziś otrzymali również zniżkę na zakup tego projektu. Jeśli więc masz ochotę dostawać ode mnie co miesiąc wiadomość na temat mojej pracy i planów, a od czasu do czasu zostać obdarowanym małym upominkiem to zachęcam do zapisania: klik! (formularz na dole strony).

Testerki jak zwykle stanęły na wysokości zadania i stworzyły przepiękne i równie puchate wersje! Jestem zachwycona - koniecznie do nich zajrzyjcie jak już podepną swoje prace :) Uściski dziewczyny!

Życzę Wam miłego, puchatego dziergania! Nie mogę się doczekać Waszych wersji!
Pozdrawiam, Marzena

wtorek, 11 lutego 2020

Planowanie podróży

Obiecałam sobie, że przy okazji szykowania się do następnych wakacji, napiszę post o tym czym są dla nas podróże oraz jak się do tego zabieramy. No więc jestem! Siadam i piszę. Zobaczymy co z tego wyniknie :) Proponuję zaparzyć litr herbaty lub kawy, bo post zapowiada się obszerny. Do dzieła!

Zacznę od tego czym są dla nas wakacje. Odkryliśmy jakiś czas temu, że podróżowanie jest właśnie tym co chcemy robić. Nie dominuje to całego naszego życia, wszak mamy wiele innych zajęć i pasji (i pracę!), nie jesteśmy ciągle w drodze, wręcz przeciwnie, ale to nie zmienia faktu, że to one właśnie są na szczycie listy "rzeczy do robienia w ciągu naszego całego życia". I wiele spraw jest tym marzeniom podporządkowanych - to jakie prowadzimy życie, na co wydajemy pieniądze, jaką mamy pracę, plany na przyszłość... 
Co prawda nasza przygoda podróżnicza dopiero się zaczyna, ale przecież przed nami wiele wspólnych lat:) Ciągle zastanawiamy się gdzie pojedziemy następnym razem i kiedy będzie to możliwe. Tak, zdecydowanie chcemy zobaczyć cały świat!

Jako że jest to dla nas bardzo ważna sprawa, to mogłabym opowiadać o tym przez wiele godzin, nadal czując, że nie udało mi się w pełni przekazać swoich myśli... Tak to już jest z pasjami :) Postaram się jednak skupić na konkretach, opowiedzieć ogólnie o naszym podejściu i sposobach, a gdybyście zapragnęli wiedzieć więcej to dajcie znać w komentarzach. Powstanie wtedy więcej postów, które będą tyczyć się już konkretnych aspektów.

Temat jest bardzo rozległy, a sposobów na idealne podróżowanie jest dokładnie tyle ile osób podróżujących. Nie ma szans wymienić ich wszystkie nie tworząc przy okazji książki! :)
Myślę, że podstawową kwestią, od której mogłabym zacząć to bardzo prosty podział na: planujących i nieplanujących. My zdecydowanie zaliczamy się do tej pierwszej grupy. I mamy ku temu kilka powodów.
 
Należymy do ludzi podróżujących aktywnie, więc nasze wycieczki pełne są przeróżnych zajęć: intensywnego trekkingu, pływania, wspinania, ostatnio również sportu i wielogodzinnego zwiedzania. Kochamy głównie przyrodę i przygody, ale bardzo lubimy poznawać nowych ludzi i ich zwyczaje, historię i kulturę miast. Oprócz tego nie stronimy od błogiego lenistwa na plaży. Jednym słowem - robimy wszystko i lubimy wszystko.
Wakacje to dla nas czas wyjątkowy. Przenosimy się nie tylko w inne miejsce, ale również w inną rzeczywistość. To przede wszystkim czas spędzony razem, ale wyłącznie na przyjemnościach. Na doświadczaniu, poznawaniu, doznawaniu! Nie ma domowych obowiązków, nie ma przeszkadzaczy, internetu (tak, ograniczamy to wtedy do minimum, nawet nie musimy się pilnować), komputera, pracy... To czas specjalny i robimy co w naszej mocy by czerpać z niego jak najwięcej.



I w tym właśnie pomaga nam planowanie - nie tracimy cennych chwil w trakcie podróży na szukaniu noclegu, liczeniu kasy, wynajdywaniu atrakcji. Nie ryzykujemy, że pojedziemy w mało atrakcyjne miejsce, bo wybraliśmy pierwszy lepszy region, do którego mógł zabrać nas pierwszy lepszy samolot. Nie ma stresu, jest tylko błogie szczęście.

Lubimy zaplanować całe wakacje będąc jeszcze w domu, bo w takim przypadku co najwyżej ominie nas mycie naczyń albo trening, a nie tropikalny las, pełen egotystycznych ptaków, nocny lokalny targ, piękne fale na oceanie czy ciepło południowego słońca. Nie wspominając o tym, że za ten wakacyjny czas płacimy najczęściej o wiele więcej niż za domowy.
Moim zdaniem warto dobrze zaplanować urlop, ale przede wszystkim warto robić to, co nam sprawia przyjemność. Nie traktujcie więc tego posta jak wskazywanie najlepszej drogi, a jedynie jako poradnik jak sobie poradzić z planowaniem wymarzonej podróży. 

Od czego zaczynamy? Na początku zawsze ustalamy trzy rzeczy. 

Termin, budżet i kierunek.
Te trzy sprawy są od siebie mocno zależne. Termin określa jaki będziemy mieć budżet, albo w zależności od budżetu ustalamy czas trwania wakacji. Zawsze wolę trochę poczekać (o ile to możliwe) niż musieć się bardziej ograniczać. Wszystko zależy od możliwości i kierunku jaki obierzemy. 
Na początku sprawdzamy ogólne ceny w danym kraju by wiedzieć w ogóle na co się szykować. Szkocja na przykład jest droga, ale Indonezja jest absurdalnie tania, chociaż samolot z Polski do Azji już nie bardzo. Dlatego do Azji lecimy na miesiąc, a nie na dwa tygodnie (no, między innymi dlatego, drugi ważny powód to oczywiście piękno tego kawałka świata i chęć konkretnego oderwania się od europejskiego stylu życia:)).
Gdy już wiemy jakich cen się spodziewać, możemy mniej więcej oszacować budżet (my zawsze robimy to z "górką", w razie gdyby coś nas niemiło zaskoczyło), a mając budżet już można ustalać termin! Prowadzimy domową księgowość i skrupulatnie zbieramy oszczędności, więc możemy to łatwo wyliczyć. Mateusz zaklepuje urlop w pracy i dopiero wtedy zaczynamy przygotowania!

Rozeznanie.
Czasem do zaplanowanego urlopu mamy ponad pół roku, a niekiedy tylko 3-4 miesiące. W pierwszym przypadku nie ma powodu do pośpiechu i działamy gdy mamy ochotę lub wolną chwilę. Jeśli do wyjazdu zostaje nam około 3-4 miesiące to bierzemy się już na poważnie do pracy. Myślę, że to jest dobry czas by zdążyć ze wszystkim, mieć szansę "złapać" dobre noclegi, zabookować wycieczki czy w razie czego wprowadzić jakieś większe zmiany, gdyby okazało się, że nasz początkowy cel nie był najlepszą opcją. Nigdy nie jest to jednak intensywny krótki okres pracy. Rozbijamy sobie organizację wyjazdu na mnóstwo małych części i powoli, na spokojnie, w wolnej chwili działamy. Czasem jest to godzina w tygodniu, a niekiedy, gdy mamy wenę, zgłębiamy temat przez połowę weekendu. 

Wstępne rozeznanie polega na czytaniu o danym kraju albo miejscu. My praktycznie zawsze wybieramy inne państwo do zobaczenia, wiec zbieramy też ogólne informacje o nim. Nas to bardzo ciekawi, nie myślcie, że to jest coś w stylu "obowiązkowej pracy domowej". Nie, skądże! Interesuje nas kultura, geografia i klimat, przy okazji tego rozeznania poznajemy historię danego kraju, bywa że znajduję sobie nawet jakiś film dokumentalny by poznać jeszcze więcej ciekawostek. Warto znać zwyczaje, religię czy obecną sytuację polityczną w miejscu, w które chcemy zwiedzać. 
Chcemy by nasz wypoczynek był odpowiedzialny, a wszystkie aktywności wykonywane z głową, więc na przykład zanim weszliśmy na wulkan, to prześledziliśmy informacje o jego ostatniej aktywności, albo zapytaliśmy dobrze zorientowanego w tym temacie teścia o sytuację na Filipińskich wyspach i bezpieczeństwo turystów w danym regionie (na południowej wyspie operują islamistyczne ugrupowania rebelianckie, zdarzają się porwania dla okupu...). Warto również dowiedzieć się co MSZ ma do powiedzenia na ten temat.

 Czym więcej wiemy o danym państwie, tym lepiej! 

Po zgłębieniu tych ogólnych informacji wyszukujemy atrakcji, które nas pociągają. I tu polecam się dobrze przyłożyć, bo oczywiste jest, że w przewodnikach lub na pierwszych stronach wyszukiwania w google, znajdziemy przede wszystkim te mocno turystyczne i popularne punkty. Te kilka lat podróżowania nauczyło nas, że popularne nie oznacza najlepsze, ale na pewno najbardziej zatłoczone. Nie lubimy tłumów, ale oczywiście nie rezygnujemy ze spektakularnych widoków z takiego powodu. Po prostu nie ograniczamy się tylko do nich. Czytamy blogi, książki, poradniki, a ja lubię również zajrzeć na google maps i pozrzucać pomarańczowego ludzika w losowych miejscach, gdzieś poza utartym szlakiem. 
Warto też szukać atrakcji w konkretnym regionie. Bo gdy używamy wyłącznie ogólnych haseł, to dostaniemy "top 10 do zobaczenia", ale w całym kraju! A to może wiele zmienić. 

Ten przykład dobrze pokaże Wam nasze kroki:
Organizujemy właśnie podróż do Wietnamu. Kraj ten jest bardzo długi, więc nie sposób w krótkim czasie zobaczyć północną i południową część. Nas najbardziej interesują góry, a dodatkowo w maju będzie tam odpowiednia pogoda. Na północy leży Hanoi, więc to tam wylądujemy, to pewne. Ale gdzie potem?
Na początku poczytaliśmy odrobinę o każdej prowincji, zaznaczając na mapie punkty godne odwiedzenia. 

Taką mapę możecie mieć zawsze przy sobie, na telefonie. W trakcie podróży może przypominać o planowanych punktach do odwiedzenia lub w łatwy sposób informować o odległościach do pokonania itp.

I mając taką mapę przed oczami łatwo ocenić, które miejsce kusi nas najbardziej. My wybraliśmy najdalej wysunięte na północ prowincje (przy granicy z Chinami). Są one najmniej popularne, co nas bardzo cieszy bo liczymy na to, że unikniemy masy turystów i skomercjalizowania, a jednocześnie nieprzyzwoicie piękne i dziewicze. 
Ten etap, chociaż niekiedy bardzo czasochłonny i wyczerpujący, jest naprawdę wyjątkowo przyjemny! Szkicując plan podróży czujemy się trochę jak na wakacjach:) Zmieniają się nasze nastroje, błądzimy w myślach po dzikich szlakach, marzymy o tym co zjemy i co przywieziemy jako pamiątkę. Bardzo to lubię.

Mając już w głowie i w arkuszu (tak, notujemy ile się da) wszystkie potrzebne informacje, możemy ocenić czy to jest właśnie podróż naszych marzeń. 
To wszystko czego się dowiedzieliśmy o północnym Wietnamie utwierdziło nas w przekonaniu, że jest to miejsce dla nas. Czas przejść do kolejnego etapu.

Organizowanie.
Taka wycieczka miewa czasem punkty kluczowe, które decydują o większości spraw.
Bilety z Polski do Azji  kupiliśmy już jesienią, a o terminie urlopu decydowała cena biletów. To jest pierwszy kluczowy punkt. Nie planowaliśmy nic przed kupnem tych biletów, bo dopiero po poznaniu daty, mogliśmy zacząć rozważać kraje do odwiedzenia (pory deszczowe nie należą do ulubionych:)). 

Mając już wybrane kierunki i zrobione "rozeznanie", możemy wziąć się do organizacji, czyli składania wszystkiego w całość, kupowania, rezerwowania i szkicowania planu wycieczki. 

To, że robimy plan nie oznacza, że go nie zmienimy w trakcie lub tracimy głowę czy też radość, gdy coś nie pójdzie po naszej myśli. Na miejscu sporo rzeczy dostosowujemy do sytuacji, zmieniamy albo dajemy się ponieść chwili, ale czujemy się pewnie mając dobrze rozplanowany czas i posiadając listę rzeczy, które chcemy/możemy zobaczyć czy zrobić. Powtórzę się, ale naprawdę nie chcę tracić wakacyjnego czasu na zastanawianie "co ciekawego można zobaczyć w okolicy?" lub, o zgrozo, na sprzeczkach gdzie powinniśmy się teraz udać. Jeśli nie chcę czegoś robić to lepiej ustalić to wspólnie przed wyjazdem niż decydować na gorąco! 
Przykładowo musimy dostać się do oddalonego o 100 km od miasta punktu, by podziwiać pola ryżowe. Wszyscy miejscowi proponują nam bus, który odjeżdża za dosłownie 15 minut! Rzecz w tym, że ja mam chorobę lokomocyjną, trasa zaś prowadzi krętymi drogami przez góry, a dodatkowo nie czuję się dobrze w tak ciasnych i zatłoczonych miejscach (bus okazuje się puszką bez klimy wiozącą rolników z targu, więc jadą z nami też świnki i kury:)). I mam 15 minut by zaprotestować, ale nie mam nawet co zaproponować w zamian! Pojawia się stres i niezadowolenie. Albo pojedziemy i będzie me źle i niedobrze, ale będą piękne widoki (ciekawe czy jest bus powrotny?!), albo zrezygnujemy i stracimy szansę na zobaczenie danego miejsca i przy okazji dobre nastroje. I ja się pytam na co to komu?:) Jestem pewna, że jeżeli sprawdzimy wcześniej to okaże się, że jest kilka innych opcji! I można znaleźć najlepsze rozwiązanie, nie rezygnować ani z komfortu, ani z widoków.

Wracając do tematu. Nie każdą podróż organizujemy w ten sam sposób. Jest wiele czynników, które na to wpływają. Często najlepszą opcją jest dla nas podróżowanie autem i wtedy wszystko zwiedzamy na własną rękę, albo, jak w przypadku Wietnamu, musimy zdać się na innych. Nie będę wgłębiać się tu w szczegóły, bo nigdy nie skończę tego posta, ale organizacja to czas gdy zgrywamy wszystkie terminy, kupujemy bilety i rezerwujemy hotele/wycieczki/samochód. Czytamy również bardziej szczegółowo o punktach, które wybraliśmy. O cenach wstępu, obowiązujących zasadach, sposobach na zwiedzanie, możliwościach itp.


Bilety lotnicze kupujemy bezpośrednio na stronie linii lotniczych, obowiązkowo z ustalonym miejscem, bo oszalałabym gdybym nie mogła usiąść koło Mateusza (niesamowicie boję się latać...).
Jesteśmy fajną mieszanką - ja się boję lotu, Mateusz nie znosi lotnisk i tych wszystkich procedur. Więc najpierw ja go muszę odstresowywać, a potem on mnie :)

Noclegi wyszukujemy na bookingu, agodzie lub airbnb. Mam wrażenie, że każdy kraj ma swoją ulubioną stronę, więc warto zajrzeć na każdą z nich. Niekiedy, jak w przypadku wyspy Tioman, najłatwiej było znaleźć fajny nocleg na stronie dedykowanej tej wyspie. Turystyka nie jest tam mocno rozwinięta, więc nie każdy wrzuca swoje pokoje na booking. 

Chciałabym tak w skrócie opowiedzieć Wam o hotelach, które wybieramy. Tak się składa, że mam chyba inną definicję słowa luksus, niż większość ludzi. Wiecie co jest dla mnie super, ekstra i wyjątkowe? Spanie na bezludnej wyspie w namiocie na plaży, bez bieżącej wody i klimatyzacji. Luksusem jest tu przyroda, widoki i przygoda! Innym razem luksusem będzie drogi eco hotelik, który oferuje wszystkie udogodnienia, a największym z nich jest cisza i nieprzejmowanie się absolutnie niczym (jest klima, uroczy basen, plaża kilka metrów przed domkiem, świetna restauracja na plaży z pysznym jedzeniem). 

W Szkocji luksusem było odosobnienie. Ten biały punkt to nasz malutki domek, otoczony przez wrzosowiska, owce i skały. Na horyzoncie nie było żadnych innych zabudowań.

Luksusem nigdy nie były dla nas hotele takie jak Gołębiewski, Radisson czy inny Marriott. Nigdy sami nie wybierzemy noclegu w takim miejscu i nie chodzi o ceny, ale o totalny brak atmosfery. "Typowy hotelowy pokój" nam się nie podoba, bez względu na wysoki poziom wyposażenia, wolimy więc zrezygnować z pewnych udogodnień na koszt klimatu i oryginalnego wystroju. 
W Bangkoku spaliśmy w tzw. Poshtelu, czyli designerskim hostelu, gdzie pokoje były maciupkie, okrągłe i całe oszklone (i bardzo ładne, ciekawie urządzone), ale na dachu był obłędny bar z widokiem na miasto. Więc w zależności od miejsca i tego czego w danym momencie oczekujemy, zmienia nam się definicja luksusu. 
Wolimy niewielkie hotele z duszą. Raz jest to coś z wyższej półki, a niekiedy coś na niskim poziomie, ale oferujący coś "ekstra". 
Co do namiotu i plaży... takie coś czeka nas w maju i nie mogę przestać o tym rozmyślać! Z pewnością podzielę się wrażeniami po powrocie.

Oprócz biletów lotniczych czasami kupujemy przed wyjazdem też bilety na komunikację lub wejściówki. Jeśli mamy pewność co do dnia, w którym będziemy zwiedzać jakiś park czy muzeum, to wolimy być już przygotowani. Warto poczytać cokolwiek o danym miejscu przed przyjazdem, bo można trafić na zdanie "kupcie bilety online, kolejki Was zabiją!". I kilka razy uratowało nam to dzień :) Ale nie jest to nasz obowiązkowy punkt do odhaczenia.

Oczywiście z odpowiednim wyprzedzeniem rezerwujemy wycieczki. Najpierw jednak upewniamy się komu powierzamy nasze wakacje. Bo zepsuć sobie samemu podróż jest przykro, ale gdy zrobi to ktoś za nas, i na dodatek każe sobie zapłacić, to już zupełnie inna bajka :) Żeby mieć pewność, że będziemy w pełni usatysfakcjonowani należy po prostu przeczytać ile się da, głównie opinie opinie innych podróżujących. 
Dla nas ważna jest też filozofia i praktyki danej firmy. Na przykład: jeśli jakiekolwiek wycieczki zawierają atrakcje ze zwierzętami (wiecie co mam na myśli) to rezygnujemy od razu. Nie chciałabym być przypadkiem świadkiem niehumanitarnego traktowania zwierząt ku uciesze durnych turystów. Wszystko co "śmierdzi" nam czymś takim lub inną nieodpowiedzialnością, omijamy szerokim łukiem. 
Polecam podróżować z głową! Wspieranie słabo rozwiniętych regionów, jak przykładowo Północny Wietnam, jest bardzo ważne. Turystyka pozwala wioskom na rozwój, posyłanie dzieci do szkół, podwyższenie ich poziomu życia, ale pamiętajmy, żeby nie przyniosła tylko większych szkód, co w wielu miejscach miało niestety miejsce. Brak ograniczeń zniszczyło już niejedną piękną wyspę czy dżunglę.

Mateusz i nasz super przewodnik po Jawie! Odebrał nas (razem z kierowcą) z lotniska, pomógł załatwić początkowe formalności, nakarmił lokalnym jedzeniem i owocami, zapewnił dobry nocleg, umilał czas rozmową o swoim kraju i pokazał nam piękne i niebezpieczne wulkany! Na koniec sprawnie załatwił za nas sprawy z balijskimi strażnikami w porcie, żebyśmy zdążyli na zaplanowaną łódkę. Pełen profesjonalizm.
Pozostałe.
Uff! Gdy wszystko zaklepane i kupione to można zluzować. Pozostaje już tylko czekać na upragniony urlop. W między czasie przygotowujemy się do wyjazdu w dany region. Na przykład w tym roku kupiliśmy aparat do fotografii podwodnej, żeby móc w końcu uwiecznić piękno podwodnego świata, ale też móc bez stresu zabierać sprzęt na łódkę czy kajak. Z lustrzanką mam opory.

Jak wiecie z innych postów, przygotowuję też garderobę - obecnie szyję, ale poprzednio należało się oczywiście ubrać w sklepie. Nie zostawiam tego na ostatni moment bo nie znoszę działać w stresie. Odpowiednio wcześnie przeglądamy ubrania i sprzęt i decydujemy co się nadaje a czego nam brakuje. Teraz jest już trochę łatwiej, bo zdążyliśmy kupić już trochę rzeczy na poprzednie wyprawy. Mamy więc lornetki, dobre walizki (pamiętajcie by sprawdzać wymiary dozwolone w Waszych liniach:)) i plecaki, lekkie ubrania trekkingowe, butki do wody, etui wodoodporne na telefony, itd.

Ważną kwestią jest też zdrowie. Gdy lecimy do Azji to odpowiednio wcześnie udajemy się na wizytę do medycyny podróży. Lekarz informuje nas o zagrożeniach związanych z przebywaniem w danym regionie i zleca szczepienia. Nie są one obowiązkowe, ale my nie zamierzamy ryzykować. Za pierwszym razem zaszczepiliśmy się przeciw żółtaczce pokarmowej, durowi brzusznemu i tężcowi. W tym roku wystarczyło tylko ponowić tą pierwszą. Można również otrzymać recepty na leki "w razie wypadku", bo czasami możemy znaleźć się daleko od cywilizacji i na dodatek w kraju, w którym opieka medyczna jest bardzo wątpliwa.

W tym czasie wykupujemy również ubezpieczenia podróżne oraz ubezpieczenie auta, jeśli planujemy jakieś wynająć. Sprawdzamy czy dokumenty są ważne, wyrabiamy te, które są wymagane (międzynarodowe prawo jazdy na przykład) oraz orientujemy się czy nie musimy zdobyć żadnej wizy lub pozwolenia.


I na koniec pozostaje już tylko spokojnie czekać na wymarzoną podróż! Spakować się i ruszyć w nieznane, po kolejną dawkę wspomnieć i wrażeń :)
 
Podsumowanie.
Co nam daje to całe planowanie? Po pierwsze pozwala nam poznać miejsce, do którego jedziemy. Nie chcemy tylko odhaczać punktów na mapie, ale również dowiadywać się, chłonąć i poznawać jak najwięcej! Po drugie zabiera niemalże cały stres związany z podróżowaniem. Wszystko mamy ogarnięte, nic nas nie zaskoczy, możemy przestawić się na tryb "leniwiec".
Po trzecie i najważniejsze - nie tracimy czasu i wyciągamy z podróży tyle ile się da, tworząc piękne, pozytywne wspomnienia. Wiecie, że z naszej poprzedniej Azjatyckiej podróży tylko 1 dzień z 35 wspominam niemiło? Dnia w Bangkoku nic nie uratuje, ale w pozostałych sytuacjach, gdy na przykład pochorowałam się na rajskiej plaży, mogłam łatwo temu zaradzić, bo byłam już przygotowana :) W domu kosztowało mnie to nie więcej niż pół godziny, musiałam skoczyć do osiedlowej apteki by kupić potrzebny lek, a tam, na Tiomanie, mogłabym co najwyżej położyć się do łóżka i płakać z bezsilności, licząc na to, że jakiś miejscowy ma coś na moją dolegliwość.
Robiąc to wszystko możemy o wiele lepiej zagospodarować dany nam czas. Jeśli mamy tylko tydzień urlopu to szkoda byłoby wykorzystać go byle jak. A przynajmniej nam byłoby bardzo szkoda!

Myślę, że planowanie pozwala również zaoszczędzić pieniądze, ponieważ nie podejmujemy decyzji na szybko i mamy czas i możliwość sprawdzenia wszystkich dostępnych opcji. 
Poza tym wiecie, że ja lubię porządek i plany. Taki typ człowieka. Czuję się szczęśliwa mając wszystko pod kontrolą, ale wiem, że są ludzie, którzy pakują kilka ubrań i lecą w nieznane! I to sprawia, że są szczęśliwi. Ta niewiadoma, to ryzyko. Tak jak mówiłam. Ile ludzi, tyle idealnych sposobów.
Ciekawa jestem jaki jest Wasz punkt widzenia! I koniecznie dajcie znać jeśli chcielibyście bym rozwinęła którąś z powyższych kwestii. Tu starałam się opowiedzieć bardzo ogólnie, więc sporo rzeczy przemilczałam dla Waszego dobra (ileż można czytać jeden post?!), a i tak wyszedł długaśny wpis.

Jeśli chodzi na naszą przyszłą podróż to jesteśmy już za połową organizacji! Myślę, że do końca lutego ze wszystkim się uporamy :)

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

wtorek, 4 lutego 2020

Positive Ease

Obecnie wszystko kręci się u mnie głównie wokół trzech kolorów: różu, mahoniu i wanilii. Nieważne czy chodzi o otoczenie, szycie czy dziewiarstwo, chcę mieć tych kolorów jak najwięcej. Przyjemnie mi się na nie patrzy, a jeszcze przyjemniej gdy mogę je na siebie założyć:)

Aktualnie pracuję nad swetrem w mocno przygaszonym brzoskwiniowym odcieniu (klik!), ale w tle czają się na mnie nowości! Gdy przekładam na drutach oczka jednego projektu, z tyłu głowy świtają mi nowe pomysły, a z koszyka bezczelnie kusi mnie nowa wełna... Wełna w tak pięknym waniliowym kolorze, że chętnie bym ją zjadła (ale słabo znoszę trawienie merynosa). Takie słodkości upichciła dla mnie Sue, którą znać możecie ze sklepiku Positive Ease - klik i klik! Sue nazwała ten kolor Biscuit i mimo że ja tu widzę swoją ukochaną wanilię, wcale nie minęła się z prawdą :) Oceńcie sami!

Ta słodka chałka to czysty merynos 1ply (uwielbiam!), z delikatnym połyskiem, mimo braku jedwabiu. Jak każdy singiel jest mięciutki i delikatny, a kolor trójwymiarowy. Nawet solidy wyglądają na nich niezwyczajnie!
 O bożątko, nie mogę się napatrzeć na ten odcień!

Otrzymałam od Sue trzy motki, z których powstanie sweterek do letnich i wiosennych sukienek. Prawda, że ładnie będzie pasować do mojej palety (klik!)? :)

Kolor jest tak równy, że nie planuje żadnego mieszania motków. Lubię taką jakość:) Podoba mi się też ten minimalistyczny styl etykiet! Można rzec, że to nic takiego, ale dla mnie każdy szczegół zasługuje na uwagę.

Współprace, które podejmuje są zawsze efektem mojego zafascynowania i podziwu. Pragnę pracować z ludźmi, których praca mnie zachwyca, które mają w sobie to wyjątkowe "coś", które mnie do nich ciągnie - piękne zdjęcia, styl, kolory, wyczucie, autentyczność!
Bardzo ważne jest dla mnie by takie współprace były zawsze oparte na wzajemnym wsparciu, zainteresowaniu, chęci poznania się. Chcę czuć, że obie strony są zaangażowane, że cenią pracę swoich rąk i pragną włożyć w to, coś więcej niż tylko pieniądze czy czas. Dlatego nie potrafiłabym "reklamować" produktów, robić coś za zniżki, prezenty, nowych obserwatorów. Jeśli więc otrzymuję taką zupełnie niespersonalizowaną, wypraną ze wszystkiego co cenię, ofertę (dam Ci wełnę, a Ty o mnie napisz coś fajnego) to od razu odmawiam. Nie znoszę reklam, szczerze, całym sercem! Dlatego między innymi nie wyskakuję Wam na Instagramie czy Fejsie, gdy sobie tego nie życzycie :) 

Tworzę więc z ludźmi, o których chcę pisać, o których pragnę Wam donieść czy szczerze polecić. Których produkty faktycznie mnie interesują! Nie zależy mi na gratisach, tylko na współpracy i tworzeniu z inspirującymi ludźmi!:)

Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze w lutym nabrać tę włóczkę na druty. Tak się składa, że będzie idealnie pasować na liliowe Knit Pro Zing w rozmiarze 3.75 mm, a jak widzicie wanilii dobrze z fioletem :) Mam bzika na punkcie dopasowywania kolorów! 

Wiosna zapowiada się pracowicie! Oby tak dalej :)

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

niedziela, 19 stycznia 2020

Catkins

Moi mili! Mam nadzieję, że ucieszycie się na wieść, że wzór na sweter Catkins, który powstał we współpracy z Indie Belle, właśnie pojawił się w moim sklepiku na Ravelry! Oczywiście dostępny jest w wersji polskiej i angielskiej! Znajdziecie go tu: klik!
 

Catkins to sweter z mocną rustykalna nutą, pełen uroczych tekstur i ściegów! Nie umiem wskazać tego ulubionego, chociaż za każdym razem gdy wyjmuję go z szafy, zachwycam się efektem jaki dało połączenie klasycznego ryżu i tej połyskującej złotem włóczki... Projekt opisałam szczegółowo w tym poście, jeśli macie ochotę poczytać o nim więcej: Catkins. Pozostałe detale na temat wzoru czy rozmiarów znajdziecie już na stronie projektu.

Jeśli macie ochotę wydziergać swoją własną wersję, ale nie wiecie jaki kolor wybrać to koniecznie zajrzyjcie w zakładkę "projects", do testowych sweterków, bo zadziały się tam cuda! Dziewczyny, jesteście cudowne! :) Bardzo Wam dziękuję!

Pozostaje mi życzyć Wam miłego dziergania! Jeśli potrzebujecie rady związanej ze wzorem czy wyborem włóczki to piszcie śmiało - z przyjemnością pomogę! :)

Pozdrawiam,
Marzena

poniedziałek, 13 stycznia 2020

Letnia garderoba

Pamiętacie mój poprzedni post o garderobie? (klik) Pokazałam Wam moje jesienno-zimowe ubrania, głównie swetry, i to z czym je łączę. Opisałam wtedy dość szczegółowo swój styl i zamiłowania kolorystyczne, które od tamtego czasu w ogóle się nie zmieniły, co jak sądzę, oznacza, że faktycznie udało mi się jasno określić swoje upodobania! :) Mając w sobie taką konkretną listę ulubieńców (czy to w kwestii barw czy fasonów) bez problemu mogę wydziergać czy uszyć sobie kolejnego pewniaka bez ryzyka wpadki i rozczarowania. To jest bardzo motywujące! Nie szukam już daleko, nie eksperymentuję, a jeśli pragnę czegoś nowego, świeżego, to staram się co najwyżej wyglądać "za róg", a nie skakać ze skrajności w skrajność. Co to oznacza? Jeśli kocham róż i złoto, to szukając kolejnego koloru, który polubię, nie sięgną po błękity (brrrr) tylko będę poruszać się w okolicach tych dwóch odcieni, dając szansę ciepłym brązom, przydymionym miedziom czy lawendzie. Taki sposobem moja paleta poszerzyła się na stałe o ten kolor: klik! Bardzo się polubiliśmy i oglądam się za nim z taką samą przyjemnością jak za słodkościami. Tak jak wspomniałam w poprzednim poście, bardzo ciągnie mnie obecnie do ciepłych, przydymionych, rustykalnych barw, ale także to wanilii czy bieli. 

Podoba mi się to, że kolory, które lubię świetnie prezentują się na letnich ubraniach i równie świetnie wypadają na moim ulubionym lnie. A jeszcze bardziej podoba mi się, że mam bardzo dobre wytłumaczenie by szyć letnie ubrania zimą! :) Pomijam fakt, że to po prostu ma sporo sensu - szycie letnich latem, a zimowych zimą często kończy się tak, że niezbyt długo chodzimy w danym ubraniu, bo sezon zdąży się już skończyć. Mogłabym poczekać do wiosny z szyciem sukienek, ale tak się składa, że nasze wakacje zaczną się na początku maja, więc mam tylko cztery miesiące by skompletować całą letnią garderobę, którą chcę tam ze sobą zabrać (znowu uciekamy na miesiąc!). Doszło też do tego, że uszyłam Mateuszowi szorty i oczywiście planuję kolejne, więc roboty mam niemało - muszę ubrać dwie osoby!

Szycie zimą lekkich ubrań ma ten minus, że nie ma jak ich sensownie obfotografować, więc wstrzymam się z tym do lata, a tym czasem pokażę Wam grupowe zdjęcia wieszakowe, opiszę każdą rzecz króciutko i opowiem o tym, co mam jeszcze w planach do zrobienia, tak by garderoba nabrała sensu. 

Nie kupuję już żadnych sukienek, szortów ani topów, być może skuszę się na t-shirty jeśli nie wyrobię się ze wszystkim, ale mam w swojej szafie kilka niezłych sklepowych ubrań, które bardzo lubię, są dobre jakościowo i uszyte w Polsce. A do tego pięknie wpasowują się w całość, są wygodne i chętnie przeze mnie noszone. Cała reszta znika z mojego życia.

Wyjęłam wszystko co mam z szafy, zrobiłam selekcję (co chcę, co się nadaje, co pasuje) i na chwilę obecną moja letnia garderoba prezentuje się tak:

Z dwunastu pozycji samemu uszyłam aż dziewięć! Przyznam, że jestem z siebie okropnie i bezczelnie zadowolona - nie dość, że zrobiłam sama, to jeszcze są one w czołówce moich ulubieńców! Zacznę od lewej.
  • Biel: Inari top z białego tencelu, prosta lniana sukienka od Seaside Tones oraz niedawno uszyta i jeszcze nie obfotografowana koszulowa sukienka Kalle Shirt z mieszanki lnu i sorony (niżej znajdziecie zdjęcie, gdzie widać ją lepiej)
  • Krem i beż: Fringe Dress z cieniutkiego lnu oraz kolejna sukienka, którą uszyłam zimą - nowa Montavilla Muumuu (bo po prostu uwielbiam ten wzór!!!) w cudownym waniliowym kolorze. To mieszanka tencelu i lnu - ma wszystkie zalety oby tych włókien. Nie gniecie się mocno i jest zwiewna i lekka, a jednocześnie chłodzi i nie klei się do ciała jak len. Zamówiłam już kolejny kawałek tego koloru na top. Będzie pasował idealnie do wszystkich moich szortów!
  • Róż: Maya Top z kwiecistej bawełny, pierwsza Montavilla Muumuu z cienkiego lnu, Ogden Cami z tego samego materiału, Kielo Wrap z modalu, sukienka Ogden Cami w brzoskwiniowym lnie.
  • Mahoniowa sukienka w drobne białe kropki (co sprawia, że kolor jest delikatnie rozmyty, niejaskrawy, stonowany) jest od MLE Collection. Jest to wiskoza, delikatna i zwiewna. Sukienka jest krótka i dość wycięta, więc sprawdza się idealnie latem.
  • Ciemno zielona wiskozowa sukienka od Aeterie. Kupiłam ją na ślub kuzynki, ale nie jest mocno "strojna", czego bardzo nie lubię w ubraniach. Wybrałam krój i kolor, który sprawdzi się w wielu okazjach. Nie jestem fanką jednorazowych ubrań. 

Nie da się ukryć jakie kolory czy materiały lubię, prawda? :)

Nie wszystkie sukienki, które Wam pokazałam nadają się jednak na azjatyckie klimaty, więc dwie z powyższych nie pojadą ze mną w podróż. W domu zostanie zielona, bo jest zbyt zabudowana bym się w niej dobrze czuła w tropikach, oraz Kielo Wrap. Sukienka ta jest uszyta z lejącej dzianiny, która opływa ciało i posiada brzoskwiniową fakturę. To i długość sprawiają, że Kielo nie będzie dobrą opcją podczas wilgotnych upałów. Dlatego planuję uszyć jeszcze dwie sukienki, ale o planach opowiem na sam koniec.
Mam konkretne wymagania co do letnich ubrań. Gdy z nieba leje się żar nie potrafię założyć na siebie nic co jest zabudowane pod szyją czy pod pachą. Odpowiednia "przestrzeń" pozwala skórze oddychać, odprowadzać wilgoć, a ja czuję się komfortowo i lekko.
Obcisłe rękawy toleruję tylko w t-shirtach, a w sukienkach czy topach wybieram te z odpowiednim luzem w strategicznych miejscach lub zupełny brak rękawa.

Jeszcze rzut oka na wszystkie sukienki, które uszyłam w ciągu roku:
Czuję się bardzo usatysfakcjonowana patrząc na tę paletę barw!

Rzadko noszę spódnice, więc zapomniałam o tej jednej jedynej, którą mam, gdy robiłam zdjęcia. Wrzucam więc starą fotkę. Kupiłam ją dwa lata temu w Marie Zelie. Nieźle się wpasowuje kolorystycznie w resztę garderoby, prawda? :)

Latem, gdy nie mam akurat na sobie sukienki, noszę krótkie szorty i topy. Lubię w zasadzie tylko dwa kroje (każdy nie dłuższy niż 1/3 uda - w takich czuję się najlepiej): jeansowe i dopasowane spodenki (jeśli dopasowane to tylko jeansowe, tylko niebieskie!) oraz luźne i zwiewne szorty, z gumką i sznurkiem w pasie. Dlatego takie właśnie sobie uszyłam. I uszyję kolejne!

Jeansowe, kremowe i różowe, które leżą na samej górze, są kupione w sklepie. Bardzo je lubię i mimo, że nie jest to żadna super marka, to wyglądają po dwóch letnich sezonach jak nowe. Zielone i drugie różowe to Spring Shorts, które uszyłam w zeszłym roku - klik!
Ten krój jest idealny, bardzo lubię w nich chodzić i dlatego nie chce mi się eksperymentować i szukać nowego wzoru. Ale muszę wybrać nowy kolor...

I jak w przypadku sukienki jest to łatwe, to jeśli chodzi o szorty i topy, mam trochę więcej do zaplanowania. Chcę móc wykonać z nich później jak najwięcej zestawów. Szkoda by szorty pasowały tylko do jednej bluzki!

Postanowiłam poszerzyć obecną paletę o kilka odcieni, które ostatnio mnie mocno zachwycają. Póki co króluje u mnie róż, biel i kremy, jest też odrobina zieleni i mahoniu. Ten ostatni (i jego odmiany) musi pojawić się w większej ilości! Skleciłam taką mini paletę, które planuję się trzymać przy następnych tkaninowych zakupach:

Rozglądam się za wszystkimi zgaszonymi odcieniami mahoniu czy kasztanów, mauve, orzechowymi kolorami czy wanilią (bo mnie ten kolor powala na kolana!), ale też zerkam na zieleń, beże i róż oczywiście :)
Mam pierwszego kandydata. To len od Merchant & Mills w kolorze Maud, ten sam materiał, którego użyłam do różowej Montavilli. Myślę, że będzie pięknie wyglądał w lekkiej i obszernej sukience na ramiączkach!

Planuję uszyć jeszcze przynajmniej dwie krótkie i lekkie sukienki, które będą idealne na plaże, przynajmniej jedną parę szortów (może skrócę sobie też ulubione jeansy, które zyskały ostatnio przetarcia na kolanach) i sporo topów czy t-shirtów. Tego brakuje mi najbardziej. Nie umiem nic kupić w sklepie i ciężko mi też zdecydować jaki materiał będzie dobry by uszyć coś samemu. Lubię len i cieniutkie wiskozy w bluzkach. Ten pierwszy znajduję bez problemu, ale wiskozy najczęściej są dla mnie zbyt "grube", zbyt gęsto tkane. A do tego pasują mi głównie te z delikatnym wzorem. I przez to, zamiast szyć różne elementy garderoby, skupiam się głównie na sukienkach bo to przychodzi mi łatwiej. Nie ma jednak żadnych wątpliwości, że to topy powinny zyskać teraz priorytet.

Zamówiłam więc cztery materiały, kupiłam stacjonarnie kolejne trzy i biorę się do pracy. A Was proszę - jeśli możecie mi polecić cieniutkie wiskozy z subtelnym wzorem, i na dodatek w moich kolorach, to piszcie koniecznie :)

Na liście do uszycia są jeszcze t-shirty dla Mateusza oraz jeszcze jedne męskie szorty. Wzór, z którego korzystałam za pierwszym razem sprawdził się idealnie (klik!) - obiecuję pokazać je gdy tylko pojawi się słońce w weekend. Ciemno zimą w domu, nie ma wyjścia, trzeba czekać na światło.

Na koniec wspomnę jeszcze o jednym ważnym elemencie letniej garderoby, czyli butach! Jestem w tej kwestii raczej minimalistką... Mam trzy pary sandałów, każdy do innych celów, nie kupuję nowych póki obecne nadają się do użytku:
  1. Na co dzień noszę wygodne płaskie sandały, dobrze trzymające stopę i pasujące i do spodni i do sukienki. Nie lubię zakrytych pięt ani palców. Wybieram zawsze klasykę - tym razem Ryłko w bardzo jasnym i subtelnym pudrowym kolorze. 
  2. Jako że naprawdę sporo chodzimy - po miastach, szlakach, górach, plażach - potrzebuję mieć jakieś ultra wygodne sandały, które zakładam najczęściej do szortów i luźnych sukienek. Na naprawdę konkretne wyprawy zakładam latem lekkie trekkingowe buty, ale pozostałe wędrówki przemierzam w takich właśnie piankowych, lekkich sandałach, które są w pełni tolerowane przez moje zwariowane stopy (które lubują się w moim bólu niestety). Te akurat są z firmy Clarks.
  3. Lubię też mieć "wyjściowe" sandały, które zakładam do sukienek. Te kupiłam w Ryłko i są w pięknym miodowym kolorze, który gra z moją garderobą. Mają niewielki kwadratowy obcas, dobrze trzymają stopę i co najważniejsze, pozwalają mi się nosić w rozsądnej ilości bez bólu :)
I to tyle, chociaż chcę dokupić jeszcze plażowe klapki. Latem, tak samo jak w pozostałych sezonach, jeśli chodzi o buty (ale też ubrania!) głównie stawiam na wygodę i uniwersalność. Lubię mieć tylko to, czego faktycznie mi potrzeba i co regularnie noszę.

Teraz, gdy sama szyję, mogę wykonać kilka razy ten sam wzór. Nie mam problemu z noszeniem "tego samego", wręcz przeciwnie! Gdy polubię jakiś fason czy kolor to mogę powielać go w nieskończoność :) Jak któraś sukienka się zużyje albo zepsuje, to po prostu zrobię ją sobie jeszcze raz! Czad!

Planuję aktualizację pod koniec kwietnia. Zobaczymy ile uda mi się uszyć do tego czasu!

Pozdrawiam,
Marzena