poniedziałek, 29 czerwca 2015

Zabierz Chmurkę na wakacje!

To że Chmurka jest owcą, bardzo puchatą na dodatek, nie oznacza, że plaża nie jest dla niej. Ona kocha wakacje! Uwielbia się oddawać leniwemu wylegiwaniu na kocyku, wyciągając raciczki w kierunku słońca... Zwłaszcza w towarzystwie jakiejś zdolnej dziewiarki, która zamieni jej wełnę w dzieło sztuki!

A tak już bardziej serio:). Od przyszłej soboty będziemy się w taki o to sposób wygrzewać w słońcu, ale zanim to nastąpi mam dla Was (a raczej Chmurka) zdecydowanie wakacyjną propozycję!

Zabierzcie Chmurkę na wakacje!
Dla wszystkich tych, którzy planują odpoczywać na plaży, przy jeziorze, w górach, w mieście czy w domu Chmurka ma zniżkę - na wszystkie włóczki! - od teraz do piątku (włącznie). No bo jak to tak, na wakacje z pustymi rękoma? Z wolnymi drutami?:)

I dla każdego kto tylko ma ochotę mam mini zabawę - wysyłajcie mi do końca sierpnia zdjęcia z Waszych wakacji w towarzystwie Chmurki! Pokaż jak mijają Ci (oby jak najwolniej) wakacje z włóczkami od Julie Asselin czy Dream in Color. A ja już wymyślę dla Was jakąś niespodziankę!
To co? Macie ochotę na wspólne obijanie się? 
Zdjęcia nadsyłajcie na maila: marzena.krzewinska@gmail.com. Czekam niecierpliwie:).

I na koniec sprawy organizacyjne, ale bardzo ważne. Od poniedziałku (6.07.2015) przez dwa tygodnie (17.07.2015) zamówienia będą wysyłane w ciągu 72h a nie 48h. Prościej można powiedzieć, że będą wysyłane dwa razy w tygodniu. Zakupy będzie można robić tak jak zawsze, ale na paczuchy trzeba będzie ciut dłużej poczekać.
A w tygodniu 20-24.07 paczki nie będą wysyłane. Wszystkie zamówienie opłacone w tym właśnie terminie zostaną wysłane w poniedziałek 27.07. Za utrudnienia przepraszam, ale mam nadzieję, że wybaczycie mi te niedogodności.

Pozdrawiam Was cieeeepło i życzę pięknych, idealnych, wymarzonych wakacji!
Marzena

piątek, 26 czerwca 2015

Mieszkaniowe sprawy: łazienka

(Uwaga! Długi post o niedzierganiu!:))
Chciałam poczekać z tym postem, aż łazienka będzie przynajmniej w 90% gotowa. Ciągle brakuje jej paru elementów, które mają dopełnić nasz projekt. Ale Gosia (Pimposhka) prosiła o wpis zanim zacznie remontować swoją łazienkę i nie potrafię jej odmówić:).
Wszystko to co najważniejsze w łazience już się znajduje, więc nie będzie zionąć żadna dziura, zamiast toalety, ściany są pomalowane, drzwi prysznicowe (nareszcie!) są, to i pokazać mogę, bez wstydu (chyba:)).
Chcieliśmy mieć minimalistyczną łazienkę, w bieli i szarości. Z dodatkiem czerni. I tej czerni nam brakuje. Drobne rzeczy i dodatki w takim będą właśnie kolorze (uchwyty na ręczniki, koszyki, kosz na bieliznę), a jako że ich nie ma, to musicie sobie je wyobrazić:).
Zacznę znów od projektu, który najpierw wykonaliśmy w SketchUpie:

Nie wiem co się stało z półkami po prawej, ale podczas renderowania postanowiły stać się czarne:).
A oto jak nam wyszło to w praktyce:

Zdjęciami jestem załamana - dopiero wieczorem zauważyłam, że jakość poszła w las i generalnie jakoś tak mi się nie podobają. Ale już nie będę mieć czasu na nowe. Poza tym strasznie ciężko szło mi fotografowanie wąskiego i długiego pomieszczenia. Musiałam używać szerokiego kąta, więc... no. Wyżaliłam się.

Zastanawiam się, po fakcie oczywiście, czy nie chciałabym jednak kafli na całej ścianie, a nie tylko do 1,20m. Jak sądzicie? Myślimy czy czasem nie dokupić ich trochę (zostało nam sporo) i położyć je na całości, ale ciągle mamy co innego do roboty/myślenia/urządzania i zwlekamy z podjęciem decyzji.
No dobra, przejdę do rzeczy technicznych. Prysznic. W oryginalnym projekcie (czyli to co zastaliśmy na początku) nie było tak głębokiej wnęki. Obecnie ma 90 cm głębokości, wcześniej było to ok. 20-30 cm. Zmieściłby się nam brodzik zaokrąglony, ale tylko 80 cm. Bo taka właśnie szeroka jest (i była) wnęka. Przedłużenie wnęki pozwoliło nam zrobić prysznic troszkę większy.

Brodzik mamy niski, ma nie więcej niż 5 cm. Do takiego brodzika potrzebny jest specjalny, płaski syfon. Początkowo chcieliśmy prysznic bez brodzika, taki wiecie - nowoczesny. Ale były same problemy - a nie wiadomo czy się zmieści syfon w podłodze, a to odpływy były drogie (a jak tanie to ludzie pisali, że słabo odprowadzają wodę), a to coś tam, coś tam. Gdy już tyle się nasłuchaliśmy, naszukaliśmy, nastresowaliśmy to nam się odechciało. Dodatkowo nasze kafle nie są antypoślizgowe, więc była też obawa, że będziemy co jakiś czas ślizgać się wychodząc z kąpieli. Postanowiliśmy kupić niewielki brodzik i jest dobrze. Brodzik na pewno łatwiej się myje, nie ma takiego ryzyka wywrotki, a do tego ciepło jest w nóżki:).

Drzwi prysznicowe wymęczyły nas równie mocno. Bo co nie szliśmy do sklepów pokroju castorama/lerła merlę:)/obi, to wszystkie drzwi wydawały nam się niedopracowane, za lekkie, trzaskające, trzeszczące itp. Nie wiem czy to była zasługa lat stania na wystawie, czy złego zmontowania ich (bo niekiedy nieźle się kolebały!), ale ryzykować nie chcieliśmy. Nie chcieliśmy również wydawać zawrotnych cen i kupować czegoś z najwyższej półki. 
Dowiedzieliśmy się (w sieci jak i doświadczalnie, w salonie łazienkowym), że drzwi Huppe, to drzwi dobrej jakości. Drzwi, które otwiera się bez strachu, że zaraz wypadną z zawiasów. Które po prostu wygodnie się użytkuje. Dla mnie takie rzeczy muszą być "ciężkie", tzn. muszę czuć, że otwieram drzwi. Rozumiecie:). Wybraliśmy jedną z tańszych propozycji i jesteśmy zadowoleni. 
Nasze drzwi mają też powłokę anti-plaque, po stronie kąpielowej. Woda zostaje na drzwiach, ale nie pozostaje osad trudny do usunięcia. Nie oznacza to, że drzwi po kąpieli są nieskazitelnie czyste. Po prostu łatwiej o nie dbać i woda im nie szkodzi. 
Trzeba tylko uważać, by nie użyć na tej stronie silniejszych środków czystości. Są specjalne preparaty do mycia takich szyb, nie mamy jeszcze, ale sprawdziliśmy, że wodą też się je da umyć:).

Bateria prysznicowa. Były tylko dwie (wszędzie!), które mi się podobały. Bateria, podobnie jak drzwi, musi być dla mnie solidna i muszę ją czuć. Nie mogę mieć poczucia, że trzymam w ręku plastik. Poza tym kształt się dla mnie liczył:). Mateusz robił wielkie oczy, o co mi chodzi z tymi słuchawkami... aż w końcu zrozumiał. One nie mogą być płaskie na górze! Muszą być takie "kwadratowe" (czekam na Wasze pytania, o co mi chodzi:)).

Podobały mi się tylko dwie i obie były z tych lepszych firm. I naprawdę cenowo nie jest to duża różnica. A w jakości różnicę widać. Przede wszystkim pozostaje dłużej błyszcząca, a osad z wody znika idealnie. Myślę, że warto zainwestować. Mamy przy umywalce coś z niższej półki i ciągle się wściekamy na zacieki. 
A i zdecydowaliśmy się na termostat. Bardzo podoba mi się to rozwiązanie - nowocześnie wygląda i łatwo ustalić odpowiednie parametry. U mnie to np. maksymalne ciśnienie i jakieś 45 stopni:).
Chyba wszystkie termostaty posiadają blokady. A przynajmniej blokadę na pokrętle od temperatury. Ma to na celu uchronić przed przypadkowym zwiększeniem temperatury i przełączeniem się na tryb "piekło" (tak, to ten mój). My mamy też blokadę na lewym pokrętle, gdzie ustalamy ciśnienie wody. Jest tryb Eco, a potem już nieEco, czyli znowu mój. Jej, brzmię jak masochistka!
I tu znowu postawiliśmy na tę lepszą firmę i znowu jesteśmy zadowoleni. Oprócz niełapania osadu mamy płynne przejścia, zero zacinania jak to znowu ma miejsce przy umywalce...

Z deszczownicy zrezygnowaliśmy. Bo tak:).

Przez wydłużenie wnęki dodatkowo zyskaliśmy miejsce na półki, które na razie są smutnie puste, ale mamy plan umieścić tam koszyki/pudełka, dwie na jedną półkę. Myślimy o materiałowych, w geometryczne czarno-białe wzory (A może doradzicie nam coś? Taki styl nam się marzy: klik!) Ale jako że łazienka już jest i się nam nie pali, to skupiamy się obecnie na wykańczaniu reszty mieszkania.

Płytki mamy tylko pod prysznicem, na ścianie z umywalką i pod półkami, przy toalecie. Na ścianach mamy kafle, które imitują beton. Są na nich zacieki, plamy, a dodatkowo same płytki mają delikatną, surową fakturę.

Pod prysznice postanowiliśmy dodać pstrokate, czarno-białe płytki na jednej ścianie (przy których aparat wariuje przy zdjęciach z daleka). Nie chcieliśmy samej smutnej szarości.

Pomysł zapożyczyliśmy stad: klik, klik. Pod półkami zaś daliśmy białe, duże kafle, żeby ładnie "stopiły" się kolorystycznie z górą.
Reszta ścian pokryta jest specjalną farbą do łazienek. I szczerze polecam kupić do łazienki jak najlepszą farbę! Normalnie wszystko z niej schodzi! Czy to olejek mi się wyleje na półkę, czy to zwyczajny kurz, czy psiknę na ścianę odżywkę (bo nie trafię we włosy) - nieważne. Wszystko schodzi po przetarciu wilgotną ściereczką. I nie ma śladu. Szkoda, że w całym mieszkaniu takiej nie mamy...:)
Ścianę, na której w zasadzie nie ma nic (oprócz kaloryfera) pomalowaliśmy, również taką farbą na szaro. Spodobało mi się to zdjęcie i postanowiliśmy zrobić podobnie: klik. Kupiliśmy nawet czarno biały obrazek, ale ciągle czeka na powieszenie. Chcemy mieć tam taką mini galerię minimalistycznych grafik.
Na dole daliśmy wysoką białą listwę, takie same są/będą w całym mieszkaniu. Na górze zaś zrobiliśmy do niej odniesienie takiej samej szerokości.

Na podłodze mamy duży (60x60) biały szkliwiony gres. I nie. Nie będę kłamać. Ładnie wygląda, pięknie nawet, idealnie kontrastuje z matową, betonową ścianę (próbowaliśmy dobrać matowe na podłogę, ale było fuj!), ale brudzi się. Tzn. nie bardziej niż inne, ale widać to od razu. Więc trzeba często wycierać, bo inaczej nie ma tego efektu.

Jak już jestem przy tym zdjęciu to wspomnę, że łazienka zgodnie z planem architekta kończyła się w miejscu gdzie zaczyna się kaloryfer. Tzn. była krótsza o przynajmniej metr (a z tego co pamiętam to więcej). Nie moglibyśmy tak wysunąć (pogłębić) wnęki prysznicowej gdybyśmy nie zdecydowali się na wydłużenie tej ściany. Byłoby bardzo mało miejsca. Mamy więc większą łazienkę, gdzie wszystko mieści się akurat, a nie na styk, i dłuższą kuchnię - bo to tam sama ściana:). Przedpokój wcale na tym dużo nie ucierpiał.

Umywalka jest z Ikea. Jest duża, ma 80 cm szerokości (a chcieliśmy nawet 100 cm), w zasadzie podwójna, a nam taka właśnie była potrzebna, bo zęby myjemy zawsze razem:).

Z wyglądu jest minimalistyczna, a jednocześnie stanowi centralny punkt w naszej łazience. Z umywalkami z Ikei i jest o tyle dobrze, że zawsze mają do nich idealne szafki! Nie lubię gdy szafka pod umywalką stanowi tylko "osłonę" dla syfonu, gdzie wstawi się trzy środki czystości i po sprawie. Mamy więc dwie duuuże szuflady, które w ogóle nie kolidują z syfonem, więc mamy mnóstwo miejsca. Kupiliśmy sobie też trzy zestawy pojemników do przechowywania, które zdecydowanie ułatwiają... no przechowywanie:).

Te bambusowe są takie dwupoziomowe. Bardzo fajny pomysł! Mam porządek jak nigdy.
Między umywalką a pralką ulokowaliśmy kontakt. Teraz trochę żałuję, bo ta przestrzeń świetnie nadaje się na jakąś szafkę czy półkę, a żal by było jednak zasłonić te kontakty. Ale na razie będzie to miejsce na kosz na pranie. Czyli wszystko gra.

O pralce mogę powiedzieć tylko tyle, że nie miałam pojęcia jakie są dobre, a jakie nie. Chciałam by miała pojemność 7kg, miała wirowanie na 400 obrotów, i wybór niskich temperatur. No i na przykład opóźnienie startu. I trochę ładna żeby była:). Niestety brakuje mi w niej sygnału końca prania.

Oświetlenie. Mamy cztery oczka ledowe (odporne na wilgoć), w tym jeden nad brodzikiem oraz dwie lampy "żarówki". Których nawet nie zdążyliśmy ogarnąć... musimy zdecydować, czy chcemy skracać kabel czy tak zasupłać. Za trudna decyzja. Musi poczekać.
Chcieliśmy lampy przy lustrze zapalać osobno, ale to ostatecznie wydało mi się bez sensu. Bo ja zawsze zajrzę do lustra jak jestem w łazience. I po co tak mam pstrykać? Zwłaszcza, że nie mam w zwyczaju gasić takich świateł. Wiecznie zapominam i zostawiam zapalone u znajomych/rodziny itp.

Na koniec będą drzwi. Zaraz obok umywalki moja najulubieńsza łazienkowa rzecz. Dlaczego? Bo są cudne, no po prostu idealne. Takie sobie wymarzyliśmy. I takie mamy!

Są proste, minimalistyczne, nowoczesne. Ale bez żadnych udziwnień. Znalazłam jakiś czas temu, na facebookowej stronie o architekturze wnętrz, zdjęcia pewnego ciekawego projekt mieszkania. A tam takie właśnie drzwi... no spać nie mogłam jak je zobaczyłam. Wypytałam architekta, a ten w swej dobroci dał mi namiary na takie same! Klamkę wyszukałam sama. W tamtym projekcie też była taka kanciasta i czarna. I też musiałam taką mieć:). Bo z inną to już nie byłoby to samo... Prawda?
Ciężko było mi zrobić zdjęcie całości. W przedpokoju nie mam tylu metrów by objąć je całe... Więc zdjęcie zdecydowanie "takie se!".

Nie chciałam podcięcia na dole, bo żal mi było je "niszczyć", ale wyczytałam, że trzeba. Czemu? Bo wilgoć musi gdzieś umykać, bo tak bezpieczniej i lepiej. To mam i wcale nie jest mi z nim źle.
Drzwi są szersze niż wydaje się na zdjęciu. I ładniejsze. Wierzcie mi!:) (no widzicie jak zwariowałam na ich punkcie?!).
Co jeszcze mają takiego fajnego? A są to drzwi bezprzylgowe. Ha! Znacie takie słowo? My nie znaliśmy do czasu, aż Pan w sklepie nas nie oświecił. Tradycyjne drzwi są przylgowe. Widać im zawiasy, gdy są zamknięte i jak je zamykamy to nie są na równi z ościeżnicą (takie mądre słowa znam). A bezprzylgowe, czyli takie jak nasze, po zamknięciu "wchodzą" w ościeżnicę. O tu to widać:

Bardzo mi się to podoba. Taka mała rzecz, a cieszy:). Zawiasy też są schowane w tej całej ościeżnicy, są całkiem inne od tych nam znanych. Przynajmniej z tego co ja wiem, i co w życiu widziałam. A pokażę Wam:

Zamek też nie jest standardowy. Jest magnetyczny, czyli nacisk na klamkę zwalnia magnez, a jak sobie machamy klamką przy otwartych drzwiach to żaden bolec się nie wysuwa (mogłabym pisać opisy techniczne do takich ustrojstw, prawda?:)).

No dobra, to chyba tyle. Mam nadzieję, że i tym razem coś podpowiedziałam/pomogłam/poinformowałam wszystkich tych, którzy mają zamiar remontować bądź szykować łazienkę. Dla nas to wcale nie było łatwe, więc jeśli choć trochę rozjaśniłam Wam temat, to się cieszę!:)

Pozdrawiam ciepło,
Marzena

wtorek, 23 czerwca 2015

Zwyczajny post o wszystkim i niczym

A my jak wiecznie w robocie... Robocie o tyle fajnej, że co raz bardziej przybliża nas do wykończenia mieszkania. Obecnie gładzimy, szlifujemy, gruntujemy i malujemy poddasze. Jeden pokój został "załatwiony" już jakiś czas temu, przy pomocy dobrego kolegi Grześka (któremu baaardzo dziękujemy!), potem musieliśmy zrobić przerwę, a w ten weekend bawimy się na nowo. Myśleliśmy, że weekend nam wystarczy, a nawet nie wiem czy jutro będzie po wszystkim...
W międzyczasie, tzn. wieczorem gdy już jest za ciemno by pracować:) zasiadamy na przykład do gry planszowej ("Zimna Wojna"), która polecamy wszystkim planszówki lubiącym. Gra jest na dwie osoby, jest trudna, wymagająca i długa, ale jak na razie mocno wciągająca. My graliśmy dwa razy, dwa razy przegrałam, ani razu nie doszliśmy do ostatecznego końca (wszystkie 10 tur).

Jak nie gra to puzzle, które przez pewien czas w naszym wspólnym życiu nałogowo układaliśmy. Potem był przestój, a ostatnio przez przypadek nabyliśmy 3000 i dzielnie układamy.

A jeśli nie mamy ochoty na "mądre" rzeczy to gramy w gry komputerowe, obecnie Isaac, ale nie wiem czy by się Wam spodobał:). Ale może zaciekawi Was to: klik! Unravel to platformowa gra o wełnianej laleczce, która przemierza świat oplatając go kawałkiem nitki! Gry jeszcze nie ma, nie wiadomo kiedy będzie, ale jestem pewna, że zasili moją kolekcję gier.

Dziergam mało, ale systematycznie. A dziergam sweterek od Hani Maciejewskiej, Endearment, idealny do sukienki i idealny na letnie, chłodniejsze wieczory:). Hania to w ogóle idealne te swetry projektuje, każdy niezwykły, każdy inny.
Można by pomyśleć, że za dużo to ja tej robótki nie mam, ale...

Zrobiłam już jeden rękaw! Oglądanie filmu i dzierganie ażuru to dwie wykluczające się rzeczy. Zwłaszcza, że jak film to tylko z napisami.

I na koniec, mam nadzieję, narobię Wam smaku. Ania ostatnio pokazała swoje ziołowe bułeczki i nie mogłam ich nie upiec... Uwielbiam piec, odkąd mam piekarnik robiłabym to cały czas. Staram się tego nie robić, bo mam zamiar schudnąć, a nie przytyć. Ale zawsze jak za dużo upiekę (a zawsze mam za dużo) jest komu oddać.
No więc dziś na obiad w Smolcu były bułeczki czosnkowo ziołowe i zupa krem z kalafiora!

No dobra, teraz będzie koniec. Zobaczcie jakiego ostatnio mieliśmy gościa, jakieś niecałe 20 metrów od naszego bloku:
Wiosną było więcej saren, teraz jak wszędzie jest już zielono odwiedzają nas rzadko. Ale tak blisko podeszła pierwszy raz. I wyjadała coś między kukurydzą:).

Pozdrawiam ciepło,
Marzen

czwartek, 18 czerwca 2015

Zadbaj o swój sweter...

...i nie napracuj się za dużo:).
Dzisiejszy post jest kontynuacją wpisu sprzed ponad roku, który nosił nazwę "Bo kto przejmuje się instrukcją?". Z perspektywy czasu ten nowy tytuł wydaje się zdecydowanie lepszy, a dlaczego, będziecie mogli przeczytać poniżej. 

Posty w tej serii będą pojawiać się rzadko, przynajmniej co roku. Muszę zdążyć nadziergać trochę swetrów i zdążyć je przetestować pod kątem noszenia i prania:). Kto jest ciekawy jak dbam o swetry, jak je piorę i jak to znoszą, zapraszam do przeczytania pierwszego wpisu (klik!), bo dzisiejszy będzie po części kontynuacją, tzn. opisem skutków moich poczynań.

W dalszym ciągu, jak widzicie w tytule i jego kontynuacji, lenistwo jest u mnie zbyt silne by w stu procentach postępować zgodnie z instrukcją prania i suszenia ręcznie robionych swetrów. Ale w ciągu tych kilkunastu miesięcy zdążyłam nauczyć się paru rzeczy, dostać w kość jak i popłakać nad swetrem. W tym czasie otworzyłam sklep z wełną i w zasadzie dziergam tylko z tego co sprzedaję, a jako że to półka dość wysoka, dbam o swetry bardziej niż to miało miejsce w lutym, zeszłego roku.

Ale w dalszym ciągu próbuję - co można prać w pralce, jak dana włóczka to znosi, czy koniecznie muszę suszyć na płasko? Mam nadzieję, że coś doradzę i Wam, przed czymś uchronię (lepiej uczyć się na czyichś błędach, prawda?) i dowiem się od Was czegoś na ten temat.



Szary melanż to Stormwind, który zrobiłam z Everlasting Sock od Dream in Color (wełna merino). Jest to stara baza, której już nie mam w sklepie. Zastąpiła ją podobna, ale bardziej sprężysta włóczka, skręcona z dziewięciu nitek. Ten mój jest 8ply i to da się odczuć. Jest mocna, nie mechaci się, ani razu nie goliłam tego swetra, a noszę go często, jako że jest to zdecydowanie codzienny sweter. Żadnego swetra nie piorę w pralce, tylko ręcznie w chłodnej wodzie, ale niektórym serwuje wirowanie na 400 obrotach. On do nich należy. Z racji wzoru, za każdym razem go blokuję, więc nie wiem jakby wyglądał suszony tak jak cała reszta zwyczajnego prania- na sznurku/suszarce.

Sweter poniżej to Lumberjack, niedawno wydziergany dla Mateusza. Ja po prostu uwielbiam Leizu... Julie ma już teraz trzy grubości tej włoczki. Ja zaczęłam od Worsted i tak się zachwyciłam, że zamówiłam sobie ponad dwadzieścia motków DK, a i na sock przyjdzie kolej. Dlaczego tak ją lubię? Sprężysta, mocna, lekko błyszcząca (10% jedwabiu, 90% merino), gładka, miękka, odporna na noszenie, daje dużo ciepła. Zdecydowanie mój swetrowy faworyt. Dlatego właśnie z niej zrobiłam sweter dla Mateusza. Wiem, że wytrzyma wszystko. Piorę ręcznie, czasem wiruję na 400 obrotach, zależy od tego ile czasu chcę mu dać do wyschnięcia. Za każdym razem wygląda tak samo w kwestii jakości i kształtu.

O Boxy z Bamboo Fine pisałam w poprzednim poście z serii. Bambus nadal jest miękki, ale zwyczajnie się powyciągał. Sweterek wygląda nieciekawie, w ogóle już w nim nie chodzę.

Pure Merino ciągle to samo - żyje, mechaci się trochę, nadal nie jest tak delikatny jakbym tego chciała, dlatego co raz rzadziej go zakładam. No podgryza mnie skubany. Ale żyje i trzyma formę. Dawno go nie prałam, ale chyba nadal wrzuciłabym go bez skrupułów do wirowania.

Rosy Cheek zrobiłam z Jilly DiC, teraz robię kolejną rzecz z tej włóczki. To singiel, czyli włoczka 1ply. Niestety w sukience nie pochodziłam za dużo... zimą cały czas biegaliśmy i załatwialiśmy sprawy mieszkaniowe, więc sukienki wisiały smutnie w szafie, bo ja zawsze stawiam na wygodę. Mogę powiedzieć za to co mi się wydaje... Po pierwsze włóczki tego typu przerabiałabym zawsze na większych drutach niż nam się wydaje. Po praniu lekko "puchną", i wypełniają ładnie te szczeliny między oczkami. Wydaje mi się, że czym mniejsze druty, tym większe ryzyko, że nam się będzie filcować. Nie wirowałabym ich, a na pewno nie prałabym w pralce.

Lace Merino poniżej to włóczka od Lana Grossa. Zrobiłam z niej Street Chic od Asji. Dawno w nim nie chodziłam, był schowany gdzieś głęboko w kartonie i tak leżał i leżał. Nie boję się go jednak wirować, ale niestety mam wrażenie, że za mocno się wyciąga.

BFL (blue faced leicester) to wełna, którą sama farbowałam. Zrobiłam z niej Light Trails. Piorę ją ręcznie w chłodnej wodzie, wiruję na niskich obrotach, suszę zwyczajnie, na suszarce. Lubię ten sweter, jest bardzo zwyczajny i czuję się w nim komfortowo. Niekiedy odczuwam w okolicach ściągaczy lekkie podgryzanie, ale i tak go lubię. Tylko mam wrażenie, że się rozjaśnił. I leciutko się mechaci.

No i znowu Leizu, tym razem Worsted, w sweterku od Joji - Cold Breath. To właśnie dzięki temu swetrowi tak bardzo się z nią polubiłam. Noszę go cały czas, piorę często, suszę na płasko, jeśli nie wiruję, albo wieszam zwyczajnie na suszarce, gdy jednak pozwolę mu się pokręcić w pralce. Cały czas wygląda jak nowy. Niezniszczalny!
To zdecydowanie zabawny stosik ze swetrami. Dwóch z nich w ogóle nie noszę, a jeden uwielbiam!

Znowu Everlasting Sock i znowu na starej bazie. I znowu ta sama historia - super się nosi, dobrze znosi pranie, nie mechaci się, suszę tylko na płasko bo liczba warkoczy wymaga lekkiego blokowania. Czasem wiruję, ale dla niego to nic wielkiego. A sweterek to Merigold.

Alpaca była opisywana w poprzednim roku. Chyba ani razu go nie założyłam od tamtego czasu...

Z zielonym jest tak samo jak z pasiakiem. Chyba nie czuję się za dobrze w takiej zieleni.
Sukienki z Safran Drops nie noszę zbyt często. Nie pamiętam kiedy był ostatni raz... Ale ją lubię:).

Frozen Fjord powstał z Milis od Julie Asselin. Kolejny singiel - i tak samo jak z Jilly, nie odważyłabym się włożyć go do pralki. Jeśli dba się o taką włóczkę to pozostaje piękna przez długi czas, ale wystarczy raz potraktować ją surowo i może nie być już tak okazała (a single mają to do siebie, że wizualnie i namacalnie robią wielkie wrażenie). Luźne przerabianie sprawia, że nie sztywnieje po praniu, ale tak jak pisałam, ładnie wypełnia szczeliny i jednoczenie pozostaje lejąca.

No i teraz najlepsze. Alpaca z Dropsa. Chcesz mieć sweterek z tej włoczki? Trzymaj ją z daleka od pralki! Piękna jest, zwłaszcza ten kolor, ale w chwili obecnej, ten sweterek pasuje na moją młodszą siostrę. Której nie mam.

Calm to gruby singiel od DiC. Podobnie jak z cieńszymi wersjami - przerabianie na większych drutach to klucz do długowieczności takich swetrów. A przynajmniej takie jest moje zdanie podparte doświadczeniem:). Jeśli robótka jest "ciasna" to trzeba mocno uważać, żeby nie sfilcowała się w strategicznych miejscach. Piorę więc go baaaardzo delikatnie, suszę na płasko i staram się za każdym razem lekko naciągnąć. Jestem już ciut mądrzejsza i zamiast obrażać się na single, po prostu robię to co należy. Nie jest tajemnicą, że takie włóczki są delikatniejsze od tych skręconych z kilku nitek, szybciej się mechacą, ale za to potrafią być zniewalająco miękkie, pięknie uwydatniają kolory i mają delikatny połysk. Sweter (klik!) ciągle czeka na małą poprawkę - chcę zrobić mu dłuższy ściągacz na około, bo jednak brakuje mi paru centymetrów do odpowiedniego opatulenia się nim.

Z Arwetty zrobiłam moją ulubioną sukienkę - Inky. Uwielbiam tą włóczkę, mimo że trzeba co jakiś czas użyć golarki do swetrów. Jest mięciutka, znosi dzielnie częste ręczne pranie, wirowanie, suszenie na wieszaku. 

Lace od Dropsa był już opisywany w tamtym roku. Niestety ciągle zapominam, że mam tą ażurową bluzkę i wcale w niej nie chodzę. Więc żyje i ma się dobrze:).

Kolejny sweter z Calm, to Fickle Heart od Justyny Lorkowskiej. Calm, oprócz tego, że jest miękki to jest też bardzo ciepły. Podobnie jak z tym kobaltowym - piorę delikatnie w ręku i suszę na płasko. Nie radzę inaczej:).

A na koniec wszystkie moje swetry (te które opisałam powyżej) razem, w całkiem sporym wełnianym stosiku:).

Nie są to wszystkie swetry jakie wydziergałam. Pomijając te kompletnie (teraz tak myślę:)) nieudane, z początkowego okresu mojej przygody z wełną, zabrakło to jeszcze kilku... Na przykład Carpino. Nitka, o której pisałam w poprzednim poście, zerwała się niedługo po, i Carpino umarło. Może i udałoby się je naprawić, ale tam się stały jakieś dziwne rzeczy - nitka się zerwała, kilka naokoło się sfilcowało i naprawdę mimo chęci poległam. 
Sweter Mateusza, Hell's Kitchen poszedł w zapomnienie bo nie do końca mi się udał. Myślałam, że będzie po blokowaniu w miarę trzymał formę, ale niestety z prania na pranie rękawy robiły się co raz węższe, korpus jakby lekko przykrótki. Nie wiem... Coś mi w nim nie pasowało. 
Kremowa Vitamina D, zrobiona z Silk Yarnart przestała być wyjściowa już po paru noszeniach. Włóczka początkowo bardzo miękka, po kliku (delikatnych) praniach stała się nieprzyjemna w dotyku i zaczęła się filcować pod pachami i wszędzie tam gdzie często się ją dotykało.
I chyba najgorsza strata... Zielony, mięciutki sweter - Breezy Cardigan. Obiecałam sobie wtedy, w lutym, że nie włożę go do pralki. I nie wiem co mnie podkusiło... wywirowałam i go straciłam. Znowu młodsza siostra by się ucieszyła. Choć i tak nie wyglądał już jak dawniej. A był wyjątkowy! Niesamowicie miękki i przytulaśny! 

Ta seria, tak myślę, ma pomóc/przestrzec/doradzić nie tylko Wam, ale i mi. Taki dowód na to co robiłam, dlaczego się stało tak a nie inaczej i co powinnam robić w przyszłości. Jak zrobię nowy sweter to zawsze mogę zajrzeć i zobaczyć co robiłam z tą włóczką dwa lata temu i jak to się skończyło. Poza tym widzę jak na dłoni jakich kolorów mi ciągle brakuje w szafie i ile swetrów udało mi się wydziergać przez ten czas i jak bardzo "nie mam w czym chodzić":).

Czekam na Wasze rady i spostrzeżenia!
Pozdrawiam ciepło,
Marzena

środa, 17 czerwca 2015

O publicznym dzierganiu

W poprzednią sobotę, w Parku Staromiejskim we Wrocławiu, od godziny 12:00, przez dobrych pięć godzin działy się rzeczy niesamowite!
Razem z Olą, postanowiłyśmy zorganizować spotkanie, w ramach Światowego dnia dziergania w miejscu publicznym - czyli, świętowaliśmy nasze, dziewiarskie święto:). Tak naprawdę my tylko utworzyłyśmy wydarzenie na facebooku, spotkanie stworzyły te przecudne osoby, które przyszły bądź przyjechały, niekiedy nawet z bardzo daleka, by razem, bezwstydnie, publicznie dziergać!
Wybrałyśmy miejsce w samym centrum, miejsce bardzo popularne, miłe dla oka, gdzie jest dużo przestrzeni i gdzie bylibyśmy na widoku (no bo przecież tu o to chodzi, by widzieli nas wszyscy:)).
Byliśmy, bo odwiedził nas nawet jeden Pan, który co prawda nie zamierzenie, ale akurat wpadł do parku, z szydełkiem w ręku, trochę się odstresować:).
Nie dam rady opisać tego, jak bardzo ciepłe to było spotkanie, jaka była tam atmosfera. No nie da się. Było nas bardzo dużo, część musiała wracać po godzince, część przyszła dopiero w połowie, więc ciężko byłoby policzyć ile pokrewnych dusz spotkałam tego dnia... Wiem jedno - było niesamowicie! Sami zobaczcie!



 Pozwoliłam sobie wstawić tu kilka zdjęć od dziewczyn - więcej zdjęć znajdziecie o tu: klik!






 

 Pełna torba wełny!







Tyle nas było, a nawet więcej! Nawet nie wiem kiedy minęło te pięć godzin... Pogoda była idealna! Co prawda musieliśmy kryć się w cieniu (dobrze, że takowy się znalazł:)) bo inaczej trochę by nas spiekło. Musieliśmy ciekawie wyglądać, gdy tak co około godzinkę wstawaliśmy i przesuwaliśmy ławki i koce, podążając za cieniem drzewa:). Chyba w ogóle ciekawie wyglądaliśmy, bo co jakiś czas podchodzili do nas przechodnie, zaglądając i pytając co się dzieje. 
Oczywiście nie udało mi się podziergać. Zabrałam ze sobą ażurowy sweterek, który na dodatek wymagał ode mnie rozdzielenia rękawów i korpusu. A jak ja się miałam skupić w takim towarzystwie?
Po ponad pięciu godzinach, dziewczyny z Warszawy, ja i Monika, która nocowała tego dnia u mnie, wybrałyśmy się na obiad, na pierogi z pieca! Dołączył do nas, równie głodny Mateusz:). Poniżej Monika i Mateusz (bardzo dumny ze swojego pieroga!).
 Od lewej - Paula, Monia, Renata, do zdjęcia nie załapała się Asia, i oczywiście ja:)

Jak wyszliśmy z pierogarni okazało się, że ta ładna pogoda przyniosła ze sobą ogromną burzę! I jak na złość okazało się, że zostawiliśmy na poddaszu otwarte okna. Na oścież oczywiście. Na szczęście przyjechaliśmy z Moniką autem. Wyścig z ulewą (a była niezła!) przegraliśmy, ale ostatecznie ściany i podłoga przeżyły i mogliśmy już spokojniejsi wrócić do dziewczyn i spędzić z nimi jeszcze trochę czasu (jak już przyjechały to nie chciałam ich puścić:)).

Dziękuję Wam wszystkim za to niezwykłe spotkanie! Za czas, za godziny rozmów, za wiele uśmiechu (Monika!:)). Nie ma co pisać, że "trzeba to powtórzyć", bo to jasne jak słońce!

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Julie Asselin: dostawa i nowości u Chmurki!

Donoszę, że dostawa od Julie Asselin już jest w sklepie! Wszystkie kolory zostały uzupełnione (Wasza ulubiona Opera, Confiture, Maelstrome... no wszystko, po prostu:)), a dodatkowo pojawiły się dwie mięciutkie nowości - Piccolo i Leizu DK! Mam nadzieję, że spodobają się i Wam:
 

Nie ma co dużo mówić - chętnych zapraszam do pooglądania i poczytania do sklepu: klik!
Urodziny trwają nadal, więc nowości do końca tygodnia dostępne są w obniżonej cenie:).
Pozdrawiam ciepło,
Marzena